sobota, 23 maja 2026

Na Jowisza!

Chyba mi ten oddział nie służy. Rozważam wypisanie się na własne żądanie. Tylko co w zamian? Chciałam wypytać o to kierowniczkę oddziału dziennego w czasie grillowania na świeżym powietrzu, ale wciąż ktoś się koło niej kręcił, więc nie podeszłam.
Jestem ciekawa ludzi, ich historii i przemyśleń, a zupełnie sobie teraz nie daję rady z komunikacją. Dopiero na oddziale zwróciłam uwagę, że chyba znowu pogorszył mi się słuch, bo rok temu było jakoś inaczej. A może po prostu w ogóle jest inaczej? Na pewno więcej pacjentów, na pewno inne osobowości  - ba, wiadomo! Wśród ludzi na oddziale niektórzy bywają irytujący.

Wczoraj kończył hospitalizację kolega, lubiany przez grupę, więc spontanicznie urządzili mu pożegnanie z tańcami. Nie trwało to długo, ale po całym dniu interakcji myślałam, że oszaleję z nadmiaru bodźców. Przeprosiłam towarzystwo i uciekłam do jadalni. A w jadalni... polityka! W bardzo kiepskim wydaniu, z pokrzykiwaniem innego pacjenta o Ruskich i Ukraińcach. I z gadaniem o kiepskich rentach. Odeszłam na bok, bo chyba zaczęłabym warczeć.

Swoją drogą - tu będzie dygresja - wyłapuję takie niuanse jak ten, że koleżanka narzeka na kiepską sytuację materialną, a za chwilę opowiada, jak kupiła saszetkę karmy dla miauczącego na ulicy nieznajomego kota... 

Strasznie mnie wkurza na oddziale sympatyczna skądinąd pani X. z personelu, bo mówi niewyraźnie. Bardzo wiele osób mówi niewyraźnie i nie rozumiem ich wymowy. Po kilka razy proszę o powtórzenie i boli mnie, gdy po tych kilku razach ludzie wycofują się zrezygnowani. Ja też nierzadko nawet wolę nie zaczynać - bo przewiduję trudności.

Czekam na mojego zeszłorocznego ulubionego współpacjenta, bo ma niebawem znowu dołączyć na oddział. Obawiam się jednak, że w tłumie i jazgocie nie będzie nam łatwo się porozumieć.

Dopadł mnie pesymizm, dopadł mnie stan, który moi znajomi z oddziału nazywają zjazdem. Jestem zmęczona i przygnębiona.

Ale nawet porządnie zdołować się nie potrafię... hehehe...

Zaczęłam wczoraj szperać w internecie, zadawać pytania, szukać. Szanowny sztucznie inteligentny naprowadził mnie na trop Centrów Zdrowia Psychicznego w moim województwie. Znalazłam je w obu niegdyś wojewódzkich miastach. Przyjmują tam i psycholodzy, i neurolodzy - a ja neurologa bardzo zaniedbałam, jeśli nie liczyć okołooperacyjnych okoliczności. Nikt mi wyraźnie nie zakomunikował, niestety, bym zadbała o systematyczny kontakt z tym specjalistą. Powiedziano mi mętnie: "Jak się będzie COŚ działo...". Co to - kurrrrna! - jest "coś"? Stale się coś dzieje, ale nic nowego ani spektakularnego. Chodzę głucha, co powoduje smutek i wściekłość, męczę się po trzech godzinach roboty za biurkiem - ot, co.

Wyszperałam zatem Centrum Zdrowia Psychicznego, a także oddział Związku Głuchych w naszym mieście. Pójdę tam, jak Boga kocham, bo coraz trudniej mi się żyje. Całkiem wprawdzie nie ogłuchłam jeszcze, ale życie stało się naprawdę trudne. Mignęło mi na ich stronie coś o rehalibitacji, o ćwiczeniu słuchowej uwagi. Trzeba coś ze sobą robić, na Jowisza i innych bogów!

3 komentarze:

  1. oczywiście. na swoim przykładzie - mimo remisji kilkunastoletniej jestem pod stałą opieką Centrum Zdrowia Psychicznego. czym prędzej odwiedź i dbaj o siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jeśli nie naruszy to Twojego komfortu i mogę coś doradzić, to napiszę: słuchaj swego ciała. Ono pierwsze powie ci, czy sytuacja jaką napotykasz na oddziale dziennym przynosi ci więcej korzyści, niż przykrości.

      Usuń
    2. Dzięki, kochana. Wielu specjalistów podkreśla, jak ważne jest słuchanie ciała. A moje mówi, że oddział to za wiele. Niestety. Zresztą ostrzegała mnie też kierowniczka i stanęło na tym, że po prostu spróbuję i zobaczę, co dalej.
      Trochę mi tylko żal rezygnować, bo niedługo pojawi się ktoś, kogo bardzo sobie cenię i liczyłam na serdeczne rozmowy z tą osobą. Ale przecież to niezbyt poważny argument na rzecz oddziału.

      Usuń