niedziela, 18 października 2026

Lekcja.

Kiedyś wyczytałam coś w tym stylu: "Chcesz sobie spieprzyć życie? Miej oczekiwania". Dokładnie nie pamiętam, jak to brzmiało, ale coś koło tego.

Wymyśliłam sobie, że będę supermamusią i wyposażę syneczka w wałówkę na te jego studia. Wieczorem zrobiłam zaczyn na buły (bo nie bułki), zamarynowałam kawal mięsa, a dziś rano uruchomiłam piekarnik.

I co? I pstro! I figa z makiem.

W połowie pieczenia nastąpiła awaria, piekarnik odmówił posłuszeństwa, a dziecko bardzo szybko oświadczyło, że już wychodzi na pociąg, bo musi dokończyć jakąś ważną prezentację na zajęcia. Trudno. Nie dostał biedak ani pieczeni, ani pieczywa, a tylko mocny uścisk od tej, co go na świat wydała.

Dobrze, że chociaż bułek nie zdążyłam wstawić, bo byłyby do wyrzucenia. Mięso uratuję.

Kolejna lekcja odpuszczania.


sobota, 17 października 2026

Synuś przyjechał!

Sobota. Synuś przyjechał. O, radości!
Nakarmiłam chłopaka obiadem, który blogerka Oszczędnie określiłaby jako kuchenny detoks. Polega on na czyszczeniu szafek i lodówki z różnych resztek i niewykorzystanych produktów. Miałam trzy omdlałe, ale zupełnie jeszcze jadalne pomidory, sporo ugotowanej kaszy jęczmiennej i ścinki wędlin, które kupuję czasami, bo niedrogie a nadają się do wielu dań. Podałam kaszę ze ścinkami w sosie pomidorowym, posypałam startą mozzarellą. Danie okazało się nadspodziewanie smaczne. Syn, który nie przepada za kaszami, nie marudził :) Ba! Obiad u mamusi...

Pogadaliśmy, co u kogo wydarzyło się w minionym tygodniu, syn podzielił się różnymi ciekawostkami wyszperanymi w internecie. Poopowiadał też o studiach, wykładach, ćwiczeniach, pokazał notatki z matematyki, z których figę zrozumiałam, ale kiwałam głową z aprobatą. Kocham te momenty, kiedy po prostu jest.

Miałam kosić działkę, ale pada, nie chce mi się. Po kawie wypitej z synkiem spoczęłam malowniczo na kanapie z zamiarem poczytania Szwai. Zachciało mi się jednak bloga. Ostatnio codziennie piszę.

W planach dzisiejszych jeszcze zmywanie naczyń, rozwieszenie prania i wyprawa do Lidla. Trzeba jakieś menu ustalić na nadchodzący tydzień.
Upiekę owoce i cztery foremki naraz pieczywa. Chyba tym razem nocne bułki Margarytki. W moim wykonaniu to raczej buły, bo po prostu włożę ciasto w keksówki. Nie będzie czekać całą noc w lodówce, połowę wypieku dostanie syn do uczelnianego miasta.

Obiadów nie umiem gotować dla jednej osoby i wychodzi mi za dużo. Trzeba wdrożyć wekowanie zup tudzież zamrażanie nadwyżek.

piątek, 16 października 2026

Upcykling

Zadzwoniła wczoraj do mnie teściowa mojej siostry. Sądziłam, że upomni się o pożyczoną kosiarkę do chwastów i traw, a okazało się, że dzwoni z propozycją i zaproszeniem. Robiła porządki w szafie i kilku rzeczy postanowiła się pozbyć, a wyrzucić szkoda. "Marta, może sobie coś weźmiesz?".

Przyszłam, wypiłam herbatki z sokiem, pogawędziłyśmy. Ubrań raczej  sama bym takich nie wybrała, poza tym pani X. należy do większych kobiet. Stwierdziłyśmy jednak, że jeśli mi się swetry, czapki i szale nie przydadzą, mogę posłać gdzieś dalej w świat albo choćby i wyrzucić.

Garderoba rzeczywiście za duża, ale niebrzydka, a ja w czasach braków nauczyłam się, że nawet nie całkiem udane ubranie można podrasować, podstylizować dodatkami, na nowo "ograć". I tym razem również się udało. W dzisiejszej modzie daje się zauważyć trend kreatywnego wykorzystywania tego, co na pierwszy rzut oka nie nadaje się do ubrania. Za dużą koszulę czy sweter można niedbale wetknąć za pasek spodni, wyrzucić na wierzch połę koszuli, przepasać w talii. Można kontrastowo łączyć elegancję z nonszalancją. Bardzo mi się podobają takie pełne fantazji zestawy. Pokombinowałam zatem z pomocą sztucznej inteligencji i mam kilka genialnych "outfitów" na przyszły tydzień.

Niedawno w naszej bibliotece odbyło się spotkanie z młodą pisarką. Ubrana byłą w białą elegancką koszulową bluzkę, buty na wysokich szpilkach i... dresowe spodnie koloru granatowego, z białymi lampasami i połyskiem. Nogawki w kostkach przewiązała jakimiś tasiemkami. Trzeba odwagi, by się tak ubrać, ale wyglądała wystrzałowo!

czwartek, 15 października 2026

We własnej norce.

Starzeję się czy co?

Zrezygnowałam z planowanego wyjazdu na warsztaty z japońskiego haftu. Odrobinę szkoda było mi odpuścić, ale przeważyło pragnienie ciszy i spokoju po wczorajszym dniu ze spotkaniem w grupie terapeutycznej. Nie lubię się spieszyć, a musiałabym dziś wpaść do domu po pracy, zjeść w pośpiechu obiad i czym prędzej gnać na autobus. Nie, nie mam dziś na to ochoty. Chcę zaszyć się w swojej prywatnej norce, odgrodzić się od świata zewnętrznego, a pobyć we własnym.

Warsztaty z haftu są powtarzane, wiec jeszcze się wybiorę.

Zjadłam przed chwilą gorący krupnik i odczuwam jego kojący wpływ nie tylko na ciało. Dusza też się po zupie rozgrzewa. Wlazłam pod koc, a teraz do wyboru: książka lub drzemka. Się zobaczy. I co dalej, też się zobaczy.

środa, 14 października 2026

Codziennostek nowa garść

Niektóre stany ciała i ducha czasami trudno odróżnić, a za to łatwo pomylić.
Za długo garbiłam się wczoraj przed laptopem przy stole. Dziś odczuwałam napięcie karku, a takie napięcie u mnie często sygnalizuje stres. Nauczyłam się zauważać takie odczucia  i dociekać przyczyny - i dziś odkrycie. Pomogłam sobie w pracy, wykonując ukryta w toalecie kilka asan jogi, a przede wszystkim psa z głową w dół. Ćwiczenia przyniosły autentyczną ulgę. Jednakże wybiłam się wczoraj ze snu - a dlaczego, zaraz napiszę - i jestem także niewyspana. Toteż pośpieszna notka na blogu i zmykam w objęcia Morfeusza. Może jeszcze Szwaja do poduszki.

Szukam sobie zajęć na te zbyt ciche i zbyt długie wieczory bez syna. Oglądam radzieckie kino (przedwczoraj "Los człowieka"), a wczoraj pisząc na Gemini o muzyce, natrafiłam na wzmiankę o pianinach cyfrowych. Temat mnie zaciekawił, się poszperałam w internecie i cóż wyszperałam? Darmową stronę do nauki gry na klawiszach, ćwiczenia ze znajomości dźwięków i nut. Kapitalna sprawa! Wciągnęło mnie do tego stopnia, że zasnęłam po północy. Dziś też poćwiczyłam, ale z rozsądku ograniczyłam sobie czas na to.
Marzenie o grze na jakimś instrumencie towarzyszyło mi od dziecka, lecz nikt z dorosłych nie potraktował tego poważnie. Dziś mnie samej wydaje się to fanaberią, ale koniec końców - fanaberii mieć nie wolno?! Czy komuś one szkodzą? I kto powiedział, że tylko wybitnie uzdolnieni mogą grać?

Wieczorową porą wzięłam udział w spotkaniu Bogusiowej grupy terapeutycznej. Boguś, niestety, zajęty był w tym czasie pracą zarobkową i nie mógł sobie na spotkanie pozwolić, ale podobno dobrze mnie tam zarekomentował (sam tak stwierdził). Było sympatycznie, wspieraliśmy dziś młodego chłopaka, którego czeka ważna zmiana w życiu i który bardzo się tego obawia.

Dostałam też wiadomość z PTTK, że planowana na najbliższą sobotę wycieczka została odwołana z powodu braku chętnych. Nie ma tego złego... Zostanie trochę grosza w kieszeni. Na jutro za to zapisałam się na warsztat z japońskiej techniki hafciarskiej zwanej sashiko w mieście wojewódzkim. Zaintrygowały mnie zdjecia tego haftu w przypadkowo znalezionym ogłoszeniu o zajęciach.

W niedzielę z kolei czeka mnie nauka robienia kolczyków z piór - również marzenie od dawna odkładane od dawna.

Oj, nie żałuję sobie w tym miesiącu!

wtorek, 13 października 2026

Prywatne innowacje

Przydarzył się i mnie błąd ortograficzny na blogu. Przed chwilą poprawiłam.

Poza tym postanowiłam wziąć się za siebie i uważniej przyjrzeć się swoim codziennym wydatkom. Dziś zapisałam pierwsze. Postanowiłam też nie iść na łatwiznę i unikać jedzenia w mieście oraz kupowania gotowych dań. Samotne popołudnia i wieczory są czasami trudne, dłużą się, więc sprzyjają kuchennej twórczości. Lubię gotować, mimo iż czasami ulegam lenistwu.

Szaleję ostatnio w szmateksach, że zgroza. Dziś wstąpiłam do jednego bez planu i znalazłam brązowe trapery (czarne już mam). Po namyśle wzięłam, bo porządne, skórzane i po obniżce ceny (22 zł., co to jest!). Lubię mieć możliwość wyboru. No, dobra.... jeszcze szerokaaaaśne  zwiewne spodnie na przyszłe lato. I już chyba naprawdę jestem "obkupiona", jeszcze tylko na granatową apaszkę wciąż poluję. Małą chcę, żeby dała się nosić zawiązana na nadgarstku albo dyndająca u szlufki spodni bądź spódnicy.
Lubię w garderobie fantazję, swobodę, wygodę. Jakiś urok ma ta cała biurowa elegancja, którą mogłabym realizować w pracy, ale to dobre na chwilę. Jeżeli zdarza mi się tak ubrać, natychmiast po powrocie do domu, zmieniam z ulgą ten rynsztunek na bardziej swobodny.

Będę się powolutku przymierzać do wyprzedawania rzeczy nietrafionych, bo i takie posiadam: za duży żakiet, ładne, lecz niewygodne buty, które tylko raz nałożyłam i już kilka lat leżą w piwnicy...
Skoro mowa o żakietach, założyłam dziś pierwszy raz taki jeden czarny, chyba wełniany, albo z domieszką wełny. Jaki cieplutki! Do tego dorzuciłam szal typu paszmina w intensywnym różu i pozwoliłam by mi dyndał przez ramię. Ot, mała rzecz, a cieszy.

Mam też w planach drugie podejście do wynajęcia garażu. Pierwsze się nie powiodło, bo znajomy spasował, na widok ciasnego przejścia do piwnicy, gdzie zamierzałam przenieść stary regał z garażu. Koniec końców poprosiłam brata o rozkręcenie mebla, po czym brat stwierdził, że nie warto go montować z powrotem, bo drewno mocno już wypaczone. Tak więc odpada przeprowadzka regału, ale za to potrzebuję go przewieść do PSZOK-u (Punktu Selektywnej Zbiórki Odpadów Komunalnych). Za pomoc oferuję pierwszy miesiąc wynajmu gratis.
Mógłby mi pomóc syn, ale jakoś ciągle były inne plany, a teraz nie ma go w domu. Zresztą syn nie ma możliwości wywiezienia mebla. Nie posiada ani samochodu, ani prawa jazdy jeszcze.

A jutro spotkanie grupy wsparcia, do której zaprosił mnie Boguś. Nie wiem, czy on tam jutro będzie, bo nie zawsze ma wolny czas, ale ja bez względu na to wezmę udział w spotkaniu, bo jestem go bardzo ciekawa. Jest płatne, ale przeżyję.

Synuś zadzwonił do mnie przed chwilą. Porozmawialiśmy, a potem przesłał mi zdjęcie jesiennego kota ; brązowe elementy umaszczenia idealnie współgrają z dywanem zżółkłych liści.
Oboje żywimy sympatię do kiciusiów. Były w naszym domu przez prawie całe syna życie.


poniedziałek, 12 października 2026

Poniedziałek

Dzisiaj zostałam w domu, poprosiłam o urlop moją kierowniczkę. Jakieś sensacje żołądkowe ganiały mnie w tę i z powrotem, wiadomo, dokąd, już ciemnym porankiem. Większość dnia przespałam i dopiero teraz zaczynam żyć, a zbliża się siedemnasta. Zjadłam kleik ryżowy z dodatkiem płatków owsianych. Smaczne to nie było, lecz byle tylko coś w żołądku mieć i podnieść nieco energię. Powolutku wraca mi chęć do aktywności.

Do nieobecności syna, jak widzę, muszę się za każdym razem przyzwyczajać na nowo. Dam sobie radę, bo to już nie pierwszyzna. Myślę, że mój wczorajszy spadek nastroju był po prostu pierwszym sygnałem dzisiejszych niedyspozycji. Ciało i duch korelują bardziej, niż to się wydaje.

I właściwie nic więcej nie mam teraz do powiedzenia. W domu spokój i przestrzeń do dowolnego zagospodarowania. Należy to docenić. Wybieram Monikę Szwaję, a potem się zobaczy. Od Facebooka im dalej, tym lepiej, bo język i paluchy świerzbią, a co komu po moich opiniach.

Odbyła się w J. na Podkarpaciu manifestacja przeciw imigrantom. W tym regionie rzuca się, niestety, w oczy konserwatyzm i rzecz stokrotnie gorsza - podatność na jego manipulacje. Już 30 lat temu stwierdził mój Tata, że mieszkają tu "staroświeccy" ludzie. Do końca tych generalizacji nie popieram, ale widzę tego wiele. To zaś, co się dzieje ostatnio, sprawia, że wstyd mi za moje miejsce zamieszkania.

Przeraża, jak bardzo pospolite chuligaństwo okazuje się mieć wpływ na dzieje. To już w historii było!


PS. Terapeutycznie popracowałam nad nowym wystrojem bloga. Zdjęcie w nagłówku za duże, a data nad postem niewidoczna. Wie ktoś, jak to zmienić?



niedziela, 11 października 2026

Melancholie i remedia

Tym razem dziecko pojechało sobie w świat i znowu jestem tylko z kotem.
Odprowadziłam młodego na dworzec, a potem przespacerowałam się po mieście. Zmrok zapada już szybko, ludzi na ulicach mało. Spotkałam znajomego, który pracował kiedyś u nas na jakimś interwencyjnym stażu. To mój rówieśnik z upośledzeniem umysłowym, z trudnej, jak to się mówi, rodziny, skrzywdzony przez los. Niełatwy do lubienia, ale złym człowiekiem nie sposób go nazwać. Właśnie wybierał plastikowe butelki z kosza na śmieci, gdy mijałam go na ulicy. Wyleciał z pracy, stara się aktualnie o rentę socjalną, jego rodzice już od lat nie żyją, a on został w mieszkaniu z bratem alkoholikiem i jego rodziną. Na domiar złego ma podejrzenie raka. Ech, życie... Przemijanie...

Z biegiem lat cieszenie się życiem staje się sztuką nie lada.

Warto jednak dostrzegać tę pełną część naczynia.

Zatem ciesz się, Marto, że tęsknisz za synem, bo to znaczy, że kogoś kochasz. Ciesz się, że jest i żyje.
Ciesz się, Marto, z kota; przecież zawsze jako dziecko marzyłaś o mruczącym towarzyszu.
Ciesz się, Marto, z ciepłego łóżeczka i kręgu lampy oraz dobrej książki.

I rozejrzyj się, Marto, wokół siebie, wśród ludzi i możliwości. Urwał się kontakt z koleżanką z liceum, napraw to. Wybierz się w ładniejszy dzień do sąsiedniego miasteczka. Wpadnij do lasu, spróbuj od nowa robótek na drutach. A w środę spotkaj się z grupą, do której zapraszał cię kolega Boguś. Może on też tam będzie? Pogadamy o jesiennych melancholiach.

Myśli rozproszone.

 Dziecię jednak zostało na noc w domu, bo zasiedziało się u kolegi, późny autobus okazał się "niekursowy", więc wróciło do mamusi. I jeszcze ze mną jest.

Pogoda się popsuła, jest pochmurno i mży. Dobry dzień na książkowe lenistwo, co uskuteczniam z upodobaniem. Trochę przeszkadza mi rozmemłanie, bo mam na sobie dżinsy i górę od piżamy oraz zalegam w niepościelonym łóżku, ale niech tam! Może gdy syn wyjdzie z domu, wezmę się w garść i odprowadzę go na dworzec. Nie obiecuję, ale i nie wykluczam.

Rozmyślam sobie o tym i owym, jak zwykle. Na przykład o mojej niepełnosprawnej rzeczywistości, która niewątpliwie niesie trudności, ale równie niewątpliwie jest darem. Dzięki niej, dzięki chorobie i spektakularnemu zwrotowi chorobowej akcji bywam teraz w miejscach i wśród ludzi mniej przypadkowych, bardziej ze mną rezonujących (słówko to zalatuje rozwojowym żargonem, ale jest trafne i skondensowane). W swoich wyborach stałam się bardziej selektywna i świadoma. Czuję, że właśnie teraz, choć życie mnie ograniczyło, jednak nabrało rumieńców. Toczę więcej ważnych rozmów, mniej zajmuję się, za przeproszeniem, pierdołami. Bardziej zwracam uwagę, czy naprawdę chcę i potrzebuję pewnych doświadczeń oraz aktywności. Śmielej wybieram to, czego pragnę, chociaż jeszcze wciąż chyba bez wystarczającej pewności. Jeszcze niepewne te moje kroki w nowe jakości.

W Klubie Pacjenta są dwie prowadzące spotkania kobiety, tak zwane asystentki zdrowienia. Jedną zapytałam o niepełnosprawność, bo sama o tym wspomniała. Zaskoczyło mnie, jak bardzo niewidoczne, a jak znaczne jest jej inwalidztwo. Druga przeszła ciężką, groźną dla życia chorobę. I to ona wyznała, że dobiega pięćdziesiątki, a jeszcze się nie nażyła. Marzy o skoku ze spadochronem, czym nieźle mnie rozbawiła, ale i zafrapowała.

Ja o spadochronie nie marzę, za żadne skarby, ale dobra jest myśl, że możemy mieć swoje "fanaberie" i w miarę możliwości je realizować. Nie zabraniajmy ich sobie, jeżeli nikogo one nie krzywdzą. Kilka już zrealizowałam z mniejszą czy większą satysfakcją sporo jeszcze czeka w kolejce. Trochę marudzę, że brakuje mi na nie pieniędzy. że nie wiem, czy sens... Przede wszystkim jednak brakuje mi odwagi i wiary, że na to zasługuję.

Coś mi po głowie chodzi, ale rzeczywiście chcę jeszcze chwilkę poczekać na ustabilizowanie nadwątlonych finansów. Nie sztuka szastać pieniędzmi na prawo i lewo. Problem niewystarczających zasobów finansowych jest mi obcy, ale to właśnie dlatego, że nie żyję ponad stan. Miałam w pracy koleżankę, która twierdziła, ze nie funkcjonuje bez pożyczania gotówki. Wiecznie pożycza też mój sąsiad. Ja tego po prostu nie rozumiem.

Ba! Marzę, by coś systematycznie odkładać, ale nie kosztem wyrzekania się wszystkiego.

Chcę sobie pozwalać na Bieszczady i inne Roztocza,nauczyć się gry na gitarze i/albo pianinie, chodzić na basen i od czasu do czasy bywać w "sekcie", do której muszę dojeżdżać.

Mam też inne marzenia, które wymagają nie pieniędzy, lecz odwagi.


sobota, 10 października 2026

Dzień minął

 Nie lubię tych momentów, gdy mój syn wyjeżdża. Na co dzień nie mam problemu z jego nieobecnością, w samotnym życiu mam wprawę i szczerze lubię tę przestrzeń dla siebie. Jednak gdy dom pustoszeje, czuję ten kontrast. Pomimo że syn przecież nie jest hałaśliwy. Ale jednak jest - zaśmieje się, porozmawia, nawet gdy siedzi w swoim zamkniętym pokoju, dochodzą do mnie dźwięki jego obecności. A teraz cisza snuje się po kątach, za to moja melancholia głośniejsza. Ale poradzę sobie z tą panią.
Dobrze, że w domu jest Kotosław Mruk. Dobrze, że tylu filmów nie znam i zajawka na stare rosyjskie kino mnie ogarnęła. I że Monika Szwaja mnie bawi. I kawa Inka grzeje. I do przyjaciółki można zadzwonić, by trajkotać przez godzinę o niczym.

I że można wybierać, a nawet coś odrzucić.