Pisząc ostatni post, zgubiłam wątek braku towarzystwa. Chociaż właściwie nie wiem, czy warto go powielać, bo chyba już tu wybrzmiał (i to nieraz).
Inaczej dziś postrzegam samotność. Kiedyś bardziej, a nawet bardzo bolała. Dziś często wolę ją od byle jakiego towarzystwa. Od towarzystwa dla samego towarzystwa. Jeśli kontakt i wspólny czas mnie nie karmią - to po co? Bywam niektórymi ludźmi znudzona. Bywa, że wolę sama sobie zorganizować czas niż na siłę w czymś uczestniczyć.
Niestety, ubyło osób wokół mnie. Najbliższa przyjaciółka już prawie nie opuszcza domu z powodu choroby i niepełnosprawności, a w tym domu nie ma warunków do spotkań. Przyjaźnimy się teraz głównie "na telefon". Utrzymywanie relacji z D. straciło dla mnie sens, odkąd pokazała fałsz, tchórzostwo i nielojalność. Mateusz od kilku lat w Warszawie. A reszta dobrych znajomych daleko, albo/i zaabsorbowana swoim życiem.
Czy cierpię z tego powodu? O dziwo, nieszczególnie pomimo chwilowego dyskomfortu. Jestem w tym, na przykład, momencie jak... wiewiórka w swojej zacisznej dziupli, gdy na zewnątrz hula nieprzychylny wiatr.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz