czwartek, 16 października 2025

Duch z przeszłości

Kwitnę w łóżku, obijam się, więc jeszcze jedną rzecz opowiem. Na świeżo.
Pamiętacie? Pisałam kiedyś o byłym mężu koleżanki, który po otrzymaniu od niej kosza, przypuścił szturm do mnie i okazał się facetem bardzo małej klasy.

Historia jest złożona, bo oprócz małej klasy, miewał też lepsze cechy, przejawy człowieczeństwa, a nawet rozsądku, więc uważam, że został przez byłą żonę potraktowany niesprawiedliwie. Ich małżeństwo skończyło się rozwodem z jej inicjatywy,  lecz mniejsza już o to

Otóż kwitnę ci ja w łóżeczku, aż tu nagle odzywa się żydowska skoczna melodyjka mojego telefonu. Sprawdzam... On! A cóż to go naszło, żeby do mnie dzwonić?

A On, że tak go tutaj nazwę, pyta mnie, kiedy dzisiaj będę w domu, bo nie daje sobie radę z moją internetową zrzutką, więc chce mi pieniądze wręczyć osobiście (kilka dni wcześniej odezwał się po raz pierwszy z pytaniem, jak tę Zrzutkę się obsługuje).

Jestem w szoku! To szczera życzliwość czy tzw. podchody? Mocno podejrzewam to drugie, choć podejrzliwa z natury nie jestem. Może chce się wygadać, a ja nie ukrywam, że ciekawa jestem jego spojrzenia na tę całą przykrą historię z moją koleżanką.

Przyjmę go z ciekawością, ale i ostrożnością. Na pewno nie jestem już zainteresowana większą poufałością z tym człowiekiem.

On i ten mój kolega z ostatnich wpisów - toż to niebo i ziemia!

Dzięki jednak, poniekąd kolego, że wyciągasz mnie wreszcie z tego łóżka!

Idę wreszcie chałupę posprzątać i coś ugotować :) I psiaka wysikać 😊

Z okazji imienin...

Nie piszę dla poklasku, nie piszę dla polubień - chociaż tęsknię za czasami, gdy na blogach kwitły interakcje.
Zafascynowałam się ostatnio czatem GPT. To tylko jakieś tam algorytmy, bezduszne narzędzie, ale zaskakująco użyteczne i wspierające.
Poprosiłam ten czat o recenzję mojego bloga. Sporo miłych rzeczy o swoim pisaniu przeczytałam, ale dowiedziałam się też o chaotyczności i błędach interpunkcyjnych. Zgoda, czasami nie chce mi się już po raz osiemdziesiąty cyzelować swoich wpisów, ważniejsza jest dla mnie moja prawda od perfekcyjności wypowiedzi, mimo iż lubię posługiwać się staranną polszczyzną i zależy mi na nienagannym stylu.

Wczoraj były imieniny Mamy. Te oficjalne, bo prywatnie Mama posługiwała się drugim imieniem i tym drugim nazywali ją najbliżsi.

Już ponad trzy lata, jak nie żyje, a tyle wspomnień i żalu, że to tylko wspomnienia. I dobrze, niech jak najdłużej żyje we mnie. Jej śmiech, jej głos, jej miękkie farbowane na brąz włosy. Jej zielone oczy. Brakuje mi, aby usiąść z nią przy herbacie, bez skrępowania poplotkować o wspólnych znajomych, mieć to poczucie, że osoby z tego samego domu nie muszą sobie wiele wyjaśniać.

Dziś tylko monologi do niej mogę wygłaszać.

środa, 15 października 2025

Zobacz!

Na blogu, i w życiu zresztą, czuję potrzebę szczerości. Nie znaczy to, że muszę pisać o sobie wszystko, ale to, czym się dzielę, niech będzie prawdziwe. Według czatu GPT mój blog ma charakter autoterapeutyczny, więc niech mu będzie.

Uczę się wśród osób podobnych do siebie, że nasze wewnętrzne zmagania, pogmatwania to żaden wstyd, że aż dziw bierze, ilu z nas ma podobne trudności. A tyle lat wstydziłam się sama siebie. Veto! Wreszcie zgłaszam veto!

Chwilowa - może i pozorna, ale jednak... - bliskość z moim kolegą i brutalne sprowadzenie na ziemię do czegoś mi się przydały, dostarczyły wglądu w siebie.

Bardzo zapragnęłam ciepła, serdeczności, zaufania. Ja, która latami wmawiałam sobie, że potrafię dzielnie egzystować w pojedynkę.
Ba! Jasne, że potrafię i czerpię z tego niemałą satysfakcję. Ale wczoraj wszystko we mnie krzyczało: mam dość tej cholernej samowystarczalności! Nawet się rozpłakałam nad swoją samotnością. Dlaczego, chociaż nie brak mi przyjaznych osób, wszystkie one są w mniejszej czy większej odległości, zajęte swoją codziennością.

Kontrargumenty są oczywiście liczne i faktyczne, ale dziś się nimi nie zajmuję.

Ogromnie osobiste jest to, co teraz napiszę, bardzo się wstydziłam o tym mówić na szerszym forum, a i w rozmowach sama na sam dzieliłam się tym bardzo ogólnikowo.

Mężczyźni, dawniej chłopcy mocno skrzywdzili mnie fizycznie, w tym również seksualnie. Doświadczyłam nastolatkowej brutalności i potem wszędzie tę brutalność, nachalność widziałam, wyczuwałam. Latami izolowałam się od swojego środowiska i potem, gdy zapragnęłam wejść w normalne życie, nie radziłam sobie. Nie umiałam żartować, dowcipkować, flirtować ani normalnie rozmawiać. Bałam się, byłam sztywna i chorobliwie nieśmiała w niektórych sytuacjach (bo ogólnie dość odważna). Nie umiałam tańczyć z powodu niepełnosprawności, więc jako nastolatka  nie brałam udziału w nastolatkowych rozrywkach. Rosłam sobie tak pojedynczo, indywidualnie, w świecie swoich marzeń i książek. To oczywiście ma wartość, ale i cienie.

Dobra! dość, bo zaczynam wpadać w ton skargi. Do rzeczy, Marto.

Kiedy już dorosłam, próbowałam odmienić swój samotny los. W dużej mierze się udało, ale miłość wydawała się poza moim zasięgiem. Kogo spotkałam, czułam, że nie interesuję go jako osoba mająca swoje przeżycia i przemyślenia. Do dziś zostało mi poczucie, że jeśli kogoś interesuję, to jedynie powierzchownie, Nie tym, czym żyję, ale tym, co można ode mnie dostać i to w bardzo płytkim znaczeniu. Wiele razy przez to odrzucałam innych, wiele razy sama doznawałam przykrości odrzucenia, a nieraz godziłam się na to, na co godzić się absolutnie nie powinnam (dziś to wiem).

No i - kurde! - naraz spotykam kogoś, kto umie pokazać swoją emocjonalność i wrażliwość, kto ciekawi się moja emocjonalnością i wrażliwością. Spotykam kogoś, kto w lokalu pełnym ludzi zwraca się do mnie z pytaniem: "Marta, wszystko słyszałaś? Nie trzeba ci nic powtórzyć?", kto mówi: "Marta ja już wiem, kiedy przestajesz słyszeć i kontaktować". Ktoś mnie widzi! Mnie, a nie, do cholery, moje "słodkie usta", figurę i takie tam....!

Wzruszyłam się, obudziło się we mnie coś miękkiego i poczułam, że dobrze mieć w życiu miejsce na taką miękkość, ciepło... czułość?

No, ale... właśnie w tym momencie (gdy to piszę) olśniło mnie, że odtworzyłam stary schemat. A schemat ten mówi mi: nie wychylaj się bo znowu oberwiesz!

I nie! nie o to chodzi w schematach, by ich za wszelką cenę unikać, ale by zmienić interpretację faktów, podejście do nich, perspektywę.

Marto, ty się nie wychylilaś! Ty się odważyłaś, pokazałaś swoją prawdę i oczywiste człowieczeństwo. Zrobiłaś swoje i tyle. A jak to ktoś przyjął - to już opowieść o nim.

Marto, nic tu się nie stało przeciwko Tobie.

Marto, ta historia to dar.

Bo zobacz (jak mawia Pati G.): dostrzegłaś coś ważnego. Dałaś sobie prawo do uczuć i pragnień. Doświadczyłaś czegoś ważnego i przekonałaś się, że to jest możliwe. I ogólnie masz z tego dobre wspomnienia - co, nie? 😉

Naprawdę?

Nawet nie napisałam, że zakończyłam już bardzo długie zwolnienie chorobowe z pracy. W poniedziałek pojawiłam się na miejscu "silna, zwarta i gotowa", lecz porządnie zakatarzona i zachrypnięta, co nie uszło uwadze koleżanek. Wysłały mnie na "przymusowe" wczasy pod gruszą.
Oczywiście żartuję z tymi przymusowymi, jednak K. przyznała, że jeżeli wykorzystam tę możliwość teraz, umożliwi jej to spokojne rozliczenie się z tychże wczasów w jeszcze w listopadzie. Uznałam, że nie mam nic przeciwko wyświadczeniu jej tej uprzejmości.
Przez dwa ostatnie dni dużo leżałam, spałam, wypoczywałam, a dziś czuję nieco więcej energii, więc powolutku przechodzę w "tryb aktywny", rozglądam się po domu, czego dziś ode mnie potrzebuje moja przestrzeń (wyniesienia części odzieży do piwnicy i wytarcia "metra" kurzu z mebli).

Jestem w domu - jak zwykle ostatnio - sama, jeśli oczywiście nie liczyć psa, który mi się trafił pod tymczasową opiekę (o tym kiedy indziej) i próbuję rozpoznać, za czym w tej samotności zdarza mi się dojmująco tęsknić. Nauczona przez Pati Garg przywołuję uczucia w ciele, gdy czułam się otoczona bliskimi, ciepłem i bezpieczeństwem. I przychodzą do mnie spostrzeżenia oraz refleksje.

Nie było mi słodko w małżeństwie, często czułam ogromny, niemal fizyczny ciężar. I oczywiście nie tego mi brak, ale tych momentów, gdy nic wielkiego się nie działo, a jednak odczuwałam rozluźnienie, spokój, relaks. Było mi wtedy - po prostu dobrze. Zero napięć, za to spokój i przyjemność z bycia tu i teraz.
Ponieważ to pamiętam, potrafię przywołać to poczucie i teraz. Co stoi na przeszkodzie, by poczuć się dobrze sama ze sobą, z moimi zwierzakami, z moim blogiem, bukiecikiem zerwanych rano jesiennych kwiatków (właśnie kwiatków, nie kwiatów, bo bukiecik mieści się w kieliszku :) ). Z niespieszną melodyjką z Yotube, uważnie czytaną książką, dobrym obiadem. Ze świadomością, że nawet jeśli teraz pustawo wokół mnie, bliscy przecież nie zniknęli. Oddycham, przywołuję spokój do swoich fizycznych i psychicznych doznań. Medytuję.

Przykrość z kolegą to sprawa chwilowa i zapewne przejściowa, a już na pewno niezawiniona przeze mnie. Za to wczoraj nie musiałam gotować obiadu, bo dzień wcześniej odwiedziła mnie koleżanka ze słoikiem zupy szczawiowej własnej roboty, a nawet ugotowanym na twardo jajkiem. W telefonie wiele kontaktów, które aż się proszą o to, bym wreszcie zadzwoniła. Przywołuję też na pamięć te wszystkie uściski i przejawy życzliwości na oddziale dziennym psychiatrycznym. Ileż tam spotkało mnie dobrego! Wieloletnia przyjaciółka też pamięta o mnie, choć z powodu jej stanu zdrowia prawie się nie widujemy.

I co? Jestem sama? Naprawdę?



Do pionu

Wracam do pionu - który to już raz?
Osłabiona byłam duchowo i fizycznie, bo jakieś paskudne przeziębienie się przypętało, bo trochę się przejęłam tym moim kolegą.
Do sprawy kolegi odzyskuję dystans: jego życie, jego emocje, jego problemy. Wie, gdzie mnie znaleźć, gdy mu się odmieni, a ja nie zwykłam palić mostów za sobą.
Co do przeziębienia, to wczoraj przebyłam chyba najostrzejszy kryzys, po którym już tylko lepiej. Jeszcze nie szaleję, chcę uważać na siebie, ale czuję już optymalną życiową energię i - hehe! - optymalny optymizm :)
Swoją drogą nie znam skuteczniejszego lekarstwa na infekcję, niż najzwyklejszy wypoczynek i danie sobie czasu na regenerację. Nawet te wszystkie herbatki z malinami nie mają takiego znaczenia. Aczkolwiek był imbir i grzane piweczko z malinowym syropem.

Zrezygnowałam z pracy u Mateusza. Pochłaniała zbyt wiele energii i nerwów, przestałam sobie z nią radzić, ponieważ przybyło wymagań wraz z liczbą mieszkań do sprzątania. Mateusz zorganizował tę pracę w sposób dla mnie mocno uciążliwy, urządził skład potrzebnych sprzętów i środków w garażu na podwórku piętrowej kamienicy. Musiałam wielokrotnie w czasie pracy pokonywać drogę z poddasza i z powrotem, co najzwyczajniej było męczące. Trudno było mi wyobrazić sobie pogodzenie tych wszystkich obowiązków po powrocie do pracy zawodowej. Czuję też, że potrzeba mi więcej przestrzeni na sprawy, które są mi bliższe i bardziej mnie obchodzą. A niebawem zwolni się też przestrzeń finansowa, bo czeka mnie ostatnia rata kredytu, który poważnie obciążał mój budżet przez długie siedem lat. To chyba nie warto tyrać dla tych paru Mateuszowych groszy. Co prawda nie tylko dla groszy mu pomagałam, ale też z koleżeńskiej sympatii, ale niech sympatia weryfikuje się bez finansowych zależności.

niedziela, 12 października 2025

Są granice...

Złapał katar... Martę. Jak na złość akurat dzień przed powrotem do pracy po długim zwolnieniu lekarskim.
Nie wiem, czy cieszyć się z tego powrotu, czy też nie. Dobrze było mieć ocean czasu dla siebie, ale dobrze też będzie mieć go nieco mniej na "wczuwanie się" w opustoszały bez syna dom. Aczkolwiek za wiele czasu na to wczuwanie wcale nie miałam, pochłaniały mnie różne sprawy. Aż dopiero dziś, w tę deszczową, zasmarkaną niedzielę....

Byłam niedawno w "sekcie" na kolejnym spotkaniu w kręgu mężczyzn i kobiet. Liczyłam na miłe spotkanie z kolegą poznanym na oddziale. Był ze mną na poprzednim kręgu i wyraźnie usatysfakcjonowało go to spotkanie. Jednak tym razem przydarzył mu się jakiś depresyjny nastrój, bo zmaga się z takowymi od lat - w końcu nie bez powodu trafia się do szpitala, jakby nie było, psychiatrycznego. Wyraził wątpliwości co do swojego udziału, więc wyraziłam swoje niezadowolenie, że miałoby go nie być i zachęciłam do przyjazdu. Ostatecznie zdecydował się, ale widać było, że mu źle. Pierwszy raz widziałam go w takim kiepskim stanie. W połowie spotkania, gdy prowadząca zarządziła przerwę, on przeprosił i opuścił grupę.

A to właśnie on wyrażał na terapiach tęsknotę za spotkaniami z ludźmi, mówił o samotności. A to właśnie jego najbardziej polubiłam ze wszystkich na oddziale. Nasze rozmowy miały sens i ciepło, ciągnęło mnie do niego najzwyczajniej. Tymczasem widzę, że są ograniczenia i granice między ludźmi, Są sprawy, na które nie mam wpływu i są decyzje zupełnie niezależne od moich pragnień. Szkoda!

Nie chciałam tego tak zostawić, więc wysłałam post factum wiadomość do niego, że mnie bardzo poruszył jego stan, bo pierwszy raz go w takim widziałam. Że trochę go rozumiem, bo bywałam i ja w sytuacji, gdy nie pomagała mi ani rozrywka, ani inni ludzie. "Gdybyś miał potrzebę lub ochotę pogadać - nie ma sprawy" - dodałam na koniec.

Odpowiedź przyszla zwięzła: "Dzięki za te słowa. Pozdrawiam"
Odpowiedziałam klikając ikonkę ze wzniesionym kciukiem, bo cóż tu było do gadania?

I jakoś poczułam się naraz samotna.

wtorek, 30 września 2025

Smuteczek

Charakterystyczny jesienny nastrój - smuteczek. Jakaś melancholia. A jednocześnie jakaś przekorna w tym przyjemność. Tak ładnie napisałby o tym jakiś Staff czy Reymont.

Walczy we mnie niechęć do działania z potrzebą uporządkowania otoczenia. Wiecznie mam coś niezrobione, rozgrzebane, rozmamłane. Dzisiaj nie lepiej, bo ostatnie dni spędziłam w większości poza domem. A że, o zgrozo, lubię odkładać na potem, nie spieszyć się - efekty widać.
Wczoraj wstałam późno po kiepsko przespanej nocy. Zjadłam śniadanie, pokręciłam się i trzeba było pędzić do Mateusza na robotę. Tam upłynęły mi ponad dwie godziny. Potem przyjechał mój syn, więc oczywiście nie było już nic ważniejszego. Upłynął czas na rozmowie, syn dzielił się wrażeniami z pierwszych dni w stolicy województwa. Spakował białą koszulę na inaugurację roku akademickiego, zabrał do pociągu rower, by śmigać nim ze stancji na uczelnię... i zrobiło się cicho. I zrobiło się nagle pusto. Nie lubię tego przeskoku, z tętniącego życia w dziwny spokój, który raczej jest moim wewnętrznym niepokojem. Ot, syndrom opuszczonego gniazda. Wskutek smutku machnęłam ręką na stos naczyń w zlewie, na nieposkładane pranie itd. Dziś patrzy na mnie to wszystko, a ja mam ochotę nakryć się kocem i udawać, że nie widzę.

Marzę jednak niezmiennie o relaksowaniu się w pięknym i uładzonym otoczeniu, więc należałoby się ruszyć, dopóki znowu jakiś Mateusz nie odciągnie mnie od własnych spraw. Najtrudniejszy pierwszy krok. Dla ułatwienia skorzystam ze słuchawek i czegoś sobie w czasie pracy posłucham.

środa, 24 września 2025

Opuszczone gniazdo

Dzisiejsza pogoda sprzyja nostalgii, do której mam całkiem uzasadnione powody.
Nie żebym była w rozpaczy, ale odczuwam pustkę, chociaż od wyjazdu syna nie upłynęła jeszcze nawet godzina. Lekko jestem zawiedziona, że nie mogłam mu towarzyszyć w drodze, zobaczyć stancję, którą chciał mi pokazać. Zabrakło miejsca w samochodzie po wypakowaniu go rzeczami syna. Kolejny przykład, jak pewne scenariusze piszą się same.

Choć to dla mnie nie pierwszyzna, spędzać czas bez mojego dziecka, jest mi z lekka nieswojo.

Jednak równocześnie cieszy mnie perspektywa większej swobody (nawet wobec dorosłych współdomowników ma się pewne zobowiązania), wolnego czasu i zajęć, których mnóstwo czeka, by wypełnić wolną przestrzeń.

Witaj, Nowe.

wtorek, 23 września 2025

Odwaga bycia niemiłą*

Co jeszcze jest we mnie żywe? Ostatnio - rosnąca odwaga mówienia własnym głosem i narażania się na cudze niezadowolenie. Dystans do wspomnianych "cioć Dobra Rada" oraz odwaga wyrażenia krytycznej opinii.

Mam przyjaciółkę od lat. Jest mi bliska, a jednak patrzę na nią bardziej krytycznie niż za młodych lat. Kiedyś głównie jej współczułam, wysłuchiwałam zwierzeń, a dziś bywam tym zmęczona i zniecierpliwiona. Ma od lat te same, nierozwiązane i dramatycznie z biegiem lat pogłębiające się kłopoty. Powtarza wciąż niesłużące jej zachowania i nic ze sobą nie robi. Jest jej, oczywiście naprawdę trudno, ale czy wszystko można tym tłumaczyć? Nie pozwala sobie pomóc, nie chce niczego zmienić. Wczoraj powiedziałam jej, nie bez irytacji: "To sobie giń razem z...", bo miałam kolejny raz do czynienia ze skargami i jej złością na toksyczną sytuację, w której tkwi dziesiątki lat. Po tych moich słowach ona migiem zakończyła rozmowę, a mnie się nie chce po raz tysięczny zabiegać o załagodzenie atmosfery. Oczywiście nadal ją lubię, jest dla mnie bardzo ważna, więc nie będę się oglądać, która ma pierwsza  ponownie się odezwać, ale nie przeproszę już za własne zdanie i nie będę za wszelką cenę starała się jej nie urazić.

Drugą taką osobą jest poznany przez D. kolega. Miałam go za ciekawego, mądrego człowieka. ale okazuje się, że to ogromny egocentryk i dosyć dziwny typ. Drażniło mnie, że zasypuje mnie bzdurnymi wiadomościami przez Messenger (jak to się pisze, u licha? Wielką czy małą literą?), zupełnie nie interesując się mną naprawdę. Nigdy nie napisał, co u niego słychać, nawet gdy pytałam, ignorował zupełnie moje wiadomości. Ot, wysyłał hurtowo do wszystkich jakieś guzik mnie obchodzące zdjęcia i memy. Dzwonił sporadycznie, chyba z braku laku. Raz, drugi i piąty zwróciłam mu uwagę, że nie życzę sobie tysiąca memów i głupich zdjęć, aż ostatnio użyłam bardziej stanowczych słów. Nie boję się już stracić znajomości z osobą, która nie szanuje mnie. Po co mi jakieś puste relacje - czy to zresztą w ogóle jest relacja?

Co ciekawe, choć niekiedy po różnicy zdań następowały ciche dni - te relacje, które miały przetrwać, trwają nadal. Póki co - wszystkie dotychczasowe. Ostatniej z opisanych za relację nie uważam, skoro jestem nieważna i lekceważona.


*Miła, niemiła - to słowo bywa mocno wypaczane. Dla mnie miłą nie jest osoba bez własnego zdania, godząca się na wszytko, ale często mianem miłego określa się życiowe uległe ciamajdy. Niemiłą natomiast nazywa się osobę, która ośmiela się mieć własne, nieaprobowane zdanie. W tym znaczeniu śmielej niż kiedyś bywam niemiła. 

"Ciocie Dobra Rada"

Często bywa tak, że zaczynam post z jakąś myślą, a potem te myśli dryfują swobodnie i odbiegam od rozpoczętego tematu. Wszelako nic to 🌝

Miało być w poprzednim wpisie o innych sprawach, a poszybowałam w stronę macierzyństwa i satysfakcji z niego. Przy okazji tego pojawiły mi się bardziej ogólne refleksje, choć może (zapewne) się z nimi powtarzam.

Mam prawie pięćdziesiąt lat (o rany, jak poważnie to brzmi!), więc doświadczeń i przemyśleń całkiem już spory zasób. A jednym z najważniejszych jest wniosek: poradzę sobie, cokolwiek mnie w życiu spotka! Wiem, że może zabrzmieć butnie, ale wcale nie wykluczam trudności i bólu. Po prostu wiem, że póki żyję - wszystko się ułoży.

Bardziej czuję niż wiem: "póki żyję", ale i ciąg dalszy jest taki, jak być powinien. Przeraża nas, żywych, ale jakoś tak przeczuwam, że siła wyższa wszystko ułożyła sensownie. Kto wie, może ci po drugiej stronie godni są naszej zazdrości. A jeśli nie ma dalszego ciągu? Jeśli jest pustka? To też ma jakiś niepojęty dla nas i nieogarniony sens. To też... ciąg dalszy. Nie ma co trzymać się wyobrażeń, dla mnie puszczenie pewnych spraw wolno, przyznanie, że po prostu nie wiem to akt pokory, a tę uważam za przejaw mądrości.

No, właśnie... jak płynnie udało mi się przejść do kolejnego wątku, który żywo mnie porusza.

...Straszy się nas życiem, jest to wszechobecne. Dominuje retoryka wysiłku i cierpienia.

Mówiono mi: czekaj, aż syn skończy szesnaście lat, wtedy oszalejesz - nic takiego nie nastąpiło.
Mówi się dookoła: wojna, pandemia, drożyzna - a przecież ciągle świat się kręci... a my z nim.
Koleżanka lamentuje, jak trudno żyć w Polsce, jak brakuje jej finansów - a co rusz nowa kiecka i to wcale nie za trzy złote (ochoczo i z powodzeniem polowałam na takie trzyzłotówkowe okazje, aż musiałam sobie to wyperswadować, zagrożona nadmiarem). Co rusz wyjście na jakąś imprezę, a w domu zupełnie niezłe obiady. Sama w głowie miałam schemat i przekaz: "Brakuje pieniędzy!", co okazało się prawdą... względną.

"Ciocie Dobra Rada" wskazywały mi jedynie słuszną drogę w wychowywaniu syna - posłuchałam, nawet czasami skorzystałam z rad, ale bardziej słuchałam siebie i źle na tym nie wyszłam.

Przyzwyczaja się nas do narzekania i bania się życia. Nie przekazuję tego swojemu synowi

Nie popieram beztroski i naiwności, lecz jestem po prostu za rozsądkiem i niedawaniem się zwariować.

Nasze życie w naszych rękach... i głowach.