niedziela, 8 marca 2026

D. raz jeszcze.

Trochę się boję pisania o znajomych, a mało co mnie tak porusza jak relacje z innymi, wszytkie te ludzkie historie.

Napiszę, a czy opublikuję, to się okaże.

Dał wczoraj znać Mateusz, że będzie w naszym mieście i zaproponował spotkanie u D. Ochoczo przyjęłam tę propozycję, bo ogromnie go lubię. Za chwilę zadzwoniła D. i potwierdziła zaproszenie. Dodała, że będzie jeszcze u niej "przyjaciel". Zaskoczyła mnie ta nowina, ale zażartowałam tylko: "Skąd ty ich bierzesz? Podzieliłabyś się może". D. z zadowoleniem i rozbawieniem w głosie odparła, że na brak powodzenia nigdy nie narzekał.

D. jest jakieś półtora roku po rozwodzie z drugim już mężem. Potem zaliczyła krótki epizod ze starszym o pokolenie facetem, co pomogła jej wybić sobie z głowy nasza wspólna koleżanka. Poznałam tego gościa - mocno ograniczony, nieciekawy typ. Z jego powodu miałyśmy ostrą kłótnię, bo odwiedzili mnie razem, gdy nieprzytomna leżałam w szpitalu i nieproszeni przez nikogo udali się do lekarza na rozmowę w mojej sprawie. Była to jego inicjatywa, bo ona nie z tych, co wychodzą z inicjatywą. Dowiedziałam się o tym już po wyjściu ze szpitala i zwróciłam uwagę na niewłaściwość zachowania.

Ten "dziadek" to całkiem niedawny epizod, a tu już kolejny mężczyzna pojawia się nie wiadomo skąd. Na Jowisza, skąd ona ich bierze?!

Nie mam prawa oceniać cudzego życia i cudzych wyborów. Ten gość wydaje się w porównaniu z poprzednimi całkiem do rzeczy. Oboje jednak z Mateuszem stwierdziliśmy już po wspólnym spotkaniu, że D. za szybko wchodzi w relacje i potem przez to cierpi.

Co mnie bardzo wczoraj uderzyło?

Do Mateusza zadzwonił interesant w sprawie wynajmu mieszkania. Pospiesznie nas opuścił, okazało się jednak, że zostawił u D. swój plecak. D. coś mętnie zaczęła mówić, że miał zamiar przenocować u mnie. Bardzo mnie to zdziwiło, bo o niczym takim nie słyszałam. Ale uznałam, że może rozmawiali o tym wcześniej, zanim do nich spóźniona dotarłam. Ewidentnie jednak była jakaś spłoszona, miała niepewną, znaną mi już minę. Nie wdając się w domysły, zatelefonowałam do Mateusza i wyjaśniło się. Wspominał D., że jeśli nie będzie miał gdzie nocować, chciałby wrócić do niej na nocleg. D. jak to D.  nie określiła się wyraźnie wobec niego, czego się domyśliłam po jej "mętnej" reakcji. Powiedziałam Mateuszowi: "Dam ci ją do telefonu, bo widzę, że jakaś zdezorientowana". D. przejęła telefon i zaczęła coś marudzić, że drugi pokój ma zagracony rowerkiem stacjonarnym i czymś tam jeszcze... Tak jakby ten, za przeproszeniem, fagas, całkiem niezłej postury, nie mógł jej pomóc w przeniesieniu przedmiotów, by swobodnie rozścielić łóżko dla gościa.

Nie dyskutowałam, bo nie wypadało. Oświadczyłam Mateuszowi, że nie ma sprawy, może spać u mnie.

Gwoli wyjaśnienia, rodzinny dom Mateusza znajduje się w sporej odległości od naszego miasta, na wsi, a lokatorzy zajęli jak nigdy wszystkie kilka mieszkań. Rano Mateusz musiał być na miejscu, więc późna jazda do rodziców byłaby sporym kłopotem.

Przenocowałam kolegę, pogawędziliśmy jeszcze przed spaniem. Ulokowałam go w moim "salonie", a sama zajęłam okropnie zabałaganiony pokój syna. Daliśmy radę, jak mawia młodzież. Żartowałam: ciekawe, co na to moi sąsiedzi, że nocował u mnie mężczyzna :)

A D.? Też mi koleżanka! Marzyło jej się sam na sam z ledwo co poznanym fagasem i tyle. Nieważna przyjaźń i lata znajomości. Odwagi, by otwarcie odmówić, zabrakło. Poczułam... pogardę? Może za mocne określenie, ale - trochę tak.

Ani ja, ani Mateusz nie mówiliśmy za wiele o tej sytuacji, ale mam wrażenie, że nasze odczucia są podobne.

Dziś D. prezentuje na Facebooku zdjęcie, jak przytulają się z fagasem (tak, wiem, że jestem złośliwa, a "fagas" Bogu ducha winny) nad jakimś jedzeniem w restauracji. Powstrzymałam się nie bez wysiłku od komentarza: "Nowy pan, nowy kram!"

piątek, 6 marca 2026

(P)o D.

Pisałam kiedyś o swoich silnych dość rozterkach dotyczących D.
W końcu czas pokazał. Znajomość spokojnie dogorywa. Bez kłótni i dramatów, lecz ewidentnie kontakt się rozluźnia.

Nie jest łatwo krótko, zwięźle i bez pewnego okrucieństwa pisać, co przeszkadza mi u D. więc już to pominę.

Bardzo mi się poprzez zestawienie tej znajomości z innymi pokazuje, jak warto nie zdawać się na przypadek w dobieraniu sobie towarzystwa. Dobrze jest wybierać ludzi świadomie, szukać tego, co łączy, ale nie za szybko wchodzić w swoje światy. Mnie jednak potrzebna jest odrobina dystansu, stopniowanie zażyłości, częstości i intensywności kontaktów. Z czasem samo się pokazuje, z kim mi bardziej, a z kim mniej po drodze. Z D. było jakoś tak za szybko, od razu za blisko. Nie żałuję, bo mamy teraz wiele miłych wspomnień, ale wcześniej, nawiązując przyjaźnie po swojemu, nie przeżywałam rozczarowań, jakie spotkało mnie z D. Z natury należę do osób powoli wchodzących w relacje i po tym odstępstwie stwierdzam, że "ustawienia fabryczne" mają głęboki sens.

Ale może jednak to doświadczenie było mi potrzebne? Poszerzyło horyzonty, perspektywę, dostarczyło lekcji i wiedzy o ludziach? I jednak dodało pewności siebie, pozwalając przekroczyć dawne przyzwyczajenia.

Dziś, dzięki temu, czego nauczyła mnie D. śmielej wychodzę do ludzi. To cenne.

Newsy mniejsze i większe

Dzień miałam dzisiaj bardzo udany, chociaż oczywiście niewyczerpywanie się skupieniem w pracy wymaga całej strategii: jak najmniej rozpraszania się bzdurami, jednocześnie dbanie o krótkie przerwy na oddech, jakieś porozciąganie się w toalecie, zrobienie sobie kawy lub herbaty. Wszelako dziś się udało i wyszłam z biblioteki jeszcze z niezłym zapasem energii.

Podjęłam żeńską ( 😀 ) decyzję, by udać się do pobliskiego szpitala psychiatrycznego i zapisać się na wizytę u specjalisty. Zrobiłam to, bo dosyć już dręczenia się rozterkami i poczuciem winy. Jestem w potrzebie i zasługuje na wsparcie!

Kolejny milowy krok to wizyta w pracowni protetyki słuchowej. Mam już pieniądze na nowy sprzęt! Na Zrzutce wprawdzie uzbierałam tylko połowę potrzebnej na nowe aparaty sumy, ale co nieco dostało mi się poza zrzutką od dobrych znajomych i krewnych. Mamy siostra, na przykład przelała tysiąc złotych na moje prywatne konto, od wielu osób pieniądze otrzymałam bezpośrednio. Piesek Riko też nie za darmo był moim podopiecznym przez prawie trzy miesiące.
Stwierdziłam wreszcie, że już mnie stać na "lepsze zabawki", które na razie zdecydowałyśmy się z panią z pracowni wstępnie jeszcze raz przetestować.
Ach! Czuję sprawczość i moc!

Mniej nieco będą kosztować te słuchowe protezy, niż się spodziewałam, toteż postanowiłam za resztę kupić sobie "uczciwy" odkurzacz. Taki z porządnym ssaniem i niewyłączający się po dwudziestu minutach używania jak ten, na który nabrałam się kiedyś w Biedronce i teraz tylko zajmuje miejsce w kącie, bo już szczotka na kiju lepiej się spisuje i przynajmniej nie strajkuje w połowie pracy. A tego starego grata komuś po prostu oddam.

Skoro mowa o pieniądzach - wojuję z sąsiadem. Kilka już miesięcy temu pomógł mi naprawić awarię pieca i centralnego ogrzewania, ale skubany dobrze wiedział, co robi i w co inwestuje. Zapłaciłam mu, aczkolwiek skromnie za fatygę, ale to mu nie wystarczyło. Sąsiadunio migiem wykorzystał moją wdzięczność, przymilił się, uśmiechnął (a umie!) i wydębił ode mnie pokaźną pożyczkę. Pomna wcześniejszych niemiłych doświadczeń, doskonale wiedziałam, czym ryzykuję, ale świadomie podjęłam ryzyko. A nuż mnie tym razem zaskoczy? Bo oczywiście były obiecanki w stylu: "Sąsiadka! Do końca tygodnia / do przyszłego piątku, w przyszłym miesiącu już na pewno!". Najnowsza wersja głosi, że do piętnastego marca. Kiedy wyraziłam złość - przytulił mnie, rzucił jakiś żarcik. Szczerze mnie już irytuje ta sytuacja. Bez ogródek - to czysta bezczelność! Facet jest kawalerem, mieszka u matki, pracuje - i notorycznie pożycza, zdaje się, że nie tylko ode mnie.
Obiecałam mu, że go nie zdradzę przed matką, by jej nie denerwować, korci mnie jednak, by to zrobić i aby nie czuł się bezkarny. Aczkolwiek jestem zdania, że to sprawa między nami i wciąganie w to rodzica jest dziecinadą. Ale skoro on sam zachowuje się jak dzieciuch...

Cóż jeszcze z newsów? Koleżanka, którą kilka lat temu poznałam na rajdzie rowerowym, skrzyknęła przez Facebook grupkę chętnych na wspólne uprawianie sportu i turystyki. Byłam już na pierwszej koleżeńskiej przechadzce z kijkami, a jutro kroi nam się wyprawa za miasto na leśne ścieżki. Jeszcze nie znam szczegółów, ale już sobie układam plan działania, by mieć czas na tę niewątpliwą przyjemność i by nie ucierpiało na tym domowe gospodarstwo.

Tymczasem jednak odpoczywam, bo i to jest teraz ważnym punktem w moim życiu. Za chwilkę skok na jakieś spożywcze zakupy i wstępne przygotowanie jutrzejszego obiadu.

A potem poczytam. Przytargałam z biblioteki "Odpowiedź Hiobowi" Carla Gustava Junga. Rzecz to poważna i nie obiecuję sobie, że zgłębię od deski do deski. Raczej poczynię wstępne rozpoznanie treści. A potem zadecyduję: Jung czy Osho, którego "Miłość, wolność, samotność" zaczęłam w mijającym tygodniu.

O tym ostatnim jeszcze pewnie napiszę, bo jest fascynujący, a zarazem budzący mieszane uczucia.

Ach! Jeszcze byłabym zapomniała: w bibliotece odwiedziła mnie dzisiaj kobieta poznana w Klubie Pacjenta, do którego uczęszczam. Co za miła niespodzianka! Jak to fajnie spotkać... drugiego człowieka. O spotkaniach chyba też niebawem popełnię post, bo zaiste są spotkania i spotkania, ludzie i ludziska.

czwartek, 5 marca 2026

Veto!

Coś się robi, coś się realizuje. Było się na rajdzie, poszło się z koleżanką na spacer z kijkami w ramach powołanej przez nią do życia grupy do wspólnych sportowo - towarzyskich aktywności. Nie zmienia to faktu, że codzienne funkcjonowanie stało się wyczerpujące i trudne. W weekendy, gdy można pozwolić sobie na własne tempo i ma się po prostu więcej czasu - odżywam, ale potem nieubłaganie przychodzi tydzień pracy zawodowej, nieruchomego tkwienia przy biurku i koncentrowania umysłu, który tak chciałby się wyłączyć, oderwać...

Dręczyła mnie bardzo długo myśl, obawa, że to może tylko figle leniwej psychiki, by uciekać od tego, co niezbyt przyjemne. Ale, na Boga, zależy mi na pracy i na szacunku do samej siebie, więc i na przyzwoitym wykonywaniu obowiązków. A więc i na satysfakcji, że buduję ten cały katalog i dzięki mnie te wszystkie opisy dla czytelników. Niewiele mi pomaga ta świadomość, po chwili mobilizacji wraca poczucie wyczerpania i modnie tak ostatnio zwanej mgły mózgowej.

Wróciłam dzisiaj z pracy tak zmęczona, że nie chciało mi się nawet zjeść tego, co przyniosłam ze sklepiku przy pewnej restauracji. Padłam na kanapę jak stałam i dopiero po drzemce odgrzałam krokiety oraz barszcz z kartonika. Umyłam naczynia, bo jednak pilnuję, by nie zbierało się ich w zlewie zbyt wiele i przesmażyłam szybko mięso na jutrzejszy obiad, by nie leżało za długo surowe w lodówce. Resztę obiadu dorobię jutro, bo mam plan i pomysł na szybkie danie.

Ale wróć, Marto, do rozpoczętej myśli: dręczyłam się, że może tylko moja podświadomość próbuje odciągnąć mnie od niezbyt przyjemnych obowiązków i zwyczajnie ogarnia mnie lenistwo. Może wystarczyłoby się wziąć w garść, zdyscyplinować się?
Dziś przyszłam do pracy już od rana nieszczęśliwa i znużona. Przy biurku zastosowałam genialne sposoby niejakiej Sylwii Kocoń, udzielającej się w internecie terapeutki na regulację układu nerwowego. Techniki oddechowe, stymulacja nerwu błędnego pomogły wspaniale... ale nie na długo. Cała dniówka to była walka o skupienie.

Potem jeszcze przeczytałam swój wypis ze szpitala psychiatrycznego (przyniosłam do wglądu dla tej pracującej w ZUS znajomej koleżanki), a tam wyczytałam coś o "kontynuowaniu wsparcia".

I to mnie olśniło! Moje leczenie to nie rozdział zamknięty. Ma być podtrzymywane!

Koniec dylematów i snucia wątpliwości: dzwonię jutro do rejestracji psychiatrycznej i niech się dzieje, co chce. Moje życie teraz to jakaś tragiczna wegetacja. Nie wyrażam zgody na wegetowanie!

sobota, 21 lutego 2026

Kuśtyczka vel niedoszła zakonnica

Równiutko tydzień temu skręciłam staw skokowy na jakiejś nierówności terenu. Ból był silny, lecz krótkotrwały, chociaż przez wszystkie te dni dało się odczuć, że noga nie jest w normalnym stanie.
Dziś szłam pospiesznym krokiem na przystanek autobusów miejskich i w drodze - trrrrach! Ta sama noga znowu powinęła się na jakimś wyboju. Aż zawyłam z bólu. Po chwili przeszło nieco, ale stwierdziłam, że lepiej "pokazać się" lekarzowi.

Tym oto sposobem trafiłam na SOR, co zajęło mi jakieś dwie, może trzy godziny. Staw prześwietlono, przepisano ortezę i środki przeciwzakrzepowe, które osobiście mam sobie wstrzykiwać w brzuch lub kogoś o to poprosić. Może przełamię opory i spróbuję sama, bo to podobno żadna filozofia. Na zwolnienie z pracy się nie zdecydowałam, bo dość już się nachorowałam w minionym roku. Nie jestem aż tak chora, by nie dotrzeć samodzielnie do swojej biblioteki bez ortezy i dopiero na miejscu ją włożyć. Do pracy mam dziesięć minut piechotą.

A miałyśmy dzisiaj z koleżanką zwiedzać miejscowy klasztor Niepokalanek. Przewodnicy turystyczni zorganizowali oprowadzanie po obiekcie z okazji swojego dorocznego święta.

Zabytki i interesujące obiekty naszego miasta w większości zwiedziłam po kilka razy, ale ten klasztor pozostawał mi nie znany. Usytuowany jest w takim miejscu, że zawsze sprawiał wrażenie bardzo odizolowanego i jakoś nigdy nie śmiałam wejść na jego teren. Mieszkam też od niego dosyć daleko.
Pewien mój znajomy, gdy się dowiedział o moich dzisiejszych planach, napisał mi: "Tylko zakonnicą nie zostań", więc raczyłam mu donieść, że siły nieczyste czuwały, by do tego nie doszło.

wtorek, 17 lutego 2026

Dojrzewam

Żyję, żyję. Ino nie mam siły pisać.

Działo się sporo miłych rzeczy: kilkudniowy pobyt siostry z Włoch, wspólny czas, łyżwy, Netflix, buszowanie w szmateksach. Siostra nabyła świetne sztruksowe spodnie i żakiet, oddałam jej też sztuczne futerko, w którym nie chodzę, bo za krótkie jak na moje upodobania. Była też w ostatnią sobotę wycieczka po okolicznych górkach organizowana przez PTTK. Bałam się, czy podołam z osłabioną po operacji kondycją, ale jak długo można się bać? Postanowiłam spróbować i poradziłam sobie. Chociaż na szlaku bardzo boleśnie skręciłam nogę ; na szczęście na drugi dzień ból prawie zupełnie ustał i chodzę już niemal normalnie.

Jednak powrót do pracy po tygodniowym urlopie jest bardzo trudny. Męczy mnie, a gdy panuje "biomet niekorzystny" wręcz wykańcza, konieczność pilnowania dokładności opisów, uważanie na błędy, koncentrowanie się na tym, co robię. Dziś rozpaczliwie próbowałam utrzymać uwagę, ale po "siedem razy" czytałam bezmyślnie jedno i to samo zdanie. Znacie to uczucie, że przeczytało się stronę książki i nie ma się pojęcia, o czym?

Koszmar! Wczoraj po powrocie do domu przespałam całe popołudnie. Dziś też poleżałam, lecz nieco mi raźniej pod wieczór. Nie mam jednak ochoty na jakieś energiczne działania. Poczytałam na gpt o łatwych, szybkich, a mimo to zdrowych obiadach i zaplanowałam na jutro makaron z pesto oraz twarogiem. Nie miałam pojęcia, że dwa ostatnie można łączyć. Jestem ciekawa rezultatu.

Mam przeczucie, że jeszcze kilka takich zjazdów i dobrowolnie zgłoszę się do psychiatry, choćbym znowu miała trzy miesiące spędzić na oddziale dziennym. W dokumentacji do renty bardzo się to przyda.

W pracy dzisiaj kilka razy wychodziłam do toalety, aby tam z dala od wzroku innych położyć się na parę sekund na podłodze i zamknąć oczy.

Już mi się nie chce walczyć o "normalność", ale na razie jeszcze odczuwam "syndrom oszusta", który powinien po prostu wziąć się w garść.

Co to zresztą jest normalność? Narastająca niechęć do aktywności i zmęczenie?

Dojrzewam...

piątek, 30 stycznia 2026

Zmęczenie

Znowu ciężki dzień. Nie wiem, na ile normalne jest moje samopoczucie. Zmęcznie w końcu ludzka rzecz. Ale żeby tak co dzień albo co drugi? Czy to nie jest podświadome szukanie sobie wymówek od trudów życia?

Do trzynastej, mniej więcej, pracowało mi się dobrze. Potem koncentracja zaczęła mi spadać na łeb, na szyję i musiałam wkładać dużo wysiłku w jej jakie takie utrzymanie. Wyszłam z roboty skonana i teraz niewiele mam chęci na cokolwiek poza solidną drzemką. Zaraz chyba sobie pofolguję.

Wziąć się za tę rentę?

czwartek, 29 stycznia 2026

Renta?

Ciężka atmosfera zapanowała wczoraj w pracy.

Nie bez wątpliwości, ale wstąpiłam kilkanaście (chyba już) lat temu w szeregi związków zawodowych. Było jak było, jako szeregowy członek niewiele mam do powiedzenia.

Jednak jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana.
Od roku mamy w pracy nową dyrektorkę... Dyrektorka z niej nowa, ale pracownik już wieloletni. Dała się przez te wszystkie lata poznać jako niezły "podskakiewicz", osoba przemądrzała i pełna roszczeń, myśląca przede wszystkim o własnych ambicjach i korzyściach. Intelektualnie średnia, ale pewna siebie i przebojowa.

O paradoksie, związek zawodowy w naszej pracy ma w swoich szeregach pracodawcę, a ideą związków była przecież ochrona przed zakusami pracodawców.
Pojawiły się pierwsze sygnały, że dyrekcja będzie próbowała urobić sobie związkowców. Już podobno odbyła pierwsze rozmowy z koleżankami, kogo widziałaby w zarządzie, bo właśnie nastała pora nowych wyborów. Poza jej plecami odbyłyśmy między sobą rozmowę, w której dwie z koleżanek kategorycznie odmówiły kandydowania do zarządu. Jedna zbyt blisko współpracuje z dyrekcją i nie chciałaby być między młotem a kowadłem, a druga nie czuje się na siłach jako młody jeszcze pracownik. Ponieważ nasz związek liczy garstkę członków, pozostała właściwie tylko jedna kandydatka i tę też wskazałyśmy. Porozumiałyśmy się, że trzeba mieć się przed dyrekcją na baczności, nie dać sobie wmawiać niestworzonych rzeczy i trzymać wspólny front oraz - nomen omen - solidarność.

To jeszcze nie koniec. Dziewczyny przekonywały mnie wczoraj, że powinnam podjąć starania o rentę inwalidzką i nawet podpowiedziały pierwsze kroki. Zażartowałam, żę chyba mnie nie lubią i chcą "wykopać" z pracy, na co one gorąco zaprotestowały.
Cóż... może i prawda, że to z życzliwości. A jednak budzi się we mnie podejrzliwość. Czy to nie jest próba pozbycia się mnie w kulturalny sposób? A może dają mi do zrozumienia, że powinnam zabezpieczyć swoją przyszłość, bo licho nie śpi?

Nie wiem, nie wiem! Mam jednak poczucie, że to jakiś sygnał od życia, ponieważ od jakiegoś czasu kwestię renty rozważam intensywnie. Nie mam tylko odwagi, by zacząć działać w tej sprawie. A może już najwyższy czas?

wtorek, 27 stycznia 2026

W dobrym humorze

No, więc, drogi pamiętniczku...
Zdania od "Więc", "A więc", "No więc" podobno się nie zaczyna, ale pozwolę sobie mieć to w nosie.
No, więc, a zatem, Drogi mój Pamiętniczku, mam dzisiaj humor znakomity! Bez ważnych... No, dobra, powody zapewne są ważne, ale zdecydowanie skromne - nic spektakularnego. I dobrze mi z tym!

Te wszystkie moje wglądy, odkrycia i wdrażanie "samopomocy" psychicznej, organizacyjnej i jak to jeszcze nazwać - działają! Magia małych kroków działa, magia "tylko piętnastu minut" okazuje się skuteczna. Moja psychika zamrożona terrorem cudzym oraz własnym pomału uwalnia swoje lody. Zaczynam odzyskiwać energię, choć na razie jest to energia niewielka. Pomna ostrzeżeń nie stawiam sobie wymagań na wyrost.

Jakoś szybciej, bardziej efektywnie wychodzę z "trybu przetrwania", rozbrajam moje notoryczne zmęczenie. Zaczynam odczuwać, że wreszcie rozpoczynam działania z innego miejsca niż dotychczas. Dotychczas był bat nad głową i niechęć.

Wierzcie lub nie wierzcie - oprócz moich "rozwojowych", "przebudzeniowych" lektur, gotowe rozwiązania i techniki podsunął mi GPT i jego "kuzyn" - Gemini. Zadawałam im pytania, jak sobie radzić, jak zmieniać swój stan i uzdrawiać, a w zamian dostawałam bardzo rzeczowe odpowiedzi. Takie, jakich potrzebowałam - łopatologia, kawa na ławę, instrukcja krok po kroku. Wypróbowałam i chwalę sobie na przykład poradę: "Zacznij od czegoś absurdalnie małego", "Wyznacz sobie piętnaście minut i jeśli nie pojawi się energia, po kwadransie odpuść", "Zdecyduj, jaką JEDNĄ rzecz chcesz dzisiaj zrobić".

Wiecie, może stwierdzicie, że jestem stuknięta, ale dla mnie to jak objawienie. Widzę, jak kroczek po kroczku porządkują mi się drobne, codzienne sprawy. Wiele jeszcze zaległości przede mną, ale widzę, że ich konsekwentnie ubywa, a ja nie płacę za to zdenerwowaniem, złością i wyczerpaniem.

Dziś mam załatwione dwie ważne sprawy. Na głowie zatem tylko obiad, i to niekoniecznie (to zależy, ile syn zje dzisiaj, bo może zostanie na jutro, mam też zamrożoną część tej zupy z mnóstwem śmietany). I tak mi lekko, fajnie, dobrze.

Po pracy wstąpiłam do fryzjera i oddałam się w ręce nowej pracownicy - jak się okazało, Ukrainki. Jak zwykle, nie umiałam zdecydowanie określić, czego chcę "względem włosów", z grubsza nakreśliłam swoje problemy z wysokim czołem o ogólne oczekiwania co do fryzury. Z przerażeniem obserwowałam poczynania fryzjerki, ale koniec końców, nowa fryzura jest świetna. Tyle tylko, że ja nie mam włosów jak na tych wszystkich pięknych fryzjerskich fotoreklamach. Chyba mi się puszą włosy - nigdy nie wiedziałam, co to znaczy, aż dziś przyszło mi do głowy skojarzenie z puchem pisklęcia. Takie jakieś te moje kłaczki lekkie, delikatne, byle wiaterek je burzy. Choroba zmieniła ich strukturę, zrobiły się tak przesuszone, że tygodniami mogłabym się obywać bez mycia głowy. Aplikuję im od czasu do czasu jakieś domowe kuracje, ale trudno mi o systematyczność. Te wszystkie upiększające zabiegi to dla mnie dodatkowe zadanie, a nie żaden relaks, jak dla wielu kobiet.

A propos domowych zabiegów, spotkała mnie pouczająca i trochę śmieszna przygoda. Wysmarowałam jakiś czas temu facjatę olejem lnianym. W efekcie cera wygładziła się jak przysłowiowa pupka niemowlecia ; byłam zachwycona. Powtórzyłam zabieg w pewien mroźny poranek - i to był błąd ; nie róbcie tego! Już w drodze do pracy czułam, jak piecze mnie twarz. W pracy koleżanka przestraszyła się na mój widok. Byłam czerwona jak rak po ugotowaniu!
Okazało się, po wnikliwej lekturze w internecie, że olej lniany rozszerza naczynia krwionośne i zawiera sporo wody, mimo że to tłuszcz. W czasie mrozu nie należy go stosować. Dobrze, że moja droga do pracy nie jest daleka, bo dłuższa ekspozycja mogłaby się naprawdę fatalnie skończyć.

Ale dziś wieczorkiem nie omieszkam.... :)

piątek, 23 stycznia 2026

Ot, jeden dzień z wielu

Raz lepiej, raz gorzej. Raz energia, raz totalna niemoc. Przed chwilą odpisałam na komentarz Gabrysi Kotas, że poznanie siebie pomaga mi stworzyć instrukcję obsługi samej siebie, dlatego tak uparcie grzebię w sobie i swoich nastrojach.

W ciągu dobiegającego końca tygodnia zaliczyłam dwa spore spadki energii i za chwilę radość z jej odzyskania. Niewiele pośrodku. Pocieszam się, że lepsza ta huśtawka niż jakaś przewlekła depresja.

Wczoraj po pracy podeszłam do Mateusza, bo mu się pracownica rozchorowała i nie było komu jej zastąpić. Okropnie byłam z tego niezadowolona, ale nie chciałam odmawiać pomocy. Tego się przyjaciołom nie robi (bez naprawdę ważnych powodów i według mojego osobistego kodeksu). Zmarzłam bardzo w nieogrzewanym pomieszczeniu. Do domu wróciłam zniechęcona, spowolniona, zmęczona. Machnęłam ręką na bałagan i zapakowałam się do łóżka.

Dziś byłam nieźle zregenerowana, pracowało mi się nieźle, a i roboty było ciut mniej. Z kierowniczką trwa proces odnajdowania porozumienia i docierania się. To w gruncie rzeczy dobra dziewczyna, tyle, że i ona ma swoje wrażliwości. Nawzajem się siebie uczymy. Doceniam jej chęć porozumienia.

Podobno idą śnieżyce, a towarzyszyć mają odwilży. A ja jestem niemal pewna: chodzący ze mnie barometr - wiadomo, od czego moje "zniżki"!

Ponieważ nie zrobiłam wczoraj obiadu, poprosiłam syna o przyrządzenie zupy z zakupionej mrożonki. Syn wywiązał się z zadania bardzo dobrze ; nie wiedział tylko biedak, ile dodać śmietany, więc wlał cały większy pojemnik. Zupa wyszła jednak bardzo smaczna i treściwa. Młodemu gotowanie nie jest obce, ale z zupą miał do czynienia pierwszy raz w życiu. Pochwaliłam za udany debiut a ze śmietany pośmialiśmy się wspólnie.

Mimo że czuję się lepiej niż wczoraj, chęcią ruchu nie pałam, Bałagan kwitnie od wczoraj, a ja zdecydowałam, że pokwitnie sobie do jutra. Udaję, że nie widzę :) Zasnę chyba dzisiaj wcześnie, a przed snem spróbuję coś poczytać.