Sobota. Synuś przyjechał. O, radości!
Nakarmiłam chłopaka obiadem, który blogerka Oszczędnie określiłaby jako kuchenny detoks. Polega on na czyszczeniu szafek i lodówki z różnych resztek i niewykorzystanych produktów. Miałam trzy omdlałe, ale zupełnie jeszcze jadalne pomidory, sporo ugotowanej kaszy jęczmiennej i ścinki wędlin, które kupuję czasami, bo niedrogie a nadają się do wielu dań. Podałam kaszę ze ścinkami w sosie pomidorowym, posypałam startą mozzarellą. Danie okazało się nadspodziewanie smaczne. Syn, który nie przepada za kaszami, nie marudził :) Ba! Obiad u mamusi...
Pogadaliśmy, co u kogo wydarzyło się w minionym tygodniu, syn podzielił się różnymi ciekawostkami wyszperanymi w internecie. Poopowiadał też o studiach, wykładach, ćwiczeniach, pokazał notatki z matematyki, z których figę zrozumiałam, ale kiwałam głową z aprobatą. Kocham te momenty, kiedy po prostu jest.
Miałam kosić działkę, ale pada, nie chce mi się. Po kawie wypitej z synkiem spoczęłam malowniczo na kanapie z zamiarem poczytania Szwai. Zachciało mi się jednak bloga. Ostatnio codziennie piszę.
W planach dzisiejszych jeszcze zmywanie naczyń, rozwieszenie prania i wyprawa do Lidla. Trzeba jakieś menu ustalić na nadchodzący tydzień.
Upiekę owoce i cztery foremki naraz pieczywa. Chyba tym razem nocne bułki Margarytki. W moim wykonaniu to raczej buły, bo po prostu włożę ciasto w keksówki. Nie będzie czekać całą noc w lodówce, połowę wypieku dostanie syn do uczelnianego miasta.
Obiadów nie umiem gotować dla jednej osoby i wychodzi mi za dużo. Trzeba wdrożyć wekowanie zup tudzież zamrażanie nadwyżek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz