wtorek, 23 września 2025

Synuś wyfruwa z gniazda.

Niedawno cudowna, pogodna jesień, a od wczoraj chłód i deszcz, co zupełnie mi nie przeszkadza, byle nie trwało za długo.
Jesień to dla mnie czas wycofania się w domowe zacisze i swoje "intymny mały świat". Tego roku - spodziewam się - wybrzmi to jeszcze bardziej niż zwykle, bo zostanę w domu sama (jeśli nie liczyć kota). I wiecie - cieszę się na to. Nie sądzę naiwnie, że czekają mnie same rozkosze, ale z pewnością dużo swobodniejszy tryb życia, brak pewnych zobowiązań, a więc i przestrzeń na inne sprawy.

Moje "synusiątko tycie-malucie!" wyprowadza się dzisiaj do stolicy województwa, gdzie niebawem rozpocznie studia na Politechnice. Z całego serca trzymam za niego kciuki i z ciekawością oczekuję nowych wieści oraz wrażeń. Po południu moja siostra zawozi na stancję jego oraz potrzebne manatki. Jadę z nimi, bom matka, a poza tym syn wyraźnie chce się dzielić ze mną swoim życiem, chociaż jasne, że nie całym. Chce mi pokazać swoją stancję.

Cieszy mnie to moje macierzyństwo, choć każda z nas, matek wie, jakim bywa ono wyzwaniem. Mam jednak poczucie, że - nie tylko w tej sferze - nie święci garnki lepią, mogę zaufać sobie, własnej intuicji, a poza tym nie jestem sama, w razie kłopotów umiem sięgnąć po wsparcie.

Myślę, że jestem niezłą matką. Jak to się mówi, wystarczająco dobrą. Syn wyrósł mi na chłopaka z charakterem i rozsądkiem. Nie idealizuję go, ma swoje wady, ale jest naprawdę w porządku. Przecież i ja nie jestem pozbawiona słabości - to takie oczywiste.

wtorek, 16 września 2025

Zrzutka i sąsiedzi.

Zbieram na aparaty słuchowe wyższej klasy niż te, których używam obecnie.
Te obecne nie zaspokajają, niestety, moich potrzeb. Bombarduje mnie w nich nadmiar dźwięków, powodując rozdrażnienie i zmęczenie. Nie rozumiem ludzkiej mowy, gdy towarzyszy jej zbyt wiele dźwięków. Nie rozumiem, co się do mnie mówi, gdy rozmawia więcej osób.

Życzliwi ludzie zachęcili mnie do założenia internetowej zbiórki pieniędzy na nowe aparaty, bo z moich zarobków i z moimi obecnymi zobowiązaniami nie stać mnie na nie z własnej kieszeni.

Założyłam więc tę zbiórkę, zredagowałam odpowiedni, wyjaśniający prośbę tekst i przeżywam niesłychane wzruszenie ludzką dobrocią i możliwościami. Dobrych ludzi naprawdę nie brak!

Ale złych, zawistnych, małych - również.

Syn dzisiaj doniósł mi przez internet, gdy jeszcze byłam poza domem:

"ale K...owa obgaduje twoją zrzutkę przed domem. I mówi szeptem, że może to dla mnie te pieniądze, a nie na aparat, bo 12 tysięcy to za dużo. I że wujka mamy bogatego za płotem (szwagier z żoną mieszka rzeczywiście po sąsiedzku) i dwie apteki ma, a ja jestem jego chrześniakiem. (...) i K...owa mówi, że to T...owa jej tę zrzutkę pokazała".


Ależ wyobraźnia! Owszem, szwagierka pracuje w aptece, ale cudzej. Owszem, szwagrostwu źle się nie powodzi, ale to ich sprawa, uczciwie na to pracują, a wspierać mnie nie mają obowiązku, choć kilka razy to zrobili ze względu na mojego syna, dziecko zmarłego brata szwagra. Doceniam to bardzo, lecz nie wykorzystuję ich i nie nadużywam. Won innym od naszych relacji!

Wściekłam się i napisałam na sławetnym Facebooku, że mam dobrą wiadomość dla tych, którym moja zbiórka nie w smak: otóż prawo nikomu nie zabrania w ten sposób zbierać pieniądze na dowolny cel, nawet leżenie do góry brzuchem gdzieś na plaży. A więc droga wolna, a ja gotowa jestem nawet pomóc w redakcji odpowiedniego tekstu, bo w pisaniu jestem niezła.

...A w gębie mocna!

poniedziałek, 15 września 2025

Rozbicie

Mój ulubiony kolega z oddziału pożyczył mi kilka książek psychologicznych. Z jednej z nich dowiedziałam się o osiemnastu nieadaptacyjnych schematach emocjonalnych według Jeffreya Younga. Są to wykształcone w dzieciństwie wzorce emocjonalne utrudniające funkcjonowanie w życiu dorosłym.

Poczytałam i rozpoznałam z grubsza swoje wzorce z ze schematem izolacji społecznej na czele. Olśniło mnie ostatnio, że i deprywacja emocjonalna ma się znakomicie, i jeszcze parę innych schemacików.

Niektóre wybrzmiewają przy byle okazji, a długo nie byłam tego świadoma. Nie chcę się nad tym rozwodzić w poście, ale pomyślałam sobie, że materiał na terapię indywidualną mam dorodny i obszerny. Postanowiłam porozmawiać o kontynuowaniu leczenia swoich emocji.

Coraz więcej szczegółów, wątków łączy mi się w całość. Żałuję, że nie zauważyłam tego wcześniej, bo dobiega końca mój pobyt na oddziale dziennym, gdzie mam większą możliwość rozmawiania o swoich kłopotach.

Zauważam, kiedy ogarnia mnie poczucie rozbicia i braku energii, w jakich okolicznościach dręczy mnie bezsenność. Ba! Zauważam, że w ogóle często kiepsko sypiam, a deklarowałam, że nie mam ze snem problemów. A przecież nie ma tygodnia bez zarwanej nocy.

Jestem dziś właśnie po takiej nocy bardzo zmęczona. A bezsenność była skutkiem wczorajszego spotkania z oddziałowymi koleżankami i ulubionym kolegą.

Wybrzmiał mój wielki ból bycia inną, nikogo nie obchodzącą. Wybrzmiał mój głód czyjegoś zainteresowania i troski.

W lokalu kiepsko słyszałam, miałam kłopoty z rozmową. Czułam się wyrzucona na margines, wyobcowana. Na szczęście troskliwy kolega zauważał, kiedy odczuwam trudności i dbał o mnie: powtarzał kwestie, pytał, czy dobrze zrozumiałam... I to mnie po prostu rozkleiło. Emocji nie okazałam, ale miałam chęć płakać z żalu i wzruszenia jednocześnie. Podziękowałam mu za troskę i wsparcie.

I cóż się będę wypierać? Gdzieś w sercu drzemie tęsknota za czyjąś troską, ciepłem i niewiele trzeba, by pobudzić te struny. Jest ból, że nikogo nie obchodzę, że inni na tym spotkaniu mają głos, a moja historia nikogo nie interesuje. Jest żal, że troska mi okazana nie świadczy, że jestem dla kogoś ważniejsza niż ktokolwiek inny.

Ech.. i takie tam... Aż mi wstyd, że "taka duża dziewczynka" doświadcza   emocji, ale udawanie, że ich nie ma, nie zmienia faktów.

...No i pożaliłam się...

Nie mogłam spać całą noc i jestem dzisiaj mocno rozbita.

Poproszę naszą terapeutkę o indywidualną rozmowę. To ostatnia okazja do zadania różnych pytań.

środa, 10 września 2025

Tak dobrze

Coraz lepiej się czuję. Wraca mi radość życia i zachwyt otaczającym mnie światem.
Bo jest teraz pięknie. Jesień wkracza łagodnie i pogodnie. Anonsuje się rannymi mgiełkami i rześkim chłodkiem u progu dnia. Barwi pierwsze liście, filtruje słoneczne światło, napełniając je subtelnością i ciepłem.

Cudowny czas!

Żal mi tych popołudni na siedzenie w domu. Wybrałam się dziś nad naszą podmiejską rzekę i na niedawno powstałe bulwary. Te ostatnie przyciągają spacerowiczów i amatorów ruchu na świeżym powietrzu (muszę i ja wziąć kiedyś swoje rolki), jednak dziś wolałam odejść dalej, nad sam brzeg rzeki, gdzie mogłam samotnie kontemplować uroki chwil. Woda ma w sobie coś tak kojącego. W wodzie pluskały od czasu do czasu ryby, odbijały się nadrzeczne wierzby i przelatujące nad nią ptaki. Nad wodą kwitły ciemnoróżowe niecierpki.

I było tak cicho, spokojnie i dobrze jak w niebie.

środa, 3 września 2025

Do łez

Zapoznałam się dziś z definicją pojęcia "egotyzm" i lekko się przelękłam, że to może o mnie, bo ostatnio jestem  niezmiernie sobą zajęta.

Czy moje przewrażliwienia są adekwatne do przeżywanych trudności, czy też wynikają z jakichś nieobiektywnych urazów, wyolbrzymień, złych skojarzeń?

Mieliśmy dziś rano społeczność. Okna sali były otwarte, z ulicy dobiegał hałas i zagłuszał tych, którzy mówili ciszej. Gdy odzywało się kilka osób naraz, zupełnie nie wiedziałam, o czym mowa. Zaproponowałam przymknięcie okien, na co usłyszałam: "Podusimy się". No i musiałam stłamsić niezadowolenie, bo przecież wola grupy jest ważniejsza niż głos jednostki.

Cholera mnie na to bierze!

Rozumiem: demokracja. Rozumiem: nie jestem pępkiem świata. A jednak mi przykro do łez.

Mniejszość nie ma praw? Nie chce komfortu i uznania swoich potrzeb?

Czy nie taka zasada obowiązywała na rajdach, wycieczkach, że tempo dostosowuje grupa do najsłabszych?

wtorek, 2 września 2025

Więzi i relacje

Moja ulubiona Pati Garg często powtarza, że wszystko dzieje się we właściwym czasie i tempie, więc po prostu warto konsekwentnie robić swoje, nie szczędząc sobie własnego wsparcia i samoopieki.

Naprawdę coś w tym jest!

Zaczęłam jesienią jeździć na spotkania "mojej sekty", gdzie karmię swoją duszę autentycznością i głębią. Wcześniej zapisałam się na Rok Przebudzenia, który wciąż jeszcze trwa, a potem trafiłam na oddział dzienny psychiatryczny. To wszystko się łączy, zazębia, pięknie uzupełnia.

O spotkaniach w sekcie wspomniałam kilka razy na oddziałowej społeczności. Dziś podszedł do mnie ulubiony kolega, z którym chętnie i często rozmawiam. Zaczął mnie podpytywać o te spotkania, zasugerował, że go to bardzo interesuje i chętnie wziąłby w tym udział. Oznajmiłam mu radośnie, że go porwę na najbliższe. Okazało się też, że mamy tam wspólnych znajomych i podobne sprawy nas interesują. Co za radość!

Kolega przyciągnął mnie już jakiś czas temu swoją wrażliwością i właśnie obszarem zainteresowań. Jak w lustrze zobaczyłam w nim siebie. Lubię go bardzo i odnoszę wrażenie, że nie bez wzajemności. Nie roszczę sobie romantycznych oczekiwań, ale budzi moje zainteresowanie i sympatię... a swoją drogą, ma piękne niebieskie oczy 😀 Jest na tzw. poziomie jeśli chodzi o inteligencję, kulturę itd. Więc baaardzo byłoby mi miło pojechać razem do "sekty".

Dziś na grupie terapeutycznej właśnie on poruszył temat samotności, kłopotów z utrzymaniem kontaktów chociażby z oddziału. Rozwinęła się cała rozmowa, okazuje się, że wszyscy mniej lub więcej doświadczają podobnych problemów: obaw przed reakcją drugiej strony, przed oceną, przed odrzuceniem. Wniosek jest najprostszy i zarazem najtrudniejszy: w relacje trzeba włożyć nieco wysiłku, ale też nie wszystko w nich zależy wyłącznie od nas. Tak czy siak, wzięłam te kolegi rozterki za dobrą monetę, bo zachęca mnie to do otwartego wyznania, że chętnie porozmawiam i spotkam się na gruncie pozaszpitalnym. A pożegnanie już niebawem, "odsiadka" X. dobiega końca.

Uderzyło mnie jeszcze jedno: nie tylko kobiety doświadczają takich przykrości, że relacja się nie utrzymała, że kumpel przestał się odzywać. Sądziłam, że mężczyźni tak bardzo tego nie przeżywają, nie przywiązują wagi - a jednak... Oni tylko nie zawsze się do tego przyznają.


P.S. Dziecię od października powiększy grono studentów. Dostał się na ambitny, wymagający kierunek. Kibicuję mu z całego serca, choć i trochę we mnie obaw, czy da radę. Jeszcze więcej - czy ja dam radę utrzymać studenta. W końcu jestem samotną matką, a syn po ojcu nie ma żadnego finansowego wsparcia (brak odpowiednich okresów składkowych w ZUS).
Nic, to. Po prostu zobaczymy, jak się wszystko ułoży i będziemy się martwić, gdy naprawdę będzie czym.
Już tyle razy się bałam, już tyle strachów miało tylko wielkie oczy.

niedziela, 31 sierpnia 2025

Księżniczka... po swojemu

Na oddziale codziennie po śniadaniu i "rytualnej" kawusi odbywamy tzw. społeczność, gdzie po kolei opowiadamy o swoim funkcjonowaniu po opuszczeniu oddziału. Ot, jak nam minęła reszta dnia, jak się czuliśmy, jak nastrój i samopoczucie. Lubię to, bo pozwala z uwagą przyjrzeć się swojemu życiu i sobie w tym życiu.
Nasz "Doktorek" zwrócił mi uwagę, że często skarżę się na swoje mało produktywne życie, a przecież jest w nim wiele aktywności.
Fakt, z wielu rzeczy jestem niezadowolona, uważam się za niezorganizowaną bałaganiarę, która ochoczo zasłania się zmęczeniem i stanem zdrowia. Jednakże...
Chorowanie jest faktem i faktem jest zdarzające się zmęczenie. Faktem jednak jest również to, że mogę działać pomimo niechęci i nie nadużywać tego rodzaju usprawiedliwień. Wzięłam to pod uwagę, zastosowałam - i działa. Nie zawsze bywa to przyjemne, ale satysfakcja i poczucie sprawczości wynagradzają trud. O tym zresztą pisałam całkiem niedawno.
Druga sprawa: to nieprawda, że moje życie pozbawione jest aktywności i nic się w nim nie dzieje. Przecież chodzę do pracy zawodowej, chodzę do pracy u Mateusza, mam znajomych, koleżanki, wychodzę z domu. Czytam książki (trochę kiepsko teraz, ale zawsze...), śledzę interesujące treści w internecie, piszę bloga... Co jakiś czas wyjeżdżam do mojej "sekty" w wojewódzkim mieście. Czy wobec tego dziwi, że mój wypełniony czas nie zawsze zostawia miejsce na sprawy mniej mnie interesujące?
Czy dziwi, że skoro naprawdę bywam słabsza, przestrzeń na produktywność mam bardziej ograniczoną niż ludzie bez dolegliwości?

Wczoraj jednak poczułam się zwyciężczynią.
Po przedwczorajszym przetańczonym (po raz pierwszy od miesięcy) wieczorze i nieco przydużej dawce piwa (dałam się namówić na drugie, choć zwykle wystarcza mi jedno), nazajutrz obudziłam się rano z bólem głowy i wybroczynami na prawej nodze. Dawno już mi się te kłopoty z naczyniami nie zdarzały. Oczywiste było poczucie zmęczenia i niechęci do wysiłku.
Mimo wszystko poszłam do Mateusza, ogarnęłam mieszkanie po kolejnych gościach, nie odpuściłam też podstawowych domowych zadań jak obiad (wielka góra racuchów) i zmywanie naczyń. Daje mi to zadowolenie z siebie.

Ból głowy zniknął dopiero nocą, gdy zniecierpliwiona sięgnęłam po tabletkę. Rano zbudziłam się wyspana i "bezbolesna".
Okazuje się, że przyczyną bólu była zmiana pogody. Dziś deszcz napełnia mnie przyjemnym poczuciem relaksu i spokoju. Lubię taki nie za długi przerywnik wśród dusznych, gorących dni.
Nie wykorzystałam wczoraj całego racuchowego ciasta (przechowałam w lodówce), więc dziś obiadowa powtórka. I smakowało, i nie wymagało wiele pracy ani myślenia, co włożyć do garnka.
Wciąż jeszcze jestem w piżamie, ale postanowiłam się tym nie denerwować. Niepościelone łóżko drażni na moim małym  metrażu. Leżę sobie w nim teraz jak księżniczka (pisząc te słowa) i tylko odrobinę przeszkadza mi, że przecież księżniczki nie wylegują się w bałaganie.
Ale księżniczki mają ogromne pałace i służbę!

Będę sobie zatem księżniczką po swojemu!
Taką księżniczką, na bycie jaką mnie stać 😆

środa, 27 sierpnia 2025

Spokoju!

Jakoś idzie mi własna energia do wewnątrz. Mało zajmuje mnie świat zewnętrzny, jakieś wieści z kraju i spoza jego granic, jakieś wydarzenia. Trawię, przetrawiam to wszystko, co tyle emocji mnie ostatnio kosztowało.

A było tego trochę: śmierć Mamy, moje kłopoty ze zdrowiem, zabiegi, operacja. Pandemia i wojna też pewnie odcisnęły swoje piętno, choć izolowałam się od tego, ile tylko było można.

Ba! Co mnie zresztą obchodziła jakaś głupia wojna, gdy odchodziła Mama? Ale emocji z pewnością  nie złagodziła.

Minęło już trochę czasu, a jednak powracają te wszystkie przeżycia. Nie odpędzam ich, nie chcę zapomnieć, wciąż mam poczucie że to w pełni nie wybrzmiało, ale chciałabym się czuć jakoś lepiej.

Gdy się na tym zastanawiam, mam wrażenie, że od prawdziwej żałoby oddziela mnie jakaś niewidzialna szyba,

Teraz znowu oddział i całe morze różnych odkryć na własny temat. Nie zawsze przyjemnych.

Spokoju zaznam chyba dopiero w grobie.

A tak go pragnę za życia, tu i teraz.

Nocne niepokoje.

 Jakoś mi się zakotłowało w głowie, co poskutkowało ostatnim postem.

Zakotłowało się pod wpływem rozmów z koleżanką, tą, co to nie wie, którego mężczyznę wybrać ; pod wpływem ciepłego poczucia, że mam okazję prowadzić z kimś rozmowy o emocjach i na tak zwanym poziomie.

Poczułam przypływ emocji i pewnie dlatego kiepsko dzisiaj śpię. Wierciłam się długo przed zaśnięciem, a potem wybudziłam się w okolicach trzeciej nad ranem z uczuciem niewytłumaczalnego niepokoju i ciężaru. Czasami naprawdę człowiek sam nie wie, o co mu chodzi!

Trochę przydużo gadałam na wczorajszej grupie terapeutycznej i teraz mi wstyd, że może niepotrzebnie. Trochę przydużo otworzyłam się w ostatnim poście na blogu i teraz bierze mnie chętka wykasować tę notkę. Bo może głupia, bo może zbyt egocentryczna... ot, autocenzura.

Gdy tak zastanawiałam się, skąd mój niepokój, doszłam do wniosku, że właśnie to wszystko opisane powyżej stanowi jego przyczynę. I teraz dziwię się: jak łatwo wytrącić mnie z równowagi! Czy to wrażliwość czy przewrażliwienie? I dlaczego, do diabła, tak się przejmować czymś, o czym inni dawno zapomnieli?

A jednak...

Ciekawe to wszystko. Zaskakuje i zdumiewa, gdy się temu przyjrzeć.

poniedziałek, 25 sierpnia 2025

Wglądy... romantyczne

Nie mam takiej łatwości wchodzenia w relacje kobieta-mężczyzna jak niektóre moje koleżanki. Jestem singlem-długodystansowcem, a te nieliczne znajomości, które mi się przydarzyły, nie przeze mnie były inicjowane. Niestety zdarzyło mi się zgadzać na sytuacje nie budzące aprobaty. Oczywiście do pewnego stopnia, ale jednak.
Właściwie byłam w dwóch relacjach - jednej poważnej, drugiej... niepoważnej. Zresztą dziś, gdy mam wieloletni już dystans, również tę pierwszą, małżeńską oceniam jako mało poważną...
Odrzuciłam wiele razy tych, którzy mnie irytowali, nie podobali się, wzbudzali niechęć. Chwilami zastanawiałam się, co ze mną nie tak, że jakoś nikt nie wzbudza we mnie cieplejszych uczuć, że jedyne, co czułam, to pragnienie, by ktoś się mną zainteresował i złudna radość, gdy to - pozornie! - następowało (a potem oczywiście rozczarowanie). Nawet zresztą spędziłam nieco czasu z R. i nie mogę powiedzieć, że jego cechy nie były dla mnie atrakcyjne. Ale obok tego była czujność i nieufność, bo znałam jego poważne wady.
I teraz, w "psychiatryku" mam ważny wgląd.
Kogoś tu spotkałam, kogoś poznaję, z kimś dużo rozmawiam. I nie czuję cienia wątpliwości!
Lubię tę osobę. Tak, po prostu, bez kombinowania, zastanawiania się, obaw. Nie stwarzam sobie żadnych oczekiwań, a jednak wiem, że gdyby nastąpił jakiś znak - nie zawahałabym się przed zaproszeniem do kontynuowania i pogłębiania znajomości z tąż osobą. 
I chyba już wiem, że pewne rzeczy po prostu się wyraźnie czuje, po prostu się dzieją. I chyba już lepiej wiem, co mi odpowiada, a czego sobie nie życzę. Na pewno, a nie chyba pozwalam już sobie mieć własne potrzeby i oczekiwania. Nie mam już miejsca na kompromis w tej sprawie.
Odpowiada mi spokój w nawiązywaniu relacji. Poznawanie się bez presji, narastanie sympatii, ciekawość, chęć dzielenia się myślami. Z tego rodzi się apetyt na kolejne etapy, natomiast nie czuję go na początku drogi. Potrzebuję przekonania się, czy mam ochotę na krok kolejny i kolejny.
Może jestem osobą, jak to wyczytałam w jakichś "mądrościach", demiseksualną, bo wygląd niemal mnie nie obchodzi na starcie. Jeśli rozwinę znajomość, zyskam poczucie bezpieczeństwa i swobodę, nawet w niezbyt urodziwym człowieku potrafię dostrzec coś, co mnie zauroczy, kojarzy się tylko z nim. Może ten ktoś mieć takie zmarszczki w kącikach oczu, jakich nikt inny nie ma, może mieć piękne niebieskie oczy, na przykład, albo wielkie łapska, tak bardzo dla niego charakterystyczne. Wszystko zaczyna się od rozmowy, emocji, atmosfery. Byle by mnie fizycznie nie odstręczał (czasem drobiazgiem), bo to również mi się zdarzało i wtedy jasne było, że tej osoby nie chcę.
Tak więc skoki na głęboką wodę to nie moja baśń. Wielkie zaślepiające namiętności to nie moja opowieść. Moje jest zaufanie i zgodne kroczenie wspólną drogą.