sobota, 12 września 2026

Deszcz

Na początek prośba - apel: pomóżmy mojej skrzywdzonej przez los koleżance. Każdy datek zostanie przyjęty z wdzięcznością.
Podam link korespondencyjnie. Chciałam zamieścić go w niniejszym poście, ale nie chcę, by na blogu figurowało czyjeś imię i nazwisko. I tak sporo tu piszę o faktach ze swojego życia, może zbyt sporo.


A poza tym?

Dzień deszczowy, jakby opłakiwał Z. Swoich domysłów co do jej śmierci nie ujawnię, mam jednak gorzką myśl, że być może nie musiało się to zdarzyć. Oprócz choroby mógł to być wynik jej nieostrożności, ryzykanctwa... Nie jakiegoś szalonego, raczej pospolitego, ale jednak ryzyka. Tak często myślimy: a co tam! ten jeden raz... Jednak okoliczności tej śmierci to tylko moje domysły i nie mają już znaczenia. Tylko pogodzić się trudno, że być może miała na to wpływ, że mogła uniknąć śmierci.

Niezbyt często z nią przebywałam, bo pracowała w filialnym punkcie, a ja programowo trzymam się na dystans od współpracowników. Łączyły nas jednak podobne zainteresowania i sposób spędzania wolnego czasu. Z. była osobą ciekawą świata, niezależną. Często podróżowała podczas urlopu w pojedynkę, co bardzo mi imponowało. Interesowały ją wydarzenia kulturalne w mieście. To nie była osoba, która tylko siedzi w domu. Dwa lata temu zaproponowałam jej wspólne wyjście na łyżwy, na co ona chętnie się zgodziła. Żałuję, że nie poznałyśmy się lepiej, ale ja zawsze obawiałam się być za blisko ze współpracownikami. Wiadomo, jak to w pracy: w przypływie szczerości opowiesz o jakimś absurdzie, wymyślonym przez dyrekcję, a przyjaciółce niech się zupełnie bez złej woli gdzieś wypsnie, niech ktoś podchwyci i zrozumie po swojemu... W pracy jestem bardzo powściągliwa, robię swoje i spier... (wybaczcie dosadność).

Przepełnia mnie zaduma: jak wiele przepuszczamy okazji, by żyć pełniej, głębiej, bliżej ludzi i życia. Jakie to wszystko dostępne, a jak mało z tego korzystamy... i jak często okazuje się, że tak, niestety, musiało być (nie zawsze!), takie były warunki, okoliczności, tacy byliśmy - my sami.

Żegnaj, Z., a może - do widzenia, Z.

czwartek, 10 września 2026

Szok

Dziś wybrałam się na comiesięczne spotkanie w Klubie Pacjenta.
Potrzebowałam na to spotkanie kilkugodzinnego urlopu, więc podeszłam do gabinetu koleżanki, referentki do spraw administracyjnych, bo u niej się takie sprawy załatwia. A że P. rozmawiała właśnie przez telefon, usiadłam obok na krześle i cierpliwie czekałam, by wyłuszczyć, z czym przyszłam. W tym samym czasie potrzebowała czegoś również nasza dyrektorka i też na chwilę przysiadła. Nagle P. zaniemówiła, złapała się za usta. Od razu pomyślałam: chyba ktoś umarł, pewnie któraś z naszych emerytek. Nie spodziewałabym się jednak nigdy, tego, co usłyszam za chwilę. Ponieważ źle słyszę, podeszłam do dyrektorki i szeptem spytałam o kim mowa, a w odpowiedzi usłyszałam: zmarła Z. 

To kobieta młodsza ode mnie o kilka raptem lat, niewiele. Lubiłam ją, miałyśmy dobry kontakt i trochę podobnych zainteresowań. Czułam z nią pewną wspólnotę.
Z. miała kłopoty zdrowotne, o których długo nikt nie wiedział, lecz wreszcie wyszły na jaw. Potem dyskusyjne się stało, czy powinna pracować na swoim stanowisku, ale pozwolono jej. Były to problemy neurologiczne, więc poniekąd z "mojej bajki". Miała swoje kłopoty z funkcjonowaniem, trudności, więc w pewnym momencie z koleżankami zaczęłyśmy ją zachęcać, by zajęła się sobą troskliwiej, by sięgnęła po wsparcie. Wreszcie dała się przekonać, zaczęła działać. I ledwo zaczęła walczyć o lepszą jakość swojego życia - stało się to najgorsze. Nagle, bez ostrzeżenia ; dopiero tydzień temu rozmawiałam z nią o książkach, które chciałam wypożyczyć dla syna. Ba! przecież przyszła do nas z tymi dwiema książkami nazajutrz.

Nie mogę, nie mogę nadziwić się, że odeszła osoba, której śmierci nie zapowiadało nic, pełna planów, ciekawości życia i świata. A ja kilka lat starsza, wróciłam z operacji, której można było nie przeżyć. I jeszcze jestem, pracuję, żyję.

Jakie plany masz wobec mnie, Boże?

wtorek, 8 września 2026

Banalnie ale miło

I wieczór. I wcześniejszy już znacznie niż w te najdłuższe dni. Jeszcze mi z nimi po drodze, na "listopadzicę" przyjdzie czas - a może jednak mnie ominie w tym roku? Tak się dobrze czuję ostatnio.

Pożywiom, uwidiom.

Wróciłam dziś do domu prosto z pracy, nigdzie nie wstępując i nigdzie się nie włócząc. Z zamiarem drzemki, bo jakaś senna byłam, wyciągnęłam się na kanapie, uruchomiłam laptopa, by zobaczyć, jak się miewa zrzutka koleżanki. Poczytałam blog "Mało kasy, godne życie". Bardzo przyjemnie się go czyta. Skąd jego autorka bierze tyle energii i czas na te wszystkie domowe aktywności? I jeszcze nałogowo czyta książki!

Lektura bardzo mnie zrelaksowała. Zrezygnowałam z drzemki i wzięłam się za własną domową działalność. Od siostry otrzymałam przedwczoraj piękne dorodne grzyby, zebrane przez nią w czasie pobytu na działce. Poleżały do dziś z lodówce, co ani trochę im nie zaszkodziło. Przebrałam je, w większości okazały się zdrowe. Obgotowałam przed chwilą ; będzie sosik! Przebrałam też jabłka, którymi z kolei uraczyła mnie moja sąsiadka pani T-owa. Też poza kilkoma sztukami zdrowe i bez "wkładki mięsnej". Ponieważ jestem "energooszczędna", poczytałam porady, według których śmiało można smażyć owoce ze skórką i gniazdami nasiennymi, a następnie przetrzeć je przez sitko bądź durszlak. Mój durszlak jest metalowy i bardzo przyzwoity 😊.

W lodówce są jeszcze śliwki, może do jutro nic im nie będzie. Jest już ciemno, chcę mieć wieczór dla siebie.

Lubię takie dni bez gnuśności i przewlekłego zmęczenia, w którym jest miejsce i na pracę, i na relaks. Mam poczucie sensownie wypełnionego czasu i miłego zrelaksowania.

Kalina z ostatnich tekstów jednak musi poczekać na moje odwiedziny.


niedziela, 6 września 2026

Takie tam...

Niezbyt często zdarza mi się popełnić kilka postów jednego dnia, dziś jednak jest taki właśnie dzień.

Zbliża się wieczór i już raczej nie zdążę wybrać się na spacer polnymi ścieżkami wzdłuż torów. Nic to, pójdę innym razem i postaram się, by nie odkładać tego w nieskończność. Chcę zobaczyć, co się dzieje z kaliną o tej porze roku. Jakoś mi ta kalina utkwiła w głowie podczas zeszłorocznych spacerów z Rikiem, psem koleżanki, który trafił wtedy pod moją opiekę. Kaliny wcześnie zupełnie nie rozpoznawałam, ale dobrze znam wiersz Lenartowicza, jak "rosła liściem szerokim". Zauroczyłam się też odsłuchaną w internecie piosenką do tych słów. I został mi sentyment. Tak już mam, że różne emocje kojarzą mi się z bardzo konkretnymi rzeczami i odwrotnie. Czasami jest to zapach, czasem piosenka, czasami zapamiętany widok. Kalina stała się takim moim wyzwalaczem sentymentów. Mam ich wiele.

No, więc z kaliną spotkam się innym razem i potraktuję to jak punkt w kalendarzu. Chcę "zaliczyć" spacer w ten graniczny czas. Tak lubię przełomy w przyrodzie, te ledwo dostrzegalne anonse kolejnych pór roku. Nazywam to chwytaniem ich na gorącym uczynku.

Dziś zostaję w domu. W kuchni krzątałam się sporo czasu. Przygotowałam zapiekankę z kupionych w sklepie ścinków wędlin i przedwczoraj ugotowanych ziemniaków ; część ich poszła do piątkowego obiadu i wczorajszej mojej kolacji, ale sporo jeszcze zostało. Lubię tak gotować "na zakładkę", skraca to czas przyrządzania kolejnych posiłków. W piekarniku "dochodzi" placek ze śliwkami. Śliwki, ich zapach to też wyzwalacz moich dobrych emocji. Resztę owoców miałam wykorzystać do powideł, ale nie zostało ich już wiele ; jeszcze z jedno claffoutis albo biszkopt i będzie po nich. Raczej to drugie, bo cierpiąc na przewlekłe zmęczenie, długo biszkoptu nie piekłam, nie chciało mi się.

Uśmiałam się z tego mojego pieczenia, bo przed chwilą okazało się, że owszem, uruchomiłam piekarnik, ustawiłam czas pieczenia, tylko zapomniałam o temperaturze! Zero stopni raczej pieczeniu nie sprzyja.

Jutro do pracy, będzie okazja coś ładnego na siebie wrzucić 😊 Mam parę naprawdę fajnych (jak dla mnie) zdobyczy. 

Do wyboru, do koloru

Cha, cha! Dzień mi wyszedł jak zwykle. A raczej wychodzi, bo jeszcze do wieczora trochę czasu.
Wstałam nawet wcześnie, ale tu kawka, tu posiedzenie przed laptopem, tu parę chwil z synem na... wspólnym szperaniu w internecie (młodego zafascynowała cyrylica) i tak jak sama sobie z ironią przepowiadałam - zastaje mnie czternasta z hakiem. A mam to w nosie!

Sto razy pisałam o przebudowywaniu swoich przekonań, świadomości. podejścia do życia. Zaczynam mianowicie akceptować swoje funkcjonowanie, widzę w nim element własnego wyboru. Tylko ode mnie zależy, na co sobie pozwolę - więc pozwalam sobie dziś na wybebeszone łóżko, pałętanie się w nocnej koszuli i niegotowy jeszcze obiad. Ale cieszę się, że zrobiłam szybkie pranie... i chromolę, że dzisiaj niedziela i hałas pralki być może nie zachwyca konserwatywnej sąsiadki. Zresztą sąsiedzi poznali już sporo moich dziwactw...

Plan na obiad mam sprecyzowany ; szybko pójdzie i będzie smacznie. U kolejnego z "dynastii" gotujących Kuroniów znalazłam przepis na powidła bez mieszania, pieczone w piekarniku, więc niebawem wstawię garnek śliwek. Część odłożę do ciasta, nie mogę się tylko zdecydować: kruchego czy biszkoptowego. Ale chyba jednak kruche. Ach, jak będzie pachniało!

I zestawię sobie ładne ubranie na jutro, bo sporo ostatnio upolowałam na szmateksowych łowach :)

I zrobię sobie "wypasioną" kąpiel z układaniem fryzury innej niż zwykle. Ciekawe, co z tego wyjdzie.

I poczytam, i pospaceruję i zrobię to, na co przyjdzie mi ochota.

Większość z tego - do wyboru. I to jest najlepsze w tym wszystkim.

Co by było, gdybym...?

Strzeliło mi coś do głowy, ale się jeszcze waham, czy za tym pójść.

Może i pójdę. Eksperymentalnie.

Otóż prośby o postawienie wirtualnej kawy na blogach uważałam za cokolwiek niemoralne. Jakże pobierać pieniądze za coś, co robi się dla czystej przyjemności, co i tak robiłabym (i przecież robię) nie otrzymując za to ani grosza? Częściowo to przekonanie rewiduję... ale częściowo tylko.

Pierwszy raz zadziwiłam się u Minimalismmo. Uzasadniła swoją prośbę, że wiele czasu poświęca na prowadzenie bloga, wymaga to od niej wkładu pracy - te wszystkie zdjęcia, czasami zapewne poszukiwanie materiałów np. do artykułu o nadchodzących trendach na jesień... No, ale kto - i co -  jej każe to robić? I znowu "no, ale...". No, ale pracy zawodowej też nikt nam nie każe wykonywać. Wychodzi na to, że to kwestia wolnej woli: chcesz - zarabiaj, nie chcesz - nie.

Pojawiła się we mnie chęć sprawdzenia: czy ktokolwiek uważa, że moja pisanina ma jakaś wartość dla kogokolwiek poza mną samą? Czy ktoś to czytuje i powraca w to moje miejsce. Tak, wiem, że niektórzy to robią, ale jednak mam ochotę przekonać się, czy są to pojedyncze osoby, czy grono czytelników jest większe.

Kolejnym powodem jest potrzeba i chęć weryfikacji:

Od bardzo dawna słyszę, że pisanie wychodzi mi nieźle, że mam w tym kierunku zdolności i powinnam poważniej o tym pomyśleć. Zdaję sobie sprawę, że mam "dryg", chociaż do samouwielbienia mi daleko, świadoma jestem własnych niedoskonałości. Szukając potwierdzenia bądź zaprzeczenia na GPT i Gemini, przeczytałam, że serio mogłabym pomyśleć o uczynieniu ze swoich zainteresowań i umiejętności źródła zarobku.

I tak "se" myślę... A gdybym i ja poprosiła o złotówkę na wirtualną kawę? Chociażby zupełnie symbolicznie (chociaż za milion dolarów bynajmniej się nie obrażę 😉 ) na znak, że moje pisanie ma sens, wartość i na coś się ludziom przydaje, że faktycznie mogłabym gdzieś z tym wyjść do ludzi.

A może po prostu zostawicie mi jakieś informacje zwrotne?

Za grosz się nigdy nie pogniewam, ale oprócz pokonania wszystkich obiekcji, musiałabym też zapoznać się z instalowaniem takiej funkcji na blogu. Ale zapewne to proste.

sobota, 5 września 2026

Ot, tak sobie piszę

Dzień minął szybko i pracowicie. Z moim synem i bratem pomagaliśmy siostrze w pracach na działce. Oni stawiali wiatę na siano dla koni, a ja grabiłam ścięte gałęzie i trawę w zagrodzie zwierzaków. Na koniu dzisiaj nie pojeździłam. Nie było czasu.

Owocuje już głóg pięknie i czerwono. Jego owoce kontrastowały z błękitnym tłem nieba i zielonymi jeszcze liśćmi. Bocianie gniazda. które mijaliśmy w drodze już puste. Na jakimś polu niebieściła się... chyba facelia, którą wysiewa się na poplon. Nie znam tej rośliny, ale wiem, że kwiaty tak właśnie niebiesko kwitną.

Anonsuje się jesień.

Po powrocie do domu pospiesznie odbębniłam zakupy na jutro, zjadłam kolację. Odebrałam też telefon od koleżanki z oddziału. Serdeczna, miła kobieta, niedawno owdowiała i z tego powodu hospitalizowana na oddziale. Dobrze nam się rozmawia i widzę, że nie mam co żałować D., bo miejsce po niej zajmują inne, lepiej ze mną rezonujące osoby. Mam nadzieję, że to początek bliższego koleżeństwa. Intencja jest widoczna po obu stronach.

Koleżanka zapytała mnie, bo też jestem poniekąd wdową, czy chciałabym jeszcze kogoś poznać, spotkać. Jej obecnie trudno to sobie wyobrazić. Męża dobrze wspomina, to wielka strata dla niej.

A ja? Mnie bez mojego męża lepiej niż z nim, niestety. Mam święty spokój od jego złośliwości, chociaż żałuję go jako człowieka, że musiał przedwcześnie odejść z tego świata, a jeszcze przedtem tyle się nacierpieć. Czy pragnę związku? Wiele razy pisałam, że odczuwam ambiwalencję. Niby chcę, ale... ale... ale... Jednak znajomość z B. uświadamia mi, że gdy się spotyka "tego" człowieka, po prostu się czuje pociąg, radość ze wspólnego spędzania czasu. I tak powiedziałam koleżance: jeśli poczuję, że naprawdę mnie do kogoś ciągnie, to owszem. O B. jej nie mówiłam, wolę zachować te emocje dla siebie, jest naszym wspólnym znajomym.

Aczkolwiek... inna wspólna koleżanka stwierdziła niedawno, nie mając pojęcia o tym, co napisałam powyżej, że według jej obserwacji pasujemy do siebie.

No, cóż... miło słyszeć... 😊

piątek, 4 września 2026

Potrzebna pomoc

Martwi mnie sprawa koleżanki poznanej latem na oddziale.
Na oddział bez powodu się nie trafia. Są tu ludzie mniej i bardziej poturbowani życiem. Ta koleżanka ma "pod górkę" jak mało kto. Klepie po prostu biedę, bo nie może znaleźć pracy, a głównym źródłem utrzymania jest renta pobierana przez córkę po zmarłym ojcu, mężu mojej znajomej. Żałosne tysiąc siedemset (według "mojego" kursu korekty w tekstach literackich unikamy cyfrowego zapisu liczebników, poza pewnymi konkretnymi sytuacjami) złotych. Koleżanka dorabia do tego sprzątaniem jakiegoś terenu, ale raz w tygodniu i również za marne pieniądze. Jest znerwicowana i bardzo się wszystkim przejmuje, czasem zupełnie niepotrzebnie.
Jakby mało było tych wszystkich bied, w pierwszych dniach sierpnia w dach jej starego drewnianego, niedużego domu uderzył piorun podczas burzy. Na naprawę szkód zupełnie jej nie stać. Gmina zaoferowała prześmieszny zasiłek celowy w wysokości pięciuset złotych i orzekła, że wypadek nie spełnia kryteriów klęski żywiołowej.
Zachęciliśmy koleżankę do otwarcia zbiórki w internecie, na Zrzutce. Niestety, z mizernym skutkiem. Od miesiąca wpłynęło raptem kilka datków, zrzutka utknęła w miejscu. Promuję tę zbiórkę, gdzie się tylko da, ale niewiele to daje. Sprawę utrudnia fakt, że X. boi się informować w swoim profilu na Facebooku o zbiórce z obawy, że ludzie z jej rodzinnej miejscowości ją "zjedzą", gdy się dowiedzą. Zbieram siły, by ją przekonać, że głupimi ludźmi nie warto sobie zawracać głowy, a dobrzy potrafią naprawdę dobrocią zaskoczyć. Ale cóż...?

Uwidacznia się tu zagadnienie, o którym czytałam, kwestia nastawienia do ludzi. Nie chcę wartościować, stopniować, ale X. doznała w życiu wiele krzywdy od bliskich i nie tylko. To sprawia, że z nieufnością i lękiem odnosi się do świata. I niestety - chociaż wiem, że to brzmi niczym z kiepskiej literatury - świat na to odpowiada. Mnie wsparło naprawdę wiele osób, gdy zbierałam na nowe aparaty słuchowe. Pomimo skrupułów miałam więcej śmiałości, by się ujawnić, prosić... no i chyba mam więcej przyjaznych relacji, trochę też zapewne więcej szczęścia.

Tak czy siak - moja koleżanka rozpaczliwie potrzebuje pomocy. Myślę usilnie, jak znaleźć rozwiązanie problemów, a także ośmielam się prosić na "łamach" tego blogu: jeśli gotowi jesteście udzielić jej wsparcia, wpłacić choć niewielką sumę na jej zbiórkę - napiszcie, proszę, o tym w komentarzu pod postem. Udostępnię "namiary" pocztą, bo tutaj pragnę zachować anonimowość i choć odrobinę dyskrecji.


PS. Z rzeczy przyjemniejszych - pod koniec dniówki w pracy otrzymałam wiadomość od Bogusia. Zapytał, czy wychodzę z pracy o zwykłej porze i czy mam ochotę oraz czas się spotkać i pogadać, bo akurat ma wolną chwilę, zanim przyjedzie jego autobus. Jasne, że się zgodziłam.
Wspólny czas upłynął jak zwykle przyjemnie. Lubię Bogusia za jego uważność, kulturę, inteligencję. Rozmowy płyną nam swobodnie, mamy wiele wspólnych tematów. Ba! Nawet nasze daty urodzenia różnią się zaledwie o jeden dzień (tylko rocznik inny, ja jestem młodsza) :)
Mrzonek jakichś romantycznych sobie nie stwarzam, ale fajnie było mieć świadomość, że ładnie się dzisiaj ubrałam, Ha, ha (podobno można to pisać zarówno przez "h", jak i "ch").

czwartek, 3 września 2026

Wprawki do jesieni

Skradają się jak koty jesienne wieczory. Na razie nieśmiało, niepewnie, ostrożnie, a jednak już dają się zauważyć. Na razie dobrze mi z nimi ; może dzięki mojej lepszej formie psychicznej uda nam się zaprzyjaźnić?

Niewątpliwie mają urok - taki miękki, koci, stonowany. Każą zwolnić, zwinąć się w kłębek nad książką, z kubkiem herbaty czy kakao, ozdabiać wieczory zapachem ciasta ze śliwkami. Dostałam całą siatę od koleżanki, wczoraj je wydrylowałam, a dziś piekę z nimi claffoutis. Sezon na celebrowanie domowości otwarty.

Jakoś mi tak dobrze, ostatnio, nie brakuje energii, efektywniej zarządzam czasem i jeszcze zostaje trochę chęci na wieczorne blogopisanie, książkę do poduszki. A przecież nie wróciłam dzisiaj z pracy prosto do domu. Zachciało mi się zapolować na granatową bluzeczkę za kilka złotych. Bluzeczki nie udało się znaleźć, ale za to co innego wpadło... Rozgrzeszam się z naruszenia postanowienia nieodwiedzania szmateksów, bo szmatki były dziś przecenione.

Muszę przyznać, że z komponowania strojów satysfakcję mam niemałą. To rodzaj twórczości, wyrażania siebie. Dziś "przeprosiłam się" z bluzką, której z powodu pokaźnego dekoltu przez kilka lat unikałam. Wczoraj stwierdziłam jednak, że fantastycznie pasuje do spodni z szerszymi nogawkami. Czułam się naprawdę szykownie. Do tego balerinki w szpic - dawniej nie lubiłam ostrych nosków, a potrafią dodać sznytu.

Miły pan w szmateksie poinformował mnie, że ostatnim razem zostawiłam u niego siedem złotych i tyle mi dziś odliczył, gdy płaciłam za zakupy.

Miło było także otrzymać wiadomość od Bogusia. Boguś uczęszcza na spotkania terapeutyczne i zaproponował mi, że zapyta w grupie, czy mogłabym się przyłączyć. Zgodziłam się, chociaż spotkania są płatne. Nie muszę jednak uczestniczyć w każdym z nich, odbywają się zresztą tylko raz w miesiącu, a cena przesadnie wygórowana nie jest, wziąwszy pod uwagę dzisiejsze zwariowane stawki. Podobno spotkaniom towarzyszy bardzo przyjazna atmosfera. Jestem po raz kolejny mile przez kolegę zaskoczona i cieszę się, że będzie okazja do regularnych spotkań. Lubimy się, ot co.

W internecie znalazłam bardzo przyjemny blog: "Mało kasy, godne życie". Poza tym, że jest praktyczny, tchnie ciepłem i przytulnością - jakby w odpowiedzi na moje rozmyślania o nadchodzących jesienno - domowych wieczorach. Poczytam go sobie za chwilę do przysłowiowej poduszki, zajadając gorące claffoutis ze śliwkami, popijane zimnym mlekiem, tak jak lubię.

niedziela, 30 sierpnia 2026

W radości

Uśmiałam się ze zdjęć wygenerowanych przez sztuczną inteligencję. Poprosiłam o fotkę w roli dzidzi-piernik, ciotki Klotki, hożej wiejskiej dziewoi. Napisałam po tej ostatniej. że jeśli to dziewoja, to ja jestem ksiądz, i w odpowiedzi dostałam Martę w sutannie, ale z koszem polnych kwiatów. Tak mnie to rozbawiło, że pokazałam te moje podobizny na Facebooku, dodawszy na koniec wizerunek z podpisem: "Świtezianka, psiakrew!".

Cały weekend upłynął mi tak pogodnie i w radości.

Wczoraj siostra porwała mnie i syna na swoją działkę. Potrzebny był "chłop" do pracy wymagającej siły, bo siostry mąż nie miał wczoraj czasu, zajęty był inną ważną robotą. Drugim robotnikiem był siostrzeniec. Ja pojechałam głównie dla rozrywki, ale rozpaliłam ognisko na pieczenie kiełbasy i warzyw, przypilnowałam, żeby nie wygasło. Rozpalić ognisko to nie taka prosta sprawa, nie każdy potrafi, a ja umiem i dumna jestem z tego. Nauczyłam się paląc we własnym domowym piecu. Ogień ma swoje zwyczaje i trzeba je poznać.

Oswajam się z końmi. Teraz, gdy zmniejszył się między nami (mną i zwierzętami) dystans, jesteśmy częściej blisko siebie, mój lęk stopniowo się zmniejsza. Nie uciekam już, gdy zwierzę podejdzie do mnie bliżej, a nawet odważyłam się przytulić do jednej z klaczy. Kiedy pierwszy lody zostały przełamane, zaprzyjaźnianie się idzie już o wiele łatwiej i wczoraj wreszcie odważyłam się - dosiąść klaczy! Bałam się, ale zrobiłam to i cieszyłam się niczym dziecko. Konie, przynajmniej te siostry, to takie cudowne, kojące zwierzęta. Siła spokoju i spokój siły. Cudownie przytulić się do ciepłego wielkiego ich ciała. A sierść jaka gładka i miła w dotyku... chociaż czasami spocona.

Chętnie nauczyłabym się konnej jazdy, ale zbyt to ryzykowne przy moich kłopotach ze zdrowiem. Źle mógłby się skończyć upadek z tak wysoka, nie daj jeszcze Boże w pędzie. Jednak na spokojnej, statecznej i posłusznej klaczce siostry pospaceruję jeszcze wiele razy, z największą ochotą i przyjemnością. Sama będę o to prosić ; wczoraj namówiła mnie siostra.. 

Dzisiaj dzień raczej leniwy. Boli mnie łydka, a ból przywodzi mi na myśl moje skłonności do zapalenia naczyń krwionośnych - wątpliwy urok Sjogrena. Dałam sobie więc spokój z rowerowymi planami. Nie miałam pomysłu na obiad, więc zamówiliśmy z synem pizzę na "obiadośniadanie". Popisałam w internecie, poczytałam, po czym wreszcie stwierdziłam, że czas przecieka mi przez palce, więc trzeba coś ze sobą zrobić. Korzystając z porad sztucznej inteligencji wystroiłam się w spódnicę dobraną do odpowiedniej bluzki. Zestaw uznałam za bardzo udany i jutro wybiorę się w nim do pracy.

AI okazuje się bardzo praktycznym narzędziem. Ostatnio z zapałem konsultuję z nią swoje garderobiane kreacje. Muszę przyznać, że wiele się dzięki temu uczę, zdobywam wiedzę o komponowaniu stroju, dobieraniu dodatków. Zawsze lubiłam się ładnie ubrać, nie znaczy to jednak, że za każdym razem osiągałam dobry efekt. Zdarzały mi się wpadki jak ostatniopiątkowa biała bluzka z dość sztywnego materiału do bardzo zwiewnej granatowej spódnicy. Kolorystycznie było bez zarzutu, a jednak wypadło jakoś tak nijako, nieprzekonująco... Konsultując się z GPT odkryłam, że bez porównania lepiej pasuje dzianinowa luźna bluzeczka z krótkim rękawem. Mam taką jedną beżową za kolosalną sumę trzech złotych.

Wystroiłam się zatem ładnie i podeszłam nieopodal do Żabki, gdzie nabyłam lody oraz coś na jutrzejsze śniadanie. Zjadłam je przed domem, popijając kawą i gawędząc z sąsiadami. Jednej z sąsiadek urodził się niedawno wnuczek, a sąsiad, pan K. wyjaśnił mi, że tzw. "pastuch", drut pod napięciem, którym grodzi się pastwiska, "kopie" bardzo nieprzyjemnie, ale nie jest w gruncie rzeczy groźny. Wczoraj takowym pastuchem oberwałam trzy albo cztery razy, nieostrożnie przechodząc pod drutem.

Pan K. to dawny pracownik i dyrektor PGR-ów. Rozbawił mnie dzisiaj historią, jak to ogrodził pastuchem pole, dla ochrony przed dzikami z lasu przylegającego do gruntu. Dziki początkowo respektowały granicę, ale wreszcie locha wpadła na rozwiązanie: brała rozpęd i z impetem wpadała na drut, przerywając go. A to dobre!

Jutro, albo jeszcze dziś zapewnię moją przyjaciółkę, że "pastuch", aczkolwiek niemiły, nie stanowi zagrożenia dla życia nawet dla drobiu. Jej sąsiad w ten sposób ogrodził swój teren, a przyjaciółka ma nieogrodzone podwórko i obawia się o swoje chodzące swobodnie ptactwo.

czwartek, 27 sierpnia 2026

Przewrotnie

Życie przewrotnym, jak wiadomo, bywa.
Próbowaliśmy się spotkać ze znajomymi z zeszłorocznej hospitalizacji. Niestety, nie udało się, bo ta ma dzieci, ta zachorowała itp. Z garstki chętnych na spotkanie zostałam tylko ja i ulubiony kolega. Ponieważ kolegę lubię niezmiernie, nawet się skrycie ucieszyłam, że zostało nas tylko dwoje. Jednak nie chciałam wyrywać się przed szereg i milczałam, czekając, aż odniesie się do sytuacji. W końcu nie wytrzymałam i napisałam w internetowej grupie: "No i co z tym fantem zrobić?". Kolega zareagował natychmiast i... zaproponował przełożenie spotkania na inny termin. Honorowo nie przyznałam się do zawodu i napisałam, że może to i lepiej, bo jakaś jestem dzisiaj zmęczona.

Po pracy wybrałam się do szmateksu w celu nabycia jakiegoś paska do ubrań, bo stare są już zniszczone albo zupełnie nie pasują. Nie dość, że "ustrzeliłam" aż cztery, w oko wpadła jeszcze unikalna spódnica w hippisowskim stylu, różowe szerokie letnie portki, jasny cienki żakiet (a ja tak długo polowałam na taki!) i elegancka bluza. Z jednej strony ucieszyły mnie te zakupy, a z drugiej - byłam trochę zła, że złamałam swoje postanowienie niezaglądania do szmateksów przez cały sierpień. Ciuchów mam naprawdę nadmiar, niektórych nawet nie miałam kiedy wykorzystać.

Taka wypełniona mieszanymi uczuciami wracałam już do domu, gdy nagle naprzeciwko ujrzałam - wyżej wymienionego kolegę. Szedł z naszym wspólnym znajomym. Zatrzymałam się, by zamienić kilka słów. Niebawem znajomy nas pożegnał, a ja - koniec końców, wylądowałam na kawie z kolegą i to z jego inicjatywy. Pogawędka była jak zawsze bardzo zajmująca, mój towarzysz przepuścił chyba ze dwa pociągi do swojego miasteczka.

A to ci dopiero!

niedziela, 23 sierpnia 2026

Niedzielnie

Zaufać? Tak zatytułowałam ostatni post.

Właściwie - tak myślę - wszystko w życiu sprowadza się do tego krótkiego słowa. Robiąc swoje, po prostu ufać, że "płatki kwiatów sypią się w dół, jak trzeba". A mówiąc jeszcze prościej i dosadniej - co komu przeznaczone, to na drodze rozkraczone. Tak mawiają niektórzy moi starsi znajomi.

Przykłady można mnożyć, jak to szukał ktoś daleko, a znalazł tuż pod nosem.

Jak ważny jest spokój w tym naszych zwariowanych głowach.

Nieco bezładny ten wstęp, a wynikł z tego, że znowu życie mi pokazało: nie szalej, nie świruj, nie czekaj. Co ma być, przyjdzie, a jeśli nie - może tak właśnie jest najlepiej.

Mój znajomy jakiś ostatnio bardziej otwarty, a mnie z kolei z różnych stron i źródeł przyszła zachęta, by jednak wykazać więcej odwagi i inicjatywy, nie bać się... samej siebie. Przeto po dłuższych wahaniach pt. "Wypada - nie wypada", wysłałam wiadomość z pytaniem, co słychać, z krótką wzmianką o moich sprawach oraz o wspólnych znajomych. Reakcja była, nawet dość emocjonalna, bo na jedną towarzyską ploteczkę kolega odpowiedział, że jest w szoku, zupełnie podobnie jak ja. Dopisał, że pogadamy później, bo nie ma teraz czasu. Odpisałam: "jasne, nie ma sprawy", ale podskórnie czekałam... i nici z oczekiwań, odpowiedzi brak. Oczywiście liczyłam się z tym, więc przeszłam do porządku dziennego, ale widzę wyraźnie i nie pierwszy raz: drugi człowiek ma swoje granice i nic z tym nie zrobię. Jest po prostu, jak jest i nie pozostaje nic innego, jak zaakceptować fakty. Mój znajomy jest uczciwym, wartościowym człowiekiem, ale ma swoje progi i ściany na drodze do innych ludzi.

Jeśli zaś chodzi o towarzyskie newsy, dotyczą one związku, który narodził się między naszymi wspólnyim znajomymi. Dla mnie to istny, zaskakujący mnie mezalians. Ona jest kobietą subtelną, kulturalną, wrażliwą. On - no cóż... Moim zdaniem cwaniaczek i manipulant. Wczorajsze spotkanie z nimi utwierdziło mnie w tym wrażeniu. Owszem, da się z nim "całkiem po ludzku" porozmawiać, więc trochę złagodziłam swój sąd oparty na pierwszym wrażenie, ono jednak okazuje się nie bezpodstawne. Z zainteresowaniem zawsze obserwuję ludzkie relacje, więc i tym razem jestem ciekawa, jak to się potoczy i jak długo potrwa. Koleżanka twierdzi, że przepracowała swoje schematy i psychologiczne mechanizmy, a jednak wydaje mi się, że daleko od nich nie uciekła i padła ofiarą własnej empatii. Może jednak się mylę, kto wie?

A u mnie spokojnie. Wstałam dosyć późno i snuję się po domu w negliżu. Na dłuższą metę tego stanu nie lubię. Jest piękna niedziela, wzywa z daleka las, rzeka, polne ścieżki za miastem. Nie chcę, by czas wolny przeciekł mi przez palce. Wezmę się zaraz za gotowanie ogórkowej na obiad, a potem wskakuję na rower :)

P.S. W piątek po dłuższej przerwie odwiedziłam "sektę". Odpuściłam swoje dawne oczekiwania, przyjęłam do wiadomości, że sekta to nie pogaduszki z przyjaciółką, ale pewna struktura i ramy. I to okazało się bardzo dobrym podejściem. Spotkanie wypełniły szczere rozmowy i cenne wglądy. Wróciłam bardzo usatysfakcjonowana i - o dziwo - z poczuciem duchowej wspólnoty.

wtorek, 18 sierpnia 2026

Zaufać.

Dziś chłodniej - co za ulga! Jednak to chyba pogoda sprawiła, że energię mam cokolwiek niższą, ziewam i nie chce mi się za wiele robić. Na szczęście nie muszę, bo znowu nagotowałam na zapas, a i porządek względny mnie otacza. Jakoś mi jednak dziwnie bez tych wszystkich "muszę" i "powinnam". Jakoś tak sama nie wiem, czego chcę. Myślę, by wcześniej pójść spać, ale obawiam się, że obudzę się w środku nocy i nie będę mogła zasnąć. Minionej nocy też długo przewracałam się z boku na bok. Odzywa się też lęk, by nie wrócił depresyjny "zjazd", skoro odczuwam znużenie. Ale może nie, może to tylko strach ma wielkie oczy.

Wczoraj życie wyraźnie mi pokazało, że nie ma w nim próżni lub, że nie trwa ona długo.

Chociaż D. stanowczo mi się odechciało, tęskniłam za częstymi spotkaniami, towarzystwem. I wczoraj - co za traf! - zadzwoniła do mnie koleżanka poznana za pośrednictwem kolegi z hospitalizacji. Pogadałyśmy sporo czasu i czuję, że chyba mam nową koleżankę. Kolega podobno zachwalał, że byłabym dobrym towarzystwem dla niej, gdyż jesteśmy na podobnym etapie życia i sporo nas łączy. To miłe z jego strony. Wcześniej mówił mi, że ona mnie polubiła. To dla mnie znak, że biegowi rzeczy warto ufać.

sobota, 15 sierpnia 2026

Moja wyspa Bali

A tak mi się zachciało znowu przysiąść na chwilkę i utrwalić nastrój.
Nic się dziś nie dzieje, a tak mi dobrze, że po prostu muszę o tym napisać.

Ludzie wzdychają do wyspy Bali, często napotykam różne reklamy jej dotyczące, jakieś warsztaty terapeutyczne, wycieczki. A mnie przed moim domem dziś tak dobrze jak na wczasach pod palmami! Jestem taka zrelaksowana! Cudownie jest po prostu DOBRZE SIĘ CZUĆ, nie być zmęczoną, wykończoną, wyczerpaną. Rany! jak dobrze!

Obiad "sam" się dzisiaj przygotował. Uwielbiam poznany w internecie patent "na motyla". To sposób pieczenia kurczaka rozłożonego na płasko. Nacina się stworzenie na plecach wzdłuż kręgosłupa, a z przodu jednym solidnym ciosem gruchocze mu się kości. Tak spreparowane ptaszysko staje się płaskie i pięknie, na rumiano się piecze. Na blachę dorzuciłam młode kartofelki, których nawet nie obierałam, a jedynie porządnie oczyściłam. Przeszły smakiem kurczaka w przyprawach. Taki kurczak na motyla to maximum sukcesu kulinarnego przy minimum wysiłku. Do tego surówka z pomidorów "bawole serca", które dostałam od koleżanki - przepyszne!

Po tym obiadku delektuję się kolejną rozpoczętą książką: "Sześć tysięcy metrów prawdy". Jej autor, Marek Krauz był kiedyś gościem naszej biblioteki na spotkaniu autorskim. W książce opisuje swoją wyprawę w Himalaje. Nie jest to rewelacja literacka ani krajoznawcza, autor powierzchownie opisuje zwiedzane miejsca, mocno wdaje się w swoje dość oczywiste i nieco wyświechtane już dywagacje, jak to góry odkrywają w nas wewnętrzną prawdę i mierzą z potęgą natury. Napisane jednak jest to na przyzwoitym poziomie i jakąś tam przyjemność z lektury mam.

Idę znowu przed dom, z książką pod pachą, dopóki dzień trwa.

Obiadu wystarczy na jutro - hurra!

Ot, leci...

Ostatnio jakoś nie chciało mi się zaglądać do bloga. Wróciłam do pracy i mam mniej wolnego czasu. Dzisiaj też nie zamierzałam pisać, ale zajrzałam do Wodnikowej Panny, poczytałam, jak sobie trwa niespiesznie, po czym zachciało mi się jednak utrwalić kawałek własnego życia.

Moje życie też niespieszne, chociaż wiele spraw chciałabym jednak dopiąć na ostatni guzik... i na "chciałabym" kończę! Dwa kroki do przody, trzy do tyłu.

,Czuję się znakomicie, jeśli chodzi o nastrój. Kiedy nie rządzą mną "organiczne zaburzenia nastroju", niewiele - mam wrażenie - może mnie złamać. Mam mocne zasoby do radzenia sobie z przeciwnościami losu: refleksje przede wszystkim, wiedza nabyta z licznych rozmów i lektur, i nie tak małe już doświadczenie.
Mam zresztą teraz zupełnie dobre życie. Kłopoty zdrowotne - póki co - utrzymują się w ryzach, z pieniędzmi stabilnie i nie odczuwam braków, choć obiektywnie prowadzę skromne życie. Wcale mi to jednak nie przeszkadza, nie potrzebuję "cudów na kiju".

Jeśli chodzi o funkcjonowanie pod wpływem farmakoterapii, wczoraj miałam okazję przekonać się o różnicach. Był dzień jakiś niżowy pomimo pięknej pogody (dlaczego piękną nazywa się tylko słoneczną aurę? Deszcz także bywa piękny!), sąsiad narzekał na ból kolana, a ja czułam senność. Zrezygnowałam z planowanego basenu, by wypoczywać sobie i zdrzemnąć się w domu. Jednak było to zupełnie co innego niż wtedy, gdy rządziła mną choroba. Wtedy był emocjonalny "zjazd", żal, pretensje do siebie i niezadowolenie. Wczoraj po prostu chciało mi się spać - kropka, bez podtekstów. Chcę jeszcze nauczyć się radzić sobie z tą sennością, gdy potrzebuję jednak być bardziej aktywna.

Dziś dzień Matki Bożej Bolesnej czyli tzw. Zielnej. Wielkie święto w lokalnej parafii, której owa postać jest patronką. Kiedyś przyciągało mnóstwo ludzi, lecz od kilku, a może kilkunastu lat obserwuję malejące zainteresowanie - może dlatego, że niż demograficzny i dzieci mniej? Bo głównie najmłodszych cieszy odpust, rozstawione kramy z drewnianymi kogucikami, cukierkami-rybkami (rybki są iście kultowe, chociaż moim zdaniem dosyć mdłe i nieprzyjemnie szorstkie) i wszędobylską "chińszczyzną". Ja bez żalu odpuszczam dziś to lubiane skądinąd widowisko. Tyle razy już to widziałam...

Cóż jeszcze? Był w tym tygodniu Klub Pacjenta na terenie szpitala psychiatrycznego. Uczestniczę w tych spotkaniach, nawet jeśli nie wynoszę nic szczególnego. Wartością jest dla mnie, że jestem rozumiana, że kogoś obchodzę, że ktoś pyta, co u mnie i nie lekceważy. W kameralnej grupce czuję się otoczona przyjazną atmosferą i przyjęta taka, jaka jestem. A realnego wsparcia również doświadczyłam, dobrze mieć do niego dostęp.

Przy okazji zajrzałam na oddział dzienny, gdzie zostało jeszcze trochę znajomych z hospitalizacji. Personel trochę krzywo patrzy na wizyty obcych osób, bo może to działać deprymująco na innych pacjentów. Ośmieliłam się jednak naruszyć zasady. Pogadałam z kolegą i koleżanką, poczęstowano mnie obiadem, z którego ktoś zrezygnował. Wzbraniałam się początkowo, ale koleżanka przekonywała, że mogę jeść śmiało. Wielce zadowolona zabrałam się do pałaszowania, gdy pojawił się oddziałowy terapeuta, zastępujący chyba urlopowaną kierowniczkę, i wlepił mi solidny "paternoster". Należał mi się, nie protestowałam. Przeprosiłam i wyjaśniłam sytuację, znajomi też wzięli mnie w obronę. Speszyła mnie ta historia, ale koniec końców uśmialiśmy się z tego, gdy terapeuta opuścił salę.

Ot, i tak to leci...

Dzisiaj święto i leniuchowanie. Planów specjalnych nie mam, aczkolwiek w domu straszy i chcę trochę go uprzątnąć ;)

I wisienka na torcie: oswajam się z końmi na działce u siostry. Pogłaskalam bestie, a nawet przytuliłam się do jednej. Są cudownie spokojne i łagodne. Kochane.

PS. Korekta: Matki Bożej Zielnej to święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, natomiast Matki Bożej Bolesnej wypada dokładnie za miesiąc. Wybaczcie pomyłkę. Jednak to właśnie Zielna jest wielkim świętem u naszych dominikanów.
Uświadomiła mi ten błąd AI. przy okazji dowiedziałam się, że w dziesiejszy dzień (i nie tylko) dominikanie śpiewają "Salve Regina". Z ciekawości wysłuchałam tej pieśni i okazało się, że dobrze ją znam... z pogrzebów.

czwartek, 6 sierpnia 2026

Radość

 Ach, jak mi dobrze! To wystarczający powód do szczęścia. Po prostu dobrze się czuć.

W pracy równo i systematycznie, bez irytacji i nadmiernego znużenia, z należytym skupieniem (może tylko ociupinę "zjeżdżającym" po południu). W domu wystarczająco energii na szybkie przygotowanie obiadu, a obiadu dostatecznie dużo jeszcze na jutro. Leczo z cukinią, papryką i mieloną łopatką, a do tego ryż. Syn pomógł pokroić warzywa.

Syn dzielnie się spisał w ostatnich dniach, pomagając w pracach na działce siostry, oczywiście wraz ze mną. Wobec siostrzanych koni jest odważniejszy ode mnie, ufa zapewnieniom swojej cioci, że to zwierzęta łagodne i skłonne raczej do ucieczki niż ataku. Zapewne to racja, mają jednak swoje gabaryty i przez sam ten fakt budzą mój respekt. To już i tak sukces, że jestem w stanie przebywać na wyciągnięcie ręki od nich. Nie zmuszam się do niczego, liczę na powolne oswojenie się z tymi silnymi i dużymi zwierzętami. Fakt, że są zachwycające i wspaniałe w tej swoje sile, proporcjach, grającemu życiu w mięśniach.

Cieszę się, że chłopak przełamuje swój opór przed dokończeniem kursu prawa jazdy. Przerwał go na długo po niezdanym egzaminie z jazdy, zarzekał się, że on o jeździe nie marzy. Uporczywie przekonywałam go, że nie wiadomo, kiedy co się w życiu przyda, a dziś bez prawa jazdy na rynku pracy to niemal jak bez ręki, zwłaszcza w zawodach kojarzonych wciąż jeszcze głównie z mężczyznami. Niechże zrobi sobie to prawko i ma z głowy.

Wieczorem planujemy wspólną przejażdźkę rowerami, choć widzę, że pogoda stoi pod znakiem zapytania. Wyraźnie się chmurzy. Ot, czas pokaże. Również na rowerze moja pociecha jakoś chętniej ostatnio jeździ. W niedzielę pokonaliśmy prawie dwadzieścia kilometrów. Zazdrościłam młodemu szybszego niż mój pojazdu. W drodze spotkaliśmy polnego chomika, tzw. europejskiego. Syn widział to zwierzę po raz pierwszy w życiu. Chomik zamarł na widok mojego dziecka, a gdy na miejsce dotarłam ja, zerwał się i co sił w nogach, popędził w pole kukurydzy. "Widzisz, Misiek, tego w domu nie wysiedzisz", skwitowałam.

Teraz mam chwilę dla siebie. Blog już "zaliczony" a w pogotowiu czeka "Ditta".

I jak tu się nie cieszyć?

niedziela, 2 sierpnia 2026

Niedziela

Jak dobrze znowu czuć entuzjam i chęć doświadczania, życia. Przyjemnie było o godzinie ósme rano spacerować ulicami miasta, w którym na co dzień się nie bywa, ulicami niewydeptanymi rutyną,  nieopatrzonymi powtarzalnością.

Lubię to moje obecne, wspierane przez medycynę życie, jest mi dobrze. Moja przyjaciółka bardzo sceptycznie i nieufnie odnosi się do moich psychotropów, wypytuje, czy nie czuję się sztucznie, czy nie jestem otępiała. Nie, nie jestem.

Poprawa nastroju nastąpiła subtelnie, lecz bardzo wyraźnie, wciąż czuję się sobą i autentyczną. Po prostu mam więcej energii, a za tym idzie lepszy humor. Czyż może nie cieszyć, że po miesiącach wyczerpania, wreszcie czuję się dobrze? A nawet jeśli to sztuczne? Wolę sztuczną dobrą formę od naturalnego (?) "doła".

Jest mi teraz w moim życiu dobrze. Mam wszystko, czego mi trzeba: dobre jedzenie, przyzwoite ubranie, pracę, która zapewnia mi środki nie tylko na podstawy, ale i dzisiejsze Tulaste Randki na przykład. Zdrowotne kłopoty - dziękować Bogu i medycynie - opanowane. A świat wciąż zachwycający, lato w pełni, a ja z zachwytem przyglądam się bocianom za miastem i zielonym lasom. Wczoraj oswajałam się z końmi mojej siostry.

Jest mi tak dobrze, spokojnie... Mogę za ShataQs, piosenkarką powtórzyć: "Jestem wreszcie w swym  królestwie". Wypełnia mnie dziś to uczucie.

A Randki? Randki były pełne ciepła i zwyczajnie interesujące. Był to warsztat na temat bliskości, dotyku, stawiania granic, a także dawania sobie przyzwolenia na to, czego pragniemy i co nam potrzebne w relacjach z drugim człowiekiem. Była mowa o znaczeniu dotyku dla naszego zdrowia i dobrego funkcjonowania oraz o tym, jak można podarować sobie ten dobry dotyk również samodzielnie. Warto przytulać się całym ciężarem do drzew, można ciasno owinąć się szalem, o czym nie wiedziałam, a chętnie to wykorzystam. Są też kołdry obciążeniowe i inne przydatne przedmioty. Patent z szalem wypróbuję na pewno, bo na kołdrę obciążeniową szkoda mi pieniędzy i miejsca w domu (a myślalam o niej nieraz).

Rano miałam zabawną przygodę. Idąc wolnym krokiem przez R-owski rynek, usłyszałam, że ktoś coś do mnie woła. Młody chłopak pytał, czy szukam czegoś, bo rozglądałam się wokoło. Okazał się niezwykle rozmowny i śmiały, zaproponował spacer. Ponieważ miałam jeszcze sporo czasu do spotkania, a chłopak był kulturalny i uprzejmy, zgodziłam się na przejście się razem i posiedzenie na ławeczce (żadnych ustronnych zakamarków!). Nie dążę na każdym kroku do potwierdzenia własnej atrakcyjności, ale nie zaprzeczę: połechtało mnie to zainteresowanie. Chłopak sam przyznał, że wraca z wesela i jest pod wpływem alkoholu, stąd zapewne jego śmiałość. Wyznał, że lubi dojrzałe kobiety, pytał, czy dam mu numer telefonu. Oczywiście z uśmiechem odmówiłam i granice wyznaczyłam zdecydowanie, ale oceniam to przypadkowe spotkanie jako sympatyczne, nieszkodliwe i poniekąd zabawne. A ja po raz nie wiadomo który w życiu mam potwierdzenie własnego poglądu na atrakcyjność: jeśli mam się spodobać, to naprawdę nie muszę stawać na uszach!

Z R.wróciłam w okolicach godziny dwunastej, podwieziona przez nowo poznaną uczestniczkę warsztatu. Wysiadłam z jej samochodu koło cmentarza w naszym mieście, więc przy okazji odwiedziłam grób Rodziców. Kosili tam trawę niedawno, więc pozamiatałam obsypany nią grobowiec pożyczoną od "sąsiadów" szczotką. Posiedziałam, podumałam, pokontemplowałam spokój tego miejsca. W drodze powrotnej ujrzałam znajomą sylwetkę. Koleżanka pięknie wyglądała w letniej, niedzielnie eleganckiej sukience, a towarzyszył jej mężczyzna... z którym podobno definitywnie zerwała jakiś czas temu. Nastąpiło to nie po raz pierwszy, ale znam rozsądek S. i nie martwię się o nią. Dziś jednakże zażartowałam: "To może nie wygłupiajcie się już", wyrażając swoje miłe zaskoczenie, że znowu ich widzę razem.

Wreszcie dotarłam do domu, wypiłam nieprzyzwoitą ilość Pepsi, którą kupiłam jeszcze wczoraj przed wyjazdem na działkę mojej siostry, do jej koni. Wyzerowałam ją, jak mawia mój syn.

Wczoraj na basen nie poszłam z powodu wyjazdu na działkę. Zamierzałam wybrać się dziś wieczorem, lecz właśnie moje osobiste potomstwo zaskoczyło mnie propozycją wspólnej przejażdżki na rowerach wieczorem.
Synusiowi, nawet dorosłemu, się nie odmawia! Nieczęsto już uprawiamy wspólnie sport.

sobota, 1 sierpnia 2026

Tulaste Randki*

Raniutko jest, ale gdy się ma odpowiednią motywację, to i ranne wstawanie niestraszne.
Pozwalam sobie dziś na małą fanaberię: Tulaste Randki w mieście wojewódzkim, jakieś tajemnicze warsztaty na temat bliskości i relacji. Zaciekawiło mnie ogromnie ogłoszenie na Fejsie, więc skorzystam z tej okazji i - mam nadzieję - atrakcji.
Jak wrócę, to opowiem!

*Nie wiem, z jakiego powodu na blogu "ustawiła" mi się sobotnia data. Post powstał dziś - w niedzielę, drugiego sierpnia.

Codziennostki, drobnostki.

W poprzednim poście kilka razy pod rząd powtórzyłam: "na przykład". Miej się na baczności, korektorko tekstów in spe!

Dziś nieznośny upał, ale podkusiło mnie zajrzeć do szmateksu, w którym wczoraj wypatrzyłam wspaniały żakiet z lnu, w kolorze pomarańczowym, długą czarną spódnicę w białe grochy, zwiewną taką, na ciepłe dni, oraz kapitalnie leżace na mojej figurze spodnie. Jęknęłam jednak, gdy usłyszałam cenę, zostawiłam sobie tylko jedną, potrzebną bluzeczkę, a resztę zostawiłam... do dzisiaj, bo dziś przecena. Żakiet ktoś już, niestety, zdążył capnąć przede mną, ale spodnie i spódnica były! Coś jeszcze do tego dorzuciłam - i solennie sobie obiecuję, że pierwszy sierpnia jest ostatnim dniem mojej wizyty wśród używanej odzieży na cały nadchodzący miesiąc. Zabraniam sobie nawet zaglądać, bo nie ma mocnych: moje wprawne oko zawsze coś wypatrzy, a potem i tak się  nosi tylko te rzeczy, które najłatwiej na siebie wrzucić, albo najbardziej się kocha.

Naszła mnie jednak jakaś chętka, by "podrasować" swój wizerunek i więcej uwagi poświęcać odzieżowym zestawom. Mam tę szacowną pięćdziesiątkę i może warto nie tyle się postarzyć, co z szacunkiem do swojej dorosłości podkreślić ten fakt. Ot, więcej uważności i kreatywności na co dzień.

Wyczytałam wczoraj u AI, że nawet paznokcie można ozdobić bez konieczności malowania, bo istnieją specjalne naklejki, dające zupełnie zadowalający efekt. Niestety, tradycyjny lakier jest dla mnie za trudny, gdyż drżą mi ręce i nie umiem go nanieść, nie wyjeżdżając "za margines". Spróbuję z tymi nalepkami i będę "aligancka i ze szykiem"!

Z nowinek codziennych, kilka razy spotkaliśmy się w ciągu ostatnich dni z kolegą wiadomym (mowa we wcześniejszych postach). Czas jednak nam nie sprzyjał, wzywały go różne sprawy, tak więc spotkania były raczej przelotne. Ciekawa jestem, jak się potoczą dalsze losy tej znajomości.

Z miasta wróciłam spocona jak nieboskie stworzenie. Pospiesznie ogarnęłam rozgardiasz w domu, ugotowałam makaron do smażonego niedawno musu z papierówek, a teraz chwilkę odpoczywam. Czytam "Dittę" Martina Andersona Nexo. Znana mi to już lektura i to od wielu lat, jakoś jednak sięgnęłam od niechcenia po leżący w bibliotece na biurku egzemplarz i przepadłam. Nie ma jak te solidne dawne powieści o niebłahej treści i starannym języku oraz zajmującej akcji.

Wieczorem pójdę może na basen. Może zachęcę też syna.


PS. Ajajajaj! A czy pochwaliłam się, że radykalnie ograniczyłam sobie obcowanie z Facebookiem? Bezlitośnie usunęłam aplikację z telefonu i zadowolona jestem z efektu.

sobota, 25 lipca 2026

Trzeźwość

Jaki spokój wreszcie. Umilkła cyrkularka, którą sąsiad rżnął drewno na zimę. Zniosłam ten hałas bez marudzenia, bo przecież rozumiem konieczność, ale dobrze, że już ucichła.

Napisałam w poprzednim poście o trzeźwości i zachciało mi się poświęcić jej kolejny wpis. Niby temat banalny, a żywotny.

Podobno młodzi ludzie, poszukując swojej tożsamości "przymierzają się" do różnych stylów bycia. Zdarza się, że taka pryszczata jejmość jest dzisiaj hipiską, nazajutrz gorliwą katoliczką, a chwilę potem przywdziewa garnitur, szpilki i zasuwa do pracy za biurkiem. Starsi mówią wtedy:  "Znormalniałaś!", "Spoważniałaś".

Ja za młodu czułam się samotna i osobna. Nie pociągało ,mnie sztuczne strojenie się w wizerunek i narzucone poglądy, buntowałam się przeciwko określaniu się poprzez strój czy słuchanie określonej muzyki, a jednak zazdrościłam mojemu towarzyskiemu rodzeństwu licznych znajomych. Był potem w moim życiu epizod z bywaniem na głośnych imprezach, gdzie alkohol lał się całkiem obficie, z zabawą dla samej zabawy i ogólnej wesołości. Zadziwiały mnie niektóre sprawy, czasami i gorszyły, ale cieszyłam się, że mam paczkę znajomych, jestem wśród ludzi. Potem poznałam mojego męża i życie zdominowały inne sprawy, obowiązki, macierzyństwo z jego blaskami i cieniami. Nastały inne priorytety.

A wiele lat później, gdy zostałam sama, poznałam D. D. była i jest rozrywkową kobietą. Oczywiście w granicach rozsądku, ale nie trzeba jej było namawiać na imprezę, festyn w mieście, koncert w innej miejscowości. Mamy sporo wspólnych, zwariowanych wspomnień, do których się uśmiecham. Z czasem jednak zaczęłam zauważać różnice w naszych przyzwyczajeniach i stylu życia - w tym stosunku do alkoholu.

Ja nie byłam przyzwyczajona do picia. W moim rodzinnym domu alkohol pojawiał się sporadycznie i okazyjnie z powodu wizyty rodziny na przykład. Nie było picia piwka ot tak, przed telewizorem na przykład. D. potrafi kupić sobie butelkę jakiejś wiśniówki w powszedni dzień, by jej sobie dodać do herbaty na przykład. Dosyć często umilała alkoholem nasze wspólne wieczory. Nie miałam nic przeciwko, bo w końcu, jak mówią, wszystko jest dla ludzi. Z czasem jednak zauważyłam, że trochę tego przydużo, za często. Mnie na to szkoda pieniędzy, wolę za nie pójść do kina czy zaszaleć w szmateksie, kilka razy odmówiłam kupna "piwka". Ciągoty D. do alkoholu zauważyła również nasza wspólna koleżanka, więc chyba istniały podstawy do moich spostrzeżeń.

W międzyczasie przeżyłam przelotny romans z alkoholikiem. Właśnie z powodu nałogu znajomość okazała się jedynie epizodem. To mi wyostrzyło spojrzenie na "kulturę picia". Kulturą ironicznie określam obudowywanie życia, szczególnie tego towarzyskiego wokół alkoholu, traktowanie go jako nieodłącznego elementu zabawy. Widzę z bliska, bo mam za ścianą nałogowego pijaka, jak nadużywany trunek zubaża osobowość i rujnuje codzienność.

Nie chciałabym zostać tu odebrana jako walcząca, ortodoksyjna abstynentka, ale zaczęła mnie razić płytkość i pustota niektórych rozrywek, zresztą nie tylko tych zakrapianych, jednak te się wyróżniają, bo wiadomo, że alkohol rozhamowuje. Ma to związek z moją większą psychiczną przemianą, którą od dłuższego czasu bardzo wyraźnie odczuwam: szkoda mi po prostu czasu na rzeczy miałkie.

To wszystko doprowadziło mnie do obecnego punktu widzenia: alkoholu nie potrzebuję, a już na pewno nie za cenę zdrowia. Choć lubię te słodkie i nawet do pewnego stopnia ten delikatny rausz, nie jest wart ani pieniędzy, ani odstawiania dla niego leków, które tak mi pomagają normalnie żyć.