Dziecię jednak zostało na noc w domu, bo zasiedziało się u kolegi, późny autobus okazał się "niekursowy", więc wróciło do mamusi. I jeszcze ze mną jest.
Pogoda się popsuła, jest pochmurno i mży. Dobry dzień na książkowe lenistwo, co uskuteczniam z upodobaniem. Trochę przeszkadza mi rozmemłanie, bo mam na sobie dżinsy i górę od piżamy oraz zalegam w niepościelonym łóżku, ale niech tam! Może gdy syn wyjdzie z domu, wezmę się w garść i odprowadzę go na dworzec. Nie obiecuję, ale i nie wykluczam.
Rozmyślam sobie o tym i owym, jak zwykle. Na przykład o mojej niepełnosprawnej rzeczywistości, która niewątpliwie niesie trudności, ale równie niewątpliwie jest darem. Dzięki niej, dzięki chorobie i spektakularnemu zwrotowi chorobowej akcji bywam teraz w miejscach i wśród ludzi mniej przypadkowych, bardziej ze mną rezonujących (słówko to zalatuje rozwojowym żargonem, ale jest trafne i skondensowane). W swoich wyborach stałam się bardziej selektywna i świadoma. Czuję, że właśnie teraz, choć życie mnie ograniczyło, jednak nabrało rumieńców. Toczę więcej ważnych rozmów, mniej zajmuję się, za przeproszeniem, pierdołami. Bardziej zwracam uwagę, czy naprawdę chcę i potrzebuję pewnych doświadczeń oraz aktywności. Śmielej wybieram to, czego pragnę, chociaż jeszcze wciąż chyba bez wystarczającej pewności. Jeszcze niepewne te moje kroki w nowe jakości.
W Klubie Pacjenta są dwie prowadzące spotkania kobiety, tak zwane asystentki zdrowienia. Jedną zapytałam o niepełnosprawność, bo sama o tym wspomniała. Zaskoczyło mnie, jak bardzo niewidoczne, a jak znaczne jest jej inwalidztwo. Druga przeszła ciężką, groźną dla życia chorobę. I to ona wyznała, że dobiega pięćdziesiątki, a jeszcze się nie nażyła. Marzy o skoku ze spadochronem, czym nieźle mnie rozbawiła, ale i zafrapowała.
Ja o spadochronie nie marzę, za żadne skarby, ale dobra jest myśl, że możemy mieć swoje "fanaberie" i w miarę możliwości je realizować. Nie zabraniajmy ich sobie, jeżeli nikogo one nie krzywdzą. Kilka już zrealizowałam z mniejszą czy większą satysfakcją sporo jeszcze czeka w kolejce. Trochę marudzę, że brakuje mi na nie pieniędzy. że nie wiem, czy sens... Przede wszystkim jednak brakuje mi odwagi i wiary, że na to zasługuję.
Coś mi po głowie chodzi, ale rzeczywiście chcę jeszcze chwilkę poczekać na ustabilizowanie nadwątlonych finansów. Nie sztuka szastać pieniędzmi na prawo i lewo. Problem niewystarczających zasobów finansowych jest mi obcy, ale to właśnie dlatego, że nie żyję ponad stan. Miałam w pracy koleżankę, która twierdziła, ze nie funkcjonuje bez pożyczania gotówki. Wiecznie pożycza też mój sąsiad. Ja tego po prostu nie rozumiem.
Ba! Marzę, by coś systematycznie odkładać, ale nie kosztem wyrzekania się wszystkiego.
Chcę sobie pozwalać na Bieszczady i inne Roztocza,nauczyć się gry na gitarze i/albo pianinie, chodzić na basen i od czasu do czasy bywać w "sekcie", do której muszę dojeżdżać.
Mam też inne marzenia, które wymagają nie pieniędzy, lecz odwagi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz