Jaki spokój wreszcie. Umilkła cyrkularka, którą sąsiad rżnął drewno na zimę. Zniosłam ten hałas bez marudzenia, bo przecież rozumiem konieczność, ale dobrze, że już ucichła.
Napisałam w poprzednim poście o trzeźwości i zachciało mi się poświęcić jej kolejny wpis. Niby temat banalny, a żywotny.
Podobno młodzi ludzie, poszukując swojej tożsamości "przymierzają się" do różnych stylów bycia. Zdarza się, że taka pryszczata jejmość jest dzisiaj hipiską, nazajutrz gorliwą katoliczką, a chwilę potem przywdziewa garnitur, szpilki i zasuwa do pracy za biurkiem. Starsi mówią wtedy: "Znormalniałaś!", "Spoważniałaś".
Ja za młodu czułam się samotna i osobna. Nie pociągało ,mnie sztuczne strojenie się w wizerunek i narzucone poglądy, buntowałam się przeciwko określaniu się poprzez strój czy słuchanie określonej muzyki, a jednak zazdrościłam mojemu towarzyskiemu rodzeństwu licznych znajomych. Był potem w moim życiu epizod z bywaniem na głośnych imprezach, gdzie alkohol lał się całkiem obficie, z zabawą dla samej zabawy i ogólnej wesołości. Zadziwiały mnie niektóre sprawy, czasami i gorszyły, ale cieszyłam się, że mam paczkę znajomych, jestem wśród ludzi. Potem poznałam mojego męża i życie zdominowały inne sprawy, obowiązki, macierzyństwo z jego blaskami i cieniami. Nastały inne priorytety.
A wiele lat później, gdy zostałam sama, poznałam D. D. była i jest rozrywkową kobietą. Oczywiście w granicach rozsądku, ale nie trzeba jej było namawiać na imprezę, festyn w mieście, koncert w innej miejscowości. Mamy sporo wspólnych, zwariowanych wspomnień, do których się uśmiecham. Z czasem jednak zaczęłam zauważać różnice w naszych przyzwyczajeniach i stylu życia - w tym stosunku do alkoholu.
Ja nie byłam przyzwyczajona do picia. W moim rodzinnym domu alkohol pojawiał się sporadycznie i okazyjnie z powodu wizyty rodziny na przykład. Nie było picia piwka ot tak, przed telewizorem na przykład. D. potrafi kupić sobie butelkę jakiejś wiśniówki w powszedni dzień, by jej sobie dodać do herbaty na przykład. Dosyć często umilała alkoholem nasze wspólne wieczory. Nie miałam nic przeciwko, bo w końcu, jak mówią, wszystko jest dla ludzi. Z czasem jednak zauważyłam, że trochę tego przydużo, za często. Mnie na to szkoda pieniędzy, wolę za nie pójść do kina czy zaszaleć w szmateksie, kilka razy odmówiłam kupna "piwka". Ciągoty D. do alkoholu zauważyła również nasza wspólna koleżanka, więc chyba istniały podstawy do moich spostrzeżeń.
W międzyczasie przeżyłam przelotny romans z alkoholikiem. Właśnie z powodu nałogu znajomość okazała się jedynie epizodem. To mi wyostrzyło spojrzenie na "kulturę picia". Kulturą ironicznie określam obudowywanie życia, szczególnie tego towarzyskiego wokół alkoholu, traktowanie go jako nieodłącznego elementu zabawy. Widzę z bliska, bo mam za ścianą nałogowego pijaka, jak nadużywany trunek zubaża osobowość i rujnuje codzienność.
Nie chciałabym zostać tu odebrana jako walcząca, ortodoksyjna abstynentka, ale zaczęła mnie razić płytkość i pustota niektórych rozrywek, zresztą nie tylko tych zakrapianych, jednak te się wyróżniają, bo wiadomo, że alkohol rozhamowuje. Ma to związek z moją większą psychiczną przemianą, którą od dłuższego czasu bardzo wyraźnie odczuwam: szkoda mi po prostu czasu na rzeczy miałkie.
To wszystko doprowadziło mnie do obecnego punktu widzenia: alkoholu nie potrzebuję, a już na pewno nie za cenę zdrowia. Choć lubię te słodkie i nawet do pewnego stopnia ten delikatny rausz, nie jest wart ani pieniędzy, ani odstawiania dla niego leków, które tak mi pomagają normalnie żyć.
:) dobrze Cię czytać w dobrym nastroju. masz rację, nie ma co demonizować leków psychiatrycznych. A jak chcesz poczuć smak wina, to są w sprzedaży bezalkoholowe wina.
OdpowiedzUsuńNajbardziej lubię te różne ajerkoniaczki i kremy, a chyba to właśnie alkohol nadaje im ten specyficzny smak. Jednak nawet z nich warto zrezygnować za cenę tak dobrego samopoczucia, jakie wreszcie odzyskuję.
OdpowiedzUsuń