sobota, 19 września 2026

Skleroza tudzież oda do radości

Dziecię me opuściło dom ojców swoich (niech będzie, że ojców, to zabawnie brzmi, chociaż ojciec, biedak, już tego domu nie zobaczył). Pojechało do miasta wojewódzkiego na oględziny studenckiego mieszkania. Nakarmiłam je obiadem przed wyjściem i czuję satysfakcję, że dobrze się zorganizowałam. Młody nie przepada za grzybami, więc do makaronu miał ser - a mnie zostało sosu jeszcze na jutro.

Wyjście syna potraktowałam jako sygnał, ze pora wyjść z domu i mnie. Cudna pogoda zachęca do przejażdżki. Zaraz lista zakupów - i jazda!

Ale nie po to piszę, by relacjonować te skądinąd banały. Chciałam utrwalić refleksję i podzielić się nią... I - kurde! - co to była za myśl?

Do licha, zapomniałam wdając się w przydługi wstęp 


P.S. Już wiem: zastanowiło mnie, kiedy czuję się szczęśliwa. Otóż gdy po prostu czuję się dobrze, a także gdy jestem w pełni obecna w swoim życiu. I wtedy nic donioslego nie musi się dziać. W odę do radości zmienia się nawet głupi sos.
W "Dziecku piątku" Małgorzaty Musierowicz pojawia się taka wypowiedź: kto chce być szczęśliwy, powinien nie wychodzić z domu". O zaiste, coś w tym jest!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz