poniedziałek, 29 czerwca 2026

Żal

Staram się być dzielna, ale nie zawsze wychodzi. Zdaję sobie sprawę, że muszę mocno popracować nad akceptacją swoich ograniczeń. Ale przychodzą chwile, gdy chce się usiąść i płakać, chociaż obiecywałam sobie nie przejmować się tak bardzo. Obiecywałam sobie mieć dystans i nie udaje mi się.
Zachciało mi się dzisiaj płakać, gdy w gwarnym pokoju ludzie zapalczywie dyskutowali o różnych ciekawych sprawach, a ja nie miałam szans ani w pełni usłyszeć, ani powiedzieć czegoś od siebie.
Boguś, moja zeszłoroczna ostoja w hałaśliwym gronie, w tym roku zawiódł i smutno mi, że może już nie będzie tak jak wcześniej, że go przerosły te komunikacyjne problemy. Zosia zaczęła zwierzać się ze swoich myśli, ale gdy wtrąciłam swoje trzy grosze, nie dała mi dojść do słowa.
Eeeech!

...I w ogóle czuję się beznadziejna, przysparzająca innym samych problemów.
Tak, wiem: żal przeze mnie przemawia i chwilowe emocje. Ale je mam i już.

niedziela, 28 czerwca 2026

Snuję plany

Poprawia mi się samopoczucie, choć jeszcze po drodze zdarza się gorsza chwila. W długiej telefonicznej rozmowie przyjaciółka powiedziała, że teraz jest ze mną "zupełnie inna gadka". Nie mam już tak silnych "zjazdów", nie przesypiam też popołudni, jak jeszcze niedawno. Coś mi się chce robić, działać, żyć. Jak dobrze!

Powtarzam się, ale czuję spory wstyd, że czasami demonstrowałam swój zły nastrój całemu światu. Jak rozhisteryzowana smarkula. Boguś bardzo grzecznie, ale jednak wylał mi na głowę kubeł zimnej wody i dobrze zrobił.

Dzisiejsza niedziela upalna i leniwa. Wczoraj popływałam na basenie (cudownie!), a dziś leniuchuję w domu, czytając i snując plany na najbliższą przyszłość.

Chcę wreszcie uprzątnąć mój blaszany garaż i wynająć go jakiemuś posiadaczowi samochodu. Zapewni mi to pieniądze na różne dodatkowe potrzeby i drobne zachcianki. Umyśliłam sobie, że bez kombinowania i ceregieli zakupię do piwnicy jakiś niedrogi regał w jakiejś Mrówce czy innej Castoramie. Podobno są takie plastikowe, których cena nie "zabija". Planuję też "ożenić" mojego szwagra z robotą: niech mi zrobi pakę na brykiet pod oknem przed domem i niech ta paka posłuży mi też za stolik pod kawę na świeżym powietrzu. Mój dotychczasowy stolik przeniosę na tył domu i dokupię sobie do niego parasol, bo za domem jest bardzo słonecznie. Tam, z tyłu budynku mamy ogródki działkowe, zieleń i więcej prywatności, bo sąsiedzi nie przechodzą co chwila jak z przodu domu.
Moja siostra ma u mnie spory dług, więc zaproponowałam, żeby mi to jej mąż odpracował. Zna się na stolarce.

Mam wizję, mam pomysły. Za momencik sprawdzę, kiedy odbierają z podwórka odpady wielkogabarytowe. Niedawno brak rozmontował mi stary regał z garażu. Stwierdził, że nie warto składać go z powrotem, bo jest wypaczony i spuchnięty od wilgoci. Zamierzałam go wstawić do piwnicy, ale skoro się nie nadaje...

...A wieczorem na rynku koncert zespołu Raz Dwa Trzy...

sobota, 27 czerwca 2026

Sobotnio

Upał okrutny, zgodnie z zapowiedziami meteorologów. Cieszy mnie wolny dzień w domowym schronieniu. Latem chwalę sobie ogromnie moje warunki mieszkaniowe, bo i zieleni trochę wokoło, a nie jakaś miejska betonoza, i cienia nieco, i okna mogę otworzyć na przestrzał, tworząc kontrolowany przeciąg. Na głowę mokra opaska z bandany i można żyć. Przed chwilą wyszłam przed dom na kawę i lody, ale nie był to najlepszy pomysł, bo znowu mi za gorąco. Pod wieczór wybieram się na basen, jeszcze nie wiem, czy z synem, czy w pojedynkę. Syn stwierdził, że jest wrażliwy na klimatyzację, bo znowu się zaziębił w jakimś sklepie. Stwierdziłam, że randka z samą sobą na pływalni to świetny pomysł.

Niedaleko od nas powstał nowy sklep Lidl. Z jednej strony fajnie, bo sklep świetnie zaopatrzony, ale z drugiej - żal kolejnych połaci zabranych naturze i półwiejskich terenów, którymi lubiłam spacerować.
Dzisiaj wybraliśmy się do tego sklepu z synem na domowe sprawunki. Lubię te wspólne chwile z młodym i nasze rozmowy. A rozmowy są coraz dojrzalsze.
Dziś zapytałam, czy mu się dobrze układa z dziewczyną i usłyszałam, że "spoko". Jest z nią już około pięciu lat i jest to pierwszy jego związek. Cieszę się, że wygląda to tak stabilnie i spokojnie. Moja "synowa" to według moich dotychczasowych obserwacji, wartościowa dziewczyna, ma - jak to się mówi - poukładane w głowie.

Cóż jeszcze mogę dziś napisać?...

Wczorajsza rozmowa z Bogusiem bardzo mnie zreflektowała. Spojrzałam na siebie cudzymi oczami, z boku i przyznaję rację: okropnie się ostatnio zapamiętałam w swoim żalu nad utratą słuchu i komunikacyjnymi barierami. Przestałam widzieć możliwości i sposoby radzenia sobie, skoncentrowana na przeszkodach. Do tego stopnia zatraciłam dystans do siebie, że chwilami, daję słowo, zachowywałam się jak "szurnięta". Dosyć mi za to wstyd, ale tłumaczę sobie: nie ty jedna, Marto masz swoje szaleństwa. Pewna pacjentka ma blizny po samookaleczaniu, ktoś się przyznał, jak wściekły kopał meble, inna koleżanka w emocjach nie żałuje wulgaryzmów. A wszyscy pokazują też drugą, ludzką twarz, niejednokrotnie (ba! przeważnie!) pełną wrażliwości.

Wśród takich oto wspominek i drobnych aktywności upływa mi dzisiejsza sobota. Pora wziąć się za leniwy, upalny szybki obiad.

piątek, 26 czerwca 2026

Oddziałowe newsy.

Boguś zaraz rano nawiązał do mojej wczorajszej wiadomości. Rozmowa bardzo oczyściła atmosferę i jest mi o wiele lżej. Przedstawił mi naszą relację ze swojej, też wcale niełatwej perspektywy, uprzytomnił mi też, jak bardzo dałam się pochłonąć własnemu złemu nastrojowi i zafiksowałam się tylko na swoim nieszczęściu. Stwierdziliśmy, że jesteśmy podobni do siebie i empatia czasami nas gubi, jedno boi się zranić czy obciążyć drugie. Z tego wynikają czasem nieporozumienia i niepotrzebne stresy.

Dzięki tej rozmowie mój dzień był dzisiaj nadspodziewanie udany.

A teraz chwila błogiego leniuchowania, może jakieś pobieżne domowe porządki, a pod wieczór mam chętkę na basen. W zeszłym tygodniu byliśmy z synem na pływalni po raz pierwszy od bardzo dawna. Obawiałam się wysiłku po operacji, a jednak obawy okazały się zupełnie niepotrzebne.

czwartek, 25 czerwca 2026

Przykrość i planowana konfrontacja.

Spotkała mnie przykrość, aczkolwiek niezamierzona.
Kolega Boguś alias Z. (niech będzie to pierwsze, bo bardziej mi się podoba) wspomniał na terapii grupowej, że czuje się przebodźcowany. Całkowicie to rozumiem, bo sama doświadczam tego do potęgi n-tej. Wspomniał, że jest gwarno i że "Marta głośno mówi". Nic takiego, ale poczułam ogromną, nieadekwatną wręcz przykrość. Potem, przy obiedzie on zauważył mój zwarzony humor i zapytał, nad czym tak rozmyślam. "O rozmaitych zawiłościach świata tego" - odparłam żartem. On wtedy coś tam dodał, czego już nie pamiętam, ale odpaliłam na to: "Skoro jestem za głośna, nie muszę wcale się odzywać". On zaczął tłumaczyć, że rozumie iż wynika to z mojego niedosłuchu. Nic już na to chyba nie odpowiedziałam albo coś zdawkowego i zajęłam się jedzeniem. On zapytał, czemu się tak zdenerwowałam, więc już z pewną irytacją odparłam: "Nieważne" i ostentacyjnie wpakowałam nos w książkę. Po chwili wyszłam z jadalni, aby nie okazać emocji.
Chodzę po tym już dwa dni jak struta. Jest mi serdecznie przykro. Liczyłam na powrót relacji, ciepła, rozmów, a niestety, nie ma na to szans. Pochłonęło go inne towarzystwo. Żałowałam, ale niebawem poszłam po rozum do głowy i zaczęłam się zwracać w stronę innych osób. Nawet nieźle szło, czułam zadowolenie i otuchę. Wtedy właśnie usłyszałam, że jestem za głośna.
Wiem, że mam tendencję do głośniejszego mówienia, ale nie do końca jest to ode mnie zależne, często dzieje się to spontanicznie i bezwiednie. Czuję się też potraktowana niesprawiedliwie, bo ani nie gadam najwięcej w grupie, ani też nie brak innych dosyć donośnych głosów. Boguś ciągle jest w jakichś interakcjach, bo albo mu się zwierzają wspomniane koleżanki, albo sam dołącza do innych osób i gada, gada, gada. Ale to ja jestem za głośna.
Mimo to zdecydowałam się dzisiaj na SMS do niego z wiadomością, że trochę przesadziłam i chciałabym porozmawiać na ten temat, bo nie chcę między nami nieporozumień i konfliktów. Dodałam, że rozważałam też omówienie tego na grupie terapeutycznej, ale sama nie wiem, co lepsze. W domyśle, decyzję pozostawiam jemu. Napisałam to i wysłałam - raz kozie śmierć!
Teraz czekam na odpowiedź. Pewnie się tak szybko nie doczekam, bo zorientowałam się już, że takie sprawy "załatwia" dość późnym wieczorem.
Jeśli nie odpowie, wyciągnę to na forum grupy pomimo dużej tremy. Tremy, bo to jednak dość osobiste i śmiałe. Jest w tym wątek mojej zawiedzionej nadzieli na przyjazną bliskość.
Swoją drogą - te relacje... Jest na oddziale parka przesiadująca w objęciach i trzymająca się za ręce. Nie sądzę, by to było coś więcej niż potrzeba okazania sobie ciepła, ale jednak wygląda dwuznacznie. A na oddziele zapowiedziano nam jasno, że tu się raczej w tego typu relacje nie wchodzi albo automatycznie oznacza to zakończenie pobytu.

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Przełom

Sakramencko przegadane to moje podsumowanie. W dodatku znowu zmieniły mi się emocje i dziś powiedziałabym nieco inaczej. Ale mniejsza już o to.

Weekend był dla mnie emocjonalnie trudny, rozhuśtany, a amplituda uczuć była duża. Ostatecznie jednak zwyciężyła refleksja nad sobą i nad tym, co mówili mi ludzie na oddziale. Mówili o akceptacji, o niepotrzebnym szarpaniu się. Refleksję poparła sobotnio - niedzielna lektura: "101 lekcji, które zmienią twój sposób myślenia" Brianny Wiest. Książkę tę nie bez wahania kupiłam w Biedronce i okazała się świetna.

W wyniku przemyśleń, postanowiłam dzisiaj nie dać się ponieść irytacji, że niedosłyszę. Usiadłam sobie spokojnie z boku nad książką. Potem dopiero przyłączyłam się do rozmowy ze wspomnianym po wielekroć kolegą i niezwykle rozmowną koleżanką, która ma dar wyraźnej dykcji i dość donośny głos. Posłuchałam, coś dorzuciłam od siebie, udało się i bezpośrednio z koleżanką wymienić kilka zdań. Uprzytomniłam też sobie, że na tej trójce przy stoliku świat się nie kończy i zagadałam dzisiaj młodszego kolegę. Rozmawiało się z nim bardzo dobrze, opowiedział mi chłopak trochę o sobie, ja jemu podobnie - była w tej wymianie zdań i myśli symetria.

Co do tego "ulubionego" kolegi przekonałam się, że sąsiadki od stolika traktują go jak darmowego terapeutę, gdyż słuchacz z niego cierpliwy i uważny. Aż zakpiłam dzisiaj lekko: "Boguś (imię zmieniam oczywiście), a ile ci płacą za godzinę?". Było też czego zazdrościć! Dziś rozumiem koleżankę, która rok temu z przekąsem komentowała podobną sytuację (której zresztą właśnie on byl uczestnikiem): "Psychoterapia odchodzi w jadalni". Wtedy się oburzyłam, dziś rozumiem. Bogusia chyba dowartościowuje ta poniekąd adoracja. A niech mu tam! Lubię go bardzo, ale o uwagę walczyć nie zamierzam ani już nie potrzebuję.

Po wyjściu z oddziału skierowałam swoje kroki do mojego "starego" gabinetu protetyki słuchowej.     
Pani M. obiecała zamówić urządzenie wspomagające aparaty i dać mi do przetestowania na parę dni. Jeśli "wypali" - podjęłam... żeńską decyzję - sprzedaję ten nowszy sprzęt, bo wszystko wskazuje na to, że jednak nie zdał egzaminu. No, cóż... ten się nie myli, kto nic nie robi. Stracę na tym oczywiście, ale lepiej stracić część pieniędzy niżby się miały aparaty zupełnie marnować.

W nagrodę za postępy psychologiczne wstąpiłam w drodze powrotnej do szmateksu, gdzie nabyłam klasyczny, stonowany żakiet do jesiennych zestawów odzieżowych.

Dobry to był dzień, choć nie pozbawiony wyzwań ani nie wolny od zmęczenia.

niedziela, 21 czerwca 2026

Podsumowanie

Mam psychologicznie, wewnętrznie intensywny czas. Dużo czuję, dużo myślę, wyciągam wnioski, choć niemało mnie to kosztuje.
Obmyślam, co chcę powiedzieć na forum oddziałowej grupy, żegnając się z nią (niebawem) i podsumowując swój pobyt:

Pobyt tutaj był dla mnie ekstremalnie trudny, ale też wydobył na powierzchnię wszystko, co mam ważnego do przepracowania. Jest tego dużo.
Zdaję sobie sprawę, że nie jestem jedyną cierpiącą ani też najbardziej cierpiącą na świecie. Pod wieloma względami jestem wręcz uprzywilejowana: pracuję, na przykład, już prawie trzydzieści lat w jednym miejscu, zarabiam może skromnie, ale nie martwię się o byt, spokojnie daję radę. Wyszłam ze zobowiązań finansowych i mogę sobie pozwolić na to czy siamto. Wychowałam się w domu bez alkoholizmu czy innych skrajnych patologii. Owszem, były nawet jakieś dysfunkcje, ale zawdzięczam swoim rodzicom bardzo wiele i nie brakuje mi ciepłych wspomnień. Mam swoje mieszkanie, dzięki wsparciu mojej trudnej skądinąd Mamy.
Naprawdę mogłam gorzej trafić, ale to nie zmienia faktu, że jestem przeciwna unieważnianiu swoich problemów. Każdy ma, jakie ma i po swojemu je przeżywa, nie nam oceniać. Jednak nie godzę się na to, by dominowały nade mną. Będę szukać rozwiązań, już szukam.

Przepraszam, jeśli byłam w tym swoim cierpieniu egocentryczna, zbyt ekspresyjna. Czasami się nie w porę i nie na temat wcięłam w jakieś rozmowy, próbując zaistnieć, albo na kimś moje emocje odbiły się w przykry sposób. Czasami mnie pokonywały. Czasami czułam takie przygnębienie i niechęć, że opadały mi ręce i najchętniej gapiłabym się na leżąco w sufit. Albo złościłam się na cały świat i płakałam gdzieś pod ścianą.

Bardzo żałuję, że nie udało mi się tutaj nawiązać takich relacji i kontaktów, jakie kocham: z głębią i bliskością. Uniemożliwiły mi to warunki na oddziale i mój niedosłuch. Szkoda, bo jednak sporo słyszałam tu frapujących i inspirujących wypowiedzi, każdy z nas ma swoją unikalną historię, opowieść. W moim życiu najlepsze wspomnienia, to te związane z bliskością innych ludzi, rozmowami do świtu. Życie mnie tego pozbawiło, a raczej ograniczyło mi to.

Jak powiedziałam, zamierzam coś z tym robić i działać, ale jestem świadoma, że to może nic nie dać i po prostu będę musiała nauczyć się żyć "z dobrodziejstwem inwentarza". To jest najtrudniejsze, ale zawsze wierzyłam, że wszystko, co nas spotyka, ma swój sens i naszym zadaniem jest się go doszukać.
Mam nadzieję, że jeśli się spotkamy w bardziej sprzyjających mi warunkach, uda nam się wypić razem jakąś kawę i pogawędzić z Markiem czy Jola, zapytać o coś, co gdzieś, kiedyś usłyszałam jako strzępek rozmowy, podzielić się czymś swoim. Jeśli zdecydujecie się kontynuować nasze znajomości, to ja też się piszę, zaproście mnie do swojego grona.

Dziękuję za wszystko, a co złego, to nie ja... no, może trochę ;)

sobota, 20 czerwca 2026

Bolączki i małe zwycięstwa

O, rany! chyba jestem z siebie dumna.

Nie bardzo pojmuję dlaczego moje zmagania z kursem korekty tekstów, a raczej końcowym testem egzaminacyjnym trwały tak długo. Rozciągnęło się to w czasie na lata - aż mi wstyd. Dziś odwaliłam kawał dobrej roboty, aczkolwiek - przyznaję - przy wydatnym wsparciu sztucznej inteligencji. Jednakże jest ona zdradliwa i wolałam na bieżąco weryfikować informacje. Nie zmienia to faktu, że praca przez to bardzo się usprawniła i przyspieszyła. Ten sukces niezmiernie podniósł mnie na duchu, bo złapałam wcześniej potężnego "doła".

W grupie wciąż mi trudno. Liczyłam na pogaduszki jeden na jeden z moim kolegą, ale "capnęły" go dwie rozmowne kobietki i całkowicie zdominowały jego uwagę. Zwierzają mu się, chichrają się wszyscy razem, a on wyraźnie jest z tego zadowolony. Nie żałuję mu, ale szkoda mi relacji i bywam zazdrosna jak podlotek.. Oczywiście nie przyznaję się ;)

Wczoraj dopadło mnie takie poczucie izolacji, przeładowania hałasem, samotność, że nie wytrzymałam i poszłam na stronę wypłakać się. Na oddziale jednak nigdzie i nigdy człowiek nie jest sam. Zauważono mnie, może ktoś "doniósł"? Oddziałowa pielęgniarka zaprosiła mnie do swojego gabinetu, pocieszała zapewniając o mojej wartości. Niespecjalnie to poskutkowało. Potem przyszła porozmawiać "przydzielona" mi psycholożka.

Po powrocie do domu czułam się tak wyczerpana i smutna, że odwołałam wszystkie swoje popiątkowe plany: warsztaty rękodzieła i dzisiejszą wycieczkę w Beskid Niski z PTTK. Rano snułam się przygnębiona, ale w końcu zdecydowałam zająć się czymś pożytecznym. A że wszystko leciało mi z rąk, wybrała zajęcie o "niskim progu wejścia" czyli zarzucony kurs korekty tekstów. Jestem w ciężkim szoku, jak wiele udało mi się dzisiaj zrobić! Jakiś umysł jaśniejszy i więcej pomyslów na usprawnienie sobie pracy... i sztuczna inteligencja. Chociaż trzeba ją sprawdzać, bo jest zdradliwa, bardzo mi pomogła. Wybitnie poprawiło mi to humor.

Poczytałam też na temat moich starych aparatów słuchowych. Z nimi jednak czuję większy komfort, więc postanowiłam sprawdzić, czy mają jakieś udogodnienia w postaci mikrofonów, by wzmacniać dźwięk w trudniejszych warunkach. Podobno takowe istnieją. Po niedzieli idę do gabinetu i proszę o przetestowanie.

A w konkursie przyrodniczym zajęliśmy z kolegą drugie miejsce na sześć drużyn. Do wygranej zabrakło nam wiedzy co do koloru sasanek oraz ilości ramion płatków śniegu.

czwartek, 18 czerwca 2026

Do pionu!

Są momenty, gdy czuję się gorsza, mniej zasługująca na uwagę, odrzucona, gdy do głosu dochodzą osoby bardziej przebojowe i gadatliwe. Bywam zazdrosna o cudzą uwagę i muszę sobie rozsądnie perswadować, że to co czuję i myślę pod wpływem emocji, nie jest jedyną ani obiektywną prawdą. Wymaga to pewnej pracy, ale działa. Wygodnie jest postępować według wyuczonego schematu, ale czy warto?

Dziś po południu brała mnie lekka "zniżka". Zatrzymałam się jednak, zanim automatycznie zareagowałam, i pomyślałam, jak mogłabym poprawić sobie nastrój. Odpowiedź przyszła szybko: zrobić coś przyjemnego i/lub pożytecznego. Na szczęście dzięki lekom mam już na to energię.
Co nieco zatem zdziałałam: szybki obiad na jutro dla mojej latorośli, pranie i wieszanie (za chwilę) prania do wyschnięcia, przetarcie części płytek w łazience, która już o to wola wielkim głosem, wymiana garderoby, bo część jej trzymam w piwnicy z powodu braku miejsca w domu (oj, uzbierało się tych szmat!), umycie kilku naczyń. No i niewielka partia egzaminu z korekty, do którego wracam po bardzo długiej przerwie.

Na jutro zgłosiłam się do konkursu przyrodniczego organizowanego dla pacjentów przez szpital. Liczę na miłą rozrywkę i może zabłyśnięcie wiedzą, bo mam na ten temat nieco wiadomości. Wraz ze mną wytypowano niedawno przyjętego na nasz oddział kolegę.

środa, 17 czerwca 2026

Energia i nadzieja.

Nareszcie energia na jakimś normalnym poziomie. Nie drzemałam dzisiaj po południu, ogarnęłam mieszkanie, poodkurzałam, wyniosłam parę sezonowych szpargałów do garażu. Jaki to inny stan od tego, gdy musiałam do wszystkiego się zmuszać i wymyślałam sobie od śmierdzących leni. Nie byłam leniwa, lecz bardzo zmęczona.

W grupie terapeutycznej poprosiłam dzisiaj o głos i przeczytałam swój zapisek z niedzieli: "Trudne nastroje". Otrzymałam wiele wsparcia, a także refleksji. Niektóre trudno było mi przyjąć, ale niepozbawione były racji. Problem z niedosłuchem, udziałem w rozmowach wydaje mi się taki niecodzienny, taki mało powtarzalny, a przecież na oddziale każdy dźwiga coś, co jest tylko jego. Każdy z nas jest inny, a jednak podobny w tej swojej niepowtarzalności
Jestem teraz jednocześnie na właściwym, pożądanym poziomie energii, a jednocześnie po tych zwierzeniach jakby wyczerpana. Nie jest to to złe wyczerpanie. To tak jakby spadł ze mnie wielki ciężar, ale jeszcze się go czuje w pamięci, jeszcze plecy obolałe.

Pojawia mi się myśl: a może ze wsparciem farmakologicznym dam radę wrócić do pracy i pracować w lepszej kondycji niż przed pobytem na oddziale? A nuż... Można przecież leczyć się psychiatrycznie tak jak leczę inne choroby.