sobota, 25 lipca 2026

Trzeźwość

Jaki spokój wreszcie. Umilkła cyrkularka, którą sąsiad rżnął drewno na zimę. Zniosłam ten hałas bez marudzenia, bo przecież rozumiem konieczność, ale dobrze, że już ucichła.

Napisałam w poprzednim poście o trzeźwości i zachciało mi się poświęcić jej kolejny wpis. Niby temat banalny, a żywotny.

Podobno młodzi ludzie, poszukując swojej tożsamości "przymierzają się" do różnych stylów bycia. Zdarza się, że taka pryszczata jejmość jest dzisiaj hipiską, nazajutrz gorliwą katoliczką, a chwilę potem przywdziewa garnitur, szpilki i zasuwa do pracy za biurkiem. Starsi mówią wtedy:  "Znormalniałaś!", "Spoważniałaś".

Ja za młodu czułam się samotna i osobna. Nie pociągało ,mnie sztuczne strojenie się w wizerunek i narzucone poglądy, buntowałam się przeciwko określaniu się poprzez strój czy słuchanie określonej muzyki, a jednak zazdrościłam mojemu towarzyskiemu rodzeństwu licznych znajomych. Był potem w moim życiu epizod z bywaniem na głośnych imprezach, gdzie alkohol lał się całkiem obficie, z zabawą dla samej zabawy i ogólnej wesołości. Zadziwiały mnie niektóre sprawy, czasami i gorszyły, ale cieszyłam się, że mam paczkę znajomych, jestem wśród ludzi. Potem poznałam mojego męża i życie zdominowały inne sprawy, obowiązki, macierzyństwo z jego blaskami i cieniami. Nastały inne priorytety.

A wiele lat później, gdy zostałam sama, poznałam D. D. była i jest rozrywkową kobietą. Oczywiście w granicach rozsądku, ale nie trzeba jej było namawiać na imprezę, festyn w mieście, koncert w innej miejscowości. Mamy sporo wspólnych, zwariowanych wspomnień, do których się uśmiecham. Z czasem jednak zaczęłam zauważać różnice w naszych przyzwyczajeniach i stylu życia - w tym stosunku do alkoholu.

Ja nie byłam przyzwyczajona do picia. W moim rodzinnym domu alkohol pojawiał się sporadycznie i okazyjnie z powodu wizyty rodziny na przykład. Nie było picia piwka ot tak, przed telewizorem na przykład. D. potrafi kupić sobie butelkę jakiejś wiśniówki w powszedni dzień, by jej sobie dodać do herbaty na przykład. Dosyć często umilała alkoholem nasze wspólne wieczory. Nie miałam nic przeciwko, bo w końcu, jak mówią, wszystko jest dla ludzi. Z czasem jednak zauważyłam, że trochę tego przydużo, za często. Mnie na to szkoda pieniędzy, wolę za nie pójść do kina czy zaszaleć w szmateksie, kilka razy odmówiłam kupna "piwka". Ciągoty D. do alkoholu zauważyła również nasza wspólna koleżanka, więc chyba istniały podstawy do moich spostrzeżeń.

W międzyczasie przeżyłam przelotny romans z alkoholikiem. Właśnie z powodu nałogu znajomość okazała się jedynie epizodem. To mi wyostrzyło spojrzenie na "kulturę picia". Kulturą ironicznie określam obudowywanie życia, szczególnie tego towarzyskiego wokół alkoholu, traktowanie go jako nieodłącznego elementu zabawy. Widzę z bliska, bo mam za ścianą nałogowego pijaka, jak nadużywany trunek zubaża osobowość i rujnuje codzienność.

Nie chciałabym zostać tu odebrana jako walcząca, ortodoksyjna abstynentka, ale zaczęła mnie razić płytkość i pustota niektórych rozrywek, zresztą nie tylko tych zakrapianych, jednak te się wyróżniają, bo wiadomo, że alkohol rozhamowuje. Ma to związek z moją większą psychiczną przemianą, którą od dłuższego czasu bardzo wyraźnie odczuwam: szkoda mi po prostu czasu na rzeczy miałkie.

To wszystko doprowadziło mnie do obecnego punktu widzenia: alkoholu nie potrzebuję, a już na pewno nie za cenę zdrowia. Choć lubię te słodkie i nawet do pewnego stopnia ten delikatny rausz, nie jest wart ani pieniędzy, ani odstawiania dla niego leków, które tak mi pomagają normalnie żyć.

Farmakoterapia to nie samo zło

Edukuję się, kurrrde mole 😉
U AI wyczytałam, że popełniam błąd samowolnie przerywając na weekendy kurację encortonem. Podobno bardzo sobie w ten sposób szkodzę, bo "na" encortonie organizm przestaje produkować dostateczną ilość kortyzolu odpowiedzialnego za energię życiową. Szanowna sztuczna (inteligencja) stwierdziła wręcz, że może to być przyczyną moich "zjazdów". Skończyłam więc z przerwami na własną rękę, chociaż nie jestem zachwycona uzależnianiem się od środków farmakologicznych. Pomysł na "dyspenzę" wziął się stąd, że zaleconą mam przerwę w zażywaniu mojego drugiego stałego lekarstwa, hydrochloroquiny (kto tę szaloną nazwę wymyślił w miejsce dawnego plaquenilu?), więc odpuściłam sobie na te dni całego mojego "Mendelejewa". Ale już będę grzeczna, zastosuję się do wytycznych i nie wydziwiam. Zestaw ten uzupełnia jeszcze witamina D, której miałam niedobór, ale ostatnie badania wykazały, że poziom się podniósł. Miesiąc temu psychiatra niezależnie od reumatologa dorzucił mi zotral.

Farmakoterapia, odsądzana gdzie niegdzie od czci i wiary, bywa po prostu potrzebna. Nie wiem jeszcze, jak encorton, ale specyfik od psychiatry ewidentnie działa. Nie mogę uwierzyć, że można się czuć tak po prostu normalnie i dobrze ; prawie zapomniałam, jak to jest. Dziwię się, jak żyłam z notorycznym zmęczeniem i jak je pokonywałam.

Mam nadzieję, że nie przejdę całego życia na lekach, ale się z tym liczę i jeśli mają podnieść jakość mojego życia, nie zamierzam się przed nimi wzbraniać.

Tylko szkoda, że się już wina nie napiję albo mojego ulubionego ajerkoniaku. Ale to kosz wart swojej ceny, a trzeźwość i autentyczność są same w sobie cenne... i to nie slogan bynajmniej.

piątek, 24 lipca 2026

Lubię!

Wczoraj i dziś miłe spotkanie z kolegą. Dziś we dwoje ot tak, na ulicy, a wczoraj z dwójką wspólnych znajomych w cukierni. Pretekstem było testowanie mikrofonu do moich aparatów słuchowych. Towarzystwo wczorajsze było kosmpolityczne, bo nasza koleżanka jest narodowości ukraińskiej, a na spotkanie przybył też jej mąż - gaduła świetnie mówiący po polsku. To było naprawdę miłe, choć trudne spotkanie. Trudne, bo w cukierni panował hałas, dochodziły też dźwięki ulicznego ruchu. Mój kolega po tym spotkaniu stwierdził, że trzeba jeszcze przetestować aparaty sama na sam, więc dzisiaj pod koniec dniówki przyszedł odwiedzić mnie w pracy. Pogadaliśmy tam chwilę a kończyliśmy pogawędkę już na ulicy. Urządzenie słuchowe słabo zdało egzamin, ale sama jakość naszej rozmowy - przednia. Kolega jest wspaniałym człowiekiem i podobno mnie również za takowego uważa. Ciekawe, jak potoczy się ta nasza znajomość. Czy przerodzi się w jakąś głębszą przyjaźń? Mam nadzieję, że tak, chociaż staram się nie tworzyć mrzonek. Ale lubię, lubię, lubię ogromnie...!

środa, 22 lipca 2026

Dobry dzień

Znowu wpadłam z rana na oddział. Miło i ciepło mnie przywitano, poznałam dwie nowe pacjentki i od razu złapałyśmy dobry kontakt. Pogawędziłam też z ulubionym kolegą, a jakże. "Ponaprzykrzam" im się jeszcze pojutrze, po mam w serwisie protetyki obiecane jeszcze jedno urządzenie do testowania. To dzisiejsze niespecjalnie zdało egzamin, ale uśmialiśmy się z Bogusiem przy próbach.

Do pracy przyszłam z wyżej wymienionego powodu nieco później. Znów bardzo dobrze funkcjonowałam ; jak ja, doprawdy, żyłam bez zotralu?! 😄

Po południu podskoczyłam zajrzeć, co ciekawego mają na przecenie w szmateksie. Nooo... sporo mieli... Postanowiłam podjąć w sierpniu wyzwanie: przez cały miesiąc nie przekroczę progu żadnego z tych sklepów!

I - proszę sobie wyobrazić! - po powrocie do domu starczyło mi czasu i energii na wstawienie szybkiego prania, przygotowanie obiadu na jutro (wstępnie był już przyrządzony), umycie naczyń, przyrządzenie koktajlu z mleka i bananów na kolację oraz pasty z twarogu i makreli na jutrzejsze śniadanie. Pozachwycałam się także nowo narodzonymi bliźniaczkami - wnuczkami mojej sąsiadki. Pierwszy raz je dzisiaj wiziałam, mają dopiero dwa tygodnie. Śliczne są jak wszystkie maleństwa.

Tylko jakoś nad książką skupić się trudno. Ale spróbuję, gdy już wyłączę komputer.

wtorek, 21 lipca 2026

Kurrrde!!!

Pracuje mi się fajnie! Koncentracja w porządku, zmęczenie nie odbiera chęci do życia. Cokolwiek jeszcze chce mi się robić, gdy wracam po południu do domu. Jestem powściągliwa, nie wpadam w euforię i przedwczesny optymizm, ale cieszę się szczerze. Oby tak zostało na długo, długo.

Dziś po pracy podeszłam do protetyki słuchowej. Podpisałam umowę o testowanie kolejnego udogodnienia dla niedosłyszących. Jutro odwiedzę oddział dzienny w celu testowania - gwar kilkunastu rozmawiających osób to idealny poligon doświadczalny. Cieszę się na miłe spotkania, ulubiony kolega powiedział mi, że ostatnio przyjęto koleżankę z zeszłorocznej hospitalizacji. Z przyjemnością ją uściskam.

Obiecałam sobie radykalnie ograniczyć buszowanie po szmateksach - i co? Wdepnęłam do jednego i za pięćdziesiąt procent wcześniejszej ceny kupiłam sobie dżinsową ni to sukienkę, ni to płaszcz (sprawdzi się w obu rolach). Już oczami wyobraźni widzę kolejne zestawy z tym elementem w roli głównej.

Wstąpiłam też do innego niż zwykle fryzjera. Na drzwiach widniała informacja, że w ramach promocji usługa kosztuje tylko 30 zł. Szczęśliwie się złożyło, że nie musiałam zapisywać się na inny dzień, ale "od ręki" mogłam uporządkować swoją mocno już niesforną fryzurę. Wydłużyła mi się mina, gdy usłyszałam, że z moim nieprzeciętnie (serio!) wysokim czołem "niewiele nawojuję" w doborze fryzur, ale rezultat okazał się bardzo zadowalający. Lubię fryzury nieskomplikowane i mało wymagające. Na szczęście te ograniczone możliwości są dla mnie twarzowe. Czuję się odświeżona i wzmocniona w poczuciu własnej atrakcyjności.
Nie byłam nigdy specjalnie skoncentrowana na swoim wyglądzie, ale uczciwie stwierdzam: niebrzydka ze mnie babka, choć żadna tam wybitna :) Przyjemnie to czuć.

Przyjemnie też słuchać wywiadu z Nityą - Patrycją Pruchnik i czytać książkę, gdy za oknem szumi deszcz. Za momencik nastawię "uczciwy" obiad na jutro, wyniosę do piwnicy, garażu, na śmietnik trochę zalegających w domu szpargałów - i to wszystko bez poczucia wyczerpania. Kurrrrde, jak dobrze!!!

niedziela, 19 lipca 2026

Koniec wolności

Jutro do pracy. Bleeee!

Hospitalizacja na oddziale wiadomym, poza wszelkimi rozsądnymi powodami, była dla mnie ucieczką przed pracowym zmęczeniem i stresem. Boję się trochę powrotu do pracy i powrotu tego koszmarnego samopoczucia sprzed hospitalizacji. Tego zmęczenia, tej niechęci, tego poczucia presji - nie chciało mi się wtedy żyć. Może niepotrzebnie koncentruję się na obawach i sama siebie straszę, ale nie będę udawać, że praca jest czymś, co daje mi spełnienie. O niebo bardziej spełniam się w moim domowym tu i teraz, w mojej bezpiecznej przestrzeni, gdzie życie toczy się na moich warunkach.

sobota, 18 lipca 2026

Hajda w miasto!

Noc upalna. Chociaż spałam, "jak mnie Pan Bóg stworzył", obudziłam się pod kołdrą spocona i niepachnąca. Było już późno, więc na pytanie siostry, czy jadę z nią na działkę, odpowiedziałam przecząco. Nie chciało mi się spieszyć, zostawiać w domu rozgardiaszu, przełykać w pośpiechu byle czego zamiast porządnego śniadania. Trochę żałowałam, ale za chwilę telefon od Mateusza rozwiązał moje rozterki. Mateusz nie ma dzisiaj ludzi do pracy i jak zwykle w takich sytuacjach, zwrócił się do mnie. Mnie się nie uśmiecha w ten upał sprzątanie poddasza, ale z niechęcią się zgodziłam. Pomyślałam jednak - przyznaję - co by było, gdybym pojechała na działkę i zostawiła kolegę na lodzie? Jak by sobie poradził? Ale koniec końców, to mój wybór, że mu pomagam, nawet jeśli pokonuję niechęć.

A więc śniadanie, pani Marto, prysznic, koniecznie też pościelić łóżko i hajda (lubię te staroświeckie, literackie słowa) w miasto!

piątek, 17 lipca 2026

Trochę domowo, trochę oddziałowo... i baaaardzo upalnie!

Powrót wściekłego upału, ale podobno nie na długo. Ostatni, nie licząc nadchodzącego popiątku, dzień mojej długiej wolności od etatu. Jak lubię tak spokojnie i domowo sobie żyć! Ma dla mnie urok i smak zwykłe "siedzenie" w domu, wspólne z synem smażenie naleśników, rodzinne pogawędki i śmiechy z naszego kota. Ma urok kawa pita przed domem, gdy inni są w pracy, i pogawędka z sąsiadem, który właśnie przechodził obok i przysiadł się do stolika.

Sąsiad był przygnębiony, bo zmarł właśnie ktoś z jego rodziny, jakiś młody jeszcze człowiek. Powiedział, że mu się nawet gadać nie chce - po czym przegadaliśmy chyba z godzinę i wcale nie byłam tą, która mówi więcej :)

Pan K., inny sąsiad (zza ściany mieszkania) zaczepił mnie rano słowami: "Ktoś ze wspólnoty mieszkaniowej mówił, że doniosła pani na naszego psa, że robi jakieś szkody". "Chyba ich poje...!" - wyrwało mi się spontanicznie, choć przez szacunek do starszego człowieka nie dokończyłam wulgaryzmu. Dodałam następnie: "Może im pan to ode mnie przekazać".
Rzekomo dokonałam tego donosu w odpowiedzi na zastrzeżenia zarządu wspólnoty co do mojego kota. Owszem, zaczepiła mnie kiedyś prezeska i oznajmiła, że kot nie powinien chodzić wolno po podwórku, że poluje na ptaki, i że sąsiedzi go dokarmiają, bo ja zwierzaka GŁODZĘ. Ona to zgłosi do Straży Miejskiej i zapłacę mandat.

Idioci!

Sprawdziłam później w internecie, że prawo nie zabrania kotom chodzenia wolno. Wiem, że mój pogląd ma przeciwników, ale mój kot będzie wychodził i basta. Jest do tego przyzwyczajony, źle znosiłby niewolę w mieszkaniu (komentarze ciskające gromy na moją głowę - usunę).

Ten domowy tydzień upłynął mi jeszcze pod znakiem oddziału i oddziałowych relacji. Miałam okazję twardo stanąć po stronie Bogusia wobec osób, które opowiedziały się przeciwko niemu. Jego to odrzucenie ogromnie zabolało i doktnęło, bo odbyło się za jego plecami. Zwrócił się z tym do mnie, wsparłam go, jak czułam i uważałam. Czuję teraz, że zbliżyło nas to do siebie i miło mi z tym. Czuję też coś bardzo dobrego: zachowałam się przyzwoicie i absolutnie słusznie, w zgodzie z sobą.

poniedziałek, 13 lipca 2026

Ot, dzień...

Dość głupio spędziłam dzisiejszy dzień. Trudno, zdarza się Rano wyskoczyłam na rowerze odwiedzić jeszcze raz oddział, ponieważ zapomniałam w dzień wypisu zabrać swój kocyk, którym okrywałam się podczas poobiednich relaksacji. A potem?

Potem poniosło wariatkę do szmateksu - ot, tak, "tylko popatrzeć". Długo łaziłam, szperałam i rzeczywiście przygarnęłam kilka przydatnych rzeczy po trzy złote sztuka. Mówiłam sobie, że czas kończyć, ale jeszcze kusiło "ostatni raz" przejrzeć wieszaki, poszperać w boksach (nie wiem, czy to rzeczywiście się tak nazywa) z odzieżą. Czasu jednak straciłam mmóstwo, a od dreptania między wieszakami nogę mam teraz usianą wybroczynami. Dobrze byłoby zrezygnować z wizyt w tych przybytkach rozpusty na dłuższy czas. Nawet nie zaglądać, bo jestem już na tyle wprawnym łowcą, że niemal zawsze coś przynoszę. W końcu dorobię się takich zapasów jak nasza sąsiadka z podwórka, pani Andzia, cierpiąca na chorobliwe zbieractwo!

Drugim nawykiem, który mocno mnie już uwiera, jest częste, machinalne sięganie po telefon komórkowy i tak zwane scrollowanie. Obiecuję sobie radykalnie to ograniczyć, ale słabo mi wychodzi. Postanowiłam, że gdy tylko syn przestanie być ode mnie zależny i nie będzie nas już łączył wspólny abonament, kupuję sobie "głupi" telefon bez internetu. Wystarczy mi ten w chromebooku, bo ten nie wciska się tak nachalnie w moje życie.

Synuś wyjechał po południu do miasta wojewódzkiego, gdzie spędzi kilka dni z "synusiową". Jestem sama w domu i chcę dobrze, w pełni wykorzystać tych kilka dni wolnych od pracy zawodowej, które mi jeszcze zostały. Chcę aby towarzyszył im relaks, ale i odrobina wewnętrznej dyscypliny. Lubię, gdy moje dni mają "ręce i nogi", nie rządzi mną chaos i brak motywacji.

piątek, 10 lipca 2026

Meldunek z pościeli

Nic specjalnego nie mam dzisiaj do napisania. Ot, zwyczajny, wolny dzień, niespieszne przedpołudnie w pościeli. Cieszy mnie perspektywa czasu dla siebie, nie chcę go jednak zmarnować i "przebimbać".

Wzięłam się znowu za kurs korekty. Jakoś zeszła ze mnie presja i przymus, co ogromnie ułatwia mi pracę. Nie wiem, dlaczego z takim trudem szło mi to dawniej. Powodzenie mnie dopinguje!

Koleżanki i koledzy z hospitalizacji założyli grupę  do komunikowania się przez WhatsApp. Nie wiem, na jak długo starczy im zapału do rozmów (znam te zapały z niejednego doświadczenia), ale cieszy mnie możliwość osłodzenia sobie samotnych domowych wieczorów. Koledze, z którym relację bardzo sobie cenię, powiedziałam, że nie gryzę i żeby się odzywał, kiedy przyjdzie mu ochota. Jest dla mnie szczególnym towarzyszem z oddziału przez wspólne zeszłoroczne wspomnienia i pewne podobieństwa we wrażliwości oraz spojrzeniu na wiele spraw.

Zastanawiam się, dlaczego tak wiele w moim życiu pragnień, marzeń, a tak mało realizowania. Chciałabym to zmienić, przecież czas ucieka. Tymczasem ociągam się, nawet gdy sprawa jest przyjemna i wartościowa, blokuję się rzeczywistymi i wyimaginowanymi przeszkodami. Rasowa prokrastynacja.

Powzięłam pewne postanowienie na najbliższe dni, ale pochwalę się dopiero, gdy mi się uda wcielić je w czyn.

czwartek, 9 lipca 2026

"Absolwentka"

Zapodziałam gdzieś z rana pewien potrzebny drobiazg, przez co wywróciłam mój pseudosalon do góry nogami. Teraz, po powrocie z miasta na sam widok żołądek mi się podszewką wywraca. To powiedzenie - czyjeż by inne, jak nie Mamy? Mama miała sporo takich barwnych porzekadeł.

Rano wpadłam na chwileczkę na oddział, bo zapomniałam wczoraj dopilnować sprawy zwolnienia lekarskiego, aby dać sobie kilka dni "oddechu" po zakończeniu hospitalizacji, a nie tak od razu do pracy. Zamieniłam kilka słów ze współpacjentami, którzy ciepło mnie potraktowali. Wczorajsze rozstanie z oddziałem również odbyło się bardzo przyjaźnie. Przy tej dzisiejszej okazji poprosiłam lekarza o wyjaśnienie kilku zagadkowych sformułowań ze szpitalnego opisu. Brzmiały one dramatyczniej niż się okazało.

Potem rundka do szmateksu, bo przecież jako "absolwentka" psychiatryka całkiem normalna nie jestem (i chwała Bogu! normalni są nudni!). Z odrobiną wyrzutów sumienia nabyłam kilka fatałaszków po trzy złote za sztukę.

W drodze powrotnej kupiłam w lokalnej znanej restauracji kilka krokietów z mięsem na obiad. Jestem już w domu i za chwilę je spożyjemy z "synkiem tycim - malucim". A potem spokojne popołudnie w domowych pieleszach: trochę pracy i sporo relaksu.

Witaj, wolności (domowe L-4 do końca przyszłego tygodnia)!

P.S. Z kolegą Bogusiem niedomówienia wyjaśnione. Rozstanie przyjazne i z obietnicą bycia w kontakcie. Na pożegnanie oblałam go obiadowym kompotem, którego kubek trzymałam w dłoni, obejmując go na pożegnanie. Podobno plam na koszulcenie stwierdzono.

poniedziałek, 6 lipca 2026

Smutno

Czuję smutek i rozbicie psychiczne.

Jutro zapewne zostanę poproszona o podsumowanie swojego pobytu na oddziale. I cóż ja mogę powiedzieć? Nie podzielam powszechnych zachwytów, jaka to wspaniała atmosfera panuje wśród pacjentów i personelu, chociaż owszem, ludzie są życzliwi. Jednak dla mnie za dużo tu hałasu, a za mało głębi, zatrzymania się, spokoju. Oddział bardzo mnie męczy i powoduje poczucie samotności w tłumie, nieważności, odrzucenia.

Przykro mi, że nie skorzystałam w pełni z oddziałowych relacji ani nie nawiązałam z nikim bliższej więzi.

niedziela, 5 lipca 2026

Ulga

Wczoraj jak grom z jasnego nieba spadła na mnie wiadomość o zaginięciu młodego chłopaka z mojej bliskiej rodziny. Rodzice przeżyli horror, a ja oczami wyobraźni widziałam jego pogrzeb. Dziś matka chłopaka napisała, że się odnalazł. Nie chcę tego opisywać, to zbyt prywatne, ale gnojek (mentalnie, nie wiekowo) wykazał się skrajną nieodpowiedzialnością. Należałoby się lanie na kwaśne jabłko.
I to właściwie wszystko na dziś. Albo prawie wszystko.

W planach mam czytanie książki pożyczonej od Bogusia, bo najwyższy czas ją dokończyć, trzeba niebawem zwrócić koledze jego własność, ponieważ dobiega końca moja hospitalizacja. Na obiad dogodzę sobie francuskim daniem clafoutis z czereśniami, które wreszcie wczoraj wydrelowałam do końca. Pomogła mi trochę sąsiadka, która przed moim domem przysiadła się na pogawędkę. Potem przyszła jeszcze T-owa i miło, lekko spędziłyśmy ten czereśniowy wieczór. To lubię!

Wpadła też w odwiedziny koleżanka ze swoim psem, co mnie bardzo ucieszyło, bo dawno się nie widziałyśmy. Gdy emocje ze znaną nam obu D. opadły, zyskałam poczucie większej klarowności w moich relacjach. Jakoś tak przejrzyściej, chociaż chwilami pusto w uwolnionej przestrzeni. Sądzę, że to stan przejściowy, bo natura nie znosi próżni i prędzej czy później pojawi się coś lub ktoś w zamian. A przynajmniej nie rozpraszam swojej energii na ludzi tego niewartych. Więcej czasu na tę książkę od kolegi i inne obchodzące mnie sprawy.

czwartek, 2 lipca 2026

Meldunek z dzisiaj

Jaka cudowna pogoda dzisiaj! Polało deszczem i ochłodziło się, Oddycham z ulgą.

Na oddziale dzisiaj dzień był niezły, choć miałam chwilę kryzysu, gdy zrobiło się gwarno i głośno. Opanowałam się jednak, a i ludzie okazują się pomocni, gdy się im taką potrzebę zasygnalizuje. Kolega Boguś nawet zaproponował, że będą przy mnie mówić pojedynczo. Miło...
Jutro być może zostanę poproszona o podsumowanie swojej hospitalizacji, bo to już przedostatnia terapia grupowa, w której będę uczestniczyć. Za tydzień kończę swój pobyt. Podsumowanie nie będzie jednoznaczne, bo ten szpitalny czas był dla mnie słodko - gorzki. Ośmielę się nawet powiedzieć, że z przewagą trudności. Ale i z wartościową nauką: mamy realny wpływ na własny stan psychiczny, możemy w życiu wybierać, czy lepiej użalać się nad sobą, czy poszukiwać rozwiązań. To poszukiwanie to wyzwanie nie lada, o wiele łatwiej jest grzęznąć w emocjach. Żałuję, że tak późno zaczęłąm otwierać się na innych pacjentów i inne rozwiązania swoich problemów. Mimo że widzę możliwości, nie znaczy to, że w cudowny sposób zniknęły niemiłe uczucia. Nawet dzisiaj popłakałam się w ukryciu z przykrości i rozdrażnienia hałaśliwymi zajęciami.

Po wyjściu z oddziału przejechałam się do Urzędu Pracy po stosowne zaświadczenie potrzebne do starań o rentę. Mają mnie zawiadomić, kiedy będzie gotowe. Zapomniałam natomiast o poczcie (przyszło avizo) i rejestracji do lekarzy (neurolog, laryngolog). Jutro trzeba to załatwić - jak amen w pacierzu.

środa, 1 lipca 2026

Czereśniowe refleksje.

Oj! Huśta mną i huśta. Co dzień to inny nastrój, ale zauważyłam, że mam na to spory wpływ. Jak powiedziała koleżanka z oddziału - nikt tak nam nie potrafi spieprzyć życia jak my sami. W depresji trudno zmusić się do jakiejkolwiek aktywności a jednak warto. Podkreśla się znaczenie najmniejszych sukcesów w pokonywaniu siebie, porządkowaniu dnia, odnajdywania celu w swojej codzienności.
Depresji mi nie zdiagnozowano, ale zaburzenia nastroju są moim udziałem i potrzebuję sobie z nimi radzić. Miałam wypróbowane sposoby, o których ostatnio skutkiem różnych trudności zapomniałam. Trzeba je wpisać w plan dnia niczym zadania. Nie tylko małymi krokami realizować plany, ale też pamiętać o przyjemnościach, przed którymi często powstrzymuje zwykłe wygodnictwo. Najłatwiej przecież wylegiwać się na kanapie i snuć się z kąta w kąt. Znam jednak opowieści osób, którym w depresji zalecono spacery i te - początkowo wykonywane z niechęcią - po jakimś czasie pomagały.

Wczoraj skorzystałam z zaproszenia znajomej na czereśnie. Jedna z moich dwóch przyjaciółek, od lat mieszkająca za granicą, poprosiła mnie, bym skontaktowała się z jej mamą, która nie odbierała od niej telefonów. Niepokoiła się, jak mama radzi sobie w okrutne od kilku dni upały.
Zadzwoniłam więc. Pani A. nie od razu odebrała, ale w końcu się odezwała  i uspokoiła, że u niej wszystko w porządku. Popytała, co u mnie, zrelacjonowała pokrótce swoje sprawy, po czym zaprosiła mnie do siebie na czereśnie. Pomimo upału i niechęci do ruszenia się z domu, jednak wybrałam się na wieś - i nie żałuję.
Tam też oczywiście gorąco, ale jednak inne powietrze i inny świat. Zieleń, natura, spokój. Stojąc wysoko na drabinie nazbierałam wiadro słodkich owoców, naprawdę przepysznych. Potem rozmawiałyśmy na podwórku, przyglądając się zaniepokojonemu naszą obecnością kwiczołowi. Ptaszek polatywał z miejsca na miejsce, coś tam po swojemu wykrzykując, a ja miałam okazję sfilmować go za pomocą telefonu.

Pani A. już chyba dobiega osiemdziesiątki, jest, o ile mi wiadomo, starsza kilka lat od moich rodziców. Dzielnie radzi sobie w gospodarstwie, ale czułam cień smutku na jej widok. Po dłuższej przerwie w kontakcie zauważa się upływ czasu. Kilka lat temu owdowiała i teraz sama "ogarnia" ogród, dom, drób. Roboty jej nie brakuje. Wstępnie umówiłyśmy się na jesienny zbiór orzechów.

Ta wyprawa na wieś prawdziwie mnie wczoraj zrelaksowała. Miałam poczucie dobrze spędzonego czasu, cieszył mnie też kontakt z drugim człowiekiem. Choć daję sobie radę we własnym towarzystwie, jednak prawdziwie ożywczo działają na mnie dobre relacje.

Potrzebuję je odbudować, bo odkąd D. poszła w odstawkę, zrobiło się w moim życiu... luźno.

Dziś natomiast poczyniłam pierwszy krok w drodze do renty chorobowej. Wybrałam w ZUS-ie stosowne formularze. Boję się tej drogi, ale czy cokolwiek mam do stracenia? Najwyżej mi tej renty nie dadzą.

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Żal

Staram się być dzielna, ale nie zawsze wychodzi. Zdaję sobie sprawę, że muszę mocno popracować nad akceptacją swoich ograniczeń. Ale przychodzą chwile, gdy chce się usiąść i płakać, chociaż obiecywałam sobie nie przejmować się tak bardzo. Obiecywałam sobie mieć dystans i nie udaje mi się.
Zachciało mi się dzisiaj płakać, gdy w gwarnym pokoju ludzie zapalczywie dyskutowali o różnych ciekawych sprawach, a ja nie miałam szans ani w pełni usłyszeć, ani powiedzieć czegoś od siebie.
Boguś, moja zeszłoroczna ostoja w hałaśliwym gronie, w tym roku zawiódł i smutno mi, że może już nie będzie tak jak wcześniej, że go przerosły te komunikacyjne problemy. Zosia zaczęła zwierzać się ze swoich myśli, ale gdy wtrąciłam swoje trzy grosze, nie dała mi dojść do słowa.
Eeeech!

...I w ogóle czuję się beznadziejna, przysparzająca innym samych problemów.
Tak, wiem: żal przeze mnie przemawia i chwilowe emocje. Ale je mam i już.

niedziela, 28 czerwca 2026

Snuję plany

Poprawia mi się samopoczucie, choć jeszcze po drodze zdarza się gorsza chwila. W długiej telefonicznej rozmowie przyjaciółka powiedziała, że teraz jest ze mną "zupełnie inna gadka". Nie mam już tak silnych "zjazdów", nie przesypiam też popołudni, jak jeszcze niedawno. Coś mi się chce robić, działać, żyć. Jak dobrze!

Powtarzam się, ale czuję spory wstyd, że czasami demonstrowałam swój zły nastrój całemu światu. Jak rozhisteryzowana smarkula. Boguś bardzo grzecznie, ale jednak wylał mi na głowę kubeł zimnej wody i dobrze zrobił.

Dzisiejsza niedziela upalna i leniwa. Wczoraj popływałam na basenie (cudownie!), a dziś leniuchuję w domu, czytając i snując plany na najbliższą przyszłość.

Chcę wreszcie uprzątnąć mój blaszany garaż i wynająć go jakiemuś posiadaczowi samochodu. Zapewni mi to pieniądze na różne dodatkowe potrzeby i drobne zachcianki. Umyśliłam sobie, że bez kombinowania i ceregieli zakupię do piwnicy jakiś niedrogi regał w jakiejś Mrówce czy innej Castoramie. Podobno są takie plastikowe, których cena nie "zabija". Planuję też "ożenić" mojego szwagra z robotą: niech mi zrobi pakę na brykiet pod oknem przed domem i niech ta paka posłuży mi też za stolik pod kawę na świeżym powietrzu. Mój dotychczasowy stolik przeniosę na tył domu i dokupię sobie do niego parasol, bo za domem jest bardzo słonecznie. Tam, z tyłu budynku mamy ogródki działkowe, zieleń i więcej prywatności, bo sąsiedzi nie przechodzą co chwila jak z przodu domu.
Moja siostra ma u mnie spory dług, więc zaproponowałam, żeby mi to jej mąż odpracował. Zna się na stolarce.

Mam wizję, mam pomysły. Za momencik sprawdzę, kiedy odbierają z podwórka odpady wielkogabarytowe. Niedawno brak rozmontował mi stary regał z garażu. Stwierdził, że nie warto składać go z powrotem, bo jest wypaczony i spuchnięty od wilgoci. Zamierzałam go wstawić do piwnicy, ale skoro się nie nadaje...

...A wieczorem na rynku koncert zespołu Raz Dwa Trzy...

sobota, 27 czerwca 2026

Sobotnio

Upał okrutny, zgodnie z zapowiedziami meteorologów. Cieszy mnie wolny dzień w domowym schronieniu. Latem chwalę sobie ogromnie moje warunki mieszkaniowe, bo i zieleni trochę wokoło, a nie jakaś miejska betonoza, i cienia nieco, i okna mogę otworzyć na przestrzał, tworząc kontrolowany przeciąg. Na głowę mokra opaska z bandany i można żyć. Przed chwilą wyszłam przed dom na kawę i lody, ale nie był to najlepszy pomysł, bo znowu mi za gorąco. Pod wieczór wybieram się na basen, jeszcze nie wiem, czy z synem, czy w pojedynkę. Syn stwierdził, że jest wrażliwy na klimatyzację, bo znowu się zaziębił w jakimś sklepie. Stwierdziłam, że randka z samą sobą na pływalni to świetny pomysł.

Niedaleko od nas powstał nowy sklep Lidl. Z jednej strony fajnie, bo sklep świetnie zaopatrzony, ale z drugiej - żal kolejnych połaci zabranych naturze i półwiejskich terenów, którymi lubiłam spacerować.
Dzisiaj wybraliśmy się do tego sklepu z synem na domowe sprawunki. Lubię te wspólne chwile z młodym i nasze rozmowy. A rozmowy są coraz dojrzalsze.
Dziś zapytałam, czy mu się dobrze układa z dziewczyną i usłyszałam, że "spoko". Jest z nią już około pięciu lat i jest to pierwszy jego związek. Cieszę się, że wygląda to tak stabilnie i spokojnie. Moja "synowa" to według moich dotychczasowych obserwacji, wartościowa dziewczyna, ma - jak to się mówi - poukładane w głowie.

Cóż jeszcze mogę dziś napisać?...

Wczorajsza rozmowa z Bogusiem bardzo mnie zreflektowała. Spojrzałam na siebie cudzymi oczami, z boku i przyznaję rację: okropnie się ostatnio zapamiętałam w swoim żalu nad utratą słuchu i komunikacyjnymi barierami. Przestałam widzieć możliwości i sposoby radzenia sobie, skoncentrowana na przeszkodach. Do tego stopnia zatraciłam dystans do siebie, że chwilami, daję słowo, zachowywałam się jak "szurnięta". Dosyć mi za to wstyd, ale tłumaczę sobie: nie ty jedna, Marto masz swoje szaleństwa. Pewna pacjentka ma blizny po samookaleczaniu, ktoś się przyznał, jak wściekły kopał meble, inna koleżanka w emocjach nie żałuje wulgaryzmów. A wszyscy pokazują też drugą, ludzką twarz, niejednokrotnie (ba! przeważnie!) pełną wrażliwości.

Wśród takich oto wspominek i drobnych aktywności upływa mi dzisiejsza sobota. Pora wziąć się za leniwy, upalny szybki obiad.

piątek, 26 czerwca 2026

Oddziałowe newsy.

Boguś zaraz rano nawiązał do mojej wczorajszej wiadomości. Rozmowa bardzo oczyściła atmosferę i jest mi o wiele lżej. Przedstawił mi naszą relację ze swojej, też wcale niełatwej perspektywy, uprzytomnił mi też, jak bardzo dałam się pochłonąć własnemu złemu nastrojowi i zafiksowałam się tylko na swoim nieszczęściu. Stwierdziliśmy, że jesteśmy podobni do siebie i empatia czasami nas gubi, jedno boi się zranić czy obciążyć drugie. Z tego wynikają czasem nieporozumienia i niepotrzebne stresy.

Dzięki tej rozmowie mój dzień był dzisiaj nadspodziewanie udany.

A teraz chwila błogiego leniuchowania, może jakieś pobieżne domowe porządki, a pod wieczór mam chętkę na basen. W zeszłym tygodniu byliśmy z synem na pływalni po raz pierwszy od bardzo dawna. Obawiałam się wysiłku po operacji, a jednak obawy okazały się zupełnie niepotrzebne.

czwartek, 25 czerwca 2026

Przykrość i planowana konfrontacja.

Spotkała mnie przykrość, aczkolwiek niezamierzona.
Kolega Boguś alias Z. (niech będzie to pierwsze, bo bardziej mi się podoba) wspomniał na terapii grupowej, że czuje się przebodźcowany. Całkowicie to rozumiem, bo sama doświadczam tego do potęgi n-tej. Wspomniał, że jest gwarno i że "Marta głośno mówi". Nic takiego, ale poczułam ogromną, nieadekwatną wręcz przykrość. Potem, przy obiedzie on zauważył mój zwarzony humor i zapytał, nad czym tak rozmyślam. "O rozmaitych zawiłościach świata tego" - odparłam żartem. On wtedy coś tam dodał, czego już nie pamiętam, ale odpaliłam na to: "Skoro jestem za głośna, nie muszę wcale się odzywać". On zaczął tłumaczyć, że rozumie iż wynika to z mojego niedosłuchu. Nic już na to chyba nie odpowiedziałam albo coś zdawkowego i zajęłam się jedzeniem. On zapytał, czemu się tak zdenerwowałam, więc już z pewną irytacją odparłam: "Nieważne" i ostentacyjnie wpakowałam nos w książkę. Po chwili wyszłam z jadalni, aby nie okazać emocji.
Chodzę po tym już dwa dni jak struta. Jest mi serdecznie przykro. Liczyłam na powrót relacji, ciepła, rozmów, a niestety, nie ma na to szans. Pochłonęło go inne towarzystwo. Żałowałam, ale niebawem poszłam po rozum do głowy i zaczęłam się zwracać w stronę innych osób. Nawet nieźle szło, czułam zadowolenie i otuchę. Wtedy właśnie usłyszałam, że jestem za głośna.
Wiem, że mam tendencję do głośniejszego mówienia, ale nie do końca jest to ode mnie zależne, często dzieje się to spontanicznie i bezwiednie. Czuję się też potraktowana niesprawiedliwie, bo ani nie gadam najwięcej w grupie, ani też nie brak innych dosyć donośnych głosów. Boguś ciągle jest w jakichś interakcjach, bo albo mu się zwierzają wspomniane koleżanki, albo sam dołącza do innych osób i gada, gada, gada. Ale to ja jestem za głośna.
Mimo to zdecydowałam się dzisiaj na SMS do niego z wiadomością, że trochę przesadziłam i chciałabym porozmawiać na ten temat, bo nie chcę między nami nieporozumień i konfliktów. Dodałam, że rozważałam też omówienie tego na grupie terapeutycznej, ale sama nie wiem, co lepsze. W domyśle, decyzję pozostawiam jemu. Napisałam to i wysłałam - raz kozie śmierć!
Teraz czekam na odpowiedź. Pewnie się tak szybko nie doczekam, bo zorientowałam się już, że takie sprawy "załatwia" dość późnym wieczorem.
Jeśli nie odpowie, wyciągnę to na forum grupy pomimo dużej tremy. Tremy, bo to jednak dość osobiste i śmiałe. Jest w tym wątek mojej zawiedzionej nadzieli na przyjazną bliskość.
Swoją drogą - te relacje... Jest na oddziale parka przesiadująca w objęciach i trzymająca się za ręce. Nie sądzę, by to było coś więcej niż potrzeba okazania sobie ciepła, ale jednak wygląda dwuznacznie. A na oddziele zapowiedziano nam jasno, że tu się raczej w tego typu relacje nie wchodzi albo automatycznie oznacza to zakończenie pobytu.