piątek, 29 marca 2024

Frapujące

Obudziłam się o trzeciej nad ranem, a że nie mam w takich sytuacjach zwyczaju starać się zasnąć na siłę, bo to bezcelowe - robię to, co lubię: piszę.

Napisałam przed chwilą o siostrzeństwie dusz, o satysfakcjonujących relacjach z innymi kobietami. Cudowna i bliska mi sprawa, a tak często deprecjonowana właśnie przez kobiety.

Jak bardzo wierzymy w stereotypy i schematy.

Doznałam i dobra i łajdactwa (dobra bez porównania więcej) zarówno od kobiet, jak i mężczyzn. Nie uważam, że kobieta kobiecie wilkiem, nie gloryfikuję facetów tylko dlatego, że - za przeproszeniem - nie mają jajnikow. Owszem zauważam pewne różnice w naszych psychikach i zachowaniach, które można podciągnąć pod jakiś wspólny każdej grupie mianownik, ale generalizowanie jest krzywdzące i szkodliwe.

Nie zgadzam się też z rozpowszechnionym poglądem, że kobieta z mężczyzną nie mogą się przyjaźnić, lubić, kumplować, nie dążąc do romantyzmu czy seksu. Miałam i mam w życiu takie relacje i głęboko wierzę, że są możliwe. Szkopuł w tym moim zdaniem, że często kobiety mają problem z zachowaniem jednak pewnego dystansu, nie pamiętają, że przyjaciel to nie przyjaciółka w spodniach.

No, ale wstęp i dygresja przydługa, bo chciałam o czymś innym.

Żyję sobie otóż jako singiel całkiem sporo już lat. Przywykłam i polubiłam tę swoją wolność.

Zastanawia mnie jednak, czy nie padłam ofiarą własnych jakichś schematów i stereotypów. Bo to podobno one powodują, że postrzegamy rzeczywistość przez określone filtry.

Dlaczego spotykam facetów nudnych i tak beznadziejnie prymitywnych? Może nie w realu, bo tu szybciej można zweryfikować sytuację i człowieka, ale statystycznie przecież powinni być "normalni" ludzie i w internecie.

Nie poszukuję znajomości, ale wciąż jeszcze mam komunikator gadu-gadu (dla niektórych dawnych kontaktów). Czasami jestem zaczepiana przez panów. Czy uwierzycie, że na przestrzeni tylu lat trafił mi się dosłownie jeden mężczyzna, z którym można normalnie pogadać o wszystkim i nie jest to seks ani kretyńskie próby flirtu (flirt jest dla inteligentnych, a to, co niektórzy za niego uważają, to dla mnie zwykłe prostactwo)?

Z tym moim znajomym utrzymuję kontakt już chyba ze trzy lata i niczym mi się nie naraził. Nie nadużywamy swojego czasu, ale rozmowa z nim to zawsze coś, co wnosi wartość do mojego życia, chociaż nie jesteśmy zainteresowani spotkaniami ani związkiem. On jest żonaty i zadowolony ze swojego małżeństwa, a ja nie uważam, że muszę uwodzić każdego fajnego faceta, że zwykły wartościowy kontakt to rzecz cenna sama w sobie. Niektórym znajomym to się w głowie nie mieści.

Ot, paradoks: nie jestem podrywana,  nie podrywam, a jest to najbardziej wartościowa z moich damsko-męskich wirtualnych znajomości.

A ci "zainteresowani"?

O matko i córko! o tatusiu i mamusiu! Nie ma konwersacji, nie ma dobrego wychowania. Jest prymitywna bezpośredniość i ubóstwo intelektualne oraz duchowe. Nie ma... nic!

Wyżyny konwersacji i zagajanie rozmowy panów takowych: "Cześć! Ładnie wyglądasz", "Cześć. Zajęta czy wolna?", "Cześć, a pokażesz się?". Czasami nawet "cześć" to za dużo dla panów.
Jeden taki robił niezłe, sympatyczne wrażenie. Odechciało mi się pisania, gdy po pierwszej, miłej dla "ściemy" rozmowie zaczął nachalnie prosić o zdjęcia (a dostał na samym początku ze dwa dla świętego spokoju), nie interesując się wcale, co słychać w moim życiu, niewiele mając do powiedzenia o swoim.

Już mi się nie chce owijać w bawełnę, bez ogródek piszę takim delikwentom, że nie jestem nimi zainteresowana, że mnie nudzą. Niektórzy przyjmują do wiadomości, a inni czują się obrażeni tym, że kobieta ośmiela się mieć własne zdanie. Wczoraj poinformowano mnie, że z takim wrednym charakterem nikogo sobie nie znajdę. Z rozbawieniem odpisałam, że uznaję to za komplement.

Kwestia "zostaniesz sama" już dawno przestała dla mnie być problemem, zwyczajnie mi to niestraszne. Bliskości duchowej mam w życiu pod dostatkiem, a ta seksualna? erotyczna? Pozwolę sobie zachować dla siebie swój pogląd na sprawę, bo wśród niby to wielce wyzwolonych osób mają się dobrze stereotypy, hipokryzja i wielkie tabu ; mam też potrzebę intymności.

Czasami jednak zastanawiam się: czy tak bardzo odstaję od normy? Czy to ze mną coś nie tak, czy z tym światem? Pewnie w porządku z jednym i drugim, każdy ma prawo być, jaki jest, i zapewne ludzie są różni. No, to czemu nie spotykam takich potencjalnych partnerów, z którymi mi po drodze?

Czy nie mam jakiegoś wykrzywionego obrazu całej tej sfery, skoro zdaję się dostrzegać wciąż te same, powtarzalne sytuacje - których sobie wcale nie życzę?

Mocno to frapujące i ciekawe.


Radość

Ach, jaka się szczęśliwa poczułam w tym tygodniu.

Uwielbiam mieć więzi - te autentyczne - z innymi. I wcale nie musi być to związek z mężczyzną, szczerze zdumiewają mnie kobiety, które nie zaznały w życiu "siostrzeństwa", które bliskość dusz realizują wyłącznie w związku romantycznym (pewna znajoma przyznała, że taki poziom porozumienia miała jedynie w tego rodzaju relacji).

Poznałam ze sobą Hanię i Manię (oczywiście zmieniam personalia, a osoby "ochrzczone" wcześniej tymi samymi imionami niekoniecznie są te same). Przypadły sobie do gustu i niepostrzeżenie stałyśmy się zżytą, regularnie spotykającą się paczką (wielkie nieba! spełniają się mojej marzenia z młodości, gdy samotność była moim udziałem! spełniają się bez wysiłku, ot, tylko dlatego, że jestem na to gotowa).

Mania skutkiem różnych perypetii została bez pracy i środków do życia. Było tam jeszcze wiele innych problemów, bo i zdrowotne (poważne) i z niesprawiedliwością urzędów. Naprawdę trudna, pełna wyzwań sytuacja. Wspomagałyśmy ją z Hanią na różne sposoby, dzieliłyśmy się żywnością, pożyczałyśmy pieniądze, a nawet... odmawiałyśmy zdrowaśki w jej intencji. Ja, niedowiarek, specjalnie wstępowałam do kościoła w nadziei, że a nuż moje modły dotrą tam, gdzie trzeba*.

Może i dotarły...

Pewnego dnia Mania napisała do mnie: "Marta, ty podobno znasz kogoś w sklepie u X. Jest ogłoszenie w urzędzie pracy, że poszukują pracownika". "Tak znam, i to córkę właściciela. Jasne, że pogadam!", oznajmiłam z entuzjazmem.

X. to znany i doceniany od lat przedsiębiorca w naszym mieście. Firma chyba całkiem nieźle prosperuje, zakład rozrósł się przez te wszystkie lata. Koleżankę (niech jej będzie Frania) z tej firmy znam już dwadzieścia lat z hakiem i przez ten cały czas jest ona pracownikiem tej firmy. To ciepła, dobra, sympatyczna kobieta.

Zadzwoniłam do Frani, dogadałyśmy się w pół słowa.
Mania ma pracę!!! Tak dumna jestem, że udało mi się pomóc, że tak konkretnie mogłam przysłużyć się dobrej, słusznej sprawie.
Druga dobra nowina: wygrała w sądzie w tej trudnej sprawie, o której nie napiszę, by nie naruszać jej prywatności.

Jestem szczęśliwa, jakby to o mnie chodziło :)


*Sytuacja z młodości: oglądam z Rodzicami film, gdzie mowa jest o boskiej interwencji. Oświadczam z młodzieńczą pewnością siebie: "Mnie by tam Matka Boska nie uzdrowiła!". Komentarz mojego Taty, który wcale nadgorliwy religijnie nie był: "Ale ty jesteś zuchwała!". Lekcja na resztę życia.

Nocne Marty rozmowy... ze sobą

 Tak samo, jak łatwo przywyknąć do częstego "blogowania' - tak i łatwo odwyknąć.

Nie pisałam tu czas dłuższy, bo znowu technologia sprzysięgła się przeciwko mnie, zajęłam się tez innymi aktywnościami. Jednak pisać lubię i potrzebuje, bo to mnie przybliża do samej siebie...

O, tak, to mój główny powód prowadzenia prywatnych aczkolwiek publicznych zapisków. Nie tylko publicznych zresztą, bo wiele piszę też wyłącznie dla siebie, na tradycyjnym papierze i to nie jest do dzielenia się z nikim.

Potrzebuję pisania jak oddychania.

Diabli wzięli mi całą pierwszą część rozwiązanego testu z korekty - jedno nieopatrzne kliknięcie i od nowa tyyyyle pracy! Przyjęłam to ze spokojem i traktuję jako kolejny sprawdzian: poddam się czy zawalczę o swoje? Aczkolwiek retoryki walki w życiu bardzo nie lubię, kojarzy mi się z ogromnym wysiłkiem i stratą energii.

Nie, ja nie walczę, ja IDĘ NAPRZÓD, upadam, powstaję, przeskakuję pagórki, pełznę po zboczu góry... Wedle sił i potrzeb. Walki w moim życiu nie chcę, życie to wędrówka. podróż, nie siłowanie się.

Lubię w tej podróży poznawać swoją towarzyszkę - siebie. Jestem siebie ciekawa, fascynują mnie odkrycia na temat własnego funkcjonowania w życiu, przyglądanie się temu wszechświatowi we mnie, najbanalniejsze odkrycia.
Właśnie przed chwilą przeczytałam u Małgorzaty Ohme, jak bardzo nie służy nam realizowanie nie siebie, lecz tego, co od nas oczekują inni, a co okazuje się niekiedy odległe od nas prawdziwych o lata świetlne.

Znam wiele osób, dla których życie w zgodzie z sobą jest naturalne jak oddychanie, ale równie wiele takich, którym ramy życia wyznacza rodzina, religia, nakazy i zakazy z zewnątrz - nie oni sami. I gdy pewnego dnia system się chwieje - następuje dramat. Na szczęście na ruinach można zbudować coś lepszego, coś "bardziej swojego".

Metaforycznie rzecz ujmując - wolę własną lepiankę z gliny niż pałac, gdzie tkwię niczym w złotej klatce.

Dziękuję po stokroć, że życie dało mi tę szansę.


sobota, 2 marca 2024

Wracam do żywych

Wypoczęłam. Zafundowałam sobie dzień totalnej beztroski i leniuchowania. Stłamsiłam niezadowolenie, że chyba nigdy nie doczekam się nadrobienia zaległości w domu. Zanim zrobię wszystko, co sobie postanawialam, przychodzi taki dołek jak ostatnio, kiedy nie mam siły na nic. Długo się przeciwko temu buntowałam, miałam żal do siebie, że jestem leniem, nieudacznikiem, ale widzę, że chyba po prostu "taka moja uroda". Może nie trzeba kopać się z koniem? Może przestać się wreszcie karać za bycie nie taką, jaką by się chciało być.

Zresztą... wpadła mi dziś do głowy pewna refleksja.

Otóż przyszła do mnie dobra koleżanka, bo potrzebowała poprawić sobie nastrój spacerem i rozmową. Ma swoje kłopoty...
Z tą koleżanką wyszłyśmy na spacer. Ponieważ "wyszła" mi z domu kawa, zaproponowałam wstąpienie gdzieś w mieście na jakąś tanią kawusię w papierowym kubku na mój koszt. Jakoś tak jednak wyszło, że poszłyśmy w stronę przeciwną niż centrum miasta, dziwnie nas poniosło w stronę domu Joli (imię zmienione), co skwitowałam żartem, że napijemy się tej kawy u niej. Jola ochoczo potwierdziła.
A u Joli jej "chłopak" rozpalił w piecu. Mają taki kaflowy, wysoki pod sufit, taki do którego można się przytulić całą powierzchnią pleców. Ten piec nie ma nóżek w przeciwieństwie do mojego "konusa". Wyraziłam głośno swoją aprobatę dla takiego rozwiązania, bo pod nóżkami pieca brudzi się potwornie, sprzątanie tej przestrzeni jest natomiast sporą akrobacją. Złoszczę się na to za każdym razem. Mateusz (niech mu tak będzie) mi na odparł, że nóżki można jakoś obudować. W dalszej konwersacji dowiedziałam się, że jest on z zawodu budowlańcem, choć przez wiele lat zajmował się czymś innym. Radośnie oznajmiłam, że kiedyś go wykorzystam.

A moja refleksja takowa jest:
Otóż czasami lepiej zostawić uprzykrzone sprzątanie pod piecami i meblami na nóżkach (bo i kredensy w kuchni takie mam po poprzedniej właścicielce mieszkania - co za kretyństwo!!!),  a pozwolić, by przyszły inne rozwiązania i pomysły. Przychodzą one nie wtedy, gdy siłujemy się z życiem, ale gdy robimy na nie miejsce, dajemy przestrzeń. Często przychodzą właśnie w momencie relaksu i beztroski.

Muszę sobie sprawić cokoły do mebli i odpadnie mi problem akrobacji przy wygarnianiu spod nich kurzu, resztek jedzenia, zagubionych zabawek kota i sztućców, które niewiadomo, gdzie się podziały. Piec też obuduję, gdy tylko znajdą się na to finanse.

Tego rozpoczynającego się miesiąca priorytetem finansowym (oprócz spraw codziennych) jest "obciąć kotu". Chcę bestyję wykastrować wreszcie, aby nie zaczął się włóczyć w poszukiwaniu okolicznych kochanek. Jest tak sympatyczny, że byłoby nam go szczerze żal, gdyby przepadł gdzieś poza naszym podwórkiem, którego jeszcze na razie się trzyma. Jak na kota jest niezwykle towarzyski, komunikatywny i chętny do pieszczot. Kot Joli, na przykład, nie daj się głaskać ot tak.

Pochwalę się jeszcze na koniec postu, że kończąc dzień, z powodzeniem podjęłam próbę uratowania potwornie kwaśnych czerwonych porzeczek wydobytych z zamrażarki. Inspirując się przepisami z internetu ugotowałam budyń waniliowy, wymieszałam z owocami i zapiekłam to w cieście francuskim. Efekt  może nie rzuca na kolana, ale na nie należę do bardzo wymagających konsumentów. Smakuje mi i właśnie raczę się deserem z szaloną satysfakcją, że nie muszę przejmować się wagą i jakimiś kaloriami. Oby tak jak najdłużej.

No, to idę sobie jeszcze tego ciasta ukroić :) 

piątek, 1 marca 2024

I znowu...!

 Znów ciężki dzień. Mam dość tych ciężkich dni! Nie ma tygodnia bez dziadostwa. Moje życie to walka o w miarę normalne funkcjonowanie.

Zwiałabym na rentę, jak mi Bóg miły. Coraz częściej myślę, że trzeba by się tym serio zająć. Mam dosyć "kopania się z koniem", udawania, że nie ograniczają mnie... ograniczenia.

Zwiałabym na rentę, zaszyła się w domu, poszukałabym pracy zdalnej, by nie musieć ruszać się z domu, gdy mam zły dzień. Co się trochę odbiję od dna, nadrobię nieco zaległości w swoich sprawach, przychodzi moment, gdy mam ochotę tylko "zdychać".

Tak jak dziś.
Wczoraj nie zdążyłam umyć naczyń, bo umówiona byłam z koleżankami na spacer z kijami nordic-walking. W końcu i mnie się należy odrobina zdrowej rozrywki. Z tego spaceru wróciłam zaskakująco zmęczona, ale uznałam to za efekt odprężenia, rozluźnienia i dotlenienia. Stwierdziłam, że to całkiem miłe uczucie i warto je wykorzystać, kładąc się wcześniej spać. I wyspałam się jak księżniczka! Zbudziłam się wcześniej niż zwykle i z wielką radością przerobiłam przez godzinę kolejne rozdziały testu korekty. Oczywiście gdy przyszła pora szykowania się do pracy, poczułam przemożną chęć snu, przypisałam to jednak przypadkowi.

Tymczasem w pracy - zjazd totalny. Ogromnie trudno było mi się skoncentrować, byłam znużona i zniechęcona. Jakoś "zmęczyłam" ten dzień, dopiero pod koniec mnie olśniło, że zamiast na siłę forsować trudniejsze zadania, trzeba było "pchnąć" łatwiejsze, opracować więcej książek, a w lepszej chwili zweryfikować dokładność opisów.

Po pracy czekała mnie jeszcze wizyta u protetyczki słuchu. Przyciszyłyśmy trochę ustawienia aparatu, bo nie mogłam znieść nadmiaru dźwięków, to było niemal bolesne. Złe samopoczucie sprawiło, że nastrój miałam podły, więc sprawa aparatu "dobiła" mnie zupełnie. Niestety, ubytek słuchu mam znaczny i najlepszy aparat cudu nie sprawi. Zresztą to tylko aparat, nigdy nie dorówna zdrowemu słuchowi. Niech mnie nikt nie wk....wia gadaniem, że protetyka słuchu poprawia jakość życia! Trochę owszem, ale ma to swoją cenę.

Wieczorem wróciłam do domu i padłam. Aż dziw mnie bierze, że dotrwałam do tej pory, a jest dziesiąta wieczorem. Obejrzałam w internecie film "Drewniany różaniec" - na podstawie głośnej niegdyś powieści Natalii Rolleczek, która swój utwór oparła na własnych wspomnieniach. Film czarno-biały (stary), w zimowej, surowej scenerii wywołał we mnie pewne emocje oraz refleksję o smutnych i trudnych warunkach dawnego życia. Dziś tak rozpowszechnione jest narzekanie na wszystko, a w porównaniu z bohaterkami filmu żyjemy jak pączki w maśle!

Na marginesie - zadziwia mnie bardzo fenomen i popularność wydanej niedawno książki: "Chłopki". Mnie podobne opowieści znane są z wielu innych książek, pamiętam też wspomnienia moich dziadków, a częściowo i rodziców. "Chłopki" nie są dla mnie żadnym objawieniem.

I taki oto beznadziejny dzień dobiega końca.

Eeeech!


poniedziałek, 26 lutego 2024

Samoopieka

 Obniżył mi się nastrój, ale chwała bogom, już nie jestem niewolnicą swoich nastrojów jak jeszcze nie tak dawno.

Obniżony nastrój traktuję teraz jako sygnał, ze trzeba się o siebie zatroszczyć, sobą się zaopiekować i że nie ma dymu bez ognia, a więc i "dołka" bez przyczyny.

Oto przyczyny: wróciłam wieczorem od Hani, ozdobnie zaległam na kanapie i... zlekceważyłam sygnały organizmu, że pragnie wypocząć i  czas na sen. Zajmowałam się jakimiś internetowymi bzdurami do północy. Przegapiłam swój czas na sen, przedawkowałam niebieskie światło, na które tak pomstują różni specjaliści od zdrowego snu. I kaplica! - jak mawiała Mama. Wierciłam się kawał nocy, przespałam może dwie godziny i to z przerwami.

Cały dzień w pracy był do bani, bo moje obowiązki wymagają konecntracji i nie sprzyjają ożywieniu. Czułam przebodźcowanie dźwiękami, bo wciąż jeszcze trwa moje przyzwyczajanie się do aparatów słuchowych ; miałam ochotę wymordować swoich współpracowników, którzy rozmawiali, stukali, szeleścili - po prostu żyli.

Do domu wróciłam z mocnym postanowieniem ucięcia sobie drzemki albo przynajmniej nicnierobienia przez jakiś czas.

Och, jak tu dobrze! Mieszkam w cichym i spokojnym miejscu i jestem dzisiaj sama, bo syn "praktykuje" u swojej ukochanej.

Tak, tak - celowo używam słowa "praktykuje". Zgorszona jestem stosunkiem uczniów i szkoły do miesięcznej praktyki zawodowej, która się właśnie dzisiaj miała rozpocząć. Syn i jego koledzy dogadali się z jakimś znajomym przedsiębiorcą, który nie wymaga od nich codziennej obecności. Pracodawcy niechętnie przyjmują praktykantów, bo muszą im poświęcić uwagę, a młodzież ochoczo z tego korzysta. I tak od smarkacza uczy się ludzi cwaniactwa. Toleruję, bo nie mam wyjścia, ale bardzo mi się to nie podoba.

Jest więc cicho w domu, mam święty spokój i biorę się w czułą samoopiekę.

niedziela, 25 lutego 2024

Wieczorny dopisek

Jakoś łatwo się męczę - czy to już "starszość"? Przecież "nic" (!) dzisiaj nie robiłam.

Dzień minął niewiadomo jak i kiedy, jak z bicza strzelił.

Zbudziłam się dość późno i przy kawce oraz ciastkach, olewając porządne śniadanie, zajęłam się wspominaną wielokrotnie korektą. Zeszły mi na tym, z przerwami, jakieś dwie godziny. Potem, skostniała od tkwienia w chłodnawym mieszkaniu w jednej pozycji "przeprosiłam się" ze śniadaniem i gorącą herbatą, a następnie zdecydowałam się rozpalić w piecu, przy którym to zajęciu zawsze bardzo się brudzi, więc trzeba było pozamiatać, poukładać, po czym idąc za ciosem pościeliłam łóżko, uładziłam bałagan, o który na małym metrażu nad wyraz łatwo. Następnym pomysłem na zajęcia niedzielno-rekreacyjne było przygotowanie ciasta na bułeczki - proziaki oraz na racuchy. W międzyczasie odezwały się jedna po drugiej dwie koleżanki przez telefon. Nie były to zwięzłe i krótkie wymiany informacji... Potem obiad, niby szybki, ale jednak sam się nie zrobił.
Koniec końców zmierzchało już, gdy przezwyciężając chęć wyciągnięcia się na kanapie, wyszłam z domu, by odwiedzić koleżankę mieszkającą spory kawałek ode mnie. Wychodzę bowiem z założenia, że w domu zawsze zdążę się nasiedzieć, a najciekawsze rzeczy dzieją się poza swoimi czterema, wciąż tymi samymi ścianami.

U koleżanki było miło jak zwykle. Hania (zmienione imię) jest osobą o wyrazistym charakterze i tę osobowość widać w jej domu, w każdym detalu, którym się otacza. Zazdroszczę jej tej umiejętności tworzenia klimatu. Ja marzę o domu, który by mnie wyrażał, ale jakoś nie potrafię stworzyć sobie konkretnej wizji. U mnie wszystko "się staje" na bieżąco, trochę jakby samo, spontanicznie. Ot, dodaję szczegół do szczegółu, sama nie wiedząc, do końca, jaki będzie rezultat.

Posiedziałam tam z godzinkę ; objedzona jak bąk, bo mnie uraczono kolacją, wróciłam do domu i zastanawiam się, gdzie i jak uciekł ten dzień? Przecież "nic" nie robiłam :)

Podróże wgłąb siebie... i odkrycia

Czasami - ba! chyba zawsze - wystarczy mieć tę  świadomość, że otwieram się na głos swojej intuicji, na sygnały zewsząd - a odpowiedzi na moje rozterki przyjdą. Nie szukać na siłę, po prostu pozwolić im przyjść.

Miałam w życiu wiele sytuacji, gdy zupełnie nieoczekiwanie coś mi się w głowie układało, przychodziło przekonanie i spokój, aczkolwiek równie często walczyłam, miotałam się, wątpiłam. Jednak pod wpływem moich zainteresowań rozwojem osobistym i duchowym stałam się bardziej uważna i wyczulona na te - nazwijmy je - głosy. Bardziej i częściej zauważam swoje emocje, uczucia, myśli.

Koleżanka poleciła mi kiedyś publikacje Jadwigi Kander. Jadwiga nie do końca ze mną rezonuje, ale ma bardzo wiele cennych przemyśleń i warto jej posłuchać. Dziś było coś o związkach, relacjach. Słuchałam jednym uchem, ale nagle coś mnie olśniło.

Dlaczego nie "wychodzą" mi związki, skoro mam w życiu wiele cennych przyjaźni, koleżeństwa i to przychodzi mi naturalnie?

Eureka! Bo traktuję mężczyzn jak zagrożenie (doznałam kiedyś sporo krzywd z ich strony - właściwie to byli jeszcze chłopcy, ale jednak "rodzaj męski"). Trzymam się na dystans, skąpię zwykłego, ludzkiego ciepła, serdeczności, tyle lat kojarzyło mi się to z upokarzającym "mizdrzeniem się", zabieganiem o względy. A przecież nie musi tak być ; czy chwaląc koleżankę za cokolwiek mizdrzę się do niej? Nie, po prostu dzielę się czymś, co uznałam za miłe, fajne, wspaniałe. Mam przyjemność z tego, że dałam coś pozytywnego, i jest to jednocześnie darem dla mnie. Po prostu czerpię przyjemność z relacji, bliskości, wspólnej chwili.

W relacjach damsko-męskich zawsze nastawiona byłam obronnie, budowałam wokół siebie mur i jeśli już decydowałam się na "coś więcej", wybierałam źle.

Pytanie jeszcze jak nie odgradzać się murem, ale jednak obronić się w razie potrzeby. Bo faktem jest, że niejeden za wiele sobie pozwala i pewnych zachowań stanowczo sobie nie życzę.

Marto, czy warto?

 O, tatusiu i mamusiu!!!
Do obrzydzenia gadam o kursie korekty, nad którym morduję się już półtora roku. Ciągnie się to tak, że chwilami mam serdecznie dosyć i zła jestem sama na siebie za swoją ślamazarność i nieudacznictwo.
Stanowczo niebiosa mnie testują i droczą się ze mną: No, Marto! kiedy opuścisz? A może nie warto się męczyć? A może to jednak nie dla ciebie? Daj spokój, to tylko głupi kurs, pieniądze (z który tenże kurs wykupiłam) - to tylko pieniądze! Kochana, naprawdę, nic na siłę! Nooo...!

Staram się wrzucać na luz, mieć świadomość, że nikt mnie nie pogania i robię to tylko dla siebie, ale nowych wiadomości do przyswojenia jest naprawdę niemało. Ortografia, interpunkcja to tylko wierzchołek góry lodowej. Zagadnienia edytorskie, tajniki dokumentów Google to dla mnie ocean nowości. Korekta, taka profesjonalna, to sprawa dla osób dokładnych i skrupulatnych. Nie jest to moja cecha charakteru, muszę się nad tym napracować.

Jeśli mowa o korektorskich tudzież redaktorskich przeciwnościach - mój kot był uprzejmy zabawić się w gryzonia i przegryźć kabel od ładowarki chromebooka. Pewnego pięknego dnia podłączyłam zasilacz, rozsiadłam się na kanapie z urządzeniem na kolanach, gdy znienacka coś błysnęło, trzasnęło i niemal śmiertelnie mnie przestraszyło. Przepadła moja praca, bo tylko część plików z korekty zapisałam sobie w skrzynce e-mail, resztę przechowywałam na pulpicie laptopa (niepoprawnie, ale w uproszczeniu tak nazywam mojego chromebooka). Tyle roboty!

No, cóż... Jadę dalej z tą korektą. Zawzięłam się, a jak skończę, to chyba upiję* się z radości.


*Raczej nie dosłownie ;)

poniedziałek, 5 lutego 2024

Testowanie

Życie mnie testuje, sprawdza mój upór i determinację w dążeniu do celu.
Otóż spalił mi się kabel zasilacza do chromebooka i pozostaje mieć nadzieję, że nie spotkało to też samego urządzenia, bo chyba się zastrzelę (werbalnie jeno)!
Ponad rok już się ślimaczę z kursem korektorskim. Pracuje nad testem egzaminacyjnym i końca temu nie widać. Jest to żmudna praca, bo choć w pisaniu raczej jestem sprawna, perfekcyjną poprawnością  nie potrzebowałam sobie do tej pory zawracać głowy. Moje umiejętności wystarczały w codziennym życiu aż nadto.
Mimo ukończenia klasy humanistycznej u bardzo ambitnej i wymagającej polonistki, obszar mojej niewiedzy jest jeszcze całkiem spory. To są zagadnienia ze studiów polonistyki - zaawansowane już mocno. Jest tego wiele i są to często subtelne niuanse.
Czasami po prostu - kolokwialnie rzecz ujmując - czacha dymi!

Ale podobno Marta to bestia uparta. Choćbym miała jeszcze pięć lat ślęczeć nad tym kursem - skończę go.
No i postaram się jednak, żeby nie aż pięć :)