środa, 17 czerwca 2026

Energia i nadzieja.

Nareszcie energia na jakimś normalnym poziomie. Nie drzemałam dzisiaj po południu, ogarnęłam mieszkanie, poodkurzałam, wyniosłam parę sezonowych szpargałów do garażu. Jaki to inny stan od tego, gdy musiałam do wszystkiego się zmuszać i wymyślałam sobie od śmierdzących leni. Nie byłam leniwa, lecz bardzo zmęczona.

W grupie terapeutycznej poprosiłam dzisiaj o głos i przeczytałam swój zapisek z niedzieli: "Trudne nastroje". Otrzymałam wiele wsparcia, a także refleksji. Niektóre trudno było mi przyjąć, ale niepozbawione były racji. Problem z niedosłuchem, udziałem w rozmowach wydaje mi się taki niecodzienny, taki mało powtarzalny, a przecież na oddziale każdy dźwiga coś, co jest tylko jego. Każdy z nas jest inny, a jednak podobny w tej swojej niepowtarzalności
Jestem teraz jednocześnie na właściwym, pożądanym poziomie energii, a jednocześnie po tych zwierzeniach jakby wyczerpana. Nie jest to to złe wyczerpanie. To tak jakby spadł ze mnie wielki ciężar, ale jeszcze się go czuje w pamięci, jeszcze plecy obolałe.

Pojawia mi się myśl: a może ze wsparciem farmakologicznym dam radę wrócić do pracy i pracować w lepszej kondycji niż przed pobytem na oddziale? A nuż... Można przecież leczyć się psychiatrycznie tak jak leczę inne choroby.

niedziela, 14 czerwca 2026

Zgorszenie i obraza boska!

 Spędzam dzień w sposób  budzący zgorszenie. I dobrze mi z tym!

Chyba zaczyna działać lek, bo choć do szczęścia jeszcze mi sporo brakuje, złapałam się na zadowoleniu i uśmiechu. Dzień, mimo iż cały w negliżu i z przerwami w pościeli, upłynął mi dość produktywnie i satysfakcjonująco.
Po bardzo długiej przerwie wróciłam do kursu korekty. Żmudna to jest robota, ale jakoś może wreszcie się uda go dokończyć. Posłuchałam interesujących podkastów, poczytałam coś w internecie, a przed chwilą ucieszyło mnie ogromnie zaproszenie od koleżanki ze studium bibliotekarskiego na Facebooku. Kilkanaście lat temu straciłam z nią kontakt, gdy przepadły mi numery telefonów. Pomyślałam sobie, że natura naprawdę nie lubi próżni i jeśli tracę jednych ludzi, pojawiają się inni.

Kolega Z. obudził we mnie uśpioną tęsknotę za ciepłem. Niekoniecznie z nim. Co do niego nie robię sobie nadziei, choć jest dla mnie ważny. Oboje mamy swoje ograniczenia i jego nie są wcale mniejsze od moich. Nie na wszystko mam wpływ.

Ale czy ktoś zechce taką "ślepą, głuchą i schorowaną" - jak mnie kiedyś określił pewien niemiły znajomy?

Tak czy owak, cieszę się dziś lepszym nastrojem i tym, co dobre.

Trudne nastroje

Ewidentnie złapałam jakiś stan depresyjny. Zresztą wdrożono mi lek psychotropowy na oddziale. Biorę go już ponad tydzień i na razie trudno mi powiedzieć, czy działa. Aczkolwiek mam wrażenie, że jednak jestem ciut spokojniejsza w ten popiątek (bardzo mi się słowo "popiątek" podoba, chociaż czuję pewną sztuczność, gdy się nim posługuję ; to z pewnością kwestia przyzwyczajenia). Boję się, że gwałtowne emocje wrócą jutro wśród ludzi.
Bardzo chcę zwierzyć się z tych moich wewnętrznych boleści w grupie, wyrzucić z siebie balast, dać sobie przestrzeń na bycie zrozumianą i dostrzeżoną. Boję się jednak zabierać ten czas innym i wyjść na egocentryczny "pępek świata".

Ostatnio się odezwałam. Dostałam rady oraz informacje, że strasznie się wyniszczam przez emocjonowanie się.
Doskonale znam wszystkie racjonalne argumenty. Jestem osobą rozsądną i nie całkiem głupią. To nie unieważnia tego, że czuję tak, jak czuję, że zmagam się ze smutkiem i żałobą po stracie słuchu.

Wsparcia chciałabym w czym innym: odezwało się we mnie znane mi skądinąd poczucie bycia gorszą, nieudaną, skazaną na "drugi sort" i karaną za to, że próbuję jednak żyć i czerpać z życia dla siebie.

To czego doświadczam teraz, to największy koszmar z dotychczasowych, a przecież wiele już w życiu udźwignęłam.

Dźwigam, daję radę, podnoszę się po upadkach i jestem z tego dumna. Ale jak długo jeszcze i co jeszcze mnie spotka? Po ostatniej operacji straciłam poczucie bezpieczeństwa. Wiedziałam to i wcześniej, ale to nie to samo, co poczuć całą sobą: wszystko się może zdarzyć, nie ma limitu nieszczęść. Mój organizm jest obciążony i wcale nie jest powiedziane, że już nic strasznego się nie wydarzy. Mam chorobę mózgu, występują w niej upośledzenia umysłowe... kto wie, czy do końca życia pozostanę sprawna intelektualnie. Moje nastroje i reakcje są tym silniejsze, że doświadczam trudności czysto organicznych. Nie chcę się nimi usprawiedliwiać, ale są faktem.

Pracowałam nad sobą, nauczyłam się radzić sobie z moimi emocjami, ale w trudnych chwilach wymykają się spod kontroli. Całe lata już nie miałam głębszych stanów depresyjnych (dawniej były, choć nigdy nie leczone i w końcu mijały), a teraz po prostu tąpneło.

Będę pomalutku wyłazić z tego wielkiego doła, ale co mi jeszcze szykujesz, mój losie?

sobota, 13 czerwca 2026

Mało budująco

Cóż tu dzisiaj opisywać? Mało budująco i wczoraj, i dziś.

Mateuszowi pracownicy byli wczoraj oraz dzisiaj niedyspozycyjni, mieli swoje sprawy. Jemu zależało na czasie i szybkim posprzątaniu mieszkań, więc stanęło na tym, że obiecaliśmy posprzątać wspólnie z moim synem. Pięć godzin zajęło porządkowanie dwóch mieszkań, ganianie w tę i z powrotem z drugiego piętra na podwórze do garażu po różne rzeczy. Byłam mokra od potu, na prawej nodze zobaczyłam wieczorem krwawe wybroczyny, co jest jedną z "atrakcji" zespołu Sjogrena.

Dzisiaj znowu były dwa mieszkania do posprzątania, pościel do zmiany i wyprania. Praca sprzątaczki czy pokojowej to zajęcie zasługujące na prawdziwy szacunek! Mnie niestety, za wiele tym razem kosztowała i jestem rozdarta między sympatią do Mateusza, chęcią wsparcia go w imię przyjaźni, a potrzebą zadbania o siebie i całkowitej rezygnacji z tego zajęcia. Zwłaszcza że nie tylko fizycznie, ale i psychicznie mocno teraz niedomagam.

Niedosłuch wciąż aktualny. Wczoraj na oddziale na przemian płakałam i wściekałam się. Czuję się wykluczona społecznie. To ogromnie boli. Poruszyłam ten temat na grupie terapeutycznej, ale cóż oni, inni pacjenci mi mogli powiedzieć? To, co sama doskonale wiem: że emocje mnie wyczerpują, a nie rozwiązują moich problemów. Na Boga, przecież sama o tym wiem!

Postanowiłam na najbliższej grupowej terapii otworzyć się i poprosić o głos. I porządnie się wygadać ze wszystkiego, co mnie boli, a to nie tyko najświeższe sprawy.

czwartek, 11 czerwca 2026

Meldunek po południu

Huśtawka. No, prostu emocjonalny rollercoaster, o którym niedawno pisałam.
Wczoraj płakałam, dzisiaj rano też. Bardzo mi trudno z tą moją komunikacyjną barierą. Dzisiaj znowu na społeczności natarli mi uszu i słusznie. Dobrze, że dopingują, bo bywam mocno zniechęcona. Zapisałam się wczoraj do lekarki pierwszego kontaktu w sprawie skierowania do laryngologa i neurologa. Trzeba ruszać te cztery litery. Zatelefonowałam do Polskiego Związku Głuchych, licząc na jakieś wsparcie i wskazówki. Niestety, okazuje się, że w naszym mieście działa tylko świetlica dla osób migających. Ja o miganiu nie mam pojęcia. Jednak pani przy telefonie podpowiedziała mi kilka sensownych kroków. Obiecuję sobie, że je wdrożę.

Na oddziale poczyniłam dziś kolejne podejście do Rogera, mikrofonu przesyłającego głosy rozmówców do aparatu słuchowego. Do tej pory jakoś nie umiałam się nim posługiwać, a dziś okazało się, że on najlepiej "zbiera" głosy, gdy leży w pewnej odległości. Och, co za ulga! Wyszłam dzisiaj z oddziału w znacznie poprawionym nastroju. Nawet mój kolega Z. jakoś chętnie podjął ze mną konwersację. Rozumiem, że jego też mocno blokowały przeszkody w rozmowie. On ma problemy z wyraźnym mówieniem i nie ukrywał przede mną, że stresuje go mówienie do mnie. Ech!
Ale i tak mu kiedyś wytknę mimochodem, to przeniesienie się od innego stolika bez słowa wyjaśnienia.

Biorę się za chwilę za obiad. Syn po długich łajaniach wziął się wreszcie za mycie naczyń i wspaniałomyślnie oznajmia, że mogę już gotować. Pobędziemy sobie razem w kuchni i pogawędzimy. Każda sposobność do interakcji z młodym gniewnym jest na wagę złota! :)

środa, 10 czerwca 2026

Żal i ból

Bardzo zły dzień i wczoraj, i dzisiaj. Zmęczenie okropne. Złość, żal, frustracja.Może to infantylne, ale zabolało bardzo, że kolega, ten z którym tak dobrze się dogadywałam rok temu, który dał mi odczuć, że jestem lubiana, przesiadł się od nas (mnie i koleżanki) do innego stolika, przy którym zwolniło się miejsce. Podobno to jego ulubione stanowisko, ale uważam, że należało mi się jakieś słówko wyjaśnienia, koleżance zresztą też. Odebrałam to bardzo przykro, bo wiem, jak trudnym jestem teraz rozmówcą.

Zalały mnie emocje. Czuję żal i zniechęcenie. Na porannej społeczności wypomniano mi, że narzekam, a nie działam, by poprawić jakość swojego życia. Zgadzam się z tym, ale brakuje mi w tym wszystkim jakiegoś ciepłego słowa. Poczułam się winna. A co do działania, oczywiście pełna zgoda, ale czuję się tak bardzo zniechęcona i bez sił.

Czuję się poza marginesem życia.. Chwilami czuję, że moje życie się skończyło. Przeraża mnie wizja długotrwałej, mozolnej walki o lepszy los. Przecież ja jestem wykończona!!!

niedziela, 7 czerwca 2026

Onufry* (nie Zagłoba!)

Dobiega końca zupełnie udany popiątek.

Wczoraj do popołudnia sprzątałam u Mateusza, bo jego "robotnicy" byli niedyspozycyjni. Żartowałam, że zapłacił mi w naturze, bo w lodówce znalazłam dwa koszyczki truskawek i gdy zapytałam, co z nimi zrobić, odpisał: "Weź je sobie". Dzięki temu na obiad miałam dziś owocową rozpustę z makaronem :)
Druga połowa upłynęła mi w domu na jakichś banalnych czynnościach i płytkiej drzemce w międzyczasie. Z tej drzemki wyrwał mnie telefon od byłego męża koleżanki D. Były D. pytał, czy może mnie odwiedzić, bo jest w naszym mieście. Zgodziłam się.

Były - dajmy na to, Onufry zaimponował mi poniekąd. Nigdy nie stronił od alkoholu, a piwa stanowczo nadużywał. Nie był typowym uzależnionym, ale chętnie korzystał z różnych okazji i był to stały element jego życia towarzyskiego. Po rozstaniu z D. zagłuszał ból i "pił wódkę jak dzieci mleko" (rozbawił mnie tym powiedzonkiem). Trwało to do momentu, gdy w maju rok temu wybudził się w środku nocy, rozpłakał się i od tamtej pory nie tknął ani kropli żadnego trunku. Byłam świadkiem, jak odmawiał poczęstunku na wycieczce organizowanej przez PTTK, gdzie się spotkaliśmy w same walentynki.

Wygląda na to, że Onufry otrząsnął się po tej uczuciowej porażce i rozpoczął swoje życie od nowa. Z optymizmem opowiadał mi o regularnych wyjazdach na rajdy, o ludziach, których poznał, o mozolnym odbudowywaniu relacji z własnymi dziećmi, bo i tu miał kiedyś zawirowania. Mówił, że życie bez picia smakuje zupełnie inaczej, nieporównywalnie lepiej. Mam wrażenie, że to taki zapał neofity, pierwsza euforia po odzyskaniu siebie, ale wiem, jak budujące przeżywa się wtedy emocje (budowałam życie od nowa po rozstaniu i otarciu łez). Życzę mu dobrze. Chociaż zachował się swego czasu bardzo niestosownie wobec mnie, zrehabilitował się później i teraz mamy relację opartą na koleżeństwie i wzajemnym poszanowaniu.

*Jasne, że kolega ma na imię inaczej, ale dla "ochrony danych" pozwoliłam sobie na żart z tym Onufrym.

piątek, 5 czerwca 2026

Kolejne wieści

Doszłam do wniosku, że najwyższy już czas na decyzję: zostać na oddziale czy opuścić go na własne żądanie? Odstawiając na boczny tor wahania i wątpliwości poprosiłam oddziałową kierowniczkę o rozmowę. I co wynikło z rozmowy?
Zostaję, ale w poniedziałek proszę oddziałowego pana doktora o konsultację w sprawie farmakoterapii. Średnio mi się uśmiecha dodawanie kolejnych tabletek do tych, które zażywam od lat, ale jeśli ma to poprawić jakość mojego życia - nie zawaham się. Pani C. powiedziała, że moja wzmożona potrzeba snu może świadczyć o zaburzeniach depresyjnych. Liczę na podniesienie energii i wyciszenie wahań nastroju, bo mam spore.
Tu zaskoczenie: sądziłam - o, naiwna! - że decyzja co do leków należy do lekarza. Tymczasem dowiedziałam się, że na oddziale zakłada się, że pacjenci są pod stałą opieką psychiatry (skoro takowy kieruje na odział), który przepisuje (bądź nie) lekarstwa. Na oddziale pacjenci sami decydują, czy życzą sobie kontynuować farmakoterapię, czy też próbują sobie radzić bez niej. Nigdy bym nie pomyślała... Cokolwiek mnie to złości, że pacjent, który nie drąży, nie docieka, pozostawiony jest sam sobie. Przecież nie zawsze nawet wiadomo, że o coś można zapytać, nad czymś dyskutować.

Mojego niedosłuchu nie przeskoczę, muszę się nauczyć z nim współpracować i nie bać się prosić innych o wsparcie. Postanowiłam jednak, a dziś umocniłam się w tej decyzji, że odwiedzę Polski Związek Głuchych w naszym mieście. "Głuchych" brzmi okropnie, ale jak zwał, tak zwał - byle tylko pomogli. Poproszę o pomoc, wskazówki, jak żyć z aparatami, poznam może ludzi, którzy poradzili sobie z takimi problemami, jakie obecnie są moim udziałem.

No i dupsko trzeba ruszyć w sprawie renty. Boję się, odwlekam, a mam realną szansę ułatwić sobie życie. Dookoła oczywiście defetyzm, straszenie nieżyczliwymi, nawet chamskimi komisjami - ale przecież nie każdy ponosi na tym polu porażkę, więc czemu akurat mnie nie mogłoby się udać? Mam takie schorzenia, że moja "rodzinna" lekarka zrobiła wielkie oczy na widok mojego wypisu z neurochirurgii. Mam leczenie psychiatryczne, mam przewlekłe autoimmunologiczne schorzenie. Mam w cholerę argumentów.
Eeech! Mogłabym pracować na pół etatu i mieć siły na te wszystkie spacery, pisanie wierszy po godzinach, dokończenie kilku planów, na które teraz sił brak. Odżyłabym może.

czwartek, 4 czerwca 2026

Płodna próżnia czyli pochwała ciszy

Jakoś przeciekł dzień przez palce. Połowę przespałam. W międzyczasie zrobiłam pranie, odrobinkę posprzątałam, przetarłam podłogę w łazience, zmyłam naczynia. Czyli dzień nie taki znowu bezproduktywny. Ale nijaki jakiś (czy nijaki może być jakiś? ;) ). Bez energii, bez konkretnego nastroju. Nawet bez specjalnego "doła". Po prostu na niskiej energii. Z nutą żalu, że mogłam go spędzić w bardziej wartościowy i atrakcyjny sposób... Ale czy tylko to, co atrakcyjne jest wartościowe? Czy tylko to, co produktywne i pożyteczne?

Przeczytałam dziś o płodnej próżni. Tak w psychologii określa się ten trudny czas, bez którego podobno nie mogą obejść się życiowe przemiany. Jest to czas bezruchu, niedziałania, pustki nieraz i niewiedzy. Mówi się także: ciemna noc duszy. Mam silne poczucie, że właśnie to dzieje się ze mną. Podobno należy to zaakceptować. Jakie to trudne!

Odkrywam jednak, że zaprzestanie rutynowych, wyuczonych działań zwalnia przestrzeń na rzeczy, które karmią serce i duszę. Dla mnie są to małe zdarzenia, do których w codziennym pędzie nie przywiązuje się wagi. Przypadkowe spotkanie, zadumanie się nad pozornym banałem, poddawanie się nastrojom. Lubię to bardzo, a nawet kocham, pomimo że tak często odsuwałam na margines codzienności. Pora chyba przesunąć środek ciężkości. Może to właśnie jest ważniejsze?

W minionym tygodniu odkryłam na nowo magię samotnych spacerów, randkowania ze sobą i notatnikiem. Właśnie w momentach, gdy nie tłoczą się wokół mnie sprawy i ludzie, wydarzają się spotkania niebanalne, niestandardowe. Ostatnio zaintrygowałam i chyba rozbawiłam kierowcę przejeżdżającej polną drogą taksówki. Kilka lat temu - do dziś to pamiętam jako ozdobę codzienności - nad naszą rzeką spotkałam starszego pana, który odsłonił przede mną kawałek swojego świata.

Tego pana spotkałam, gdy wyciągnięta na trawie wylegiwałam się na brzegu rzeki. Usłyszałam kroki i zerwałam się speszona. Pan uspokoił mnie jakimś miłym słowem i zaczęliśmy rozmawiać.

Miejsce, które wybrałam okazało się jego prywatnym małym azylem, gdzie szukał ukojenia po śmierci żony. Oswoił to miejsce, urządził sobie wygodne siedzisko na brzegu. Pokazywał mi, jak do rozsypanych w wodzie okruszków podpływają stada drobnych rybek. Mikroświat... Wzruszyła mnie ta prosta historia i do dziś ją ciepło wspominam.

Rzadko pozwalałam sobie na takie spotkania i chwile, a są tak dostępne. Były obowiązki, wychowywanie dziecka, jakieś towarzyskie interakcje. Chociaż to zawsze jakoś grało mi w duszy, wiecej uwagi kierowałam na zewnątrz. Pójść z synkiem na miejską imprezę, z mężem na wspólne domowe zakupy, na obiad do teściów, do pracy... Dziś mam więcej czasu dla siebie i na to, co ciche, skromne, a głębokie.

Pewnych ludzi nie spotkam w tłumie, a historii nie wysłucham w zgiełku.

Tylko uwierzyć w to trzeba.

środa, 3 czerwca 2026

Tracę czas?

Przyszedł na oddział mój kolega. Liczyłam, że razem będzie raźniej, serdecznie, a jest - trudno. On nie ukrywał, jeszcze przed hospitalizacją, że stresuje go bariera komunikacyjna między nami. Ja nie słyszę, nie rozumiem ; on mówi niewyraźnie i szybko, zwłaszcza w silniejszych emocjach, a jest człowiekiem wrażliwym. Oboje martwimy się, że jedno drugiemu przysparza trudności. Jest mi z tym cholernie źle.  On wyraźnie jest w gorszej psychicznie kondycji, więc nawet nie za wiele rozmawiamy.

Oddział to jednak przede wszystkim leczenie, a nie życie towarzyskie, chociaż koleżanka dzisiaj nazwała go przedszkolem - jako, że wypoczywamy, poddawani jesteśmy terapii zajęciowej i grupowym aktywnościom. Skoro więc przyszłam tu, by poczuć się lepiej, a to miejsce nie spełnia moich oczekiwań, ostatecznie postanowiłam rozmówić się z personelem co do sensu mojego tutaj pobytu. Może lepsza byłaby jakaś terapia indywidualna, ambulatoryjna? Może jakieś wsparcie farmakologiczne, by wyhamować moją drażliwość, podnieść energię? Jednym słowem, może potrzebne tu inne rozwiązania?
Szkoda tracić czasu na bezproduktywność.