Weszło mi już w zwyczaj, że po powrocie do domu i obiedzie otwieram swój "Gruby Zeszyt". Jak śpiewa Ola Kiełb, "Oto chwile tylko moje...".
Nie mam ciężkiej pracy - nie fizycznie. Po pracy pochodziłam sobie po mieście. Niby czysta rozrywka, a jednak potrzebuję odpocząć po całym dniu aktywności.
Dzisiaj mi w moim mieszkanku przyjemnie, bo wczoraj uporządkowałam w nim co nieco. Zdążyłam nawet rano pościelić kanape w salonie, który nocą staje się sypialnią, a rozmiary ma zupełnie niesalonowe. Na owej kanapie spoczywam teraz pod kocykiem, a na moich nogach zwinął się w kłębek Mruczuś.
Polazłam do szmateksu z mocnym postanowieniem, że jeśli nie będzie granatowej apaszki, niczego nie kupię. Prawie się udało! Stoczyłam ze sobą heroiczną walkę przymierzając uroczą czapkę - kaptur z obrzeżonym futerkiem otworem na twarz. W przeciwieństwie do większości takich kapturków, dobrze chroniła uszy i szyję. Nie lubię zbyt luźnych nakryć głowy, ma być mi w nich przede wszystkim ciepło. Przymierzyłam przed lustrem, pozachwycałam się i... odłożyłam po namyśle, z czym mogłabym go zestawiać. Jestem z siebie dumna, chociaż trochę mi żal.Była jeszcze fajna kominiarka, a ja kocham wszystko, co z daszkiem. Też zrezygnowałam i koniec końców stwierdziłam, że jeśli już, to znajdę może kiedyś podobne rzeczy w przecenie, wtedy mniej szkoda będzie grosza. Nie oparłam się za to letniemu kapeluszowi w stylu safari, ściąganego pod brodą za pomocą sznurka. Bardzo funkcjonalny i twarzowy, przyda się na moje eskapady w ciepłym sezonie. Na koniec wybrałam się na pocztę, ponieważ listonosz przyniósł mi wczoraj avizo, a obok poczty - kolejny sklep z używanymi meblami, sprzętem, naczyniami i ubraniami. I w dodatku pod koniec miesiąca za połowę ceny! Ubrania zignorowałam, ale nie kuchenkę mikrofalową. Sprzedawca zapewnił mnie, że jest sprawna, choć oczywiście do wtyczki potrzebna będzie przejściówka. Sklep pan już zamykał, ale obiecał mi, że zatrzyma mikrofalówkę dla mnie. Juto będzie moja za nieco ponad sto złotych.
Wprawdzie chyba dekadę temu kuchenką mikrofalową obdarował mnie Mateusz zupełnie za darmo, w dowód wdzięczności za liczne przysługi i pomoc w różnych sprawach. Niezbyt umiejętnie jednak się z nią obchodziłam, a i kuchenka jako sprzęt wcześniej używany mogła już być po prostu nadwerężona przez czas. Skutkiem tego pojawiła się na niej rdza, ciężko ją też doczyścić i trochę się już boję jej używać. Pora jej na godziwą emeryturę
Rozważając przydatność tego sprzętu, miałam sporo wątpliwości, znakomicie się kiedyś ludzie bez niego obywali. Jednak przyznać trzeba, że to wielka wygoda. Dawniej uznałam, że to świetne ułatwienie dla syna, który jako dziecko musiał sobie odgrzewać obiady. Dziś mi po prostu wygodnie wlać zupę do talerza, nie brudząc kolejnego garnka w celu pogrzania.
Mateusz odwiedził mnie wczorajszego wieczoru. Kupiłam ciastka z tej okazji, on też jakieś przyniósł i przy zielonej herbacie gawędziliśmy o swoich sprawach, radościach i troskach. Lubię tego człowieka tak po prostu i po ludzku. Całkiem fajnie jest gdy kobieta i mężczyzna po prostu się lubią bez wygórowanych i nie daj Boże, niesymetrycznych oczekiwań.
Trochę po tych pogaduchach jestem niewyspana, bo choć kolego wyszedł ode mnie o przyzwoitej porze (za kwadrans jedenasta 😊), wybiłam się ze snu i zasnęłam w okolicach pierwszej. Nic to!
W lodówce mam owocową frużelinę, którą muszę zutylizować, jeśli nie chcę zmarnować żywności. Planuję jednego potężnego racucha, najlepiej z piekarnika. Pogadam z AI, czy i jak pomysł da się zrealizować.
Muszę tylko pofatygować się po mleko do sąsiedniego sklepu. A tyłek na kanapie taaaki ciężki!
PS. O rany! Przeglądam ostatnie wpisy i widzę sporo stylistycznych potknięć i literówek, a lenistwo sprawia, że nie poprawiam na bieżąco. Dzisiejszy wpis nie jest wolny od błędów, ale wybaczcie, jednak jestem zmęczona, a jeszcze kilka zajeć przede mną.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz