Jakoś nie przemawia do mnie mit bieszczadzkiego zakapiora ani cała ta mitologia tego zakątka kraju. Odnoszę wrażenie, że wykreowano ją na konkretne zapotrzebowanie, zromantyzowano sprawy trywialne w gruncie rzeczy i pospolite.
Właśnie poczytałam trochę na ten temat: w wyludnione po wojnie Bieszczady ściągali chętnie ludzie z prawem na bakier, życiowi rozbitkowie. Niektórzy owszem, z zacięciem artystycznym.
Bieszczadzki zakapior wydaje mi się tworem dosyć sztucznym, "podjaranym" własnym mitem i wizerunkiem, świadomą stylizacją.
Dziś uczestniczyłam w spotkaniu autorskim z takim jednym bieszczadnikiem z wyboru. Józef Bilski to poeta, animator kultury i historyk. Bierze aktywny udział w lokalnych wydarzeniach kulturalnych zarówno w Bieszczadach, jak i na rodzinnej lubelszczyźnie. Poczytałam trochę jego wierszy i muszę przyznać, że jest to poezja na poziomie. Natomiast to, co opowiadał o biesach, czadach i zakapiorach, mojego entuzjazmu nigdy nie wzbudzało, bo odczuwam w tym coś sztucznego, stworzonego na siłę... i, jak się zdaje, mocno się nie mylę.
Z całym szacunkiem do piękna i atmosfery tych gór.
Na spotkanie dotarłam mocno spóźniona z niemalże zakapiorskiego powodu.
Zmierzałam właśnie do celu, czasu miałam jeszcze pod dostatkiem, gdy na chodniku zobaczyłam dwie, starsze kobiety nad leżącym starszym mężczyzną. Nie ulegało wątpliwości, że facet jest pijany, co potwierdzała butelka z winem leżąca obok. Zapytałam, czy wezwano pogotowie, panie zaprzeczyły, więc nie namyślając się wiele, wykonałam stosowny telefon. Kobiety próbowały mnie powstrzymać, ale nie posłuchałam. Jedna zaoponowała, że lepiej wezwać policję niż pogotowie. "Jak pani taka mądra, to niech pani dzwoni" - czasami chyba bywam zbyt pyskata. Babki się oddaliły, a ja zostałam, by poczekać na wezwaną pomoc. Czekałam i czekałam. W końcu zirytowana zadzwoniłam jeszcze raz i ponagliłam, co chyba poskutkowało. W tym czasie mijali nas ludzie, spoglądali z zaciekawieniem, niektórzy pytali, co się stało, ze dwie zapytały, czy pomóc, więc odpowiedziałam, że pogotowie już wezwane.
Wreszcie przybyła policja. Mocno już spóźniona na spotkanie z bieszczadnikiem, zapytałam, czy będę jeszcze potrzebna, a gdy usłyszałam, że nie, pożegnałam się i pogoniłam na wieczór autorski.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz