czwartek, 1 grudnia 2022

Rapete papete pstryk!

Trudniejszy niż zwykle jest dla mnie tegoroczny listopad.

Pierwszy bez Mamy.

Nie mam już rodziców - to tak, jakby się samemu "poniekąd umarło"*

Częściej mi smutno ostatnio, a jednak wolę odczuwać ludzkie emocje niż izolujące mnie odrętwienie. Nareszcie jestem w stanie zapłakać, zezłościć się, że Jej nie ma, choć przecież zabroniłam Jej kiedyś umierać przed setką.

Nie będzie już rodzinnych spotkań, gdy zapraszała do siebie wszystkie swoje dzieci z rodzinami, wyciągała z kredensów swoją zastawę i częstowała swoimi włoskimi specjałami.

Mama ostatnich kilkanaście lat życia spędziła we Włoszech. Tam nauczyła się włoskiej kuchni, którą lubiła i chętnie wprowadzała w nasze polskie życie.

Gdy przyjeżdżała raz, czasem dwa do roku, było to dla nas świętem i niecodziennością, żródłem radości. Nie miałam dosyć spotkań. Dwa, czasem trzy tygodnie żyłam wtedy w innej rzeczywistości, mój własny dom schodził na plan dalszy, bo chciałam spędzać z Nią jak najwięcej czasu.

Nie będzie już tych spotkań. Już się nawet nie zdenerwuję, że prawi mi kazania (zdarzało się!).

Już nie pojem jej słynnej zupy ; gdy nie miała siły, czasu czy chęci na gotowanie, kupowałą mrożoną mieszankę warzywną i z tego powstawała "jej" zupa.)

I tylu rzeczy już nie będzie ; mogłabym wymieniać je i wymieniać.

Wszystko się z Nią kojarzy, wszystko Ją przypomina. Tyle rzeczy mam od Niej. Kurtka, spodnie (niejedne), sitko do przesiewania mąki..

Tyle jej powiedzonek wciąż dźwięczy mi w uszach, wciąż jestem w stanie odtworzyć w pamięci Jej głos.

Widzę Jej brązowe włosy.

Jak to możliwe, że tak po prostu ktoś ziknął, jakby kto gumką w zeszycie wytarł. Jakby z listy uczniów w dzienniku wykreślił. Jakby nic nie znaczyło tyle lat obecności.

Jakoś tak u Osieckiej było: "Rapete papete pstryk"/


*Był w naszym miasteczku taki jeden, nie calkiem zdrowy na umyśle, miejska legenda już, który mawiał, że matka mu "poniekąd umarła".

wtorek, 15 listopada 2022

Wszystko jest po coś

 Wszystko jest po coś - od dawna w to wierzę, a moje przekonanie o tym wzrasta z upływem lat, a przypływem doświadczeń.

Dostałam dziś w pracy "prikaz", by stawiać się na miejscu o godzinie ósmej, a nie dziewiątej, jak dotychczas. Przyczyną oszczędności prądu w związku z zapowiadanymi podwyżkami cen energii.

Oj, boli! Nienawidzę porannego pośpiechu i wstawania po ciemku teraz, jesienną porą.

Ale cóż? Służba nie drużba.

Za to będę miała więcej czasu po południu i dłuższy dzień, bo i godzinę wcześniej wyjdę. Czyż to nie przyjemne?

W domu "spitoliła się" pompa do centralnego ogrzewania. Chyba się spitoliła.

Naprawię, oczywiście, to bardzo ważna sprawa, ale dzięki awarii przekonałam się, że ogrzewanie mieszkania samym piecem - póki co - wychodzi całkiem nieźle. A może da się zaoszczędzić na tym nieszczęsnym prądzie?

Nie kupiłam jeszcze węgla, bo tak się jakoś złożyło. W międzyczasie dowiedziałam się o tańszym kupnie. Kamień z serca! O połowę mniej zapłacę niż koleżanka, która opał kupiła we wrześniu czy sierpniu.

Nie ma tego złego... Naprawdę.

piątek, 4 listopada 2022

Coś ładnego.

 Żeby nie było tylko o smutkach... Dostarcza mi życie i radości.

Wreszcie udało się zrealizować zamiar odwiedzenia Bardzo Dobrego Kolegi (BDK ;) - pozwolę sobie tak go utytułować ;) ), z którym znamy się od maleńkości, a z którym nie widzieliśmy się ponad 20 lat ; był tylko kontakt przez internet.

To był weekend pełen radości, choć i tremy. Trema jednak nie przeszkodziła w szczerych i serdecznych pogawędkach, we wspólnym zwiedzaniu znanych z dzieciństwa miejsc, w zachwytach nad obfitującą w lasy okolicą. Jak dobrze przebywać z takimi "swoimi" ludźmi, których znam, od których niczego złego się nie spodziewam, którym ufam. BDK to człowiek z mojej drużyny, z mojej bajki i z mojej półki! Mało kogo tak bardzo, bardzo lubię i darzę sentymentem. Okazuje się że lata osobnego życia nie zniszczyły poczucia więzi.

Już się nie krygujemy, ale piszemy do siebie co wieczór. Rozmawiamy o sprawach poważniejszych i najbardziej zwyczajnych i chyba nas oboje cieszą te pogawędki.

Przewija się w nich motyw osobisty, temat relacji, związków, kobiet, mężczyzn, ale nie chcę sobie za wiele wyobrażać, obiecywać, być naiwną. Pożywiom, uwidiom, jak mawiają niezbyt ostatnio popularni Rosjanie. Bardzo mi się jednak podoba uczciwość i otwartość Kolegi, który niczego nie udaje, i ma odwagę pokazać się takim, jakim jest, również wrażliwym i miękkim. To i mnie otwiera, daje mi poczucie bezpieczeństwa. Jak dobrze móc sobie na to pozwolić. Jaka to miła odmiana od tych gruboskórnych facetów, których zdarzało mi się spotykać. Takich, dla których nieważna jestem ja, a jedynie to, czy chcę być z nimi w związku albo i w łóżku. Cenię subtelność w relacjach.

A jeśli zostanie między nami tylko przyjaźń i serdeczność - docenię to nie mniej.


Kiedyś wywiązała się z moimi koleżankami rozmowa o relacjach i uczuciach.

Rozemocjonowana nieco stanęłam potem nad grobem Mamy i powiedziałam: "Jeśli możesz, jeżeli masz taką moc - ześlij mi coś ładnego".

To co teraz przeżywam - nic wielkiego przecież - to już jest ładne :)

***

 Mama już ponad pół roku pod ziemią. We wrześniu minęło.

Wciąż nie mogę do końca poczuć straty, bólu, żalu.

Tylu ludzi ucieka przed bólem, a ja? Ode mnie ucieka mój ból.

Może nie jestem normalna, ale chciałabym poczuć go z całą mocą. Tak prawdziwie. Tak... normalnie.

Przecież to moja matka!


Czuł ktoś podobnie?

Jesienią jakoś bardziej...

Jesień pełną gębą - to już nie przelewki. Jedyna chyba pora roku, której nie darzę sympatią (choć czasem się udaje). Niezmiennie polska, ale już coraz mniej złota.

Wieczory po zmianie czasu nagle zrobiły się długie i choć nigdy się nad tym nie zastanawiałam, brakuje mi stopniowego ich wydłużania.

Podwórkowe, zaokienne życie zamarło, przydomowe ogródki opustoszały. I cicho tak w domu, bo syn jeszcze nie wrócił ze szkoły.

Jesienią jakoś bardziej samotnie.

Jesienią jakoś bardziej tęskno.

I chłodno.

...Chyba czas rozpalić piec.

czwartek, 8 września 2022

***

Jestem gorącą zwolenniczką i admiratorką (nie chcę pisać: "fanką", bo to takie wyświechtane i płytkie określenie) nieżyjącego już księdza Jana Kaczkowskiego.

Znany jest w mediach, pod koniec życia zrobiło się o nim dość głośno, opublikował kilka książek-wywiadów.

Człowiek o wielkim sercu i wielkim intelekcie. Rozsądny i "życiowy".

Zajmował się... śmiercią, odchodzeniem, był twórcą jednego z najlepszych polskich hospicjów. Sam przez kilka lat zaglądał śmierci w oczy, gdyż chorował na nowotwór. Pomimo to był aktywny prawie do końca, wiele dobrego dał z siebie innym Wszystko to z humorem i dystansem do siebie.

Czytywałam jego książki, bo zawsze frapowały mnie sprawy egzystencjalne, związane z duchowośccią, naszym ludzkim wnętrzem.

Już po śmierci mojej Mamy trafiłam na wywiad z nim. Opowiadał, że umierający do końca zasługuje na godność ludzką. Aktem uszanowania tej godności były rozmowy, które ksiądz odbywał z umierającymi, zastanawiając się wspólnie z nimi, jak... POMÓC BLISKIM PRZETRWAĆ SWOJE ODCHODZENIE I ODEJŚCIE.

Mama czytywała Kaczkowskiego. Nie wiem, czy już była świadoma swojej choroby, czy też to przypadek, a może jakaś tzw. potęga podświadomości, ale ze dwie pozycje chyba nawet zakupiła do swojej biblioteczki...

Gdy już była w naszym miejskim hospicjum, moja siostra odebrała telefon. Zadzwoniła hospicyjna psycholog, wyjaśniając, że dzwoni na prośbę naszej Mamy. Zaoferowała swoje wsparcie, podała numer telefonu i powiedziała, że możemy do niej telefonować w razie potrzeby.

Wywarło to na mnie PIORUNUJĄCE wrażenie. W tak ciężkim stanie, zaabsorbowana swoimi poważnymi dolegliwościami jeszcze raz się o nas zatroszczyła, o swoją czwórkę dorosłych dzieci.

Ktoś niedawno wyraził się o Mamie jako osobie wielkiego  formatu. Nie zaprzeczyłam.

piątek, 2 września 2022

"Romantyczni inaczej"

 Jestem singlem, jak to się ostatnimi czasy mawia. Rozwódką i "trochę wdową".

Wiele też lat przed małżeństwem spędzilam jako singiel.

Dawniej nie było mi z tym dobrze. Z powodu niepełnosprawności, doznanej nietolerancji i prześladowań stałam się bardzo wycofaną, pełną zahamowań dziewczyną, więc nie wchodziłam w tego typu znajomości.

Potem weszłam w dużej mierze na siłę. Chciałam mieć własne życie, takie jak inne dziewczyny, kobiety... Skończyło się fatalnie.

Od rozwodu jestem sama, jeśli nie liczyć przelotnej znajomości z R. Choć pod wieloma względami bardzo mi się ta relacja podobała, zaistniały poważne przeszkody, ujawniło się uzależnienie i nieuczciwość. Pożegnałam zatem pana.

Dziś nie szukam. Przeszłam naturalny etap smutku i poczucia straty, ale wiedziałam już, że nie warto w imię związku rezygnować z siebie.

Dziś jest mi dobrze w pojedynkę, choć dobry związek mnie ucieszy.

Nie szukam nikogo ani w tzw. realu, ani przez internet, jednak od czasu do czasu ktoś mnie zaczepi drogą wirtualną (mam np. gadu-gadu), więc czemużby nie spróbować, nie pogadać, nie poznać kogoś ot tak, bez wygórowanych oczekiwań?

Odnoszę jednak wrażenie, że o ile w realnym życiu jeszcze się zdarzają, o tyle w świecie internetu nie ma już normalnych, kulturalnych, sympatycznych i dobrze wychowanych mężczyzn.

Nie jestem raczej pruderyjna, ale nie porzebuję tego nikomu udowadniać siląc się na "wyzwolone" konwersacje,  na coś, co niektórzy uważają za flirt, a dla mnie to niewybredne zaczepki, którym daleko do wysmakowania, dowcipu, niebalalności. Lubię i pontuszyć, ale nie wszystko z każdym dopuszczam Potrzebuję swobody, a tej nie buduje się w pięć minut.

Nie owijając w bawełnę napisałam dziś jednemu, że nie życzę sobie nagabywania na intymne tematy i złośliwie dodałam, że świń razem nie pasaliśmy.

Pan nie odpisał, czego wcale nie żałuję, ale zdarzało się w przeszłości, że moja reakcja wywoływała pogardliwe komentarze, że jestem zimną kobietą, że mam jakieś deficyty.

Dawniej było mi przykro, dziś na szczęście wiem, że to nie o mnie świaeczy, lecz o nich.

Dziwię się jednak, że tak wiele tego zjawiska.

Ambicje, zachcianki czy potrzeby?

 Kupię czasem taką bzdurę, że aż przykro.

Nie są to drogie rzeczy, ale nawet dwa złote przecież mogą razem dać niezłe sumki. Sumki, które przydałyby się na rzeczy bardziej potrzebne.

Ale szmateksowym kapciom-króliczkom nie mogłam się oprzeć!

Są rozkoszne, cudownie grzeją mi bose stopy. W moich kłopotach z krążeniem to ważne a nie zawsze ma się ochotę szukać skarpet, gdy się dopiero wyskoczyło z sandałów. Wiadomo też, że gdy marznie ciało, zziębnięta, podatna na na melancholie i rozmaite niehumorki bywa także dusza. Koją mnie więc kapciuszki w dzisiejszy pochmurny dzień.

I jak to często u mnie, są przyczynkiem do szerszych refleksji i spotrzeżeń.

Lubię czuć ukojenie i zrelaksowanie. Chyba najbardziej tego właśnie szukam w życiu: wewnętrznego spokoju.

Jak to się ma do moich marzeń o rozwijaniu się, poszerzaniu umiejętności, może zmianie pracy?

Bywam często zmęczona, przytłoczona - czy to lenistwo czy też potrzeby organizmu, by się ukoić, zwolnić, zatrzymać?

Wiem z różnych źródeł, że życie pod presją to nie najlepszy pomysł, ale czy w imię spokoju rezygnować z ambicji?

Muszę się temu przyjrzeć.






niedziela, 28 sierpnia 2022

Postscriptum o szczęściu

 Pada tu i ówdzie pytanie: kiedy czujesz się szczęśliwy(a), kiedy tak się czułeś(aś)?

Miewałam problem ze sprecyzowaniem odpowiedzi.

Bo wiecie, chwil szczęścia mam tak wiele, że - trudno mi wyróżnić te szczególne, te nadzwyczajne.

Bywam szczęśliwa z byle powodu, natomiast jakiegoś spektakularnego szczęścia typu wielka, zapierająca dech miłość, niezwykła podróż - nie zaznałam.

Czasami robiło mi się przykro w chwilach zastanowienia: jak to? nie jestem szczęśliwa?

Ale dziś znam odpowiedź.

Szczęśliwa jestem, gdy czuję zgodę na tu i teraz. Gdy niczego nie pragnę więcej, gdy dobrze jest jak jest.

Gdy pędzę rowerem przez pola i mam wiatr we włosach a w oczach łany kwitnącego rzepaku.

Gdy usmażyłam stos naleśników i patrzyłam, jak mały synek pałaszuje z kolegami.

Gdy słyszę syna chichranie się z kuzynem w drugim pokoju.

Gdy siedzę przed domem zrelaksowana, z poczuciem spełnionych domowych obowiązków.

Gdy wiosna skrada się jak złodziej, a ja ją przyłapuję na tych nieśmiałych krokach, gdy zmienia się barwa powietrza w sierpniu, a październikowe poranki przeszywają rześkim powietrzem.

Szczęśliwa jestem... gdy to zauważam.

Gdy czuję że żyję!!!

Gdy jest we mnie zgoda na siebie samą i na moje życie.

Nie potrzebuję fajerwerków.

Bo czasami byle iskra rozpala we mnie fajerwerki. We mnie, nie na zewnątrz.

Głos serca

Zauważam w tym wpływ medytacji i tych wszystkich bliskich mi artykułów o wewnętrznym przebudzeniu, zaakceptowaniu życia, jednak zawsze skłaniałam się ku temu, że "właśnie to jest ważne, co nieważne"*, że "chwila, która trwa, może być najlepszą z twoich chwil"**.
Czasami nic się nie dzieje, a jednak dzieje się tak wiele.
Sztuką jest właśnie to docenić i zauważyć. W takiej chwili doszukać się uroku i magii.
Myślę, jak opisałby moją dzisiejszą niedzielę Turgieniew albo Czechow, albo choćby Małgorzata Musierowicz.
Jak odmalowaliby nastrój leniwej, nudnej niedzieli, kiedy tylko kurz na drodze, wyciągnięty na podwórku pies, omdlałe kwiaty w ogródku?
Czułam się dzisiaj niczym w serialu "Ranczo", gdy od niechcenia pogadywaliśmy z sąsiadami przed domem... o niczym właściwie. Czułam się jak bohaterka malarskiej sceny rodzajowej.

I taka myśl mnie naszła... Po raz nie pierwszy.

A może moje życie jest dobre, jakie jest? Może niepotrzebnie szukam nie wiadomo gdzie?
Marzyłam i marzę, by robić coś innego niż robię. Coś w tym kierunku przedsiębiorę, ale wraca chęć, by odpuścić, przystanąć, poleżeć na kanapie. I trudno mi rozeznać - czy to kaprys umysłu, czy rzeczywista potrzeba? Czy nie walczę z sobą niepotrzebnie, łudząc się, że coś w swoim życiu zmienię? A może posłuchać tych chwil, gdy siedzę przed domem, wyciągam się na kanapie - i zwyczajnie jest mi dobrze... bo jest. Bo jestem.

A może... a może - właśnie teraz mnie to olśniło - tęsknię za takim właśnie życiem? Spokojnym, bez presji i pośpiechu. Bez udowadniania komukolwiek czegokolwiek?
Jest mi tak dobrze w domu, na urlopie.
Sama myśl o powrocie do pracy wywraca mi, za przeproszeniem, bebechy.


Tak, to jest trop! Eureka!

Wrócę jeszcze do tego ogromnie frapującego mnie tematu. Nie chcę teraz zagłuszyć gadaniem głosu serca.




*Fragment wiersza nastolatki (niestety, nie pamiętam nazwiska) opublikowanego kiedyś w "Filipince", a może w kalendarzu wydanym przez redakcję? Tak dawno to było, a ten fragment zapamiętałam na zawsze.

**Fragment piosenki zespołu Dżem.