Chyba mi ten oddział nie służy. Rozważam wypisanie się na własne żądanie. Tylko co w zamian? Chciałam wypytać o to kierowniczkę oddziału dziennego w czasie grillowania na świeżym powietrzu, ale wciąż ktoś się koło niej kręcił, więc nie podeszłam.
Jestem ciekawa ludzi, ich historii i przemyśleń, a zupełnie sobie teraz nie daję rady z komunikacją. Dopiero na oddziale zwróciłam uwagę, że chyba znowu pogorszył mi się słuch, bo rok temu było jakoś inaczej. A może po prostu w ogóle jest inaczej? Na pewno więcej pacjentów, na pewno inne osobowości - ba, wiadomo! Wśród ludzi na oddziale niektórzy bywają irytujący.
Wczoraj kończył hospitalizację kolega, lubiany przez grupę, więc spontanicznie urządzili mu pożegnanie z tańcami. Nie trwało to długo, ale po całym dniu interakcji myślałam, że oszaleję z nadmiaru bodźców. Przeprosiłam towarzystwo i uciekłam do jadalni. A w jadalni... polityka! W bardzo kiepskim wydaniu, z pokrzykiwaniem innego pacjenta o Ruskich i Ukraińcach. I z gadaniem o kiepskich rentach. Odeszłam na bok, bo chyba zaczęłabym warczeć.
Swoją drogą - tu będzie dygresja - wyłapuję takie niuanse jak ten, że koleżanka narzeka na kiepską sytuację materialną, a za chwilę opowiada, jak kupiła saszetkę karmy dla miauczącego na ulicy nieznajomego kota...
Strasznie mnie wkurza na oddziale sympatyczna skądinąd pani X. z personelu, bo mówi niewyraźnie. Bardzo wiele osób mówi niewyraźnie i nie rozumiem ich wymowy. Po kilka razy proszę o powtórzenie i boli mnie, gdy po tych kilku razach ludzie wycofują się zrezygnowani. Ja też nierzadko nawet wolę nie zaczynać - bo przewiduję trudności.
Czekam na mojego zeszłorocznego ulubionego współpacjenta, bo ma niebawem znowu dołączyć na oddział. Obawiam się jednak, że w tłumie i jazgocie nie będzie nam łatwo się porozumieć.
Dopadł mnie pesymizm, dopadł mnie stan, który moi znajomi z oddziału nazywają zjazdem. Jestem zmęczona i przygnębiona.
Ale nawet porządnie zdołować się nie potrafię... hehehe...
Zaczęłam wczoraj szperać w internecie, zadawać pytania, szukać. Szanowny sztucznie inteligentny naprowadził mnie na trop Centrów Zdrowia Psychicznego w moim województwie. Znalazłam je w obu niegdyś wojewódzkich miastach. Przyjmują tam i psycholodzy, i neurolodzy - a ja neurologa bardzo zaniedbałam, jeśli nie liczyć okołooperacyjnych okoliczności. Nikt mi wyraźnie nie zakomunikował, niestety, bym zadbała o systematyczny kontakt z tym specjalistą. Powiedziano mi mętnie: "Jak się będzie COŚ działo...". Co to - kurrrrna! - jest "coś"? Stale się coś dzieje, ale nic nowego ani spektakularnego. Chodzę głucha, co powoduje smutek i wściekłość, męczę się po trzech godzinach roboty za biurkiem - ot, co.
Wyszperałam zatem Centrum Zdrowia Psychicznego, a także oddział Związku Głuchych w naszym mieście. Pójdę tam, jak Boga kocham, bo coraz trudniej mi się żyje. Całkiem wprawdzie nie ogłuchłam jeszcze, ale życie stało się naprawdę trudne. Mignęło mi na ich stronie coś o rehalibitacji, o ćwiczeniu słuchowej uwagi. Trzeba coś ze sobą robić, na Jowisza i innych bogów!
oczywiście. na swoim przykładzie - mimo remisji kilkunastoletniej jestem pod stałą opieką Centrum Zdrowia Psychicznego. czym prędzej odwiedź i dbaj o siebie.
OdpowiedzUsuńjeśli nie naruszy to Twojego komfortu i mogę coś doradzić, to napiszę: słuchaj swego ciała. Ono pierwsze powie ci, czy sytuacja jaką napotykasz na oddziale dziennym przynosi ci więcej korzyści, niż przykrości.
UsuńDzięki, kochana. Wielu specjalistów podkreśla, jak ważne jest słuchanie ciała. A moje mówi, że oddział to za wiele. Niestety. Zresztą ostrzegała mnie też kierowniczka i stanęło na tym, że po prostu spróbuję i zobaczę, co dalej.
UsuńTrochę mi tylko żal rezygnować, bo niedługo pojawi się ktoś, kogo bardzo sobie cenię i liczyłam na serdeczne rozmowy z tą osobą. Ale przecież to niezbyt poważny argument na rzecz oddziału.