poniedziałek, 19 grudnia 2022

Przyjaźń?

 Chyba jest mi trochę przykro - wbrew temu, co deklarowałam przez pewien czas.

Zdarzają mi się opóźnione reakcje albo po prostu ewoluowanie uczuć. 

Mam, a może miałam przyjaciółkę, znamy się od czasów dzieciństwa, a zbliżyłyśmy się do siebie gdzieś tuż po dwudziestce. Bardzo sobie przypadłyśmy do gustu, mamy podobną wrażliwość, nikt o mnie tyle nie wie, co ona, wobec nikogo tak się w życiu nie otwieram (choć za zamkniętą w sobie nie uchodzę).

Ale...

Przyjaciółka jest osobą bardzo, wręcz wyjątkowo skrzywdzoną przez los. Miała straszne - bez żadnej przesady - dzieciństwo. Nie chcę tego opisywać, wolę zachować dyskrecję, ale dość, że wyrosła na osobę bardzo w życiu zagubioną i - dziś odważę się stwierdzić - z syndromem wyuczonej bezradności, z mentalnością ofiary.

Dziś to widzę, ale przez wiele lat nie zauważałam. Byłam wrażliwa na jej problemy, odczuwałam empatię. Te problemy zresztą nie były aż tak dotkliwe jak dziś - i młodsze byłyśmy, i zdrowsze, i silniejsze.

Przyjaciółka w młodości zachorowała przewlekle i dziś jest niedołężną inwalidką. Dom rodzinny nie daje wsparcia, warunki bytowe - tragiczne. Brakuje jej elementarnych udogodnień, pieniędzy na podstawowe życiowe potrzeby, co sprawia, że najzwyklejsza sprawa staje się wielkim wyzwaniem. Na wołowej skórze by tego nie spisał...

Oczywiście wszystkie trudne sprawy z biegiem lat się pogłębiły.

Stoję z boku i patrzę bezradnie, jak pogrąża się i w moim odczuciu idzie na dno bliski mi czlowiek.

Ale ten człowiek odrzuca każdą propozycję wsparcia!!!

Spuszcza z siebie odrobinę stresu wygadując się mnie i jeszcze paru osobom. Ze mną pewnie rozmawiała najczęściej.

A ja czułam, że mam coraz bardziej dość żalenia się, eksplozji negatywnych emocji: złości, żalu, pretensji, narzekania na matkę,brata siostrę - głęboko patologiczną rodzinę

Starałam się być cierpliwa, uważałam, że nie mnie oceniać, skoro nie chodzę w cudzych butach, ale brała mnie chęć walnięcia pięścią w stół i krzyknięcia: "Róbże coś ze sobą, do cholery!".

Domyślam się, ile przeciwności trzeba pokonać ubiegając się o jakąś pomoc, ratunek,ale przynajmniej bym próbowała, pytała, szukała. Choćby przez głupi telefon zaufania. Ratowałabym się, bo naprawdę jej sytuacja jest rozpaczliwa.

Któregoś dnia nie wytrzymałam przytłoczenia. Powiedziałam kilka słów za dużo (choć i tak ostrożnie),ujawniłam swoje zniecierpliwienie. Zwyczajnie po prostu nie wytrzymałam obciążenia.

Reakcja przyjaciółki? Tak zwany foch.

Bywały już te fochy wcześniej, ale nigdy tak długie jak teraz - bo to już kilka tygodni. Nie jestem obrażalska, nie jestem pamiętliwa, wybaczanie nie jest dla mnie problemem. Wyciągnęłam zatem kilka razy rękę do zgody, zadzwoniłam, napisałam... Odpowiedziała mi cisza. Nasza przyjaźń już od dawna opierała się głównie na telefonach, bo ona prawie nie wychodzi z domu, a mieszkamy w różnych miejscowościach. Na wsi z autobusami jest kiepsko, jeżeli wieś nie leży przy głównych szlakach komunikacyjnych, a i ja nie zawsze mam czas, bo praca, dom, obowiązki.

Tak więc po kilku nieodebranych ode mnie telefonach, sms-ach bez odpowiedzi powiedzialam: dość.

Napisałam po raz ostatni: [Imię], przeginasz. Jestem otwarta na kontakt, ale latać za Tobą nie będę. Masz tu numer telefonu, gdzie można się wygadać [tu podałam znaleziony w internecie numer, pod którym oferuje się bezpłatne wsparcie psychologiczne]. Ja po prostu psychicznie nie wytrzymuję, nie jestem ze stali.To nie znaczy, że mnie nie obchodzisz. Więcej się odzywać nie będę, jak zechcesz, to wiesz, gdzie mnie znaleźć.

To było kilka dni temu. Telefon milczy nada;

A ja? Wzruszyłam ramionami - cóż... jak nie, to nie. Mój świat nie kończy się  na tej osobie, choć była dla mnie ważna.

A jednak chyba trochę mi przykro. A jednak chyba czuję niesmak. Tak łatwo zweryfikowało się prawie 30 lat?

A może doświadczam tego, co przeczytałam dawno temu: "Z niektórych przyjaźni się po prostu wyrasta".

Ale żeby tak... rapete, papete, pstryk?

Bardzo to kiepskie.

niedziela, 18 grudnia 2022

...Jak nic nie zrobisz...

 Falują te emocje po stracie Mamy i akceptuję to, bo cóż pozostało?

Oglądam hurtowo odcinki "Stulecia Winnych" w internecie. Podoba mi się ten serial, nie jest płaski.

Znaczna część akcji, nawet większa rozgrywa się w czasach PRL-u, który skończył się, gdy miałam 13 lat.

Cała Polska żyła uniesieniem, gdy wybrano papieża - Polaka...

Poczułam taką chęć, by spytać Ją, jak przeżywali to Oni - moi rodzice, jak wyglądał ten czas, ten nastrój z ich perspektywy. Mój rodzinny dom jakoś nadzwyczaj patriotyczny, religijny i zaangażowany nie był, ale zaciekawiło mnie, jak Oni zapamiętali...

I już nigdy nie zapytam.

I już nigdy nie opowiem o wizycie u Najlepszego Kolegi, a moi i jego rodzice żyli w przyjaźni. Marzyło się Mamie, żeby kiedyś w te stare kąty pojechać.

Nie opowiem o spotkaniu i nie pojedziemy już razem.

No i co zrobisz, jak nic nie zrobisz?

P.S. Wciąż jeszcze zdarza mi się mówić o Niej w czasie teraźniejszym: "A moja mama mówi...".

piątek, 16 grudnia 2022

Dwa filmy, dwie kobiety

 Wspomniałam o kinie w ostatnim poście.

Otóż mam okazję porównać dwa widziane ostatnio filmy. Pierwszym była „Ania”- coś w rodzaju dokumentu o aktorce Annie Przybylskiej, a drugi to film, również dokumentalny o Simonie Kossak, zatułowany jej imieniem.

„Simonę” oceniam znacznie wyżej. Krytykiem filmowym nie jestem, nie ocenię walorów merytorycznych (żaden nie wydaje mi się wybitny), natomiast mój odbiór obu filmów jest odmienny.

„Ania” - taka oczywista, prawomyślna, oddana rodzinie, mężowi, dzieciom. Jak najbardziej godne to pochwały, ale po co, na litość boską, trąbić o czymś oczywistym? Że była wybitnie piękną i cieszącą się sympatią kobietą, którą tak wcześnie zabrała okrutna choroba, to chyba ciut za mało.

Rak, osierocone dzieci… pewnie że to ściska serce, ale czy Ania jedna?

Aktorką nie wydaje mi się nadzwyczajną – ot, w porządku. Nie zapisała się w pamięci niczym szczególnym. Film nie ukazywał żadnej złożoności charakteru, niczego, co czyniłoby z Ani osobę wyjątkową. Ot – banalna laurka. Z ironią stwierdziłam, że chyba PiS-owiec zrealizował ten film. Ta retoryka, te slogany o rodzinie i miłości. Myślę, że można było z większą uwagą pochylić się nad tą postacią, pokazać ją mniej sztampowo. A jeśli nie – to po co ten film?

Obejrzałam go nie bez zainteresowania, ale nie polecam wyjścia do kina – poczekajcie aż „puszczą” w telewizji, bo szkoda kasy na bilety.

„Simona” to co innego. Kobieta jedyna w swoim rodzaju, mająca odwagę być sobą, inną niż, za przeproszeniem stado. Po prostu indywidualność – i to się, proszę państwa, ogląda! W kontekście moich dzisiejszych rozważań o nieperfekcyjnych paniach domu – ujęły mnie zdjęcia przemykających po zagraconych meblach popielic, dzika rozwalonego na środku pokoju…

Czy ktokolwiek z ceniących Simonę wytknąłby jej nieidealne mieszkanie? To był dom wypełniony po brzegi jej nietuzinkową osobowością.

Nie chcę przez ten post powiedzieć, że „poprawna” Ania to ktoś gorszy od „niepoprawnej” Simony, ale od filmu o Ani oczekiwałam większej głębi. Simona broni się sama przez się jako osoba bardziej wyrazista,  ekscentryczna i pewnie znacznie łatwiej o niej opowiedzieć, nie trzeba aż tak mocno szukać tego indywidualizmu.

"...ujowa" - i dobrze!

...ujowa pani domu – jest jakaś taka strona czy grupa w internecie. Nie należę do niej, ale z radosnym przymrużeniem oka indetyfikuję się z tą przekorną nazwą.

Całe dzieciństwo i młodość próbowano wcielić mnie w rolę przykładnej, równiutko poukładanej, święcącej przykładem osoby. Dostawałam cięgi, i to dosłownie, za to, że miałam bałagan w pokoju. Moja mama (tu rezygnuję z wielkiej litery, bo choć ją kocham, wraca mi nienawiść z tamtych chwil) potrafiła urządzić karczemną awanturę o niepoukładane w szafie ubrania, wyrzucić wszystko na środek, zdemolować pokój. Tak, moja „wielkiego formatu” matka miała też wady i słabości. Wybaczyłam, ale gdy to wspominam – uuuuuch!!!!

Więc dzisiaj, choć w wieku czterdziestu sześciu lat (dziś właśnie kończę) nie należy już wszystkiego tłumaczyć nieszczęśliwym dzieciństwem i nic z tym nie robić (robię, jak mi Bóg miły), uraz do „perfekcyjnej pani domu” jest we mnie chorobliwy. Skutkuje chorobliwym, obsesyjnym uporem, który jest w nieustannej kontrze do wewnętrznego przymusu.

Ponieważ, jak już wielokrotnie ostatnio pisałam, zaprzyjaźniłam się z medytacją, zaczynam ogarniać i tę sferę życia.

Na pewno nieco bardziej się zdyscyplinowałam, ale bez tego wewnętrznego „bata”, bez karania się za błędy i niedociągnięcia. Pracuję nad swoim skojarzeniem porządku z przemocą, karą, cierpieniem i mam efekty, choć do perfekcyjnej pani daleka jeszcze droga.

Ale czy pragnę perfekcji?

Nie! I jeszcze raz – NIE.

Jestem jednak wyczulona na zagadnienie (może za bardzo nawet) i widzę, jak często patriarchalna tradycja czyni z tych spraw narzędzie podporządkowania kobiety. Jak bardzo pragnie ją osadzić w bezpiecznej, ogranej roli, żeby nie musieć się mierzyć z prawdą o niej, żeby uniknąć problemu, jak się w tej prawdzie odnaleźć.

Myślę o tym pod wpływem rozmowy z bliską koleżanką, powtórną mężatką (od jakichś czterech lat). Głównym tematem naszej rozmowy było, że nie jest to małżeństwo udane, ale nie o tym dzisiaj myślę i piszę.

Tenże mąż powiedział podobno o mnie, że „ta Marta” na wszystko ma czas, wychodziłaby ciągle z domu, zamiast się nim bardziej zainteresować. Pojawiła się wzmianka, że nie zawsze w moim domu jest idealnie… Ano nie jest, ciągle jeszcze walczę z pewnymi zaległościami, a czas i samopoczucie nie zawsze pozwalają zająć się wszystkim z jednakową energią. Więc czasami sorry, ale podłoga pozostaje nieumyta (a brudzi się nieźle, gdy dom ogrzewa się piecem, nosi się opał, a do domu często wchodzi się w butach wprost z podwórka). Czasami gdy rano przypóźno wstanę, łóżko zostaje pospiesznie zarzucone narzutą, a wszystkie pomieszczenia mam przechodnie i wszystko to widzą odwiedzający mnie ludzie. Czasem poproszę syna o umycie naczyć, a on „oleje” i sterczą w zlewie te gary, bo ja za niego zmywać ani myślę. Czasami ja zostawię naczynia, bo gwałtownie pragnę pół godzinki się zdrzemnąć, zanim cokolwiek zrobię.

Do sytuacji ekstremalnych staram się nie dopuszczać, ale bywa u mnie mocno nieidealnie. Zanim poszłam po rozum do głowy, dręczyłam się wciąż jakimś „muszę!”, „trzeba”, obniżałam swoje poczucie wartości.

Na szczęście jednak po ten rozum poszłam.

Na marginesie – ten mąż koleżanki swego czasu uderzał do mnie w konkury i dzięki Bogu, że się na nim zawiodłam, że on sam zrezygnował. O dzięki Ci, Panie – a tak mi było wtedy przykro!

Wspomnę tylko na marginesie, że okazał się człowiekiem o bardzo ograniczonym intelekcie i mentalności, czego nie chciała zauważyć koleżanka i mocno się teraz w tym związku męczy.

No, więc – wróćmy do naszych baranów – wobec nas, kobiet, ciągle stawia się jakieś wymagania, oczekiwania, przycina się nas do szablonu. A dlaczego? Bo z szablonem wygodniej i łatwiej żyć. Bo nie trzeba myśleć samodzielnie. Jest gotowiec – i basta.

No to ja przepraszam. Nie mam ochoty na gotowce. Veto i kropka.

Nie, nie buntuję się dla buntu. Bardzo lubię przytulne, czyściutkie domki. Lubię gdy jest pięknie, ale doba wszystkich aktywności nie pomieści. Jeśli mam do wyboru film „Simona” (byłam wczoraj w kinie i serdecznie polecam!) i porządkowanie chałupy - wybieram film, a chałupa poczeka. Mój temperament i stan zdrowia sprawiają, że nie jestem z tych, którym każda praca pali się w rękach – czasami potrzebuję poleżeć, a kurz niech leży obok ;) Czasami czytam fascynującą książkę, którą muszę szybko oddać, więc chromolę te gary w zlewie! Czasami nagli kurs korektora teksów i jest to dla mnie ważniejsze niż „wylizywanie” kolejnego fragmentu mieszkania.

PRZESTAJĘ SIĘ ZA TO STROFOWAĆ I KARAĆ, A KOMU SIĘ TO NIE PODOBA – JEGO PROBLEM, NIE MÓJ.


Faktem jest wprawdzie, że mój dom brudzi się bardzo łatwo (taka specyfika: piec, wejście bezpośrednio z podwórza), ale gdy wzięłam się w garść, ze zdumieniem odkryłam, że większe porządki wcale aż tak dużo czasu nie pochłaniają. Wprowadziłam cosobotni rytuał i bardzo mi on pomaga utrzymać bałaganik w ryzach. Ale robię to dla siebie. Życiu na pokaz i pod publikę mówię gromkie i stanowcze NIE.

środa, 14 grudnia 2022

Wróg oswojony

I cóż mi dzisiaj dała umiejętność zaglądania w siebie?

Pomogła mi odzyskać energię i pogodę ducha.

Pozwoliła zobaczyć, co doprowadziło mnie do kiepskiej formy, zmęczenia i zniechęcenia.

Pozwoliła poszukać na to sposobów i odpowiedzi.

Pozwoliła ustalić sobie realny plan "odbudowy".!

I postawiła mnie na nogi... dosłownie w kilka sekund.

Wystarczyła bowiem już sama świadomość, skąd, co się bierze. A ze znanym wrogiem łatwiej się rozprawić.

Prrrr! Stój, autorko tych słów! ;)

Jaki "wróg"?! To sprzymierzeniec, bo wskazał mi, którędy droga i co dobre dla mnie.

No więc, jaki wróg?

Podziękować należy :)

Pochwała medytowania

 Odzyskuję werwę, humor i optymizm - co nie znaczy, że permanentnie, że nie ma gorszych momentów.

Ale te wszystkie "psychologizmy", - z Pati Garg na czele, ale również ze wspaniałą Nityą - w których się zaczytywałam i zaczytuję przekonały mnie, jak wiele zależy od nas samych. Mamy większy wpływ na siebie, swoje myśli i emocje niż niż nam się wydaje. Ogromnie, szalenie ważne jest obserwowanie siebie,  i tego co mówi nam umysł - a umysł... to niekonieczmie my! To ostatnie było dla mnie sporym zaskoczeniem.

Łapie się ten dystans w medytacji, która choć kojarzy się z jakimiś górnolotnymi i udziwnionymi praktykami, okazuje się sprawą zupełnie, ale to zupełnie prostą. Medytacja to zatrzymanie się, bycie mocno tu i teraz, niebujanie w obłokach, ale podarowanie sobie chwili spokoju, wyciszenia wewnętrznego i uważności na siebie. Uważności na to, co w ciele i w duszy, w sercu i głowie. Nie warto kojarzyć tego z wysiłkiem ; dla mnie to wręcz przeciwnie - chwila odpoczynku i wytchnienia, pobytu z interesującą osobą (mną samą oczywiście - tak często, wbrew pozorom, nie interesujemy się sobą), poznawania tej Marty, o której wielu rzeczy nie wiedziałam. Moim medytacjom towarzyszy ciekawość, co też przyniesie mi kolejna. Czasem przynosi, a czasem jest po prostu odpoczynkiem i powrotem do siebie.~

Wcale nie trzeba śpiewać mantr i gapić się w płomień świecy. Można ot po prostu zagłębić się w medytację na spacerze, a nawet w zatłoczonym autobusie. Moim zdaniem, a pewnie poprze mnie niejeden duchowy przewodnik - medytować można w każdych warunkach.

Uwielbiam medytację!

sobota, 10 grudnia 2022

Spałam na pieniądzach!

Ja tak na szybciutko, kochany blogusiu i najmilejsi Czytający :)

Chcę bez zawracania sobie głowy innymi sprawami obejrzeć w internecie odcinek "Stulecia Winnych" (wciągnęło i relaksuje!), a potem wziąć się do prac domowych, z których kilka już dziś udało mi się "odhaczyć".

Uczę się zadawać sobie pytanie, zanim bezmyślnie utonę w internetowych odmętach: a co ci z tego przyjdzie? Naprawdę potrzebujesz? A co ci teraz naprawdę potrzebne, względnie - czego naprawdę teraz chcesz? Czyli po prostu bardziej świadomie sięgam do internetowych treści,bo nie chcę, by czas przeciekał mi przez palce, co zaczęłam bardzo zauważać.

Zatem świadomie daję sobie kilka chwil na blogusiu. Ot, dla przyjemności i relaksiku.

Czy wiecie, że spałam dzisiaj na pieniądzach? Ja to mam dobrze! A było to tak:

Umówiłam się, z panami ze składu opału na zwiezienie mi dziś rano brykietu drzewnego. Obiecali się zjawić na ósmą rano. Oczywiście nie za darmo, trzeba panom zapłacić za towar i usługę, więc wczoraj udałam się w tej doniosłej sprawie do bankomatu. Bankomat szczodrze wypluł z trzewi dwa tysiące w stuzłotowych banknotach. 

Te otóż banknoty jeszcze raz przeliczyłam w domu, wylegując się na kanapie (moje główne domowe miejsce pobytu, jeśli akurat nie jestem w ruchu). Kanapy nie pościeliłam rano, spiesząc się do pracy, a jedynie zarzuciłam narzutę na wygładzoną kołdrę. A że leniowi patentowanemu, znaczy się mnie, nie chciało się wstawać, włożyłam plik banknotów pod kołdrę obiecując sobie odłożyć na miejsce, gdy podniosę się z legowiska. Po czym wdałam się w intenetowe "romansowanie" z Najlepszym Kolegą.

Na gadaniu upłynęło sporo czasu, a potem o pieniądzach po prostu zapomniałam! Położyłam się z nim spać! Cóż to był za widok rano - te stówki fruwające po całym pokoju!

Odszukanie wszystkich sprawiło trochę kłopotu, ale postanowiłam się nie denerwować i. udało się. Było za to dużo śmiechu.


czwartek, 8 grudnia 2022

Inspiracje - czy zawsze warto?

 Piekielnie lubię inspirować się blogami różnych ciekawych osób. Są to różne osoby, więc i przeróżnie inspirują. Niektóre nietuzinkowymi zainteresowaniami, inne na przykład sposobem ubierania się, stylem życia, barwnym ogrodem czy zamiłowaniem do podróży. Różnie, przeróżnie!

A ponieważ od pewnego czasu zupełnie serio medytuję, daje mi to lepszy wgląd w siebie i większą uważność.

I co zauważyłam? Czas "odkleić się" od nadmiaru inspiracji! Bo nawet one w nadmiarze szkodzą.

Jakiś czas temu - widzę to bardzo wyraźnie na swoim blogu - czułam się trochę zagubiona, brakowało mi w życiu czegoś i nie wiedziałam sama, o co mi chodzi. Czułam wieczne zmęczenie i niezadowolenie z siebie. Odnosiłam wrażenie, że inni żyją jakoś lepiej - z sensem, treścią, a ja i moje życie takie zwyczajne, takie jakieś przez palce przeciekające.

Ech! Jedna blogerka lata boso po trawie i produkuje ekologiczne mydełka (i cholera, jeszcze na tym zarabia, a jak tak bym chciała trochę więcej kasy na swoje fanaberie!), inna czyta jak szalona i tak wspaniale o tym pisze, jeszcze inna zwiedza świat. A ja?

Bibliotekarka z prowincji ;) Zmywam naczynia, noszę węgiel, targuję się z synem, kto zmywa te gary, a kto obiera kartofle. Mam kilka wciąż niezrealizowanych marzeń, jest też kilka "odhaczonych" i nadzieja na więcej. Wiodę takie zwyczajne życie...

A czy to źle?

Życie jest takie, jakie czynią je nasze myśli - powiedział już w zamierzchłych czasach Aureliusz ; uwielbiam gościa, swoją drogą, i uważam, że zrobiłby dziś karierę jako mówca motywacyjny czy inszy jakiś "kołcz".

To po pierwsze. A więc mogę sama decydować, jaką wartość ma ta moja kartoflana i pierniczona (od pierniczków!) egzystencja.Są ludzie, którzy z mycia podłogi potrafią zrobić poemat i przygodę.

A po drugie - i to jest właśnie to ważne spostrzeżenie - z chaosu inspiracji powoli, powolutku wyłania mi się to, co jest "moje". Trudno mi to ubrać w odpowiednie słowa, ale powoli zaczynam odróżniać inspiracje od mrzonek, a przede wszystkim przekonuję się, że najlepszą i chyba jedyną drogą, by coś mieć z życia jest.... działanie, choćby małe. A do tego potrzebna odrobina odwagi i wiary w siebie.

Z samego inspirowania się nie przyjdzie nic poza frustracją.

Coś tam zatem działam. Raz bardziej energicznie, raz mniej, ale idę do przodu i cieszy mnie to niezmiernie.

Codzienne dyrdymały

Sąsiad przyszedł trzy dni temu, w mankiet buchnął, forsę oddał. Podziękowałam i kwita.
A ja nie poszłam dziś do pracy. Nie wiem, co się - u licha! - dzieje, ale od dłuższego czasu bardzo dokucza mi bezsenność, zupełnie kiedyś abstrakcyjna. Gdy ostatni raz nocą zerkałam na zegarek, było koło czwartej rano. Rano otworzyłam oczy po ósmej, a na ósmą powinnam być w pracy - o, rany!
Cóż było robić? Zadzwoniłam i poprosiłam o urlop, nie kłamiąc bynajmniej co do powodu absencji.
Nie ma tego złego... - zaiste! ;)
Do okien zagląda niewidziane dawno słońce, dodając energii i chęci do życia.
W garażu mam resztki opału, a węgla od gminy jak nie było, tak nie ma. Trzeba sobie zorganizować opał tymczasowy. Jestem w domu, więc zaraz zadzwonię do składu po brykiet drzewny i jakoś obleci. Oby zwieźli dziś, a jeśli nie, to się umówię na sobotę.
Mam już świąteczne pierniczki, twarde jak kamień, i nadzieję, że zmiękną do świąt. Dawniej zaraz po upieczeniu wychodziły miękkie i nie wiem, czy przyczyną zmiany nie jest to, że tym razem zastąpiłam miód prawdziwy sztucznym (dla obniżenia kosztów). Ale w myśl przysłowia, że nie ma tego złego... - może dzięki temu zachowają się do Wigilii? Pod koniec świąt albo tuż po nich, gdy już pozjadane najlepsze smakołyki, to i po twarde pierniczki sięga się z wdzięcznością.
Z codziennych dyrdymał jeszcze jedna: wdepnęłam wczoraj do szmateksu - ot, tak, tylko popatrzeć. Była przecena i w rezultacie Martusia wyszła stamtąd z kilkoma szmatkami. Czy ja nie powinnam się leczyć z jakiegoś szmacianego nałogu?
Dwie rzeczy przydadzą się niewątpliwie, ale drugie dwie są z lekka absurdalne. Nie mogłam się jednak, a raczej nie chciałam oprzeć. Ciągnie mnie do różnych frędzli, dzianin, ażurów i rzeczy, które uważane bywają za "babciowate". Żartuję, że uwielbiam wszystko, co zwisa i powiewa. Pokuszę się może kiedyś o półszafiarski post i poradzę się internetowych pań, jak i z czym nosić te dziwne ciuchy: długą dzianinową kamizelę z frędzlami o ażurowym splocie oraz zielone, zwiewne kimono.
Po śmierci Mamy, choc nie paraduję ostentacyjnie w czerni, mam jednak opory przed strojami zbyt barwnymi. A jednocześnie czuję się już ich spragniona, choć to może płytkie i błahe. Wprowadzam je nieśmiało i delikatnie, widząc w tym głębszą treść: jakie to życie uparte i wciąż walczące o swoje na wierzchu.
Idą we mnie równolegle: ta żałoba i radość z pewnych dobrych zmian w moim życiu. Aż dziw bierze.
.

niedziela, 4 grudnia 2022

Dumania w pościeli.

 Ranek, niedziela,nigdzie nie trzeba gonić - więc księżniczka sobie leży w pościeli :)

Wszak księżniczka bez fanaberii to jak ciało bez duszy. Lubię w żartach nazywać siebie księżniczką. Nawet mój Kolega to podłapał i wita mnie często: "cześć księżniczko".

Dopiero co skarżyłam się na dojmującą listopadzicę, a już czuję, że chyba wracam do żywych i zadowolonych z życia.
Zalegam sobie pod tą moją kołderką i odwlekam jak mogę wyjście po opał do garażu. Nieeee chce mi się. Samozwańcze księżniczki niestety, nie mają służby. To poważne niedopatrzenie! ;)

Wysłuchałam w internecie uroczej audycji Jadwigi Kander o tym, jak nie zwariować w świątecznym i przedświąteczny czasie. Jak przywrócić magię tych dni. Rzeczy tak oczywiste, a tak zapominane, zaniedbywane. Trzeba, naprawdę trzeba systematycznie sobie o nich przypominać.

Najbardziej spodobała mi się propozycja, by już od osiemnastego grudnia świętować, mieć wszytko gotowe i nie dążyć do perfekcji za wszelką cenę. Po prostu podarować sobie spokój, radość, miłość do bliskich. Moim zdaniem należy ten czas rozpocząć dwa dni wcześniej, w dniu moich urodzin - ogromnie mi się ta myśl podoba!

Pod wpływem Jadwigi myślę o Mamie. Jak późno zaczęłam być wobec Niej bardziej hojna, obdarowywać ją nie tylko swoją obecnością, pomocą w jakichś sprawach. Jak bardzo uwierzyłam w to głupie "nie stać mnie" i żałowałam sobie, a tym samym i bliskim prezentu, zaproszenia na kawę czy koncert.

Mogłam więcej...

Pamiętam, jak porwałam Mamę na koncert artystów z Piwnicy pod Baranami, którzy grali charytatywnie w naszym mieście. Mama nie wydawała się specjalnie uradowana, ale w którymś momencie wyraziła się o koncercie pochlebnie.

Bardzo jej się podobała ramka na zdjęcia w kształcie drzewa. Kilka lat się zbierałam, by kupić, bo mi się wydawało, że nie mam kasy. Kiedy wreszcie poszłam po rozum do głowy, przestałam tak chorobliwie oszczędzać, kupiłam jej tę ramkę, w którą wprawiła zdjęcia swoich wnucząt i dzieci (na gałęziach drzewa wisiały owalne rameczki, takie medaliony). Cieszyła się tym raptem rok.

Rzeczy materialne nie są tak bardzo istotne, ale jednak i one mają znaczenie, niosą przekaz, emocje, przyjemnie jest od czasu do czasu coś sobie po prostu podarować. Sobie i kochanym osobom. Z lekkością i radością.

A życie dostarcza mi dowodów na to, że mogę sobie pozwolić na to i owo, dać sobie więcej niż mi się wydawało. Nie trzeba się wciąż umartwiać.