Książka nosi tytuł "Przemytnicy życia", autorem jest Bernad Konrad Świerczyński. Skromna to lektura, nieobszerna, ale moim zdaniem bardzo dobra. Lubię taką mocną, konkretną narrację. Lubię autentyczność, a więc wspomnienia i pamiętniki, a właśnie zapisem przeżyć wojennych są "Przemytnicy...".
Autor miał genialne "ucho" do warszawskiego slangu, języka stołecznych cwaniaczków, bazarowych handlarzy, drobnych przedsiębiorców, tudzież i tzw. półświatka. Przedwojenny Kercelak ożywa w jego wspomnieniach, mieni się barwami. Ze smakiem przyswoiłam sobie takie powiedzonka jak "z lotu tak zwanego ptaka". Nie ma w tej książce zbędnej gadaniny, za siebie mówią fakty i dialogi.
Świerczyński przyznał sam, że pisał swoje wspomnienia z respektem, obawiając się spłycić temat, sprowadzając go do poziomu powieści przygodowej, bo były to chwile pełne napięcia i dramatyzmu. Razem z bohaterami książki wstrzymywałam oddech, gdy spuszczali się po specjalnie skonstruowanej linie z piątego piętra kamienicy przy murze getta, parskałam śmiechem z ich "fasoniastych" powiedzeń, z podziwem kręciłam głową, gdy w ciemnościach smarowali twarze sadzą, by być mniej widoczni. Wrażenie zrobiło na mnie pożegnanie autora ze Stefanem, który wyrusza do Treblinki, gdzie prawdopodobnie odjechał jego przyjaciel: "Podał mi rękę, jeszcze raz powiedział 'trzymaj się'. I nikt go więcej nigdy nie widział. To był naprawdę mocny facet. I dobry Polak.
Taka literatura - fakty mówiące za siebie, niepotrzebujące komentarzy najbardziej do mnie przemawia. Jakoś nie mogę się przekonać do czytadeł w stylu "Chłopca w pasiastej piżamie", którego owszem, czytałam, czy "Tatuażysty z Auschwitz", po którego jakoś sięgać nie mam ochoty (podobno powstał na kanwie prawdziwych zdarzeń, ale boję się ckliwej romantycznej i mało prawdziwej historyjki).
Z racji swojej czytelniczej niemocy, na którą niedawno się uskarżałam, czuję dużą satysfakcję z tej niepozbawionej ambicji lektury. Czuję się zdrowsza, choć może głupio to brzmi w związku z tym, co o książce i jej treści napisałam.