czwartek, 6 sierpnia 2026

Radość

 Ach, jak mi dobrze! To wystarczający powód do szczęścia. Po prostu dobrze się czuć.

W pracy równo i systematycznie, bez irytacji i nadmiernego znużenia, z należytym skupieniem (może tylko ociupinę "zjeżdżającym" po południu). W domu wystarczająco energii na szybkie przygotowanie obiadu, a obiadu dostatecznie dużo jeszcze na jutro. Leczo z cukinią, papryką i mieloną łopatką, a do tego ryż. Syn pomógł pokroić warzywa.

Syn dzielnie się spisał w ostatnich dniach, pomagając w pracach na działce siostry, oczywiście wraz ze mną. Wobec siostrzanych koni jest odważniejszy ode mnie, ufa zapewnieniom swojej cioci, że to zwierzęta łagodne i skłonne raczej do ucieczki niż ataku. Zapewne to racja, mają jednak swoje gabaryty i przez sam ten fakt budzą mój respekt. To już i tak sukces, że jestem w stanie przebywać na wyciągnięcie ręki od nich. Nie zmuszam się do niczego, liczę na powolne oswojenie się z tymi silnymi i dużymi zwierzętami. Fakt, że są zachwycające i wspaniałe w tej swoje sile, proporcjach, grającemu życiu w mięśniach.

Cieszę się, że chłopak przełamuje swój opór przed dokończeniem kursu prawa jazdy. Przerwał go na długo po niezdanym egzaminie z jazdy, zarzekał się, że on o jeździe nie marzy. Uporczywie przekonywałam go, że nie wiadomo, kiedy co się w życiu przyda, a dziś bez prawa jazdy na rynku pracy to niemal jak bez ręki, zwłaszcza w zawodach kojarzonych wciąż jeszcze głównie z mężczyznami. Niechże zrobi sobie to prawko i ma z głowy.

Wieczorem planujemy wspólną przejażdźkę rowerami, choć widzę, że pogoda stoi pod znakiem zapytania. Wyraźnie się chmurzy. Ot, czas pokaże. Również na rowerze moja pociecha jakoś chętniej ostatnio jeździ. W niedzielę pokonaliśmy prawie dwadzieścia kilometrów. Zazdrościłam młodemu szybszego niż mój pojazdu. W drodze spotkaliśmy polnego chomika, tzw. europejskiego. Syn widział to zwierzę po raz pierwszy w życiu. Chomik zamarł na widok mojego dziecka, a gdy na miejsce dotarłam ja, zerwał się i co sił w nogach, popędził w pole kukurydzy. "Widzisz, Misiek, tego w domu nie wysiedzisz", skwitowałam.

Teraz mam chwilę dla siebie. Blog już "zaliczony" a w pogotowiu czeka "Ditta".

I jak tu się nie cieszyć?

niedziela, 2 sierpnia 2026

Niedziela

Jak dobrze znowu czuć entuzjam i chęć doświadczania, życia. Przyjemnie było o godzinie ósme rano spacerować ulicami miasta, w którym na co dzień się nie bywa, ulicami niewydeptanymi rutyną,  nieopatrzonymi powtarzalnością.

Lubię to moje obecne, wspierane przez medycynę życie, jest mi dobrze. Moja przyjaciółka bardzo sceptycznie i nieufnie odnosi się do moich psychotropów, wypytuje, czy nie czuję się sztucznie, czy nie jestem otępiała. Nie, nie jestem.

Poprawa nastroju nastąpiła subtelnie, lecz bardzo wyraźnie, wciąż czuję się sobą i autentyczną. Po prostu mam więcej energii, a za tym idzie lepszy humor. Czyż może nie cieszyć, że po miesiącach wyczerpania, wreszcie czuję się dobrze? A nawet jeśli to sztuczne? Wolę sztuczną dobrą formę od naturalnego (?) "doła".

Jest mi teraz w moim życiu dobrze. Mam wszystko, czego mi trzeba: dobre jedzenie, przyzwoite ubranie, pracę, która zapewnia mi środki nie tylko na podstawy, ale i dzisiejsze Tulaste Randki na przykład. Zdrowotne kłopoty - dziękować Bogu i medycynie - opanowane. A świat wciąż zachwycający, lato w pełni, a ja z zachwytem przyglądam się bocianom za miastem i zielonym lasom. Wczoraj oswajałam się z końmi mojej siostry.

Jest mi tak dobrze, spokojnie... Mogę za ShataQs, piosenkarką powtórzyć: "Jestem wreszcie w swym  królestwie". Wypełnia mnie dziś to uczucie.

A Randki? Randki były pełne ciepła i zwyczajnie interesujące. Był to warsztat na temat bliskości, dotyku, stawiania granic, a także dawania sobie przyzwolenia na to, czego pragniemy i co nam potrzebne w relacjach z drugim człowiekiem. Była mowa o znaczeniu dotyku dla naszego zdrowia i dobrego funkcjonowania oraz o tym, jak można podarować sobie ten dobry dotyk również samodzielnie. Warto przytulać się całym ciężarem do drzew, można ciasno owinąć się szalem, o czym nie wiedziałam, a chętnie to wykorzystam. Są też kołdry obciążeniowe i inne przydatne przedmioty. Patent z szalem wypróbuję na pewno, bo na kołdrę obciążeniową szkoda mi pieniędzy i miejsca w domu (a myślalam o niej nieraz).

Rano miałam zabawną przygodę. Idąc wolnym krokiem przez R-owski rynek, usłyszałam, że ktoś coś do mnie woła. Młody chłopak pytał, czy szukam czegoś, bo rozglądałam się wokoło. Okazał się niezwykle rozmowny i śmiały, zaproponował spacer. Ponieważ miałam jeszcze sporo czasu do spotkania, a chłopak był kulturalny i uprzejmy, zgodziłam się na przejście się razem i posiedzenie na ławeczce (żadnych ustronnych zakamarków!). Nie dążę na każdym kroku do potwierdzenia własnej atrakcyjności, ale nie zaprzeczę: połechtało mnie to zainteresowanie. Chłopak sam przyznał, że wraca z wesela i jest pod wpływem alkoholu, stąd zapewne jego śmiałość. Wyznał, że lubi dojrzałe kobiety, pytał, czy dam mu numer telefonu. Oczywiście z uśmiechem odmówiłam i granice wyznaczyłam zdecydowanie, ale oceniam to przypadkowe spotkanie jako sympatyczne, nieszkodliwe i poniekąd zabawne. A ja po raz nie wiadomo który w życiu mam potwierdzenie własnego poglądu na atrakcyjność: jeśli mam się spodobać, to naprawdę nie muszę stawać na uszach!

Z R.wróciłam w okolicach godziny dwunastej, podwieziona przez nowo poznaną uczestniczkę warsztatu. Wysiadłam z jej samochodu koło cmentarza w naszym mieście, więc przy okazji odwiedziłam grób Rodziców. Kosili tam trawę niedawno, więc pozamiatałam obsypany nią grobowiec pożyczoną od "sąsiadów" szczotką. Posiedziałam, podumałam, pokontemplowałam spokój tego miejsca. W drodze powrotnej ujrzałam znajomą sylwetkę. Koleżanka pięknie wyglądała w letniej, niedzielnie eleganckiej sukience, a towarzyszył jej mężczyzna... z którym podobno definitywnie zerwała jakiś czas temu. Nastąpiło to nie po raz pierwszy, ale znam rozsądek S. i nie martwię się o nią. Dziś jednakże zażartowałam: "To może nie wygłupiajcie się już", wyrażając swoje miłe zaskoczenie, że znowu ich widzę razem.

Wreszcie dotarłam do domu, wypiłam nieprzyzwoitą ilość Pepsi, którą kupiłam jeszcze wczoraj przed wyjazdem na działkę mojej siostry, do jej koni. Wyzerowałam ją, jak mawia mój syn.

Wczoraj na basen nie poszłam z powodu wyjazdu na działkę. Zamierzałam wybrać się dziś wieczorem, lecz właśnie moje osobiste potomstwo zaskoczyło mnie propozycją wspólnej przejażdżki na rowerach wieczorem.
Synusiowi, nawet dorosłemu, się nie odmawia! Nieczęsto już uprawiamy wspólnie sport.

sobota, 1 sierpnia 2026

Tulaste Randki*

Raniutko jest, ale gdy się ma odpowiednią motywację, to i ranne wstawanie niestraszne.
Pozwalam sobie dziś na małą fanaberię: Tulaste Randki w mieście wojewódzkim, jakieś tajemnicze warsztaty na temat bliskości i relacji. Zaciekawiło mnie ogromnie ogłoszenie na Fejsie, więc skorzystam z tej okazji i - mam nadzieję - atrakcji.
Jak wrócę, to opowiem!

*Nie wiem, z jakiego powodu na blogu "ustawiła" mi się sobotnia data. Post powstał dziś - w niedzielę, drugiego sierpnia.

Codziennostki, drobnostki.

W poprzednim poście kilka razy pod rząd powtórzyłam: "na przykład". Miej się na baczności, korektorko tekstów in spe!

Dziś nieznośny upał, ale podkusiło mnie zajrzeć do szmateksu, w którym wczoraj wypatrzyłam wspaniały żakiet z lnu, w kolorze pomarańczowym, długą czarną spódnicę w białe grochy, zwiewną taką, na ciepłe dni, oraz kapitalnie leżace na mojej figurze spodnie. Jęknęłam jednak, gdy usłyszałam cenę, zostawiłam sobie tylko jedną, potrzebną bluzeczkę, a resztę zostawiłam... do dzisiaj, bo dziś przecena. Żakiet ktoś już, niestety, zdążył capnąć przede mną, ale spodnie i spódnica były! Coś jeszcze do tego dorzuciłam - i solennie sobie obiecuję, że pierwszy sierpnia jest ostatnim dniem mojej wizyty wśród używanej odzieży na cały nadchodzący miesiąc. Zabraniam sobie nawet zaglądać, bo nie ma mocnych: moje wprawne oko zawsze coś wypatrzy, a potem i tak się  nosi tylko te rzeczy, które najłatwiej na siebie wrzucić, albo najbardziej się kocha.

Naszła mnie jednak jakaś chętka, by "podrasować" swój wizerunek i więcej uwagi poświęcać odzieżowym zestawom. Mam tę szacowną pięćdziesiątkę i może warto nie tyle się postarzyć, co z szacunkiem do swojej dorosłości podkreślić ten fakt. Ot, więcej uważności i kreatywności na co dzień.

Wyczytałam wczoraj u AI, że nawet paznokcie można ozdobić bez konieczności malowania, bo istnieją specjalne naklejki, dające zupełnie zadowalający efekt. Niestety, tradycyjny lakier jest dla mnie za trudny, gdyż drżą mi ręce i nie umiem go nanieść, nie wyjeżdżając "za margines". Spróbuję z tymi nalepkami i będę "aligancka i ze szykiem"!

Z nowinek codziennych, kilka razy spotkaliśmy się w ciągu ostatnich dni z kolegą wiadomym (mowa we wcześniejszych postach). Czas jednak nam nie sprzyjał, wzywały go różne sprawy, tak więc spotkania były raczej przelotne. Ciekawa jestem, jak się potoczą dalsze losy tej znajomości.

Z miasta wróciłam spocona jak nieboskie stworzenie. Pospiesznie ogarnęłam rozgardiasz w domu, ugotowałam makaron do smażonego niedawno musu z papierówek, a teraz chwilkę odpoczywam. Czytam "Dittę" Martina Andersona Nexo. Znana mi to już lektura i to od wielu lat, jakoś jednak sięgnęłam od niechcenia po leżący w bibliotece na biurku egzemplarz i przepadłam. Nie ma jak te solidne dawne powieści o niebłahej treści i starannym języku oraz zajmującej akcji.

Wieczorem pójdę może na basen. Może zachęcę też syna.


PS. Ajajajaj! A czy pochwaliłam się, że radykalnie ograniczyłam sobie obcowanie z Facebookiem? Bezlitośnie usunęłam aplikację z telefonu i zadowolona jestem z efektu.

sobota, 25 lipca 2026

Trzeźwość

Jaki spokój wreszcie. Umilkła cyrkularka, którą sąsiad rżnął drewno na zimę. Zniosłam ten hałas bez marudzenia, bo przecież rozumiem konieczność, ale dobrze, że już ucichła.

Napisałam w poprzednim poście o trzeźwości i zachciało mi się poświęcić jej kolejny wpis. Niby temat banalny, a żywotny.

Podobno młodzi ludzie, poszukując swojej tożsamości "przymierzają się" do różnych stylów bycia. Zdarza się, że taka pryszczata jejmość jest dzisiaj hipiską, nazajutrz gorliwą katoliczką, a chwilę potem przywdziewa garnitur, szpilki i zasuwa do pracy za biurkiem. Starsi mówią wtedy:  "Znormalniałaś!", "Spoważniałaś".

Ja za młodu czułam się samotna i osobna. Nie pociągało ,mnie sztuczne strojenie się w wizerunek i narzucone poglądy, buntowałam się przeciwko określaniu się poprzez strój czy słuchanie określonej muzyki, a jednak zazdrościłam mojemu towarzyskiemu rodzeństwu licznych znajomych. Był potem w moim życiu epizod z bywaniem na głośnych imprezach, gdzie alkohol lał się całkiem obficie, z zabawą dla samej zabawy i ogólnej wesołości. Zadziwiały mnie niektóre sprawy, czasami i gorszyły, ale cieszyłam się, że mam paczkę znajomych, jestem wśród ludzi. Potem poznałam mojego męża i życie zdominowały inne sprawy, obowiązki, macierzyństwo z jego blaskami i cieniami. Nastały inne priorytety.

A wiele lat później, gdy zostałam sama, poznałam D. D. była i jest rozrywkową kobietą. Oczywiście w granicach rozsądku, ale nie trzeba jej było namawiać na imprezę, festyn w mieście, koncert w innej miejscowości. Mamy sporo wspólnych, zwariowanych wspomnień, do których się uśmiecham. Z czasem jednak zaczęłam zauważać różnice w naszych przyzwyczajeniach i stylu życia - w tym stosunku do alkoholu.

Ja nie byłam przyzwyczajona do picia. W moim rodzinnym domu alkohol pojawiał się sporadycznie i okazyjnie z powodu wizyty rodziny na przykład. Nie było picia piwka ot tak, przed telewizorem na przykład. D. potrafi kupić sobie butelkę jakiejś wiśniówki w powszedni dzień, by jej sobie dodać do herbaty na przykład. Dosyć często umilała alkoholem nasze wspólne wieczory. Nie miałam nic przeciwko, bo w końcu, jak mówią, wszystko jest dla ludzi. Z czasem jednak zauważyłam, że trochę tego przydużo, za często. Mnie na to szkoda pieniędzy, wolę za nie pójść do kina czy zaszaleć w szmateksie, kilka razy odmówiłam kupna "piwka". Ciągoty D. do alkoholu zauważyła również nasza wspólna koleżanka, więc chyba istniały podstawy do moich spostrzeżeń.

W międzyczasie przeżyłam przelotny romans z alkoholikiem. Właśnie z powodu nałogu znajomość okazała się jedynie epizodem. To mi wyostrzyło spojrzenie na "kulturę picia". Kulturą ironicznie określam obudowywanie życia, szczególnie tego towarzyskiego wokół alkoholu, traktowanie go jako nieodłącznego elementu zabawy. Widzę z bliska, bo mam za ścianą nałogowego pijaka, jak nadużywany trunek zubaża osobowość i rujnuje codzienność.

Nie chciałabym zostać tu odebrana jako walcząca, ortodoksyjna abstynentka, ale zaczęła mnie razić płytkość i pustota niektórych rozrywek, zresztą nie tylko tych zakrapianych, jednak te się wyróżniają, bo wiadomo, że alkohol rozhamowuje. Ma to związek z moją większą psychiczną przemianą, którą od dłuższego czasu bardzo wyraźnie odczuwam: szkoda mi po prostu czasu na rzeczy miałkie.

To wszystko doprowadziło mnie do obecnego punktu widzenia: alkoholu nie potrzebuję, a już na pewno nie za cenę zdrowia. Choć lubię te słodkie i nawet do pewnego stopnia ten delikatny rausz, nie jest wart ani pieniędzy, ani odstawiania dla niego leków, które tak mi pomagają normalnie żyć.

Farmakoterapia to nie samo zło

Edukuję się, kurrrde mole 😉
U AI wyczytałam, że popełniam błąd samowolnie przerywając na weekendy kurację encortonem. Podobno bardzo sobie w ten sposób szkodzę, bo "na" encortonie organizm przestaje produkować dostateczną ilość kortyzolu odpowiedzialnego za energię życiową. Szanowna sztuczna (inteligencja) stwierdziła wręcz, że może to być przyczyną moich "zjazdów". Skończyłam więc z przerwami na własną rękę, chociaż nie jestem zachwycona uzależnianiem się od środków farmakologicznych. Pomysł na "dyspenzę" wziął się stąd, że zaleconą mam przerwę w zażywaniu mojego drugiego stałego lekarstwa, hydrochloroquiny (kto tę szaloną nazwę wymyślił w miejsce dawnego plaquenilu?), więc odpuściłam sobie na te dni całego mojego "Mendelejewa". Ale już będę grzeczna, zastosuję się do wytycznych i nie wydziwiam. Zestaw ten uzupełnia jeszcze witamina D, której miałam niedobór, ale ostatnie badania wykazały, że poziom się podniósł. Miesiąc temu psychiatra niezależnie od reumatologa dorzucił mi zotral.

Farmakoterapia, odsądzana gdzie niegdzie od czci i wiary, bywa po prostu potrzebna. Nie wiem jeszcze, jak encorton, ale specyfik od psychiatry ewidentnie działa. Nie mogę uwierzyć, że można się czuć tak po prostu normalnie i dobrze ; prawie zapomniałam, jak to jest. Dziwię się, jak żyłam z notorycznym zmęczeniem i jak je pokonywałam.

Mam nadzieję, że nie przejdę całego życia na lekach, ale się z tym liczę i jeśli mają podnieść jakość mojego życia, nie zamierzam się przed nimi wzbraniać.

Tylko szkoda, że się już wina nie napiję albo mojego ulubionego ajerkoniaku. Ale to kosz wart swojej ceny, a trzeźwość i autentyczność są same w sobie cenne... i to nie slogan bynajmniej.

piątek, 24 lipca 2026

Lubię!

Wczoraj i dziś miłe spotkanie z kolegą. Dziś we dwoje ot tak, na ulicy, a wczoraj z dwójką wspólnych znajomych w cukierni. Pretekstem było testowanie mikrofonu do moich aparatów słuchowych. Towarzystwo wczorajsze było kosmpolityczne, bo nasza koleżanka jest narodowości ukraińskiej, a na spotkanie przybył też jej mąż - gaduła świetnie mówiący po polsku. To było naprawdę miłe, choć trudne spotkanie. Trudne, bo w cukierni panował hałas, dochodziły też dźwięki ulicznego ruchu. Mój kolega po tym spotkaniu stwierdził, że trzeba jeszcze przetestować aparaty sama na sam, więc dzisiaj pod koniec dniówki przyszedł odwiedzić mnie w pracy. Pogadaliśmy tam chwilę a kończyliśmy pogawędkę już na ulicy. Urządzenie słuchowe słabo zdało egzamin, ale sama jakość naszej rozmowy - przednia. Kolega jest wspaniałym człowiekiem i podobno mnie również za takowego uważa. Ciekawe, jak potoczy się ta nasza znajomość. Czy przerodzi się w jakąś głębszą przyjaźń? Mam nadzieję, że tak, chociaż staram się nie tworzyć mrzonek. Ale lubię, lubię, lubię ogromnie...!

środa, 22 lipca 2026

Dobry dzień

Znowu wpadłam z rana na oddział. Miło i ciepło mnie przywitano, poznałam dwie nowe pacjentki i od razu złapałyśmy dobry kontakt. Pogawędziłam też z ulubionym kolegą, a jakże. "Ponaprzykrzam" im się jeszcze pojutrze, po mam w serwisie protetyki obiecane jeszcze jedno urządzenie do testowania. To dzisiejsze niespecjalnie zdało egzamin, ale uśmialiśmy się z Bogusiem przy próbach.

Do pracy przyszłam z wyżej wymienionego powodu nieco później. Znów bardzo dobrze funkcjonowałam ; jak ja, doprawdy, żyłam bez zotralu?! 😄

Po południu podskoczyłam zajrzeć, co ciekawego mają na przecenie w szmateksie. Nooo... sporo mieli... Postanowiłam podjąć w sierpniu wyzwanie: przez cały miesiąc nie przekroczę progu żadnego z tych sklepów!

I - proszę sobie wyobrazić! - po powrocie do domu starczyło mi czasu i energii na wstawienie szybkiego prania, przygotowanie obiadu na jutro (wstępnie był już przyrządzony), umycie naczyń, przyrządzenie koktajlu z mleka i bananów na kolację oraz pasty z twarogu i makreli na jutrzejsze śniadanie. Pozachwycałam się także nowo narodzonymi bliźniaczkami - wnuczkami mojej sąsiadki. Pierwszy raz je dzisiaj wiziałam, mają dopiero dwa tygodnie. Śliczne są jak wszystkie maleństwa.

Tylko jakoś nad książką skupić się trudno. Ale spróbuję, gdy już wyłączę komputer.

wtorek, 21 lipca 2026

Kurrrde!!!

Pracuje mi się fajnie! Koncentracja w porządku, zmęczenie nie odbiera chęci do życia. Cokolwiek jeszcze chce mi się robić, gdy wracam po południu do domu. Jestem powściągliwa, nie wpadam w euforię i przedwczesny optymizm, ale cieszę się szczerze. Oby tak zostało na długo, długo.

Dziś po pracy podeszłam do protetyki słuchowej. Podpisałam umowę o testowanie kolejnego udogodnienia dla niedosłyszących. Jutro odwiedzę oddział dzienny w celu testowania - gwar kilkunastu rozmawiających osób to idealny poligon doświadczalny. Cieszę się na miłe spotkania, ulubiony kolega powiedział mi, że ostatnio przyjęto koleżankę z zeszłorocznej hospitalizacji. Z przyjemnością ją uściskam.

Obiecałam sobie radykalnie ograniczyć buszowanie po szmateksach - i co? Wdepnęłam do jednego i za pięćdziesiąt procent wcześniejszej ceny kupiłam sobie dżinsową ni to sukienkę, ni to płaszcz (sprawdzi się w obu rolach). Już oczami wyobraźni widzę kolejne zestawy z tym elementem w roli głównej.

Wstąpiłam też do innego niż zwykle fryzjera. Na drzwiach widniała informacja, że w ramach promocji usługa kosztuje tylko 30 zł. Szczęśliwie się złożyło, że nie musiałam zapisywać się na inny dzień, ale "od ręki" mogłam uporządkować swoją mocno już niesforną fryzurę. Wydłużyła mi się mina, gdy usłyszałam, że z moim nieprzeciętnie (serio!) wysokim czołem "niewiele nawojuję" w doborze fryzur, ale rezultat okazał się bardzo zadowalający. Lubię fryzury nieskomplikowane i mało wymagające. Na szczęście te ograniczone możliwości są dla mnie twarzowe. Czuję się odświeżona i wzmocniona w poczuciu własnej atrakcyjności.
Nie byłam nigdy specjalnie skoncentrowana na swoim wyglądzie, ale uczciwie stwierdzam: niebrzydka ze mnie babka, choć żadna tam wybitna :) Przyjemnie to czuć.

Przyjemnie też słuchać wywiadu z Nityą - Patrycją Pruchnik i czytać książkę, gdy za oknem szumi deszcz. Za momencik nastawię "uczciwy" obiad na jutro, wyniosę do piwnicy, garażu, na śmietnik trochę zalegających w domu szpargałów - i to wszystko bez poczucia wyczerpania. Kurrrrde, jak dobrze!!!

niedziela, 19 lipca 2026

Koniec wolności

Jutro do pracy. Bleeee!

Hospitalizacja na oddziale wiadomym, poza wszelkimi rozsądnymi powodami, była dla mnie ucieczką przed pracowym zmęczeniem i stresem. Boję się trochę powrotu do pracy i powrotu tego koszmarnego samopoczucia sprzed hospitalizacji. Tego zmęczenia, tej niechęci, tego poczucia presji - nie chciało mi się wtedy żyć. Może niepotrzebnie koncentruję się na obawach i sama siebie straszę, ale nie będę udawać, że praca jest czymś, co daje mi spełnienie. O niebo bardziej spełniam się w moim domowym tu i teraz, w mojej bezpiecznej przestrzeni, gdzie życie toczy się na moich warunkach.