Ku pewnemu mojemu zdziwieniu odnajduję sporo przyjemności w tym moim samotnym przebywaniu w domu. Jak to napisała kiedyś Joanna Sałyga - Chustka, wydeptuję swoje ścieżki, rytuały i zwyczaje tylko moje. Wolny czas wypełniam niespiesznym gotowaniem, organizowaniemprzestrzeni wokół siebie, czytaniem książek i blogiem. I dobrze mi z tym naprawdę.
Staram się nie zaniedbywać przyrządzania posiłków, choć będąc sama, mogłabym sobie na to pozwolić. Wdrażam kulinarno - ekonomiczne sztuczki rodem z blogu Oszczednie. Staram się nie przesiadywać za dużo na Facebooku i mam nadzieję, że ze szmateksami w końcu też uda mi się przyhamować. W garderobie dawno już nie cierpię niedostatku... Ale zimowych szarawarów to jeszcze nie miałam nigdy, a dziś się trafiły za trzy złote. Ciągnie mnie do takich niesztampowych strojów - jacyś hipisi, jakieś New Age, etno... Na wszystko jedno wzięłam te "hajdawery", a czy na pewno będę je nosić, to się okaże. I jeszcze przefajną czapkę z granatowego weluru.
Teraz po tym łazikowaniu muszę trochę odpocząć. Zjadłam ostatki krupniku i trzeba coś zmajstrować na jutro. Mam kawał pieczeni z indyka, machnę do niej jakiś sos z tych pieczonych warzyw, co ich zapas mam w zamrażarce. I wreszcie surówka z czerwonej papryki podarowanej przez znajomą. Paprykę utrę na tarce z marchewką i jabłkiem według receptury z AI. Obiorę też górę ziemniaków i z nadwyżki będą w tym tygodniu kopytka.
Ot, i leci tak dzień za dniem. Lubię tę codzienność z odrobiną własnej inwencji i strategii.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz