poniedziałek, 15 kwietnia 2024

Garść wieści.

 Nabieram otuchy z korektą - jakoś lżej mi idzie i sprawniej. Może sprawiła to mimowolna zmiana nastawienia psychicznego, może fakt, że kolejne rozpoczynanie pracy od nowa sprzyja utrwalaniu się wiadomości, a może czuję się pewniej z nowo nabytymi pomocami naukowymi.

W naszym bibliotecznym pokoju wypatrzyłam na półce obok biurka koleżanki opasłe tomisko. Okazało się, że to "Polszczyzna na co dzień" pod redakcją Mirosława Bańki. Wielkie nieba! toż to istna Biblia korektorów i redaktorów! Okazało się, że jest to dar od czytelnika, jeszcze nie włączony w nasze zbiory i wolno mi się nim "zaopiekować" ; nie wierzyłam własnemu szczęściu!
Drugie tomisko zakupiłam przez internet i jest to "Edycja tekstów" Adama Wolańskiego - kolejny podstawowy podręcznik w dziedzinie, z którą się zaznajamiam.
Nie ma to jak skondensowane i zebrane w jednym miejscu rzetelne wiadomości. Niby jest jeszcze pisemny kurs, ale jednak wygodniej mieć książkę pod ręką.
Czuję przypływ entuzjazmu, energii i wiary, że wreszcie zdam ten egzamin i zdobędę certyfikat z kursu.

...Z koleżankami po ostatnim spięciu - odrobina dystansu. Z X się dogadam, bo to konkretna osoba ; ona powiedziała swoje zdanie, ja swoje. Wyjaśniłam, przeprosiłam za to, za co uznałam, że należy przeprosić, i w porządku. Y - mam wrażenie - unika mnie, nie jest ona z tych, które się konfrontują otwarcie, co mnie, szczerze mówiąc, drażni. Ale może jednak się mylę? Czekam na rozwój wydarzeń i okazję do rozmowy.
Tu refleksja: znamy się z X. prawie dziesięć lat, a od pewnego czasu dostrzegam jej cechy, na które dawniej nie zwracałam uwagi, które jakoś nie dochodziły do głosu i nie miały znaczenia. Zaczynają mi przeszkadzać, zaczynam czuć niezgodę na niektóre jej zachowania. Niestety (albo "stety") przyjaźnie również ewoluują, czasami wyczerpują się. Zresztą nie nazywałam nigdy Y przyjaciółką, bo to określenie rezerwuję dla znajomości wyjątkowo bliskich. Y jest bliską koleżanką, z którą łączy mnie sporo wspólnych przeżyć. Przyjaciółki mam dwie, te same od kilkudziesięciu lat.

Z życia domowego: mój syn rozpoczyna niebawem kurs prawa jazdy. Miłą niespodziankę sprawił jego wujek - chrzestny ojciec, brat nieżyjącego ojca mojego dziecka, proponując wsparcie finansowe tego przedsięwzięcia. Podziękowałam z całego serca pomimo zakłopotania.
Po moim byłym mężu zostały długi, spadek odrzuciłam w imieniu syna, ale rodzina byłego męża zachowała się na tyle ładnie, że zupełnie bez niczego syn nie został. Nie ukrywam: cieszę się, że mam to z głowy (prawo jazdy) i nie muszę martwić się o finanse.

Kot wykastrowany zgodnie w uprzednimi zapowiedziami. Nie wydaje się z tego powodu nieszczęśliwy. Nie zgnuśniał i nie rozleniwił się, jak "krakali" niektórzy. Ochoczo wychodzi na podwórko, grasuje godzinami, ale zawsze gdzieś w pobliżu i zawsze wraca do domu - o zgrozo, prawie zawsze z kleszczem... ba! żeby tylko jednym.
Mnie przypada niewdzięczna rola wyrywania tego obrzydlistwa, bo na swoje nieszczęście potrafię to robić. Usuwam przez papier toaletowy ; w życiu nie dotknę kleszcza ani muchy gołą ręką - brrrr! fuj! Trzeba popytać w sklepie zoologicznym o jakiś skuteczny preparat przeciw tym wstrętnym insektom.

Cóż jeszcze?
W sobotę postanowiłam przekroczyć swoją tzw. strefę komfortu, opór przed nowym i wybrałam się w pojedynkę do S. w poszukiwaniu szachownicy kostkowatej w rezerwacie tej rośliny. Szachownica kwitnie bardzo krótko, utrafić w moment to nie byle gratka... no i nie trafiłam. Czy wykres trasy w internecie wprowadził mnie w błąd, czy szachownica już przekwitła, trudno powiedzieć. Było jednak niesłychanie przyjemnie brodzić w wysokich trawach i rozkoszować się lasem. Miałam satysfakcję z wyjścia poza komforcik siedzenia w domu. Będę to częściej powtarzać, uwielbiam się włóczyć, podróżować, spacerować. W domu ludzie umierają, jak powiada porzekadło. Porzekadło jest dla mnie pewną metaforą, z którą się jednak w ogromnej mierze zgadzam. Najmilszy dom nie dostarczy mi tylu inspiracji, co świat na zewnątrz. A ja tak się zasiedziałam! A życie takie krótkie!

O, właśnie... czy w domu przeżyłabym takie niecodzienne spotkanie jak to w S.?
Przypadkowo zapytana o autobus kobieta zorientowała się, że jestem niedosłysząca. Od słowa do słowa dowiedziałam się o istnieniu wspólnoty religijnej, której jest członkinią - kościele wspólnoty pełnej ewangelii. Choć religijnie jestem dość sceptyczna, pozwoliłam położyć na sobie ręce, pobłogosławić się i zgodziłam się na modlitwę o moje zdrowie. Mimo sceptycyzmu zawsze pozostawiam sobie margines pod tytułem: wiem, że nic nie wiem.
Kobieta na własnym przykładzie przekonywała mnie o uzdrowicielskiej mocy Boga... No, cóż... ani nie potwierdzam, ani też nie zaprzeczam. Są rzeczy, o których nie śniło się filozofom. Zwyczajnie natomiast zaciekawiła mnie dotąd zupełnie mi nieznana wspólnota. Poczytam o nich w wolnej chwili.



2 komentarze:

  1. my dla psa na allegro kupujemy tabletkę przeciwko kleszczom, koszt to ok. 40 zł na miesiąc, ale zależy od wagi psa (nasz waży ok. 40kg), także myślę, że przy kocie koszt będzie mniejszy ;) tabletkę dostał tydzień temu i od tamtej pory nie miał ani jednego kleszcza, a wcześniej prawie codziennie z ogrodu coś przynosił :/ także polecam :)

    OdpowiedzUsuń