Trochę się boję pisania o znajomych, a mało co mnie tak porusza jak relacje z innymi, wszytkie te ludzkie historie.
Napiszę, a czy opublikuję, to się okaże.
Dał wczoraj znać Mateusz, że będzie w naszym mieście i zaproponował spotkanie u D. Ochoczo przyjęłam tę propozycję, bo ogromnie go lubię. Za chwilę zadzwoniła D. i potwierdziła zaproszenie. Dodała, że będzie jeszcze u niej "przyjaciel". Zaskoczyła mnie ta nowina, ale zażartowałam tylko: "Skąd ty ich bierzesz? Podzieliłabyś się może". D. z zadowoleniem i rozbawieniem w głosie odparła, że na brak powodzenia nigdy nie narzekał.
D. jest jakieś półtora roku po rozwodzie z drugim już mężem. Potem zaliczyła krótki epizod ze starszym o pokolenie facetem, co pomogła jej wybić sobie z głowy nasza wspólna koleżanka. Poznałam tego gościa - mocno ograniczony, nieciekawy typ. Z jego powodu miałyśmy ostrą kłótnię, bo odwiedzili mnie razem, gdy nieprzytomna leżałam w szpitalu i nieproszeni przez nikogo udali się do lekarza na rozmowę w mojej sprawie. Była to jego inicjatywa, bo ona nie z tych, co wychodzą z inicjatywą. Dowiedziałam się o tym już po wyjściu ze szpitala i zwróciłam uwagę na niewłaściwość zachowania.
Ten "dziadek" to całkiem niedawny epizod, a tu już kolejny mężczyzna pojawia się nie wiadomo skąd. Na Jowisza, skąd ona ich bierze?!
Nie mam prawa oceniać cudzego życia i cudzych wyborów. Ten gość wydaje się w porównaniu z poprzednimi całkiem do rzeczy. Oboje jednak z Mateuszem stwierdziliśmy już po wspólnym spotkaniu, że D. za szybko wchodzi w relacje i potem przez to cierpi.
Co mnie bardzo wczoraj uderzyło?
Do Mateusza zadzwonił interesant w sprawie wynajmu mieszkania. Pospiesznie nas opuścił, okazało się jednak, że zostawił u D. swój plecak. D. coś mętnie zaczęła mówić, że miał zamiar przenocować u mnie. Bardzo mnie to zdziwiło, bo o niczym takim nie słyszałam. Ale uznałam, że może rozmawiali o tym wcześniej, zanim do nich spóźniona dotarłam. Ewidentnie jednak była jakaś spłoszona, miała niepewną, znaną mi już minę. Nie wdając się w domysły, zatelefonowałam do Mateusza i wyjaśniło się. Wspominał D., że jeśli nie będzie miał gdzie nocować, chciałby wrócić do niej na nocleg. D. jak to D. nie określiła się wyraźnie wobec niego, czego się domyśliłam po jej "mętnej" reakcji. Powiedziałam Mateuszowi: "Dam ci ją do telefonu, bo widzę, że jakaś zdezorientowana". D. przejęła telefon i zaczęła coś marudzić, że drugi pokój ma zagracony rowerkiem stacjonarnym i czymś tam jeszcze... Tak jakby ten, za przeproszeniem, fagas, całkiem niezłej postury, nie mógł jej pomóc w przeniesieniu przedmiotów, by swobodnie rozścielić łóżko dla gościa.
Nie dyskutowałam, bo nie wypadało. Oświadczyłam Mateuszowi, że nie ma sprawy, może spać u mnie.
Gwoli wyjaśnienia, rodzinny dom Mateusza znajduje się w sporej odległości od naszego miasta, na wsi, a lokatorzy zajęli jak nigdy wszystkie kilka mieszkań. Rano Mateusz musiał być na miejscu, więc późna jazda do rodziców byłaby sporym kłopotem.
Przenocowałam kolegę, pogawędziliśmy jeszcze przed spaniem. Ulokowałam go w moim "salonie", a sama zajęłam okropnie zabałaganiony pokój syna. Daliśmy radę, jak mawia młodzież. Żartowałam: ciekawe, co na to moi sąsiedzi, że nocował u mnie mężczyzna :)
A D.? Też mi koleżanka! Marzyło jej się sam na sam z ledwo co poznanym fagasem i tyle. Nieważna przyjaźń i lata znajomości. Odwagi, by otwarcie odmówić, zabrakło. Poczułam... pogardę? Może za mocne określenie, ale - trochę tak.
Ani ja, ani Mateusz nie mówiliśmy za wiele o tej sytuacji, ale mam wrażenie, że nasze odczucia są podobne.
Dziś D. prezentuje na Facebooku zdjęcie, jak przytulają się z fagasem (tak, wiem, że jestem złośliwa, a "fagas" Bogu ducha winny) nad jakimś jedzeniem w restauracji. Powstrzymałam się nie bez wysiłku od komentarza: "Nowy pan, nowy kram!"