Wymyśliłam sobie, że będę supermamusią i wyposażę syneczka w wałówkę na te jego studia. Wieczorem zrobiłam zaczyn na buły (bo nie bułki), zamarynowałam kawal mięsa, a dziś rano uruchomiłam piekarnik.
I co? I pstro! I figa z makiem.
W połowie pieczenia nastąpiła awaria, piekarnik odmówił posłuszeństwa, a dziecko bardzo szybko oświadczyło, że już wychodzi na pociąg, bo musi dokończyć jakąś ważną prezentację na zajęcia. Trudno. Nie dostał biedak ani pieczeni, ani pieczywa, a tylko mocny uścisk od tej, co go na świat wydała.
Dobrze, że chociaż bułek nie zdążyłam wstawić, bo byłyby do wyrzucenia. Mięso uratuję.
Kolejna lekcja odpuszczania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz