niedziela, 10 maja 2026

Kuchenne - i nie tylko - rewolucje

Masz to, na co godzisz się - śpiewała Kasia Kowalska. Brzmi to jak truizm, a przecież - jak to truizmy - jest świętą prawdą.

Dzisiaj zwróciłam uwagę na rzeczone zjawisko. Jest przepiękny dzień, a ja na bank - jak mawiało się w mojej młodości - reaguję na pogodę i jestem od niej wręcz uzależniona. Więc o ile wczoraj przespałam pół dnia, o tyle dzisiaj czuję chęć na aktywność, spragniona jestem słońca i wiatru we włosach.

A co mi stoi na przeszkodzie, by z tego skorzystać? Głupie wyuczone schematy: przecież trzeba najpierw zrobić obiad, nastawić pranie, coś tam jeszcze... Gdy już to wszystko za mną, brakuje mi siły, czasu i zapału. Wniosek? Czasami naprawdę niech się pali, niech się wali, wybierzmy najpierw siebie, a reszta nie ucieknie. A czasami da się pójść na sensowny kompromis. Nastawiłam zatem zupę pomidorową, którą gotuje się szybko, a na resztę macham ręką. I pilnuję się, by nie próbować nadrobić wszystkiego w krótkim czasie, bo już wiem, jak bardzo "nerwówka" odziera mnie z sił.
No, mam uszkodzony, mniej wydolny system nerwowy niż "normalni" ludzie i nie ma co z tym walczyć. Akceptacja to najlepsze. co mogę sobie podarować. Czasami lepiej procentuje przerwa w pracy, gdy czuję niedogodności w ciele. A czuję, bo moje ciało też jest dosyć kapryśne.

Zupa więc się gotuje, a ja, ponieważ zmarzłam i ścierpły mi nogi (kłopoty z krążeniem też są moim udziałem), zaszyłam się na chwilę pod koc i nie marnując czasu, zaglądam do swojego blogowego zakątka.

Naczytałam się swego czasu o ruchu zero waste i propozycjach wykorzystywania kulinarnych resztek oraz odpadów. Lubię takie pomysłowe zabawy. Jednak po kilku eksperymentach odważę się powiedzieć: mocno przereklamowana i naciągana sprawa!

Bulion z obierek warzywnych zawsze wychodził mi gorzki i niesmaczny. Poczytałam stosowne porady i co się okazuje? Obierki muszą być niezwykle starannie wyselekcjonowane i po tejże selekcji - czasochłonnej przecież - pozostaje niewiele, musiałabym bardzo długo czekać, by zgromadzić wystarczającą porcję.
Czipsami z ziemniaczanych obierek popisywała się nawet Magda Gessler. Spróbowałam kilka razy i - zawsze, za przeproszeniem, sraczka.

Całe to zero waste to w dużej mierze sztuka dla sztuki, zawracanie gitary.

Aczkolwiek dziś, biorąc się do gotowania, stwierdziłam brak włoszczyzny w lodówce (tak to jest, jak się wcześniej nie sprawdzi). Sięgnęłam zatem do zamrażarki, gdzie trochę takich "zero waste" zamroziłam. Tym razem poratowałam się obierkami marchewki, mrożonymi liścmi pora, fragmentami cebuli. Dorzuciłam do wody ostrożnie, by nie zdominowały smaku... Odpukać, wychodzi to przyzwoicie. Zaraz machnę genialne kluseczki, których nauczyłam się od przyjaciółki: miesza się kaszę mannę z jajkiem i gdy stężeje, uciera się na tarce wprost do zupy. Przepyszne są! Miła to odmiana od ryżu.

To lecę do kuchni, bo nogi już odpoczęły i post się napisał :)

piątek, 8 maja 2026

Żałoby

Lubię czasem wrzucić post na GPT i poprosić o komentarz, recenzję. Dziś raczył mnie poinformować, że mogę być odbierana jako stylizująca się melancholijną romantyczkę czy coś koło tego. Wyjaśniłam, z czego to wynika, wtedy zaczął inaczej gadać - a zresztą, niech się pocałuje... ;)

Fakt, że bardzo świadomie teraz wybieram, ograniczam bodźce, decyduję niczym strateg, w co zainwestuję swoje zasoby. Chcę żyć i z życia korzystać, ale nie dam rady już brać wszystkiego "jak leci". Mam świadomość, że nie starczy w życiu miejsca ani czasu na wszystko, choćbym pękła, i nie warto nad tym rozdzierać szat. Za to trzeba tym bardziej cenić to, co mi dane i odsiewać ziarna od plew.
Fajnie napisała kiedyś autorka blogu "Minimalissmo" (link na moim blogu), że lubi ograniczenia w doborze ubrań, bo zmuszają ją do większej inwencji i kreatywności. Myślę, że to uniwersalna refleksja. Stworzyć danie z zaledwie kilku składników, to dopiero sztuka! A gdy jest za dużo opcji, pojawia się słynne "osiołkowi w żłoby dano".

W imię tego ograniczam również scrollowanie telefonu, chociaż oczywiście przyłapuję się na tym niejednokrotnie. Zagląda się "tylko na chwilę", a potem tu link, tam link i ciekawość... a że oprócz tony śmiecia, spotyka się tam również wartościowe rodzynki, więc to zatrzymuje mnie na dłużej. Uświadomiłam sobie ten mechanizm, oraz to, co wyżej napisałam - że nie starczy mi miejsca na wszystko. Zatem gdy zauważę, że "znowu zaczynam", bezlitośnie odkładam telefon. Bardzo szybko zauważyłam korzyści, bo jakoś lepiej mi się teraz czyta książki, jestem bardziej skupiona i więcej z nich zapamiętuję. I wcale mnie aż tak do telefonu nie ciągnie, dopóki jednak po niego nie sięgnę. Wtedy się nieraz jeszcze zapomnę.

Właśnie jednak w internecie napotkałam dzisiaj myśl o tym, jak nieoczywiste są przeżywane przez nas żałoby. Pierwsze skojarzenie narzuca nam dramat, intensywność, zdarzenia oczywiste. A przecież swoistą żałobą okupujemy wiele strat i całe nasze życie właściwie to tracenie i rozstania. Wyzbywamy się różnych złudzeń, tracimy zdrowie i świeżość cery. Weryfikujemy znajomości, co odczułam ostatnio bardzo wyraźnie.

Mam poczucie, że ten proces u mnie bardzo zintensyfikowała przebyta operacja. Realnie ubyło mi sił i energii, nie sposób tego zbagatelizować. Straciłam pewną beztroskę i spontaniczność, w moim życiu pojawiła się potrzeba wybierania i planowania... A więc i coś się rodzi!

Te wszystkie sprawy nie są mi obce, ale jak żartuję - dostałam turbodoładowanie. Szybciej teraz dostrzegam: nie, to nie dla mnie, to nie moje. Nie chce mi się tracić czasu na to, co nic mi nie daje, na ludzi, którzy zamiast mnie cieszyć, denerwują i męczą. Łatwiej mówię nie i bardziej sobie wierzę. Nawet wczorajsze zakończenie rozmowy z przyjaciółką jest tego dowodem i przykładem. Kiedyś gadałabym i słuchała do upadłego, przekonana, że to wartość sama w sobie. Kiedyś dla samego towarzystwa szłam na hałaśliwą miejską imprezę, a dziś wiem, że to mnie zmęczy, a niewiele da poza zabawą dla samej zabawy.
Nie neguję tego, widocznie taka była wtedy potrzeba i może po prostu już się tym wszystkim nasyciłam.

Nie biorę dzisiaj wszystkiego, co mi dają. A czy mi żal? Chyba coraz mniej.
Więc chyba jednak nie żałoba, chociaż na pewno utrata.
Ergo - utraty nie są takie złe :)

Zostaję w domu

Obudziłam się dzisiaj bez większego przymusu. Z rozsądku ukróciłam wieczorne rozhowory z przyjaciółką i to zaprocentowało.

Swoją drogą - bo lubię dygresje - co za ładne słowo mi się przypomniało. Te rozhowory... Lubię bogactwo naszego języka i rozkoszowanie się nim.

Po przebudzeniu czułam jednak, że każda moja komórka prosi o sen i nie ma ochoty brać się do galopu. Już planując wycieczkę czułam lekkie powątpiewanie, czy na pewno mi na niej zależy. Roztocze jest mi bliskie, o czym wspominałam, jednak to akurat zwiedzanie ma raczej "miastowy" charakter, a ja wolę przyrodę, lasy, pagórki i malownicze dzieła natury. Swoją drogą - znów dygresja! - łączy mnie to z moim rodzeństwem, o czym niedawno przekonałam się w rozmowach. Nasze dzieci już niekoniecznie i nawet żartowałam, że one chyba nie nasze.
Przeczytałam też wczoraj, że pod koniec miesiąca szykuje się wycieczka w Bieszczady i poczułam, że ta "woła" mnie głośniej. Powołując się na powiedzonko mojej Mamy stwierdziłam, że Roztocze tym razem sobie daruję. Napisałam do kolegi, by przekazał to organizatorom, trochę "naściemniałam", że źle się czuję, co zresztą poniekąd jest prawdą.
A Mama mawiała: z jedną d...ą na dwa targi nie jadą, Miała wiele takich charakterystycznych powiedzonek.
Wybieram zatem w maju Bieszczady. Oprócz ograniczonych zasobów energii, mam też na względzie własny portfel.
Dzisiaj zostaję w domu i zamierzam spędzić ten dzień spokojnie i w miłej melancholii - jak ta pogoda za oknem, która zachęca do wyciszenia i zatrzymania się w biegu.

A dziś...

Dziś drugi dzień na oddziale. Dobrze mi było i spokojnie. Towarzystwo życzliwe, a przy tym nienachalne, nieprzytłaczające. Rok temu prym wiodły osoby dość intensywne, a i ja chyba jednak byłam w znacznie gorszej formie niż tego roku. Ten poprzedni pobyt oceniam jako wartościowy, lecz niełatwy. Bywałam przebodźcowana i rozdrażniona aż do łez.
Możliwe, że wpływ na moje samopoczucie mają też nowe aparaty słuchowe, którymi posługuję się na przemian ze starymi. W zależności od sytuacji różnie się one sprawdzają i nie odważę się stwierdzić, że te nowsze są lepszej jakości. Inaczej przetwarzają dźwięki (może jeszcze nienależycie ustawione, bo to wymaga czasu, testowania rezultatów i regularnych wizyt w zakładzie protetyki słuchu). Bardzo mi odpowiada, że mogę je wybierać w zależności od potrzeby.

Śmiało mogę powiedzieć, że tym razem na oddziale się regeneruję.

Po ostatniej nocy i długim śnie czułam się rano jeszcze trochę niemrawa i wahałam się, czy nie zrezygnować z planowanej na jutro wycieczki na Roztocze organizowanej przez PTTK. Teraz jednak decyduję: jadę! co zobaczę i przeżyję, to moje. Będzie wśród uczestników były mąż D., więc liczę na jakieś "ciekawostki" o tej osobie. Może to plotkarskie trochę z mojej strony, ale przyznaję, że cała ta historia z nią w roli głównej nie jest mi obojętna i chętnie skonfrontuję własny punkt widzenia z oglądem z innej, także bliskiej perspektywy. Oczywiście jeżeli on sam cokolwiek na ten temat wspomni

Roztocze natomiast, cel jutrzejszej wyprawy, jest mi bliskie, bo to miejsce pochodzenia mojej Mamy. Wyjechała stamtąd jako dziecko, ale odwiedzała bliskich, którzy tam pozostali. Mając w pamięci jej wspomnienia, odnoszę wrażenie, że kochała to miejsce i tęskniła. Mam i ja przez to sentyment do tego regionu.

czwartek, 7 maja 2026

Nocna przygoda i "pierwsze koty" dzisiaj

I wreszcie przyszedł deszcz, którego zapowiedź czułam w ciele od dwóch dni. Tak ładnie stuka o parapet, wypełniając mnie spokojem. Nie pada na tyle mocno, by uciszyć śpiewające ptaki. Jest cicho, jest dobrze, choć paruje ze mnie zmęczenie zupełnie niewspółmierne do tego, jak minął dzisiaj mój dzień.

A może jednak jest przyczyna? Może reaguję na kolejne zmiany i emocje?

Spędziłam dziś pierwszy dzień na oddziale dziennym. Było nadspodziewanie dobrze, nie dawał mi się we znaki gwar ani radio. Jednak jest duża różnica, jak odbieram dźwięki przez nowe aparaty, a jak nachalnie bombardowały mnie rok temu. Byłam nawet w stanie czytać książkę obok innych pacjentów, którzy przygotowywali gofry w ramach terapii zajęciowe. Gofry, swoją drogą, wyszły przepyszne i niech się przy nich schowają specjały kupowane w sklepach czy nawet restauracjach.

Spotkałam na oddziale dwie osoby z poprzedniej hospitalizacji, więc tym łatwiej weszłam w oddziałowy świat.
Dziś takie "pierwsze koty za płoty", zobaczymy, co przyniosą kolejne dni.

Tej nocy wcześnie zasnęłam, zmęczona kopaniem działki. Ostatnie, to pamiętam, to mój syn zmywający naczynia w kuchni. Potem zbudziłam się w okolicach dwudziestej trzeciej i nie mogłam zasnąć ponownie. Syn zniknął z domu, ale dał później znać, że spontanicznie "wylądował" w mieście wojewódzkim u swoje dziewczyny. Wobec tego wszystkiego wzięłam do ręki książkę z bibliotecznego kiermaszu. Mówi o urazach i chorobach mózgu, więc miałam nadzieję, że dowiem się czegoś o mojej chorobie. Chorobę jednak mam rzadką i póki co jedynie w internecie udaje mi się coś o niej wyczytać.

W książce znalazłam dokument - odpis skrócony aktu małżeństwa młodych jeszcze ludzi, obojga urodzonych w 1982 roku. Sfotografowałam go i ogłosiłam na Facebooku wiadomość o zgubie. Odezwała się najpierw znana mi z widzenia kobieta, która przedstawiła się jako koleżanka kobiety z aktu. Okazało się, że ta zmarła w zeszłym roku, a z zawodu była psychologiem pracującym w jednej z placówek w naszym mieście. Umówiłyśmy się, że odniosę akt na posterunek policji, gdzie pracuje owa koleżanka.
Napisała też do mnie równocześnie siostra zmarłej. Ponieważ przebywa poza moim miejscem zamieszkania, zdecydowałyśmy, że odbierze dokument z komisariatu.
Wyraziłam współczucie z powodu straty siostry i to zapoczątkowało bardziej osobistą rozmowę. Okazało się, że chodziłyśmy do tego samego liceum, dzielą nas raptem dwa lata wieku, mamy też wspólnych znajomych. Malutki ten świat :)

Cała ta mała przygoda napełniła mnie łagodną melancholią.
Odchodzimy i przypominają o nas pozostawione dokumenty, pamiątki, przedmioty codziennego użytku... Opowiadają naszą historię, gdy my już gdzieś "daleko, wysoko, wśród manowców" (E. Stachura).

To była taka młoda jeszcze kobieta... Dokument zostawiła w podręczniku neurologii...

wtorek, 5 maja 2026

Wtorkowe nowinki

Słowo stało się ciałem: w czwartek maszeruję na oddział dzienny psychiatryczny. Podzieliłam się dzisiaj swoimi rozterkami co do sensu tej hospitalizacji i pani doktor zachęciła mnie, bym jednak spróbowała i w najgorszym razie będę mogła wypisać się na własne życzenie. Nie grożą za to żadne sankcje.

Dziś w pracy dzień był bardzo trudny. Ciężko było mi się skoncentrować, myśli uciekały i z wielkim trudem opanowywałam rozkojarzenie. Umęczyłam się setnie. Mam za swoje, co tu kryć, bo dzisiejszej nocy pozwoliłam sobie na bardzo długą telefoniczną rozmowę z przyjaciółką. Spać poszłam przed pierwszą i długo nie mogłam zasnąć. Serio muszę zadbać o siebie i postawić granicę takim ekscesom. Przyjaciółka nie pracuje, więc jej czas jest bardzo elastyczny. Ja w pracy muszę trzymać pion i poziom.
Od roku łaskawie nam panująca dyrektorka nie jest osobą lubianą, ci którzy z powodu obowiązków są z nią bliżej ode mnie, bardzo na nią narzekają. Dziś podobno stwierdziła, że w innych bibliotekach zatrudnionych jest mniej osób, a lepiej sobie radzą. Nie bierze tylko pod uwagę, że podała przykład mniejszych bibliotek, w mniejszych miasteczkach.
Ponoć i do mnie miała zastrzeżenia, że przez moją niepełnosprawność i przysługujący mi krótszy dzień pracy "uciekają" godziny, w których mogłoby być zrobione coś więcej. Och, ty zgago jedna! Mam ci przypomnieć, jak wpadałaś na czterdziestominutowe plotki do naszego działu? Aleś zważniała na tym dyrektorskim stołku! Nasza do niedawna równa nam koleżanka zawsze była ważniaczką nie grzeszącą intelektem, ale o niewątpliwej przebojowości. No i tak zwanych plecach, bo mężuś na stanowisku... Teraz dopiero pokazuje, kim to nie jest.

Była kiedyś u nas pracownica, która tuż przed emeryturą mawiała w trudnych chwilach, że do tego wyczekiwanego momentu "to i z jeżem w betoniarce wytrzyma". Mnie też w najgorszym razie pozostanie wyjście awaryjne za trzy lata. Jakże krzepiąca to myśl.

Wróciłam dziś bardzo zmęczona, wyczuwam nadchodzącą zmianę pogody i deszcz. Już wczoraj dawało mi się to we znaki, ale dzisiejszy brak snu spotęgował złe samopoczucie. Dałam sobie spokój z domowymi pracami, machnęłam ręką na kopanie ostatniego rządka działki. Przespałam się, poleżałam, a pod wieczór wyszłam przed dom poczytać książkę. Ewę Woydyłło już skończyłam, a teraz wróciłam do rozpoczętej wcześniej motywacyjnej autobiografii Nicka Vujicica: "Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń". Książka, Bogiem a prawdą, taka sobie, oczywista, ale przez sam fakt niezwykłości bohatera przykuwająca uwagę. W międzyczasie pogawędziłam z sąsiadkami, a teraz kontynuuję lekturę w łóżku. Zrobiłam sobie tylko przerwę na blogopisanie.

Potrzebowałam takiego leniwego popołudnia na regenerację. Badam te swoje stany, to swoje funkcjonowanie ; z całą pewnością nie oskarżę się o lenistwo, jestem aktywną osobą, ale ta aktywność, ciekawość, chęć działania ograniczona jest kaprysami mojego organizmu. Nie, nie wymyśliłam ich sobie, chociaż czasami się o to oskarżam. Mam spory kłopot z zaakceptowaniem ich.

Co zaś do sąsiadów, chyba na dobre nam wyszły konflikty sprzed ostatniej zimy. Mniej teraz przesiadują pod moimi oknami. K.-owie przenieśli stolik i krzesła na tył domu, z widokiem na swój ogródek. Tam sobie mogą plotkować o mnie bez obaw, że usłyszę ja lub mój syn. T-owie siłą rzeczy nie mają już towarzystwa do podokiennych ploteczek, więc też więcej przebywają w innych miejscach. I dobrze, bo chociaż te wspólne wieczory przy stoliku miały spory urok, miewały też niemiłe konsekwencje. A i czasu zabierały sporo.

poniedziałek, 4 maja 2026

Raport z codzienności

Wyżej uszu nie podskoczę, a własnej natury nie oszukam.

Niezły miałam dzień, jeśli chodzi o stabilność emocjonalną i zrealizowanie codziennych zadań, a jednak potrzebowałam się zmusić, kosztowało mnie to pewien wysiłek. Czuję w ciele zmęczenie nieadekwatne do wykonanej pracy. Chciałam mieć dzisiaj wieczór dla siebie, a niestety będzie to chyba wieczór... dla Morfeusza :)

Nie chciało mi się już otwierać bloga (blogu? jak to w końcu się odmienia? Muszę sprawdzić w wolnej chwili), ale zrobiłam to na prośbę koleżanki, która zauważyła, że jej nowe wpisy nie wyświetlają się u mnie. Podpowiedziała, jak temu zaradzić, więc naprawiłam usterkę. A skoro już tu jestem, dopiszę kilka słów.

Wczorajszy wypad do P. sprawił mi dużą przyjemność, o dziwo. Oczywiście zrobiłam to przede wszystkim dla przyjemności, nie spodziewałam się jednak, że aż tak dobrze i spokojnie będzie mi siedzieć na ławce i po prostu słuchać piosenek - ot, tak sobie być bez oczekiwań, wielkich filozofii i towarzystwa. Czułam to, co jest ostatnio dla mnie bardzo ważne - właśnie spokój i luz.
Do domu wróciłam pociągiem, nie tak znowu późno. Nieco się obawiałam drogi na dworzec, bo w P. mieści się on niemal na peryferiach i wieczorem droga do niego wydaje się nieprzyjemna. Dotarłam jednak bez żadnych niemiłych przygód, przy czym okazało się, że to wcale nie tak daleko. W końcu P. to miasteczko maleńkie.

A dzisiaj praca, potem dom. W pracy coraz bardziej doceniam moją kierowniczkę. Dobry i mądry z niej człowiek. Potrzebowałyśmy tylko trochę czasu, by się poznać i nauczyć właściwie odczytywać nasze zachowania i reakcje. Lubię ją i obym się nie zawiodła (ach, ta asekuracja! po prawie trzydziestu latach pracy chyba już za nikogo nie skoczę w ogień). W domu natomiast, a raczej przy domu kolejne dwa rządki działki zostały skopane i odchwaszczone. Niestety, po tygodniu walki z chwastami widzę, jak na początku "areału" przebijają się przez glebę nowi nieproszeni goście.
Na obiad kolejne moje kulinarne odkrycie. Dahl z czerwonej soczewicy, danie o indyjskim rodowodzie, okazał się bardzo smaczny, choć prosty w przygotowaniu. Największym plusem jest prostota i szybkość przygotowania. Syn nieufnie odniósł się do tej kuchennej innowacji, ale myślę, że przekona go wersja z mięsem lub wędliną. Przygotowałam jeszcze wstępnie obiad na jutro, a naczynia dzisiaj myją "niewolnicy" czyli syn.

I nic specjalnego - ot, codzienność każdej pani domu, matki, czasem żony (mnie nie dotyczy), a jednak padam na nos.

Ale nawet udało mi się poczytać bardzo dobry "Żal po stracie" Ewy Woydyłło.

niedziela, 3 maja 2026

Plusy starszawego wieku

Byłabym zapomniała...

Niepomyślne wieści z oddziału dziennego zakłóciły mi sen aż przez dwie noce. Wizja zmagań ze służbą zdrowia i instytucjami przeraża mnie, a z oddziału chyba jednak zrezygnuję, choć jeszcze się biję z myślami. Dziś w nocy jednak przyszedł spokój:
Za trzy lata minie mi trzydzieści lat pracy! Będę mogła bez łaski przejść na wcześniejszą emeryturę i raczej nie będzie mi trudniej niż na rencie, a kto wie, czy nie korzystniej. A do emerytury wszak można sobie dorobić, tak samo jak i do świadczenia z tytułu niepełnosprawności. Ach, jak mi ulżyło! Taka możliwość to koło ratunkowe.

Czasami się człowiek cieszy ze swojego wieku - cha, cha, cha!

Taki tam pościk

Taki tam skrótowy pościk, skoro jeszcze mam otwarty chromebook.

Zamarzyła mi się dzisiaj imprezka w sąsiednim P. Będzie tam konkurs piosenki turystycznej w połączeniu z występem laureatów i nieznanego mi zaproszonego zespołu. Poezja śpiewna w różnych odsłonach to od lat mój ulubiony gatunek muzyczny. Problem tylko z komunikacją oczywiście. Do P. dojadę, ale wieczorne autobusy to już pewien problem. Będę chyba zmuszona odpuścić sobie ten zaproszony zespół. A może dogadam się z kimś z publiczności i podrzucę się do naszego miasta razem z nim? Radziłam sobie tak nieraz.

Wstałam dziś jakaś niezbyt szczęśliwa, połamana, bez werwy. Powoli jednak poprawiłam sobie samopoczucie, redukując planowane zajęcia w domu i racząc się śniadaniem. Kupiona wczoraj metka, niemal zapomniany przeze mnie specjał, na kromce czosnkowej bagietki, okraszona kiszonym ogóreczkiem smakowała mi nieziemsko! Do tego herbata z bławatków, którą podarowała mi pewna koleżanka - raczej niewybitna, neutralna w smaku, ale interesująca.

Ponieważ z radości zakupiłam aż dwie porcje tejże metki, a należy do produktów nietrwałych, wpadłam na pomysł zaaranżowania z niej obiadu. Przesmażę z cebulką, dodam pomidorowego przecieru i podam to z ryżem, który też mi pozostał z poprzednich posiłków. Będzie prawdziwe zero waste. A jak szybko, a jak prosto - już się cieszę na ten posiłek.

Ruszam zatem w kuchenny taniec i przygotowania do wyjścia. Spokojny poranek bardzo dobrze zrobił mojej nadwątlonej energii.

piątek, 1 maja 2026

Moje TAK i NIE

Praca zawodowa nie jest dla mnie sensem życia. Obce mi to podejście. To konieczność i tyle. A jednak fajnie byłoby lubić to, co się robi, a nie wyczekiwać piątku, fajrantu, cieszyć się na każdy wolny dzień. Jakąś tam satysfakcję czułam opowiadając psycholożce o tym, o robię w bibliotece, widząc, jakie to dla niej nowe i nieznane - każdy zawód ma przecież swoje kulisy. O mankamentach jednak mojej roboty pisałam już wiele razy...

Długo już obserwuję siebie i to, co działa oraz nie działa w moim życiu. Zadałam GPT pytanie, jak odnaleźć te swoje TAK w życiu, kiedy ma się z tym trudności. Dostałam odpowiedź, że pomocne jest również badanie swoich NIE, to także dobry drogowskaz. To samo powiedziała znajoma prowadząca spotkania w "sekcie": gdy czuła, że jej życie nie wygląda tak, jakby chciała, zaczęła zmiany od przyglądania się temu, czego nie lubi.

Rozmaici terepeuci, z moją ulubioną Ewą Woydyłło, którą właśnie czytam, podkreślają wagę małych kroków, dokładnie tego, co niedawno napisałam o roślince, która zakwitła mi w pokoju: jeśli nie mam możliwości zwiedzenia tropikalnej dżungli, zupełnie możliwe jest dostarczenie sobie zachwytu nad egzotyczną rośliną, zwiedzenie arboretum itp. Woydyłło podaje przykład kobiety, która zapisała się na warsztaty intuicyjnego malowania, a potem tak się "rozmalowała", że zapisała się do szkoły sztuk pięknych.

Moje największe NIE na tak zwany dzień dzisiejszy to, jak doszłam do wniosku - nadużywanie telefonu z internetem. Poczytałam stosowne porady, poszukałam sposobów na swoje pokusy i wreszcie udało mi się poczynić pierwsze postępy w walce z nałogiem. Chyba do każdej tego rodzaju decyzji potrzebowałam dojrzewać dosyć długo, a gdy wreszcie coś "zaklikało", radziłam sobie stosunkowo łatwo. I co najważniejsze, zaskakująco szybko przestałam odczuwać potrzebę tego, co wcześniej przyciągało, a wręcz przykuwało mnie na długie, długie chwile. Tak było z nachodzącym mnie R., z przesiadywaniem na forum rozwodników i wreszcie ze smartfonem. Z tym ostatnim dopiero zaczynam się "rozwodzić", ale czuję optymizm. Odkładam go daleko i zajmuję się choćby nicnierobieniem. Za chwilę okazuje się, że wolna przestrzeń się "czyści". czas niezagospodarowany klikaniem spontanicznie wypełnia się czymś innym, bardzo często ukochanym czytaniem książki. Wierzcie lub nie wierzcie, bez gapienia się w ekran mam tysiąckrotnie lżejszą głowę. Jestem mniej napięta, zmęczona i niezadowolona, że czas przecieka mi przez palce. Mam więcej przestrzeni dla siebie i NA siebie. A tego potrzebuję, by wyraźniej widzieć swoje TAK i NIE, które mówię życiu. Chcę realnie zobaczyć, czego mi trzeba, bo coraz mocniej odczuwam, że chciałabym zmian na lepsze.

Zauważyłam również, że nawet bardziej znaczące są te wszystkie NIE aniżeli to, czego pragniemy, bo ich usunięcie po prostu zwalnia przestrzeń. Same wtedy "wskakują" różne pożądane stany i sprawy. Ot, śmieci się wynoszą.

***

Byłabym zapomniała o wczorajszym zapisie na oddział.
Niestety nie wygląda to różowo. Kierowniczka oddziału, znająca mnie z zeszłorocznego pobytu wyraziła troskę, czy sobie poradzę w zmienionych warunkach.
Rok temu była nas kameralna grupa, może dwunastu osób. Teraz pacjentów bywa nawet po dwadzieścioro, a do tego w obiekcie założono głośniki, przez które nadawane jest radio i muzyka. Pacjenci bardzo to aprobują, a ja nadmiaru dźwięków nienawidzę, nawet gwar tej małej grupy ludzi bywał dla mnie uciążliwy i męczący. Stanęło na tym, że w najgorszym razie skrócę pobyt do minimum. A ja sama teraz myślę, że już w najgorszym z najgorszych - po prostu zrezygnuję z hospitalizacji (o ile oczywiście nie pociągnie to ze sobą poważniejszych konsekwencji).
Przygnębiła mnie ta informacja. Liczyłam na psychiczne "podreperowanie się" i wypoczynek, cieszyłam się też na spotkanie z kolegą, którego polubiłam i może nawet odrobinę się z nim zaprzyjaźniłam poprzednim razem. Wiem, że się na oddział wybiera.

No, cóż.. takie życie...

Przy okazji "przyobserwowałam" siebie i swoje mechanizmy.
Dzień wcześniej rozochocona zwiększoną energią, lepszym samopoczuciem pozwoliłam sobie na dłuuuugą rozmowę z GPT. Zadałam mu mnóstwo pytań, dowiedziałam się ciekawych rzeczy. Ponieważ jednak odpowiadał mi powoli (chyba pamięć zapchana), w międzyczasie oglądałam na Youtube transmisję pogrzebu posła Litewki. Wstyd się przyznać, o której w nocy poszłam spać. Nie poszło to jednak na marne, jak stwierdzam już z dystansu. Zobaczyłam niczym czarno na białym, jak bardzo mi to nie służy, jak mocno wpłynęło na nastrój i reagowanie następnego dnia. Takim stanom też wypowiadam gromkie i stanowcze NIE.

Dziś jestem już wyspana jak człowiek, zregenerowana i spokojna. Inaczej patrzę na sprawę z oddziałem dziennym. Każdy scenariusz uważam za rzecz do przyjęcia, a problemy do rozwiązania.
Jeśli oddział okaże się nie dla mnie, pozostaje mi "moja" psycholog, a także, o czym powiedziała mi wczoraj kierowniczka oddziału - stałe wsparcie psychiatry. Do psychiatry zapisać się to nie kłopot. Nie potrzeba skierowania od "rodzinnej", wiem też z doświadczenia, że akurat do tego specjalisty nie ma potężnych kolejek. Rok temu podobno zalecano mi wspieranie się tego rodzaju terapią, ale wspomniano o tym jakoś tak na marginesie, że nie uznałam tego za zalecenie, a jedynie luźną sugestię. Pani X. poddała mi też pod rozwagę leki na stabilizację nastroju i energii.

Zdrowie, spokój i normalność to priorytet. Mam gdzieś obawy przed stygmatyzacją, nie boję się ocen otoczenia i wcale nie zamierzam nikogo oszukiwać, że zamiast do psychiatry idę do kosmetyczki. Wielu ludzi jest mi życzliwych i wyrozumiałych i nie robi z tego żadnej sprawy. A jeśli ktoś robi - sam się odsiewa spośród osób mi bliskich. Tej twardości nauczyło mnie chorowanie. Jestem mu za to wdzięczna.

Śmieci same się wynoszą. Alleluja, amen!