piątek, 3 kwietnia 2026

Konfrontacja z Ksawerym

Rysy i cienie na wizerunku D. układają się w dość spójną całość. Widzę, że byłam zbyt łagodna w swoich ocenach, zbyt usprawiedliwiająca i niedoceniająca własnego punktu widzenia. No, ale stały za tym dobre intencje. Chyba też nie ja jedna nabrałam się na uroczą fasadę D.

Zatelefonował do mnie wczoraj wspólny znajomy, swoją drogą także zastanawiający facet, ale raczej w porządku. Jakiś czas temu łączyła go bliższa relacja z D., ale jednak nie zdecydowali się na ciąg dalszy. Ona twierdziła, że on jest "dziwny", że nie można na nim polegać. On wczoraj sprawił, że uprzytomniłam sobie różnice perspektyw i to jak niepełny jest obraz sytuacji przestawianej tylko z jednej strony.

On - niech mu będzie... Ksawery (dla żartu i potrzeby anonimowości) - zaproponował kiedyś D. pracę dorywczą, bo sam po operacji stawów nie jest w pełni sprawny, a jego ojciec potrzebuje stałej opieki. D. się zgodziła, choć logistycznie był to raczej słaby pomysł: praca z tych nisko płatnych, a wymagająca dojazdu ponad 30 km. D. jednak przyjęła propozycję, bo gdzieś tam w pobliżu miała wygodną "metę" na noclegi.

Ona dość szybko zaczęła na niego narzekać, nie jestem jednak już w stanie odtworzyć tych zarzutów. Tak czy siak, usłyszałam wczoraj jego wersję wydarzeń, a ta, w połączeniu z różnymi innymi faktami wydaje mi się wiarygodna. D., w skrócie rzecz ujmując, bardzo nierzetelnie wywiązywała się z umowy. Były uniki i mijanie się z prawdą.

Składam razem elementy tej układanki z wizerunkiem D. i wychodzi mi, niestety, portret niepochlebny. Zgodziliśmy się z Ksawerym, że początkowe wrażenie, jakie wywiera, jest urocze, lecz bardzo zwodnicze. Jest to kobieta pozornie ujmująca i niejedna osoba już się na na ten urok nabrała. Wesoła, urocza, szybko zapraszająca do relacji, ale to fasada.

poniedziałek, 30 marca 2026

Świąteczny plan

Cha, cha, cha! Pogadałam sobie z GPT, jak zorganizować święta, by się nie przemęczyć, a jednak odrobinkę się do nich przyłożyć, by je "poczuć".

Jest plan! :)

Publikuję, a nuż się komuś jeszcze przyda.

Świąteczny plan i przepisy Marty – minimalny wysiłek, maksymalny efekt

1. Atmosfera

  • Kwiaty: żonkile na stole + ewentualnie kilka gałązek forsycji (skrócone końcówki, wstawione do wody)
  • Efekt: natychmiastowy świąteczny klimat przy minimalnym wysiłku.

2. Słodkości

🍫 Brownie w formie na babkę

Składniki:

  • 200 g gorzkiej czekolady
  • 150 g masła
  • 150 g cukru
  • 3 jajka
  • 100 g mąki
  • szczypta soli
  • opcjonalnie: orzechy lub kawałki czekolady

Przygotowanie:

  1. Rozpuść masło z czekoladą (mikrofala lub garnek).
  2. Dodaj cukier i wymieszaj.
  3. Dodaj jajka, zamieszaj.
  4. Wsyp mąkę i sól, wymieszaj.
  5. Przełóż do natłuszczonej formy na babkę.
  6. Piecz w 180°C, ok. 25–35 min (sprawdź patyczkiem).
  7. Odstaw do przestygnięcia.
  8. Opcjonalnie: posyp cukrem pudrem lub polej czekoladą.

Dlaczego dobre: jedna miska, łatwe, pachnie świętami, efekt „wow”.


🍰 Sernik „mieszany łyżką” (bez spodu)

Składniki:

  • 1 kg twarogu (z wiaderka)
  • 4 jajka
  • 150 g cukru
  • 1 budyń waniliowy (lub 2 łyżki mąki ziemniaczanej)
  • 100 ml śmietanki lub mleka
  • opcjonalnie: wanilia, skórka cytrynowa

Przygotowanie:

  1. Wszystko wrzucasz do miski i mieszaj łyżką lub mikserem krótko.
  2. Przełóż do formy.
  3. Piecz w 160–170°C przez 50–60 min.
  4. Normalne: może opaść lub lekko popękać – nic złego.

Opcja ultra-light: wymieszaj twaróg + śmietankę + wanilię → „oszukana pascha” bez pieczenia.


3. Obiady i dodatki

🥣 Żurek

  • Tradycyjnie, jak zwykle u Ciebie.

🥚 Jajka

  • Gotowane, dekoracyjne lub do sałatki.

4. Sałatki

🥗 Sałatka jajeczna „bez filozofii”

Składniki:

  • 4–6 jajek
  • 2–3 ogórki kiszone
  • cebula lub szczypiorek
  • 1–2 łyżki majonezu
  • sól, pieprz

Przygotowanie:

  1. Jajka ugotować i pokroić.
  2. Ogórki + cebula drobno.
  3. Wymieszać z majonezem, doprawić.

Opcje:

  • Zamiast cebuli: tylko szczypiorek
  • Dodaj łyżeczkę musztardy lub jogurtu dla lżejszej wersji
  • Alternatywa ultra-prosta: rukola + pomidorki + feta/mozzarella + oliwa, sól, pieprz

5. Pięciominutowa wędlina

🍖 Pierś z kurczaka (podstawowa)

Składniki:

  • 1–2 piersi z kurczaka
  • sól, pieprz, papryka słodka, czosnek
  • 1 łyżka oliwy

Przygotowanie:

  1. Natrzyj mięso przyprawami i oliwą.
  2. Zawiń w folię lub włóż do naczynia.
  3. Piecz w 180°C, ok. 35–40 min.
  4. Odstaw do wystudzenia i kroisz jak wędlina.

🍯 Wersja świąteczna

  • Dodaj 1 łyżeczkę miodu i 1 łyżeczkę musztardy do przypraw → posmaruj mięso.
  • Postępuj jak powyżej.

Tipy:

  • Nie kroić na gorąco → mięso zachowuje soki
  • Może być lekko niedopieczone, zawsze można dopiec

Opcjonalnie: wersje z karkówką lub schabem, też banalne, tylko trochę dłużej w piekarniku.


6. Drobne tipy organizacyjne

  • Robić „mikro-etapy”: np. najpierw przygotować składniki, potem mieszać, potem pieczenie.
  • Minimalny standard: coś upieczonego + w miarę czyste okna + Ty nie wykończona energią = święta zaliczone.
  • Wszystko ekstra jest „bonusowe”, nie obowiązkowe.

Jeśli chcesz, mogę zrobić wersję PDF/ściągę do wydrukowania, z listą zakupów i kolejnością działań, żebyś miała wszystko w jednym miejscu bez scrollowania.

Chcesz, żebym taką przygotowała?

U psycholożki

Senna dzisiaj jestem, więc korzystam z urlopu i pozwalam sobie na drzemki.

Na zmęczenie uskarżałam się wiele, wiele razy, jest utrapieniem mojego życia. Dziś miałam okazję poruszyć ten temat z psycholożką. Nie psychoterapeutką, ku mojemu lekkiemu rozczarowaniu, ale i tak warto było się z nią spotkać.

Coś ma w sobie ten kontakt z drugim człowiekiem (byle właściwym), że choć nie mówi nam niczego, czego sami nie moglibyśmy sobie powiedzieć, jakoś pozwala usankcjonować swoją prawdę, uporządkować myśli, wzmocnić się na duchu.

Pogadałam o rencie, bombardujących mnie "dobrych radach", lęku przed niepowodzeniem. Wniosek: a co mam do stracenia, jeśli się nie powiedzie, skoro nie zostaję bez zatrudnienia i na bruku?

Poskarżyłam się na stany zmęczenia, moje "lenistwo". Opowiedziałam, jaka czuję się leniwa i mało wydolna. Przytoczyłam zabawną historię, jak to rodzina przylepiła mi etykietkę powolnej, a zupełnie co innego mówią inni. Psycholożka powiedziała coś zaskakująco prostego: "Nie zauważyłam, bym rozmawiała z osobą flegmatyczną. Po prostu szybciej się pani wyczerpuje". Potrzebuję sporo czasu na regenerację i potrzebuję potraktować to serio. Coś tam trzeba robić, ale nie ma co się czarować, że w krótkim czasie przeniosę góry.

Czuję większy spokój po tym spotkaniu. Kolejna wizyta pod koniec kwietnia.

A poza tym i a propos zmęczenie - znowu idą te pieprzone święta (że tak sobie brzydko pozwolę...) :(

sobota, 28 marca 2026

Kwintesencja

Gadajcie, co chcecie, a ja lubię GPT. I Gemini też :)

Za co? Za to samo, co cenię w psychologii i dobrej literaturze: ubieranie moich nienazwanych odczuć w słowa, które okazują się trafne i jakże moje.

Wrzuciłam na GPT mój post o ostatniej podróży i w kolejnej odpowiedzi przeczytałam to:


W Twoim myśleniu nie chodzi o to, że rzeczy niezwykłe tracą znaczenie. Raczej o to, że przestają być warunkiem dobrego przeżywania. Nie trzeba ich „zdobywać”, żeby coś poczuć.

I może dlatego podróże przestają być celem samym w sobie — stają się jedną z wielu form doświadczania. Nie lepszą, nie gorszą. Po prostu inną.

A zwyczajność?
To jedyne miejsce, w którym naprawdę da się zamieszkać na stałe.


O, tak! To jest moja filozofia i cała jej kwintesencja. Z wiekiem coraz mi bliższa. "Wszystko jest poezja" (E. Stachura)... proza też :)

Podróżowanie bez lukru

Najpiękniejsze w podróżach są dla mnie... powroty.

Miniony tydzień upłynął nam (synowi i mnie) w okolicach Neapolu, gdzie od ponad dwudziestu lat mieszka moja siostra. Dopiero drugi raz w czasie jej emigracji miałam okazję ją odwiedzić.

Powracam odświeżona psychicznie, z tym po raz kolejny na nowo odkrytym: wszędzie dobrze, ale domu najlepiej. Och, jak dobrze!

Nie lubię latać samolotem, choć potrafię opanować swój lęk przed wypadkiem i w spokoju znieść lot, a nawet przespać się w czasie podróży. Niechętnie jednak korzystam z tego środka lokomocji. Na szczęście już długo nie będę musiała mieć z nim do czynienia.

Piękne miejsca są... piękne. Są interesujące i warto doświadczać ich bliskości, ale z wiekiem pogłębia się moja refleksja: wszędzie, gdzie jestem, to ja decyduję, na ile jest wspaniale, a na ile beznadziejnie. Ile piękna dostrzegę, a ile ominę nieuważnie. Nie potrzeba go szukać daleko. A już szczególnie warto samodzielnie je kreować i nie tylko o dosłowną twórczość tu chodzi, ale przede wszystkim o sposób przeżywania.

Absolutnie zachwyciło mnie Sorrento ze słynnym Bagni di Regina Giovanna - skoro już mowa o wrażeniach i obowaniu z pięknem. Niezwykły klimat tworzą wąskie, tłoczne uliczki starego Neapolu i kosmopolityczny tłum ludzi. Bajeczne były kolory straganów w Sorrento, widok ogromnych, mało nam, Polakom znanych odmian cytryn, których używa się nie jako przyprawy, ale owocu np. w sałatkach. Są bardziej soczyste i mniej kwaśne od "naszych". Pomarańcze na drzewach cudnie kontrastowały z zielenią liści, wśród których rosły. W typowo neapolitańskim friafrielli, rodzaju liściastego brokułu zakochałam się absolutnie, bo jest jeszcze smaczniejszy, bardziej wyrazisty niż szpinak, a mało dostępny nawet poza okolicami Neapolu. Roślina ta znakomicie "czuje się" na wulkanicznej glebie, jaką zapewnia bliskość Wezuwiusza. Nawiasem mówiąc, u nas - moim zdaniem - nieźle zastąpi go... najzwyklejsza pokrzywa, którą osobiście miałam okazję kiedyś przetestować.

Z siostrą pobyłam niezbyt wiele. Prowadzi intensywny, zabiegany tryb życia. Szczerze jej wyznałam, że nie zamieniłabym się z nią. W czasie naszej wizyty była wprawdzie na urlopie, lecz ponieważ przyjechał również jej syn, pracujący w Szwajcarii, była zajęta załatwianiem z nim różnych ważnych i pilnych spraw. Z moim synem całymi dniami chodziłam po Neapolu, Sorrento, Torre del Greco i do domu wracaliśmy zmęczeni, szybko szliśmy spać. Raz posiedzieliśmy dłużej przy limoncello, cytrynowej nalewce kupionej w Sorrento. Sorrento bardzo słynie z cytryn, a ich wizerunek pojawia się na wielu akcesoriach dla turystów: odzieży, magnesach na lodówkę, ceramice... gdzie się tylko da!

Gwar, ruch, pędzące w wąskich zaułkach skutery - to wszystko widzę i słyszę, gdy przymykam teraz oczy i wspominam. Kierowcy skuterów sprawiają szalone wrażenie, ale imponuja zręcznością i wbrew pozorom ostrożnością w czasie jazdy. Oczywiście to nie znaczy, że piesi nie powinni mieć otwartych oczu.

W tych wąskich uliczkach toczy się swobodne życie: stragany, stoiska z pizzą i kawą, Suszarki na ubrania wystawione pomiędzy tym wszystkim, wprost na brukowaną przeważnie ulicę. Starsi panowie grają sobie w karty przy gdziekolwiek przed kamienicą umieszczonych stolikach. Na balkonach powyżej także suszy się pranie, co chyba od zawsze kojarzy mi się z Neapolem.

Mój syn to wielki przyjaciel kotów, a w tych miastach wiele ich żyje na ulicy. Te z Pompei, bo i tam byliśmy, prezentowały się dorodnie, najwidoczniej rozpieszczane przez turystów. U siostry natomiast na podwórku grasują terroryści! Niedożywione chudziny, z matową sierścią nie budziły mojej sympatii. Sąsiedzi umówili się, że koty mają łapać okoliczne szczury, zamiast liczyć na resztki z pańskich stołów. Te koty tylko czekały na okazję, by wpaść do mieszkania i capnąć coś jadalnego. Siostra zwraca uwagę na domykanie drzwi i zabezpieczanie okien, lecz syn, nieświadomy zagrożenia, zostawił raz uchylone tarasowe wejście. Złodzieje wpadli do kuchni, zwalili z kuchenki całą patelnię z przygotowaną na obiad kiełbasą, i z porwanym łupem czmychnęli na podwórko. Obiad trzeba było improwizować od nowa, a siostra ani za gotowaniem nie przepada, ani niema na nie zbyt wiele czasu.

Złodziei nie brakuje nigdzie, a o tych włoskich opowiada się wręcz legendy. Syn na własnej skórze przekonał się o ich możliwościach, których, jak przyznał, nie docenił. W pełnym ludzi autobusie spryciarz wyciągnął mu z zasuniętej kieszeni kurtki telefon. Kieszeń była zasunięta na suwak, syn trzymał dłoń na niej, a jednak złodziej poradził sobie z zamkiem błyskawicznym, który znalazł się poza dłonią. Bardzo sobie wyrzucałam, że nie napomniałam wcześniej, by syn schował cenniejsze rzeczy pod ubraniem, ale sam przyznał, że być może nie usłuchałby rady. Ja tej ostrożności nauczyłam się w czasie, gdy regularnie bywałam na krakowskim dworcu i na szczęście nigdy jeszcze nie spotkała mnie zła przygoda.

Swój post rozpoczęłam lekko zmęczona ponurą, polską już pogodą, z poczuciem przytłoczenia po podróży i stąd jego tytuł. A jednak fajnie było! Lubię podróże i lubię powroty.

Ale samoloty niekoniecznie ;)

Niebawem dołączę kilka zdjęć z naszej wycieczki.

środa, 11 marca 2026

Newsiki

Raczej skrótowo i w tonie sprawozdania, a nie rozmyślań, bo zmęczona już jestem i chcę się dobrze wyspać przed kolejnym dniem.

Byłam dziś w Klubie Pacjenta. Nie dałam się zdominować przez Olę, zresztą okazuje się ona pomimo swojej rozmowności dobrym słuchaczem i wystarczyło tylko zakomunikować, że potrzebuję porozmawiać. Rezultat: umówiona, i to na nieodległy termin wizyta u psychoterapeutki z perspektywą systematycznego wsparcia. Jak warto było zdecydować się na spotkania w Klubie - zupełnie dobrowolne i niezobowiązujące, a w dodatku w godzinach pracy. Nauczyły mnie ostatnie doświadczenia nie odmawiać sobie prawa do przyjmowania pomocy i czerpani wsparcia, skąd się tylko da. Porzekadło powiada: jak dają, trza brać! Wsparcie ma obiecane także Ola (nie pamiętam, jak ją nazwałam we wcześniejszych wpisach, ale mniejsza o to - tak czy owak, imię jest zmienione). W piątek idę też do psychiatry poważnie porozmawiać o moich problemach i ewentualnej hospitalizacji na oddziale dziennym.

Testuję nowe aparaty słuchowe. Jutro wizyta w pracowni i zakup, bo decyduję się na nie.

Rozmówiłam się też radykalnie i chyba ostatecznie z D. Początkowo sądziłam, że zostawię tę sprawę bez komentarza, ale przecież ja się uduszę, jeśli nie domknę sprawy i nie powiem, co myślę. Napisałam, jak czułam: że to, co się wydarzyło, nie jest w porządku ani wobec mnie, ani wobec wieloletniego dobrego kolegi. Nie o to mam żal, że musiałam go przenocować, bo zrobiłam to z przekonaniem a nawet przyjemnością (pogawędziliśmy sobie we dwoje, jak rzadko, bo widujemy się tylko raz na jakiś czas). Chodzi o koleżanki krętactwo i niekoleżeństwo. Szanowna koleżanka zareagowała oburzeniem, kazała mi się puknąć w głowę. "Marta, jakby to wyglądało? X. u mnie z poważną wizytą, on wychodzi a Mateusz zostaje?". Odpowiedziałam jej, że można było otwarcie postawić sprawę, zamiast kręcić i zasłaniać się gratami w pokoju. Wystarczyło poprosić mnie wprost o przysługę zamiast wymyślać wykręty i rzeczy niewypowiedziane (ta rzekoma wzmianka Mateusza o nocowaniu u mnie). Mateusza też można było wziąć na stronę i wyjaśnić poczucie niezręczności. Dorośli ludzie otwarcie rozmawiają i rozwiązują problemy. Swoją drogą słabo świadczy o związku brak zaufania i podważanie lojalności.
D. zaczęła mnie też atakować, wypominać moje rzekomo głupie wypowiedzi (wspominałam żartobliwie, jak rozczarowała mnie wizyta u cioci w Szwecji, bo było pełno ciemnoskórych na ulicach, a żaden mnie nie zgwałcił - dużo się wtedy gadało o rzekomej wysokiej przestępczości wśród imigrantów), stwierdziła, że moje zachowanie jest niedojrzałe. Wisienką na torcie było: "Zazdrościsz mi, że kogoś mam!". Wyjaśniłam uprzejmie, że to jej krętactwo było dziecinadą, po czym oznajmiłam, że blokuję nasz kontakt, by nie ciagnąć dyskusji niepotrzebnie ("bo jestem gadatliwa" - dodałam). Nie odmówiłam sobie złośliwości: "Normalnie skręca mnie z zazdrości, że co pół roku inny".
Na reakcję nie czekałam.
Prawdopodobnie mam już "pozamiataną" tę znajomość. Dziwnie mi jakoś nie żal.

niedziela, 8 marca 2026

D. raz jeszcze.

Trochę się boję pisania o znajomych, a mało co mnie tak porusza jak relacje z innymi, wszytkie te ludzkie historie.

Napiszę, a czy opublikuję, to się okaże.

Dał wczoraj znać Mateusz, że będzie w naszym mieście i zaproponował spotkanie u D. Ochoczo przyjęłam tę propozycję, bo ogromnie go lubię. Za chwilę zadzwoniła D. i potwierdziła zaproszenie. Dodała, że będzie jeszcze u niej "przyjaciel". Zaskoczyła mnie ta nowina, ale zażartowałam tylko: "Skąd ty ich bierzesz? Podzieliłabyś się może". D. z zadowoleniem i rozbawieniem w głosie odparła, że na brak powodzenia nigdy nie narzekał.

D. jest jakieś półtora roku po rozwodzie z drugim już mężem. Potem zaliczyła krótki epizod ze starszym o pokolenie facetem, co pomogła jej wybić sobie z głowy nasza wspólna koleżanka. Poznałam tego gościa - mocno ograniczony, nieciekawy typ. Z jego powodu miałyśmy ostrą kłótnię, bo odwiedzili mnie razem, gdy nieprzytomna leżałam w szpitalu i nieproszeni przez nikogo udali się do lekarza na rozmowę w mojej sprawie. Była to jego inicjatywa, bo ona nie z tych, co wychodzą z inicjatywą. Dowiedziałam się o tym już po wyjściu ze szpitala i zwróciłam uwagę na niewłaściwość zachowania.

Ten "dziadek" to całkiem niedawny epizod, a tu już kolejny mężczyzna pojawia się nie wiadomo skąd. Na Jowisza, skąd ona ich bierze?!

Nie mam prawa oceniać cudzego życia i cudzych wyborów. Ten gość wydaje się w porównaniu z poprzednimi całkiem do rzeczy. Oboje jednak z Mateuszem stwierdziliśmy już po wspólnym spotkaniu, że D. za szybko wchodzi w relacje i potem przez to cierpi.

Co mnie bardzo wczoraj uderzyło?

Do Mateusza zadzwonił interesant w sprawie wynajmu mieszkania. Pospiesznie nas opuścił, okazało się jednak, że zostawił u D. swój plecak. D. coś mętnie zaczęła mówić, że miał zamiar przenocować u mnie. Bardzo mnie to zdziwiło, bo o niczym takim nie słyszałam. Ale uznałam, że może rozmawiali o tym wcześniej, zanim do nich spóźniona dotarłam. Ewidentnie jednak była jakaś spłoszona, miała niepewną, znaną mi już minę. Nie wdając się w domysły, zatelefonowałam do Mateusza i wyjaśniło się. Wspominał D., że jeśli nie będzie miał gdzie nocować, chciałby wrócić do niej na nocleg. D. jak to D.  nie określiła się wyraźnie wobec niego, czego się domyśliłam po jej "mętnej" reakcji. Powiedziałam Mateuszowi: "Dam ci ją do telefonu, bo widzę, że jakaś zdezorientowana". D. przejęła telefon i zaczęła coś marudzić, że drugi pokój ma zagracony rowerkiem stacjonarnym i czymś tam jeszcze... Tak jakby ten, za przeproszeniem, fagas, całkiem niezłej postury, nie mógł jej pomóc w przeniesieniu przedmiotów, by swobodnie rozścielić łóżko dla gościa.

Nie dyskutowałam, bo nie wypadało. Oświadczyłam Mateuszowi, że nie ma sprawy, może spać u mnie.

Gwoli wyjaśnienia, rodzinny dom Mateusza znajduje się w sporej odległości od naszego miasta, na wsi, a lokatorzy zajęli jak nigdy wszystkie kilka mieszkań. Rano Mateusz musiał być na miejscu, więc późna jazda do rodziców byłaby sporym kłopotem.

Przenocowałam kolegę, pogawędziliśmy jeszcze przed spaniem. Ulokowałam go w moim "salonie", a sama zajęłam okropnie zabałaganiony pokój syna. Daliśmy radę, jak mawia młodzież. Żartowałam: ciekawe, co na to moi sąsiedzi, że nocował u mnie mężczyzna :)

A D.? Też mi koleżanka! Marzyło jej się sam na sam z ledwo co poznanym fagasem i tyle. Nieważna przyjaźń i lata znajomości. Odwagi, by otwarcie odmówić, zabrakło. Poczułam... pogardę? Może za mocne określenie, ale - trochę tak.

Ani ja, ani Mateusz nie mówiliśmy za wiele o tej sytuacji, ale mam wrażenie, że nasze odczucia są podobne.

Dziś D. prezentuje na Facebooku zdjęcie, jak przytulają się z fagasem (tak, wiem, że jestem złośliwa, a "fagas" Bogu ducha winny) nad jakimś jedzeniem w restauracji. Powstrzymałam się nie bez wysiłku od komentarza: "Nowy pan, nowy kram!"

piątek, 6 marca 2026

(P)o D.

Pisałam kiedyś o swoich silnych dość rozterkach dotyczących D.
W końcu czas pokazał. Znajomość spokojnie dogorywa. Bez kłótni i dramatów, lecz ewidentnie kontakt się rozluźnia.

Nie jest łatwo krótko, zwięźle i bez pewnego okrucieństwa pisać, co przeszkadza mi u D. więc już to pominę.

Bardzo mi się poprzez zestawienie tej znajomości z innymi pokazuje, jak warto nie zdawać się na przypadek w dobieraniu sobie towarzystwa. Dobrze jest wybierać ludzi świadomie, szukać tego, co łączy, ale nie za szybko wchodzić w swoje światy. Mnie jednak potrzebna jest odrobina dystansu, stopniowanie zażyłości, częstości i intensywności kontaktów. Z czasem samo się pokazuje, z kim mi bardziej, a z kim mniej po drodze. Z D. było jakoś tak za szybko, od razu za blisko. Nie żałuję, bo mamy teraz wiele miłych wspomnień, ale wcześniej, nawiązując przyjaźnie po swojemu, nie przeżywałam rozczarowań, jakie spotkało mnie z D. Z natury należę do osób powoli wchodzących w relacje i po tym odstępstwie stwierdzam, że "ustawienia fabryczne" mają głęboki sens.

Ale może jednak to doświadczenie było mi potrzebne? Poszerzyło horyzonty, perspektywę, dostarczyło lekcji i wiedzy o ludziach? I jednak dodało pewności siebie, pozwalając przekroczyć dawne przyzwyczajenia.

Dziś, dzięki temu, czego nauczyła mnie D. śmielej wychodzę do ludzi. To cenne.

Newsy mniejsze i większe

Dzień miałam dzisiaj bardzo udany, chociaż oczywiście niewyczerpywanie się skupieniem w pracy wymaga całej strategii: jak najmniej rozpraszania się bzdurami, jednocześnie dbanie o krótkie przerwy na oddech, jakieś porozciąganie się w toalecie, zrobienie sobie kawy lub herbaty. Wszelako dziś się udało i wyszłam z biblioteki jeszcze z niezłym zapasem energii.

Podjęłam żeńską ( 😀 ) decyzję, by udać się do pobliskiego szpitala psychiatrycznego i zapisać się na wizytę u specjalisty. Zrobiłam to, bo dosyć już dręczenia się rozterkami i poczuciem winy. Jestem w potrzebie i zasługuje na wsparcie!

Kolejny milowy krok to wizyta w pracowni protetyki słuchowej. Mam już pieniądze na nowy sprzęt! Na Zrzutce wprawdzie uzbierałam tylko połowę potrzebnej na nowe aparaty sumy, ale co nieco dostało mi się poza zrzutką od dobrych znajomych i krewnych. Mamy siostra, na przykład przelała tysiąc złotych na moje prywatne konto, od wielu osób pieniądze otrzymałam bezpośrednio. Piesek Riko też nie za darmo był moim podopiecznym przez prawie trzy miesiące.
Stwierdziłam wreszcie, że już mnie stać na "lepsze zabawki", które na razie zdecydowałyśmy się z panią z pracowni wstępnie jeszcze raz przetestować.
Ach! Czuję sprawczość i moc!

Mniej nieco będą kosztować te słuchowe protezy, niż się spodziewałam, toteż postanowiłam za resztę kupić sobie "uczciwy" odkurzacz. Taki z porządnym ssaniem i niewyłączający się po dwudziestu minutach używania jak ten, na który nabrałam się kiedyś w Biedronce i teraz tylko zajmuje miejsce w kącie, bo już szczotka na kiju lepiej się spisuje i przynajmniej nie strajkuje w połowie pracy. A tego starego grata komuś po prostu oddam.

Skoro mowa o pieniądzach - wojuję z sąsiadem. Kilka już miesięcy temu pomógł mi naprawić awarię pieca i centralnego ogrzewania, ale skubany dobrze wiedział, co robi i w co inwestuje. Zapłaciłam mu, aczkolwiek skromnie za fatygę, ale to mu nie wystarczyło. Sąsiadunio migiem wykorzystał moją wdzięczność, przymilił się, uśmiechnął (a umie!) i wydębił ode mnie pokaźną pożyczkę. Pomna wcześniejszych niemiłych doświadczeń, doskonale wiedziałam, czym ryzykuję, ale świadomie podjęłam ryzyko. A nuż mnie tym razem zaskoczy? Bo oczywiście były obiecanki w stylu: "Sąsiadka! Do końca tygodnia / do przyszłego piątku, w przyszłym miesiącu już na pewno!". Najnowsza wersja głosi, że do piętnastego marca. Kiedy wyraziłam złość - przytulił mnie, rzucił jakiś żarcik. Szczerze mnie już irytuje ta sytuacja. Bez ogródek - to czysta bezczelność! Facet jest kawalerem, mieszka u matki, pracuje - i notorycznie pożycza, zdaje się, że nie tylko ode mnie.
Obiecałam mu, że go nie zdradzę przed matką, by jej nie denerwować, korci mnie jednak, by to zrobić i aby nie czuł się bezkarny. Aczkolwiek jestem zdania, że to sprawa między nami i wciąganie w to rodzica jest dziecinadą. Ale skoro on sam zachowuje się jak dzieciuch...

Cóż jeszcze z newsów? Koleżanka, którą kilka lat temu poznałam na rajdzie rowerowym, skrzyknęła przez Facebook grupkę chętnych na wspólne uprawianie sportu i turystyki. Byłam już na pierwszej koleżeńskiej przechadzce z kijkami, a jutro kroi nam się wyprawa za miasto na leśne ścieżki. Jeszcze nie znam szczegółów, ale już sobie układam plan działania, by mieć czas na tę niewątpliwą przyjemność i by nie ucierpiało na tym domowe gospodarstwo.

Tymczasem jednak odpoczywam, bo i to jest teraz ważnym punktem w moim życiu. Za chwilkę skok na jakieś spożywcze zakupy i wstępne przygotowanie jutrzejszego obiadu.

A potem poczytam. Przytargałam z biblioteki "Odpowiedź Hiobowi" Carla Gustava Junga. Rzecz to poważna i nie obiecuję sobie, że zgłębię od deski do deski. Raczej poczynię wstępne rozpoznanie treści. A potem zadecyduję: Jung czy Osho, którego "Miłość, wolność, samotność" zaczęłam w mijającym tygodniu.

O tym ostatnim jeszcze pewnie napiszę, bo jest fascynujący, a zarazem budzący mieszane uczucia.

Ach! Jeszcze byłabym zapomniała: w bibliotece odwiedziła mnie dzisiaj kobieta poznana w Klubie Pacjenta, do którego uczęszczam. Co za miła niespodzianka! Jak to fajnie spotkać... drugiego człowieka. O spotkaniach chyba też niebawem popełnię post, bo zaiste są spotkania i spotkania, ludzie i ludziska.

czwartek, 5 marca 2026

Veto!

Coś się robi, coś się realizuje. Było się na rajdzie, poszło się z koleżanką na spacer z kijkami w ramach powołanej przez nią do życia grupy do wspólnych sportowo - towarzyskich aktywności. Nie zmienia to faktu, że codzienne funkcjonowanie stało się wyczerpujące i trudne. W weekendy, gdy można pozwolić sobie na własne tempo i ma się po prostu więcej czasu - odżywam, ale potem nieubłaganie przychodzi tydzień pracy zawodowej, nieruchomego tkwienia przy biurku i koncentrowania umysłu, który tak chciałby się wyłączyć, oderwać...

Dręczyła mnie bardzo długo myśl, obawa, że to może tylko figle leniwej psychiki, by uciekać od tego, co niezbyt przyjemne. Ale, na Boga, zależy mi na pracy i na szacunku do samej siebie, więc i na przyzwoitym wykonywaniu obowiązków. A więc i na satysfakcji, że buduję ten cały katalog i dzięki mnie te wszystkie opisy dla czytelników. Niewiele mi pomaga ta świadomość, po chwili mobilizacji wraca poczucie wyczerpania i modnie tak ostatnio zwanej mgły mózgowej.

Wróciłam dzisiaj z pracy tak zmęczona, że nie chciało mi się nawet zjeść tego, co przyniosłam ze sklepiku przy pewnej restauracji. Padłam na kanapę jak stałam i dopiero po drzemce odgrzałam krokiety oraz barszcz z kartonika. Umyłam naczynia, bo jednak pilnuję, by nie zbierało się ich w zlewie zbyt wiele i przesmażyłam szybko mięso na jutrzejszy obiad, by nie leżało za długo surowe w lodówce. Resztę obiadu dorobię jutro, bo mam plan i pomysł na szybkie danie.

Ale wróć, Marto, do rozpoczętej myśli: dręczyłam się, że może tylko moja podświadomość próbuje odciągnąć mnie od niezbyt przyjemnych obowiązków i zwyczajnie ogarnia mnie lenistwo. Może wystarczyłoby się wziąć w garść, zdyscyplinować się?
Dziś przyszłam do pracy już od rana nieszczęśliwa i znużona. Przy biurku zastosowałam genialne sposoby niejakiej Sylwii Kocoń, udzielającej się w internecie terapeutki na regulację układu nerwowego. Techniki oddechowe, stymulacja nerwu błędnego pomogły wspaniale... ale nie na długo. Cała dniówka to była walka o skupienie.

Potem jeszcze przeczytałam swój wypis ze szpitala psychiatrycznego (przyniosłam do wglądu dla tej pracującej w ZUS znajomej koleżanki), a tam wyczytałam coś o "kontynuowaniu wsparcia".

I to mnie olśniło! Moje leczenie to nie rozdział zamknięty. Ma być podtrzymywane!

Koniec dylematów i snucia wątpliwości: dzwonię jutro do rejestracji psychiatrycznej i niech się dzieje, co chce. Moje życie teraz to jakaś tragiczna wegetacja. Nie wyrażam zgody na wegetowanie!

sobota, 21 lutego 2026

Kuśtyczka vel niedoszła zakonnica

Równiutko tydzień temu skręciłam staw skokowy na jakiejś nierówności terenu. Ból był silny, lecz krótkotrwały, chociaż przez wszystkie te dni dało się odczuć, że noga nie jest w normalnym stanie.
Dziś szłam pospiesznym krokiem na przystanek autobusów miejskich i w drodze - trrrrach! Ta sama noga znowu powinęła się na jakimś wyboju. Aż zawyłam z bólu. Po chwili przeszło nieco, ale stwierdziłam, że lepiej "pokazać się" lekarzowi.

Tym oto sposobem trafiłam na SOR, co zajęło mi jakieś dwie, może trzy godziny. Staw prześwietlono, przepisano ortezę i środki przeciwzakrzepowe, które osobiście mam sobie wstrzykiwać w brzuch lub kogoś o to poprosić. Może przełamię opory i spróbuję sama, bo to podobno żadna filozofia. Na zwolnienie z pracy się nie zdecydowałam, bo dość już się nachorowałam w minionym roku. Nie jestem aż tak chora, by nie dotrzeć samodzielnie do swojej biblioteki bez ortezy i dopiero na miejscu ją włożyć. Do pracy mam dziesięć minut piechotą.

A miałyśmy dzisiaj z koleżanką zwiedzać miejscowy klasztor Niepokalanek. Przewodnicy turystyczni zorganizowali oprowadzanie po obiekcie z okazji swojego dorocznego święta.

Zabytki i interesujące obiekty naszego miasta w większości zwiedziłam po kilka razy, ale ten klasztor pozostawał mi nie znany. Usytuowany jest w takim miejscu, że zawsze sprawiał wrażenie bardzo odizolowanego i jakoś nigdy nie śmiałam wejść na jego teren. Mieszkam też od niego dosyć daleko.
Pewien mój znajomy, gdy się dowiedział o moich dzisiejszych planach, napisał mi: "Tylko zakonnicą nie zostań", więc raczyłam mu donieść, że siły nieczyste czuwały, by do tego nie doszło.

wtorek, 17 lutego 2026

Dojrzewam

Żyję, żyję. Ino nie mam siły pisać.

Działo się sporo miłych rzeczy: kilkudniowy pobyt siostry z Włoch, wspólny czas, łyżwy, Netflix, buszowanie w szmateksach. Siostra nabyła świetne sztruksowe spodnie i żakiet, oddałam jej też sztuczne futerko, w którym nie chodzę, bo za krótkie jak na moje upodobania. Była też w ostatnią sobotę wycieczka po okolicznych górkach organizowana przez PTTK. Bałam się, czy podołam z osłabioną po operacji kondycją, ale jak długo można się bać? Postanowiłam spróbować i poradziłam sobie. Chociaż na szlaku bardzo boleśnie skręciłam nogę ; na szczęście na drugi dzień ból prawie zupełnie ustał i chodzę już niemal normalnie.

Jednak powrót do pracy po tygodniowym urlopie jest bardzo trudny. Męczy mnie, a gdy panuje "biomet niekorzystny" wręcz wykańcza, konieczność pilnowania dokładności opisów, uważanie na błędy, koncentrowanie się na tym, co robię. Dziś rozpaczliwie próbowałam utrzymać uwagę, ale po "siedem razy" czytałam bezmyślnie jedno i to samo zdanie. Znacie to uczucie, że przeczytało się stronę książki i nie ma się pojęcia, o czym?

Koszmar! Wczoraj po powrocie do domu przespałam całe popołudnie. Dziś też poleżałam, lecz nieco mi raźniej pod wieczór. Nie mam jednak ochoty na jakieś energiczne działania. Poczytałam na gpt o łatwych, szybkich, a mimo to zdrowych obiadach i zaplanowałam na jutro makaron z pesto oraz twarogiem. Nie miałam pojęcia, że dwa ostatnie można łączyć. Jestem ciekawa rezultatu.

Mam przeczucie, że jeszcze kilka takich zjazdów i dobrowolnie zgłoszę się do psychiatry, choćbym znowu miała trzy miesiące spędzić na oddziale dziennym. W dokumentacji do renty bardzo się to przyda.

W pracy dzisiaj kilka razy wychodziłam do toalety, aby tam z dala od wzroku innych położyć się na parę sekund na podłodze i zamknąć oczy.

Już mi się nie chce walczyć o "normalność", ale na razie jeszcze odczuwam "syndrom oszusta", który powinien po prostu wziąć się w garść.

Co to zresztą jest normalność? Narastająca niechęć do aktywności i zmęczenie?

Dojrzewam...

piątek, 30 stycznia 2026

Zmęczenie

Znowu ciężki dzień. Nie wiem, na ile normalne jest moje samopoczucie. Zmęcznie w końcu ludzka rzecz. Ale żeby tak co dzień albo co drugi? Czy to nie jest podświadome szukanie sobie wymówek od trudów życia?

Do trzynastej, mniej więcej, pracowało mi się dobrze. Potem koncentracja zaczęła mi spadać na łeb, na szyję i musiałam wkładać dużo wysiłku w jej jakie takie utrzymanie. Wyszłam z roboty skonana i teraz niewiele mam chęci na cokolwiek poza solidną drzemką. Zaraz chyba sobie pofolguję.

Wziąć się za tę rentę?

czwartek, 29 stycznia 2026

Renta?

Ciężka atmosfera zapanowała wczoraj w pracy.

Nie bez wątpliwości, ale wstąpiłam kilkanaście (chyba już) lat temu w szeregi związków zawodowych. Było jak było, jako szeregowy członek niewiele mam do powiedzenia.

Jednak jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana.
Od roku mamy w pracy nową dyrektorkę... Dyrektorka z niej nowa, ale pracownik już wieloletni. Dała się przez te wszystkie lata poznać jako niezły "podskakiewicz", osoba przemądrzała i pełna roszczeń, myśląca przede wszystkim o własnych ambicjach i korzyściach. Intelektualnie średnia, ale pewna siebie i przebojowa.

O paradoksie, związek zawodowy w naszej pracy ma w swoich szeregach pracodawcę, a ideą związków była przecież ochrona przed zakusami pracodawców.
Pojawiły się pierwsze sygnały, że dyrekcja będzie próbowała urobić sobie związkowców. Już podobno odbyła pierwsze rozmowy z koleżankami, kogo widziałaby w zarządzie, bo właśnie nastała pora nowych wyborów. Poza jej plecami odbyłyśmy między sobą rozmowę, w której dwie z koleżanek kategorycznie odmówiły kandydowania do zarządu. Jedna zbyt blisko współpracuje z dyrekcją i nie chciałaby być między młotem a kowadłem, a druga nie czuje się na siłach jako młody jeszcze pracownik. Ponieważ nasz związek liczy garstkę członków, pozostała właściwie tylko jedna kandydatka i tę też wskazałyśmy. Porozumiałyśmy się, że trzeba mieć się przed dyrekcją na baczności, nie dać sobie wmawiać niestworzonych rzeczy i trzymać wspólny front oraz - nomen omen - solidarność.

To jeszcze nie koniec. Dziewczyny przekonywały mnie wczoraj, że powinnam podjąć starania o rentę inwalidzką i nawet podpowiedziały pierwsze kroki. Zażartowałam, żę chyba mnie nie lubią i chcą "wykopać" z pracy, na co one gorąco zaprotestowały.
Cóż... może i prawda, że to z życzliwości. A jednak budzi się we mnie podejrzliwość. Czy to nie jest próba pozbycia się mnie w kulturalny sposób? A może dają mi do zrozumienia, że powinnam zabezpieczyć swoją przyszłość, bo licho nie śpi?

Nie wiem, nie wiem! Mam jednak poczucie, że to jakiś sygnał od życia, ponieważ od jakiegoś czasu kwestię renty rozważam intensywnie. Nie mam tylko odwagi, by zacząć działać w tej sprawie. A może już najwyższy czas?

wtorek, 27 stycznia 2026

W dobrym humorze

No, więc, drogi pamiętniczku...
Zdania od "Więc", "A więc", "No więc" podobno się nie zaczyna, ale pozwolę sobie mieć to w nosie.
No, więc, a zatem, Drogi mój Pamiętniczku, mam dzisiaj humor znakomity! Bez ważnych... No, dobra, powody zapewne są ważne, ale zdecydowanie skromne - nic spektakularnego. I dobrze mi z tym!

Te wszystkie moje wglądy, odkrycia i wdrażanie "samopomocy" psychicznej, organizacyjnej i jak to jeszcze nazwać - działają! Magia małych kroków działa, magia "tylko piętnastu minut" okazuje się skuteczna. Moja psychika zamrożona terrorem cudzym oraz własnym pomału uwalnia swoje lody. Zaczynam odzyskiwać energię, choć na razie jest to energia niewielka. Pomna ostrzeżeń nie stawiam sobie wymagań na wyrost.

Jakoś szybciej, bardziej efektywnie wychodzę z "trybu przetrwania", rozbrajam moje notoryczne zmęczenie. Zaczynam odczuwać, że wreszcie rozpoczynam działania z innego miejsca niż dotychczas. Dotychczas był bat nad głową i niechęć.

Wierzcie lub nie wierzcie - oprócz moich "rozwojowych", "przebudzeniowych" lektur, gotowe rozwiązania i techniki podsunął mi GPT i jego "kuzyn" - Gemini. Zadawałam im pytania, jak sobie radzić, jak zmieniać swój stan i uzdrawiać, a w zamian dostawałam bardzo rzeczowe odpowiedzi. Takie, jakich potrzebowałam - łopatologia, kawa na ławę, instrukcja krok po kroku. Wypróbowałam i chwalę sobie na przykład poradę: "Zacznij od czegoś absurdalnie małego", "Wyznacz sobie piętnaście minut i jeśli nie pojawi się energia, po kwadransie odpuść", "Zdecyduj, jaką JEDNĄ rzecz chcesz dzisiaj zrobić".

Wiecie, może stwierdzicie, że jestem stuknięta, ale dla mnie to jak objawienie. Widzę, jak kroczek po kroczku porządkują mi się drobne, codzienne sprawy. Wiele jeszcze zaległości przede mną, ale widzę, że ich konsekwentnie ubywa, a ja nie płacę za to zdenerwowaniem, złością i wyczerpaniem.

Dziś mam załatwione dwie ważne sprawy. Na głowie zatem tylko obiad, i to niekoniecznie (to zależy, ile syn zje dzisiaj, bo może zostanie na jutro, mam też zamrożoną część tej zupy z mnóstwem śmietany). I tak mi lekko, fajnie, dobrze.

Po pracy wstąpiłam do fryzjera i oddałam się w ręce nowej pracownicy - jak się okazało, Ukrainki. Jak zwykle, nie umiałam zdecydowanie określić, czego chcę "względem włosów", z grubsza nakreśliłam swoje problemy z wysokim czołem o ogólne oczekiwania co do fryzury. Z przerażeniem obserwowałam poczynania fryzjerki, ale koniec końców, nowa fryzura jest świetna. Tyle tylko, że ja nie mam włosów jak na tych wszystkich pięknych fryzjerskich fotoreklamach. Chyba mi się puszą włosy - nigdy nie wiedziałam, co to znaczy, aż dziś przyszło mi do głowy skojarzenie z puchem pisklęcia. Takie jakieś te moje kłaczki lekkie, delikatne, byle wiaterek je burzy. Choroba zmieniła ich strukturę, zrobiły się tak przesuszone, że tygodniami mogłabym się obywać bez mycia głowy. Aplikuję im od czasu do czasu jakieś domowe kuracje, ale trudno mi o systematyczność. Te wszystkie upiększające zabiegi to dla mnie dodatkowe zadanie, a nie żaden relaks, jak dla wielu kobiet.

A propos domowych zabiegów, spotkała mnie pouczająca i trochę śmieszna przygoda. Wysmarowałam jakiś czas temu facjatę olejem lnianym. W efekcie cera wygładziła się jak przysłowiowa pupka niemowlecia ; byłam zachwycona. Powtórzyłam zabieg w pewien mroźny poranek - i to był błąd ; nie róbcie tego! Już w drodze do pracy czułam, jak piecze mnie twarz. W pracy koleżanka przestraszyła się na mój widok. Byłam czerwona jak rak po ugotowaniu!
Okazało się, po wnikliwej lekturze w internecie, że olej lniany rozszerza naczynia krwionośne i zawiera sporo wody, mimo że to tłuszcz. W czasie mrozu nie należy go stosować. Dobrze, że moja droga do pracy nie jest daleka, bo dłuższa ekspozycja mogłaby się naprawdę fatalnie skończyć.

Ale dziś wieczorkiem nie omieszkam.... :)

piątek, 23 stycznia 2026

Ot, jeden dzień z wielu

Raz lepiej, raz gorzej. Raz energia, raz totalna niemoc. Przed chwilą odpisałam na komentarz Gabrysi Kotas, że poznanie siebie pomaga mi stworzyć instrukcję obsługi samej siebie, dlatego tak uparcie grzebię w sobie i swoich nastrojach.

W ciągu dobiegającego końca tygodnia zaliczyłam dwa spore spadki energii i za chwilę radość z jej odzyskania. Niewiele pośrodku. Pocieszam się, że lepsza ta huśtawka niż jakaś przewlekła depresja.

Wczoraj po pracy podeszłam do Mateusza, bo mu się pracownica rozchorowała i nie było komu jej zastąpić. Okropnie byłam z tego niezadowolona, ale nie chciałam odmawiać pomocy. Tego się przyjaciołom nie robi (bez naprawdę ważnych powodów i według mojego osobistego kodeksu). Zmarzłam bardzo w nieogrzewanym pomieszczeniu. Do domu wróciłam zniechęcona, spowolniona, zmęczona. Machnęłam ręką na bałagan i zapakowałam się do łóżka.

Dziś byłam nieźle zregenerowana, pracowało mi się nieźle, a i roboty było ciut mniej. Z kierowniczką trwa proces odnajdowania porozumienia i docierania się. To w gruncie rzeczy dobra dziewczyna, tyle, że i ona ma swoje wrażliwości. Nawzajem się siebie uczymy. Doceniam jej chęć porozumienia.

Podobno idą śnieżyce, a towarzyszyć mają odwilży. A ja jestem niemal pewna: chodzący ze mnie barometr - wiadomo, od czego moje "zniżki"!

Ponieważ nie zrobiłam wczoraj obiadu, poprosiłam syna o przyrządzenie zupy z zakupionej mrożonki. Syn wywiązał się z zadania bardzo dobrze ; nie wiedział tylko biedak, ile dodać śmietany, więc wlał cały większy pojemnik. Zupa wyszła jednak bardzo smaczna i treściwa. Młodemu gotowanie nie jest obce, ale z zupą miał do czynienia pierwszy raz w życiu. Pochwaliłam za udany debiut a ze śmietany pośmialiśmy się wspólnie.

Mimo że czuję się lepiej niż wczoraj, chęcią ruchu nie pałam, Bałagan kwitnie od wczoraj, a ja zdecydowałam, że pokwitnie sobie do jutra. Udaję, że nie widzę :) Zasnę chyba dzisiaj wcześnie, a przed snem spróbuję coś poczytać.

wtorek, 20 stycznia 2026

Lepiej!

Trochę już późno, trochęm zmęczona, ale popisać chcę, bo mam o czym.

Jakże inny dzień od wczorajszego odchodzi do wspomnień.

Taka być lubię: pogodna, sprawcza, zrelaksowana. Nawet jeśli zmęczona, to zmęczeniem zdrowym, dającym satysfakcję.

Rozmaite duchowe przewodniczki (przewodnicy też, ale wśród najbliższych memu sercu przeważają kobiety) zachęcają, by bacznie się sobie przyglądać, obserwować siebie i poznawać. Sprawdzać, co nam służy, a z czym zupełnie nie po drodze. Bywa to wymagające, bo trzeba się zatrzymać, przestać działać automatycznie i bezrefleksyjnie - ale opłaca się po stokroć. Odpowiada to mojej naturze, bo zawsze byłam "filozofem". Lubię usiąść tak po prostu, pobyć sama ze sobą i pobyć z tym wszystkim co we mnie i wokół mnie. Od pewnego czasu podchodzę do siebie i moich stanów wręcz badawczo.

Przyszło mi dziś na myśl, że takie chwile niemocy jak wczoraj, nawiedzają mnie często, ale nigdy nie pomaga smaganie się samokrytyką i branie się do galopu. Owszem, zrobię wtedy, co do mnie należy, ale nie jest to najwyższej jakości, ani mnie nie pozwala poczuć się lepiej (choć bywam zadowolona, że się przemogłam). Wczoraj odpuściłam totalnie, spędziłam popołudnie na najczystszym nieróbstwie. Dzisiaj w rezultaicie mam więcej energii i bez niechęci zajmowałam się obiadem, kolacją, paleniem w piecu i zakupami.

Wieczorem, krzątając się w kuchni odsłuchałam z Youtube wywiad z kolejną inspirującą postacią: Mają Wąsałą. To kobieta "klimatyczna" - twórcza, artystyczna, z głęboką duchowością, a jednocześnie taka swojska i konkretna. Bardzo lubię ten właśnie rodzaj duchowości: zakorzeniony i uziemiony, nie udający życia na różowej chmurce, poza całą prozą życia. Maja bardzo przekonująco pokazuje, że można spełniać się tu i teraz, nie czekając na specjalny moment i warunki. Gotowi jesteśmy już, teraz, tacy, jacy jesteśmy. Łatwiej to powiedzieć, niż naprawdę tym żyć, ale Maja tak bardzo pokazuje,  że jest to możliwe.

Wywiadu można posłuchać tutaj.

W pracy dzisiaj też lepsza atmosfera. Kierowniczka spokojniejsza, weselsza, aż jej o tym powiedziałam, nadmieniając, że chyba już ma z głowy najtrudniejsze prace związane z zamykaniem starego roku, obliczeniami, statystykami, podsumowaniami. Odparła mi na to, że po prostu postanowiła nie przejmować się tak bardzo. Żartobliwie dodała, że najgorsze dopiero przed nią. Tak czy siak - lżej dzisiaj w pracy było oddychać. Wyjaśniłyśmy sobie między wierszami ostatnie nieporozumienia. Jak to dobrze, że jest możliwość i obopólna chęć, by się dogadać. Nabrałam nieco otuchy i dystansu do trudności.Le

poniedziałek, 19 stycznia 2026

Zmęczenie.

Martwię się, bo już sama nie wiem, czy moje notoryczne niemal zmęczenie i podobna niechęć do pracy to fanaberia czy rzeczywiste wołanie organizmu o zmiany i wsparcie.

Moja praca wymaga wielkiej uważności i dokładności, a nigdy nie byłam osobą "zapiętą na ostatni guzik", słynę z książkowego wręcz roztargnienia. Pracuję nad uważnością, jak tylko mogę, a i tak bystre oko kierowniczki zawsze coś wypatrzy do poprawki.
Kto wie, czy moje kłopoty z koncentracją nie są wynikiem Dandy-Walkera. W końcu mózg, w końcu układ nerwowy...

Moja kierowniczka nie jest złą kobietą, lecz jako świeżo upieczona zwierzchniczka bardzo dba o jakość pracy, bo przecież i ona jest oceniana. "Stara gwardia" miała swoje wymagania, jednak czułam większy luz. Teraz odczuwam duży stres. Do domu często wracam wykończona tym wielogodzinnym napięciem. Brakuje mi ochoty na aktywności pozazawodowe, a przecież obiad w domu sam się nie ugotuje, zakupy się nie zrobią. pranie nie włoży się samo do pralki, nie wyjmie z niej ani się nie rozwiesi. Dziś chcę tylko spać, albo gapić się w komputer. Nawet na książkę jakoś brak mi sił.

Szczerze się obawiam, czy dam radę tak dalej. Trzeba się chyba zabrać za gromadzenie dokumentacji do renty inwalidzkiej, którą zresztą kiedyś mi przyznano, ale zawieszono na czas wykonywania pracy zawodowej. Boję się jednak nawet zacząć, gdy wysłuchuję od najbliższej przyjaciółki, jak podle i upokarzająco komisje orzekające o niepełnosprawności traktują ubiegających się.

Jestem zmęczona, zmęczona, zmęczona.

niedziela, 18 stycznia 2026

Codziennostki nieco bezładne

Chyba jestem w gorącej wodzie kąpana.
Z moją przyjaciółką już o.k., gadamy jak zawsze i zwierzamy się sobie jakby nigdy nic. Coż... znam ją na wylot i powinnam już akceptować pewne rzeczy, ale czasami się na nią irytuję - a ona zapewne na mnnie. Ostatnio powiedziała do mnie z przekąsem: "No,bo ty to jesteś strrrrasznie mądra!", a ja równie kpiarsko odparłam: "No, oczywiście!". I tak sobie trwamy. Dobrze mieć relacje, którym byle konflikcik nie zaszkodzi.

Żałuję bardzo, że nie mieszka ona bliżej ode mnie, bo dotyczy nas obu coś, co nazwano gdzieś w "mądrych" internetach wykluczeniem komunikacyjnym. Posiadanie samochodu nie jest rzeczą oczywistą, ale niestety wypierają one komunikację podmiejską. Nie opłaca się przedsiębiorcom wysyłać autobusu po dwie czy trzy osoby, a nawet i jedną tylko w dzień wolny od pracy. W tygodniu znowu praca zawodowa i coś tam zawsze w domu do zrobienia albo po prostu ciemno i chłodno w zimowe wieczory. A i warunki u tej mojej X. kiepściutkie, bo domek nieduży i pięcioro ludzi w jednym pomieszczeniu. Tak, tak! Dziś niektórzy też tak żyją, nie tylko w książce "Chłopki".

Tęczowy śnieg, opisany przeze mnie niedawno, zafascynował mnie na tyle, że zaczęłam mu się uważniej przyglądać. Otóż muszą zaistnieć odpowiednie warunki, by zalśnił w słońcu kolorami. To chyba zależy od kąta padania światła, może też od jego rodzaju i intensywności. Nie w każdym słońcu skrzy się barwnie, a już raczej nie ma o czym marzyć w świetle miejskich latarni lub przy ksieżycu.

Nic to, bo i tak było dzisiaj pięknie. Tysiące płatków rozbłyskiwało bielą w dzisiejszy mrożny i szalenie słoneczny dzień. Musiałam powalczyć z lenistwem i wygodnictwem, ale stwierdziłam, że nie wybaczę sobie, jeśli nie wybiorę się choć na krótką niedzielną przechadzkę z kijkami. Niedługi był spacer,bo rzeczywiście mróz dawał o sobie znać, ale wróciłam wspaniale orzeźwiona.

Zachciało mi się w czasie spaceru życia towarzyskiego. Zadzwoniłam do siostry, z pytaniem, czy mogę wpaść - siostra chora, leży, nie ma siły. Zadzwoniłam do bratowej - u bratowej wszyscy leżą pokotem i może nawet złapali covida. Wróciłam do domu i organizuję sobie czas w pojedynkę. Upichciłam obiad, popisałam coś i poczytałam. Dopadł mnie pod wieczór jakiś spadek nastroju, ale ciepła herbata z cytryną i miodem rozgrzała mnie i przywróciła nadwątloną pogodę ducha.

Przed chwilą zatelefonował synuś. Jest już w drodze na dworzec kolejowy w mieście wojewódzkim i niebawem go zobaczę w progu domu. Uuuuffff! Jak dobrze z nim być!

W piątek odbyło się spotkanie w "sekcie". Tym razem nie skorzystałam z zaproszenia. Po ostatnim spotkaniu wróciłam z poczuciem obcości i niedopasowania i jakoś mnie to zniechęciło. Podzieliłam się swoimi odczuciami z kolegą, którego kiedyś tam zaprowadziłam. On migiem wychwycił to, co ja dopiero od niedawna decyduję się nazwać otwarcie: pewną sztuczność i jednak obcość w dość zamkniętej grupie. Wręcz stwierdził dosadnie, że prowadząca krąg wydaje mu się "szurnięta", choć na pozór miła. Trudno mi było to zakwestionować, choć aż taka surowa w ocenie nie jestem.

Może jeszcze kiedyś do sekty zajrzę, ale na razie jakoś ostygł zapał.


niedziela, 11 stycznia 2026

Rozbrat

Wodnikowa Panna zgrabnie i trafnie to ujęła: utracone iluzje też bolą.
Ilu też ja rzeczy nie widziałam przez tyle nieraz lat? A może nie chciałam widzieć? A może po prostu nie liczyły się wtedy?

Wyczerpuje mi się coraz wyraźniej prawie trzydziestoletnia przyjaźń. Pełna szczerości i głębi, dzielenia się wrażliwością, wspólnymi zamiłowaniami do filozofowania, zachwytów naturą i wierszami. Gadałyśmy o wszystkim, byłam przy X. tak bardzo sobą, jak z nikim innym. Do czasu. To narastało kilka lat zresztą. Najpierw widziałam wiele rzeczy i byłam nawet krytyczna, ale nie naruszały mojej lojalności i wierności. Ostatnie jakieś dwa, trzy lata to  - mam wrażenie - równia pochyła.

Nie mam siły tłumaczyć, opisywać, jak doszło do tego, że znalazłyśmy się akurat w tym punkcie. Nie chcę też odkrywać cudzej prywatności, ani tracić czasu na wytłumaczenia oraz usprawiedliwienia jej i siebie. Napiszę tylko, że coraz wyraźniej widzę zaściankowość myślenia tej skądinąd niesłychanie wrażliwej i autentycznie, moim zdaniem, utalentowanej kobiety, autorki niezwykłych wierszy. Widzę, jak głęboko pogrąża się w wyuczonej bezradności i - za cholerę, za jasną cholerę! - nie pozwala sobie pomóc. Widzę jak bardzo od pewnego czasu moja rola w tej przyjaźni polega głównie na wysłuchiwaniu skarg, złości, lamentów. Czasami próbuję coś podpowiedzieć, ale wszystko jest negowane. Czasami stwierdzam bezradnie, że nie potrafię pomóc. Co wtedy słyszę? "Ja nie szukam pomocy, chcę się tylko wygadać!". Ogromnie to rozumiem, ale ja już nie mam siły robić za konfesjonał! Coraz mniej między nami inspiracji, a coraz więcej jednostronnego użalania się. Jestem zmęczona, a czasami zła. Mam też poczucie winy z tego powodu.

Wczoraj wysłuchałam narzekania na pogodę, rodzinę, zdrowie. Dowiedziałam się o rzekomym manipulowaniu pogodą przez obce państwa... Byłam już dość rozdrażniona i po prostu parsknęłam ironicznym śmiechem. X. obraziła się na mnie i zakończyła rozmowę. Najlepsze było jednak to, że zreflektowałam się poniewczasie, zajrzałam na Wikipedię i dowiedziałam się, ze coś jednak jest na rzeczy i stosowane bywa tzw. zasiewanie chmur. Zwróciłam koleżance honor przez SMS, a ona odpowiedziała mi, że zepsułam jej humor i nie ma ochoty na dalszą pogawędkę.

Dziś próbowałam do niej zadzwonić. Nie odbiera. A ja się zastanawiam, czy warto jeszcze zabiegać o tę relację, czy pozwolić jej więdnąć. Jednak żałobę po dawnej bliskości odczuwam sporą.

Jest mi dzisiaj szczere smutno.


Druga taka to D. ale tę już na blogu "wałkowałam". Dziś relacja trwa, ale bez nadmiernych oczekiwań.

Co jest, do licha? Nie "umiem w przyjaźń" czy co?

wtorek, 6 stycznia 2026

Miało być o czym innym, a wyszło o pracy

 Jutro do pracy - nie posiadam się ze "szczęścia".

Powtórzę po raz sto tysiące dwunasty: nie w pracy się spełniam, nie w pracy się realizuję, nie w pracy się przyjaźnię. Potrzebna jest mi wyłącznie do zaspokojenia potrzeb socjalno - bytowych. Nie kupuję bajek o "wychodzeniu do ludzi", trzymaniu pionu, który rzekomo zapewnia konieczność stosownego stroju i ewentualnie makijażu. Makijaż olewam, a strój mogę nałożyć na spacer po mieście bądź do kawiarni. Przyjaźń w pracy podobno się zdarza, ale ja cudu takowego nie zaznałam. Nie wierzę, że w tej mojej kiedykolwiek zaznam. Nawet z byłą dyrektorką, już emerytką, choć miałam wiele pozazawodowych tematów, jednak nie pozwałam sobie na pełną swobodę. A pswoboda jest dla mnie wyznacznikiem przyjaźni.

Na marginesie - u byłej dyrektorki byłam nawet niedawno z wizytą, na jej bardzo serdeczne zaproszenie. Było przytulnie acz elegancko i z klasą - prawdziwa przyjemność, ale przecież nie opowiem jej, jak w...a mnie jedna taka z innego działu w pracy. Nie wypada!

Bardzo chciałabym odnaleźć w sobie odwagę do zmiany zawodowej, pozbyć się lęku przed utratą bezpieczeństwa i porażką. Chciałabym też rozpoznać, nie tracąc realizmu, odpowiednie dla mnie zajęcie. Chcę świętego spokoju i swobody. Chcę przeklinać przy biurku, gdy nie idzie mi robota, podśpiewywać i gadać do siebie, móc w dowolnym momencie wyjść przez moment na świeże powietrze. Niech to nikogo nie razi i nikomu nie przeszkadza... chyba chciałabym pracować w pojedynkę i we własnym domu. I w czasie pracy doglądać gotującego się na kuchence krupniku.

Ba! Pisałam o tym sto razy!

Pati Garg twierdzi, że to da się zrobić. Wyślę chyba w świat intencję: posiąść wiedzę, jak się do takiej zmiany zabrać, oraz odwagę do zrealizowania. Bo da się żyć w mojej aktualnej pracy, ale to nie takie życie, jakiego pragnę. Dziewczyny gadające poza sprawami zawodowymi, o zakupach i imprezach (młodość!), robienie afery z niewinnie rzuconego zdania... Nie!

Ot, niedawno świeżo upieczona kierowniczka działu  (pracownik już wieloletni) zwróciła mi uwagę, że nowa. od roku, dyrektorka nie lubi, gdy mówi się do niej po imieniu. A trzeba zaznaczyć, że to także bardzo już "stary" pracownik i całe lata jesteśmy ze sobą po imieniu. Rozumiem - oficjalne okoliczności, ale w nieoficjalnych chyba nie popełniam żadnego faux-pas, mówiąc do niej Zosiu. To właśnie powiedziałam kierowniczce, bynajmniej nie w celu polemizowania. Ot, rozmowa. Reakcją kierowniczki była uraza, że ją kwestionuję, komentuję i podważam jej słowa. Powiedziała, że czuje się przeze mnie opieprzana i jest jej przykro. O, ludzie!!!

Nie lubię i nie polubię pracy zespołowej.

niedziela, 4 stycznia 2026

Świetliście

Gdy świeci słońce, mój pseudosalon pełen jest światła. Kocham naturalną jasność. Za oknem w ogródku śnieg skrzy się w słońcu iskierkami w kolorach tęczy ; tyle razy już te iskry widziałam, cieszyłam się nimi, ale chyba dopiero dzisiaj zauważyłam, że rozszczepia się w nich światło i barwo je na tęczowo. Cudo!
Pełne jasności są też obrazy Claude'a Moneta przysłane mi przez znajomego via internet. Obrazy ktoś ożywił za pomocą sztucznej inteligencji i muszę przyznać, że efekt jest bardzo przyjemny.

Synuś wrócił wczoraj z miasta wojewódzkiego, ale był tak niewyspany po jakichś nocnych harcach i zapewne spóźnionym pakowaniu manatków, że położył się spać po południu, rezygnując nawet z obiadu. Wszystkie jego rzeczy są więc porozstawiane po naszym maleńkim mieszkaniu, że aż trzeba między nimi kluczyć niczym w labiryncie. To nic, to znaczy, że dom żyje i jest w nim ktoś, kto mu życia przydaje.
Nie jest to do końca pożądane, gdy syn porzuca studia i wraca do domu rodzinnego, ale wierzę, że to sytuacja przejściowa. Cieszę się jego bliskością i ze wzruszeniem wspominam wczorajszy spontaniczny gest. Kiedy już leżałam w łóżku z książką., znienacka postawił przede mną kubek napoju, który okazał się aloesowwym.

Z tych małych iskierek rozbłyska dzisiaj światło mojej radości (zachciało mi się metafor!).


piątek, 2 stycznia 2026

O krupniku i kolędzie

Gotuję krupnik na jutrzejszy obiad. Wreszcie coś nowego po kilku dniach dojadania świątecznych pozostałości. Wreszcie coś zwyczajnego, takiego codziennego. Ten krupnik to niemal symbol powrotu do prostoty i spokoju - rzeczy, które cenię.

Martwi mnie tylko, że tak łatwo się męczę. Ot, parę chwil na nogach przy kuchni i już obolałe łydki. Już dylemat: napisać coś na blogu czy już dać sobie święty spokój i po prostu poleniuchować? Jeszcze tylko tydzień będę cieszyć się wolnym czasem i tym, że tak dużo mogę wypoczywać. Regularne prowadzenie domu to dla mnie przerwa w życiorysie. Mogłam trochę od tego odsapnąć, gdy syn wyjechał na studia, ale niebawem wraca i znowu będę się poczuwać...

Zadzwonił dzisiaj w czasie tego gotowania i porządkowania kuchni dzwonek do drzwi. Ministranci przyszli zapytać, czy przyjmę jutro księdza po kolędzie. Mam już odwagę powiedzieć: "Nie, dziękuję".
Z katolicyzmem nie zamierzam wojować, chociaż wszyscy wiedzą o jego niechlubnych kartach. Mimo wszystko wiele w nim uniwersalnych, duchowo mądrych przekazów.

Koleżanka w "sekcie" właśnie na ostatnim spotkaniu wspomniała, że sprawia jej kłopot wspólne odmawianie "Ojcze nasz..." przy rodzinnym wigilijnym stole, bo ona od katolicyzmu odeszła. A dla mnie to jeden z najpiękniejszych tekstów o życiu i życiowych potrzebach. Czy nie tego nam trzeba? Chleba powszedniego, niewyszukanego dostatku, braku pokus, które dręczą duszę oraz tak zachwalanego przez psychologów wybaczania i odpuszczania. Toż to najszczytniejsze hasła duchowości.