piątek, 1 listopada 2024

To informacja!

Nie ukrywam: zaciekawiona jestem sobą i dlatego może za dużo (jak dla kogo), zbyt "upierdliwie" piszę o sobie, o przemyśleniach i "Amerykach", które odkrywam o sobie, życiu, ludziach. Zawsze tak miałam, że lubiłam pogrzebać we własnej duszy, a im bardziej jestem świadoma, doświadczona i doedukowana, tym bardziej ta podróż w głąb jest fascynująca.

Od dziecka, niestety, wciąż dawano mi do zrozumienia, że coś ze mną nie tak, że powinnam być inna. Nie miałam pojęcia, jak bardzo to może zapaść w duszę, w umysł. Jak bardzo to daje o sobie znać w codziennych sytuacjach. Rosłam w przekonaniu, że powinnam inaczej, lepiej, więcej. Rosłam też w buncie, bo część wymagań naprawdę mnie przerastała i - jak odkryłam dużo później - przeniosłam to poczucie na inne obszary życia. Byłam chyba wrażliwym dzieckiem - tak wnioskuję z różnych wspomnień, więc i piętno jest tym silniejsze. Moja ciocia, z którą mam możliwość i szczęście rozmawiać od serca, stwierdziła, że jako najstarsza z rodzeństwa przeżyłam najwięcej traum, najwięcej pamiętam, dlatego mam więcej kłopotów ze sobą niż oni.

Na marginesie - kłopotów??? A może wglądów, świadomości, wiedzy?

Miałam dużo obciążeń, ale już daruję sobie ich opisywanie, bo nieraz o tym wspominałam.

Najsilniej dały o sobie znać w małżeństwie, bo podobno związek jest istnym papierkiem lakmusowym dla takich spraw. Tu również pominę zawiłe opisy (może innym razem, jeśli mnie najdzie potrzeba) i to właśnie ten związek - porażka skłonił mnie do poszukiwań, które z czasem przebiegały coraz mniej po omacku. "Zaliczyłam" po drodze świetną panią psycholog, która rzuciła sporo światła na tę moją drogę, a potem, już po rozstaniu, zaczęłam samodzielnie poszukiwać odpowiedzi na swoje pytania.

Zaczęło się od banału, próby wypełnienia pustki po związku i poradzenia sobie z tym, a potem, jak to w internecie, odnajdywałam nowe i coraz to nowe treści. Przypadkiem i celowo odnajdowałam odpowiedzi, wskazówki, tropy.

Rosła we mnie potrzeba, aby nie tylko wiedzieć, ale i poprawić jakość swojego życia. Nie byłam zadowolona ze swojego sposobu funkcjonowania, z wiecznego zmęczenia, odkładania na później zadań, piętrzących się zaległości. Z tego, że miałam marzenia, pragnienia - a na przeszkodzie wciąż stawały takie uprzykrzone przyziemne sprawy.

Powoli odnalazłam pomoc i wsparcie właściwych osób. Wychodzę z różnych problemów, choć jest to proces powolny i często budzący zniecierpliwienie. Mam już jednak więcej życzliwości dla siebie, co traktuję jako sukces. Różne niepowodzenia jestem już w stanie traktować nie jako powód do karania i besztania siebie, ale naukę.

Właśnie wczoraj "dałam plamę". Zamiast, według dawnych przyzwyczajeń, wściekać się na siebie i rzeczywistość, przyjrzałam się wszystkiemu, co mnie do tej sytuacji doprowadziło. Zauważyłam, jak bardzo ten schemat powtarzam i jakie to ma skutki. Nie dałam się złym, pozbawiającym energii myślom.

Myślę, a raczej pomyślałam właśnie teraz, pisząc, że wielki sens ma odebranie tak wielkiego znaczenia temu, co nas ściąga w dół zamiast budować.

Przypomina mi się, jak sama mawiałam synkowi: jedynka w szkole to nie kara, lecz ważna informacja.

środa, 30 października 2024

Terapia spacerem i jej zbawienne skutki

 Uskarżam się na brak energii, szukam rad na to i czytam na ten temat.

Wszędzie, ale to wszędzie powtarza się jak mantra: ruch! najlepiej na świeżym powietrzu.

A ze mnie trochę leniuch. Z pracy do domu mam niedaleko, może dziesięć minut marszu i jak już zamknę za sobą drzwi mieszkania, nie bardzo chce mi się wychodzić. Zjem obiad, potem zwykle zarządzam chwilę odpoczynku, następnie jakieś obowiązki - i wieczór. Jeśli mam energię, popołudnie i wieczór spędzam satysfakcjonująco, ale często łapię tego swojego lenia, odkładam, co się da z różnych prac i planów na później i tak wpadam w marazm i jeszcze większe rozleniwienie.

To podobno błędne koło: brak ruchu rodzi deficyt energii, ten znów rodzi niechęć do ruszania się itd.

Dobrze jest też chwytać dzień - niemal dosłownie, bo korzystać z dziennego światła.

Mam to szczęście, że pracuję siedem godzin dziennie, korzystając z przywilejów osoby niepełnosprawnej. Wychodzę z pracy o piętnastej czyli nawet zimą za dnia. Postanowiłam zmienić więc dzisiaj swoje przyzwyczajenia i nie wróciłam wprost do domu. Wybrałam okrężną drogę, wpadło mi do głowy zahaczyć przy okazji o Biedronkę i załatwić codzienne sprawunki, co zwykle robię wieczorami.

W domu dziś obiad był zaimprowizowany na poczekaniu, bo zostało sporo makaronu z wczoraj, a to, co mieliśmy jeść dzisiaj, zjemy jutro. Zaoszczędziłam zatem czasu. Wykorzystałam tę nadwyżkę na to, co lubię - pisanie bloga oraz pogawędki z synem. Zostałam zapędzona do rozwiązywania zadań matematycznych przez niebawem już maturzystę. Syn skwitował moje wysiłki z wyższością: "Mama, masz FUNDAMENTALNE braki :)

To był dobry, relaksujący dzień. Trzeba powtarzać te "popracowe" spacery i sprawdzić, czy na dłuższą metę też będą tak pozytywnie skutkować.

Nauka

Koleżanka wstawiła na Facebook dość przejmujący mem o osamotnieniu, więc zapytałam, czy wszystko u niej w porządku i zaproponowałam ewentualne spotkanie i pogaduszki. Rzeczywiście chętnie bym się z nią spotkała, by wyjaśnić pewną sytuację, która nam się niedawno wydarzyła.

Mniejsza o sytuację ; wywiązała nam się rozmowa, która uzmysłowiła mi, że nie ja jedna odczuwam wpływ jesieni na psychikę. Jola (niech jej tak będzie ; to nieistotne, czy to inna osoba z dotychczas opisywanych, czy też ta sama) poskarżyła się, że życie ją ostatnio nudzi, dopada ją kiepski nastrój, że co dzień tylko praca i po pracy: gotowanie, porządki, spacer z psem - ot rutyna i obrzydła czasem powtarzalność. W dodatku ukochany wyjechał do pracy za granicą i nieprędko wróci.

Jak bardzo ją rozumiem! Nie jesteś sama, Jolu, i ja nie jestem sama w tym jakimś spowolnieniu i zwiększonej podatności na doły i dołki.
Wprawdzie unikam słowa "nuda" jak diabeł święconej wody - tak bardzo zapadło we mnie powiedzenie, że mądrzy ludzie się nie nudzą. Fakt faktem jednak: ten obecny czas łatwy nie jest.

Nie mogę zaprzeczyć, że jakoś bardziej w tym roku odczuwam przytłoczenie monotonią codzienności, rutyną, brakiem słońca oraz towarzystwa. Nie rządzi mną to jednak, a wręcz mnie ciekawi. To skutek moich ostatnich zainteresowań, poszukiwań, wyczulenia na pewne sprawy - wpływ "psychologizmów", jak je nazywam.

Pati Garg zawsze mocno podkreśla wartość obserwowania siebie i dopuszczania do siebie wszystkich emocji. Zapewnia, że możliwe jest akceptowanie ich bez nadmiernego angażowania się w nie. Przekonałam się, jak bardzo jest to wykonalne i jak bardzo bardzo pomocne w trudniejszych momentach.

Z pewnym zaskoczeniem stwierdzam, że późnopaździernikowe tęsknoty można na swój sposób... polubić. Można docenić samotność i zwolnione tempo życia, uznać, że takie są prawa natury, której wszak jesteśmy częścią. Bo cała natura przecież zwalnia "obroty", by zregenerować się przed kolejną wiosną, która niechybnie nadejdzie. Można spożytkować długie wieczory na poznawanie siebie, rozwój albo relaks.

W ostatnich latach przed takimi trudniejszymi nastrojami uciekałam w towarzystwo. Miałam D., z którą nie było tygodnia bez spotkania czy rozmowy telefonicznej. Lubiłyśmy się odwiedzać w domach albo wyjść gdzieś razem. Tym razem jest inaczej, przeżywam przelotne zniżki (nastroju) bez znieczulenia - i podoba mi się to! Jestem ciekawa, co jeszcze odkryję przebywając sama ze sobą.

Wyskoczyłoby się, owszem, na jakąś potańcówkę, ale przyjmuję ze spokojem fakt, że teraz nie mam z kim, a sama jednak jakoś nie potrafię. Za to nie mam najmniejszego problemu z wyjściem w pojedynkę do kina czy na basen, którego otwarcie po długich pracach remontowych zapowiadają już niebawem. Zamierzam regularnie mobilizować się do tej ostatniej aktywności, bo ruch, który się lubi, jest zbawienny dla psychiki, a i ludzi się tam spotyka ; ba! znam osobiście małżeństwo, które "wyswatał" basen.

Oj! Ględzę! Do brzegu!

Co mi jesienne weltszmerce i samotność mówią? A otóż:

- każą szukać tego, co "moje", tego co nieprzypadkowe, tego, czego naprawdę potrzebuję. Nie zadowala mnie już aktywność jakakolwiek, byle było z kim ;
- informują, co moje, a co niemoje, a więc każą uważniej wybierać i towarzystwo, i zajęcia. Wyczulają i uwrażliwiają na własne potrzeby ;
- dają czas dla siebie i na to wszystko, co zaniedbywałam z różnych powodów ;
- wyznaczają priorytety ;
- gdzie jest pustka, tam jest też przestrzeń na nowe sprawy i ludzi ; trzeba tylko spokoju, cierpliwości i zaufania. Trzeba robić swoje i - właśnie - ufać ;

- Ha! I na blog mam więcej czasu oraz weny.



I wiecie - fajnie to wszystko czuć.

Fajnie też czuć swoje bezpieczne schronienie w domu i bliskość syna. Tegoroczny maturzysta zapędza mnie - od dawien dawna słynącą jako skończone matematyczne beztalencie, do rozwiązywania zadań i działań. Na stare lata dowiaduję się, co to logarytm, co to kombinatoryka i - do licha! podoba mi się to!



wtorek, 29 października 2024

Moje zdezorganizowania i rozmemłania.

 Jak wygląda mój tryb życia i te moje rozmemłania, zdezorganizowaine, na które ustawicznie narzekam?
Ano tak:

W sobotę miałam zamiar umyć okna, bo domagają się tego wielkim głosem. Plany uległy zmianie, bo przecież wypadu na działkę z Siostrą nie odmówię nigdy. Nie darmo nazywamy to miejsce małymi Bieszczadami.
Nic się nie stało - stwierdziłam. Okna można umyć w ciągu tygodnia, mam ich raptem trzy, i to jedno z nich w pokoju syna, który może samodzielnie zadbać o jego czystość.
Wstałam wczoraj rano z mocnym postanowieniem: po powrocie z pracy zabieram się do okien.
W pracy do południa robota szła mi świetnie, ale gdzieś w połowie dniówki zaczął się "zjazd" - zmęczenie, brak energii, kłopoty z koncentracją ; jakoś dobrnęłam do końca dnia.
Przyszłam do domu, gdzie na szczęście czekał na mnie przygotowany wcześniej obiad (nienawidzę brać się za gary od progu po powrocie z pracy). Po obiedzie zachciało mi się chwilę odetchnąć i... ogarnął mnie całkowity "niechcemiś". Ledwo się zmusiłam do wyjścia po Biedronkowe sprawunki. Nie zrobiłam zaplanowanego obiadu, a spać poszłam wyjątkowo wcześnie, nie było jeszcze dziewiątej wieczorem.

Wybudziłam się w środku nocy, zegar telefonu informował, że jest pierwsza z minutami. Nic nie wskazywało na to, że szybko zasnę znowu. W takich chwilach nie walczę ze sobą i nie staram się zasnąć na siłę, bo to z góry skazane na niepowodzenie. Zdecydowałam, że przynajmniej wstępnie przygotuję zaplanowany na dziś obiad. Pokroiłam i usmażyłam cebulę do sosu z makreli, z którym miałam podać makaron, obrałam z ości i skóry makrelę, a wreszcie, ponieważ danie było z tych szybkich, przyrządziłam sos do końca (makaron ugotowałam po południu). A potem poszłam dalej spać.

Do pracy wstałam późno i musiałam bardzo się spieszyć.

Dziś czuję się wprawdzie lepiej, ale komu się chce myć okna po ciemku?

Ku zgorszeniu sąsiadów zapewne, będą brudne na Wszystkich Świętych.

Ale gdyby tak było tylko z oknami. Bardzo wiele moich zamiarów, planów, pomysłów spala na panewce przez to wieczne zmęczenie. Życia mi nie starczy!

A może Życie ma inny plan dla mnie?

Hm... :)

Tak czy siak - dzisiaj gotowanie obiadu mam z głowy, bo zostało sporo na jutro. W ramach sukcesywnego wychodzenia z wdzięcznie tak określonego przez koleżankę, rozp...dziaju zrobię teraz porządek w moich dokumentach, które wciąż czekają położone na widoku.

niedziela, 27 października 2024

Dobrze

 Co "łykend" to inne emocje.

Tydzień czy dwa temu samotność dobierała mi się do skóry, a dziś nie pomyślałam o niej ani przez chwilę. A przecież sytuacja identyczna (w sensie towarzystwa).
Jaki wniosek? Wszystko zależy od naszych emocji, myśli, interpretowania rzeczywistości.

Dziś mi dobrze. Nic nadzwyczajnego, a dobrze. Wypoczęłam, poczytałam, popisałam, pokrzątałam się po domu. Teraz, pod wieczór przygotowuję obiad na jutro z leśnych plonów.

Leśne plony przywiozłam z działki mojej siostry. Działka leży pośród lasów i górek - istne małe Bieszczady. Przepięknie tam teraz jesienią.
Nie pojechaliśmy tam jedynie podziwiać pejzaży. Popracowaliśmy solidnie przy uprzątaniu i karczowaniu działki, ale taka praca fizyczna po tygodniu siedzenia za biurkiem to przyjemna odskocznia. I moje ciało, i dusza czuły, że żyją.
Przy okazji upiekliśmy kiełbaski na ognisku, siostra przygotowała w kociołku warzywa z mięsem. Teściowa siostry, która skorzystała z okazji, by wybrać się do lasu, podzieliła się ze mną uzbieranymi opieńkami, a siostrze pomogłam zbierać jabłka opadłe ze zdziczałej jabłoni. To z tym darów natury będzie jutrzejszy obiad - zupa grzybowa i ryż z jabłkami.
Syn zbzikuje ze szczęścia na widok ryżu ;)

A jak pachnie w domu!
Co mi tam jesień, wczesny mrok i nieobecność ludzi wokoło.
Dobrze jest i tak.

piątek, 25 października 2024

Otwieram się

 Całkowicie przypadkiem trafiłam na post Basi, w którym poruszyła bliski mi i aktualny w moim życiu temat przemijania niektórych relacji w naszym życiu. Właśnie to "przerabiam", a że pierwszy raz w nie tak już krótkim życiu doświadczam tego tak wyraźnie, to i emocji towarzyszy temu niemało.

Wdzięczna jestem Basi za kilka zdań, w których bardzo odnalazłam siebie.

Tak, ja również czułam się zobowiązana do lojalności i wierności w przyjaźni (przyjmijmy ten umowny termin, choć ja to określenie rezerwuję dla więzi naprawdę wyjątkowych, a takie mam - słownie - dwie. Na pewno jednak łączyła mnie duża zażyłość z D. i wiele o sobie wiedziałyśmy).

D. zaimponowała mi między innymi umiejętnością wychodzenia do ludzi. Umiała zaprosić, zaproponować spotkanie, przejąć inicjatywę. Świadomie się tego od niej nauczyłam i wykorzystałam tę umiejętność wchodząc w bliższy kontakt z Asią. Wcześniej byłam osobą jedynie odpowiadającą na cudzą inicjatywę.

Asię poznałam i spotykałam od czasu do czasu u bratowej, a te z kolei poznały się w szpitalu, gdzie leżały poważnie chore ich matki (Asi mama zmarła, bratowej - żyje już kilkanaście lat od tego czasu). Któregoś dnia spotkałam ją przypadkiem w mieście i zaprosiłam na piwo. Potem było jeszcze kilka takich spotkań. A potem przydarzyły się okazje spotkań w większym gronie, z moją bratową oraz D., którą zaprosiłam do naszego grona. Cieszyło mnie to życie towarzyskie, bo kiedyś, za młodu, boleśnie przeżywałam samotność ; odkryciem było, jak łatwe może być wyjście naprzeciw innym.

Bardzo mile wspominam ten ciepły, przyjacielski czas. Niebawem jednak drogi zaczęły się rozchodzić, zaznaczyły się różnice charakterów, życiowych postaw. Aśka jakoś tak krytycznie wypowiadała się o mojej bratowej, ja z kolei coraz bardziej byłam zniecierpliwiona D.

Jestem narwaniec, w końcu zatem puściły mi hamulce wobec D. Okazało się zresztą, że niesłusznie na nią naskoczyłam, ale to tylko pokazało, że nie jest już miedzy nami tak, jak dawniej. Ciąg dalszy opisywałam na blogu: odpoczywamy od siebie.

Jak również napisałam niedawno - nie zwykłam palić za sobą mostów, a jednak na myśl o ewentualnym spotkaniu z D., powrocie do kontaktów czuję opór. Już wiem - mam swoje lata - że nie darmo czuje się pewne rzeczy, więc nie kwestionuje tych obiekcji. Nie dążę do spotkań nawet, gdy mi odrobinę tęskno za drugim człowiekiem.

Już wiem, jak ważna jest cierpliwość i zaufanie losowi. Odebrałam od życia kilka lekcji, w tym niezwykle bolesną - małżeństwo, będące pomyłką od samego początku.

Samotność przeminie, ludzie się pojawią, miłość też przyjdzie, jeśli to mi pisane. Stać mnie już na ten spokój i na tę wiarę.

A tak na marginesie - wszystko to już mam, choć może nie tak, jak oczekuje moja wyobraźnia. I nie jest nigdzie powiedziane, że nie będzie jeszcze więcej czy bardziej pomyślnie.

Otwieram się na tę obfitość, jak mawiają rozmaici "spece" od duchowości.


wtorek, 22 października 2024

Nic nie warta.

 Nie wiem, co jest grane, do ciężkiego czorta!

Moje życie to tryb przetrwania. Byle nie nawalać w pracy, byle obiad był dla syna, bo dla mnie to już niekoniecznie, wolałabym zjeść byle co i pójść spać. Wraca mi to jak bumerang, od lat się z tym zmagam i jestem na to wściekła. Obniża mi to samoocenę i nastrój.

Wszędzie czytam porady w stylu: "Odpuść sobie", "Nie sil się na perfekcjonizm" itd. Na litość boską! gdybym sobie odpuściła, moje życie po prostu rozsypałoby się w drobny mak. Miewam takie dni, że wysiłkiem jest ugotowanie obiadu, rozwieszenie prania czy uporządkowanie lodówki. Niby nie robi się co dzień pewnych rzeczy, ale w praktyce - każda prowadząca dom, wychowująca dzieci (nawet duże) osoba wie, że tak naprawdę praca w domu się nie kończy.

Dziś znowu zmuszanie się, by nie "nawalać" w pracy, a chciało się po prostu położyć głowę na biurku. Po pracy dokańczanie obiadu, który na szczęście wczoraj wstępnie przygotowałam. Nie jest to biesiada z siedmiu dań, ale zależy mi, by syn czuł, że ma prawdziwy dom z regularnymi posiłkami, więc trochę czasu trzeba temu poświęcić. Nabałaganiło się przy tym, więc trzeba było uprzątnąć "plac boju". W planach było jeszcze kilka zaległych prac, dokumenty wciąż czekają na posortowanie, w koszyku zalegają skarpetki "szukające" pary, coś tam się w lodówce wala i przewraca...

Nie mam siły! Nie mam ochoty. Znowu chce mi się spać.

A do cholery z takim życiem i takim funkcjonowaniem.

Czuję się nic nie warta.

Rzuciłabym pracę... Może by pogadać o rencie z moimi lekarzami?

Boję się jednak, bo od wielu znajomych słyszę upiorne opowieści, jak traktowani są inwalidzi na komisjach orzekających o zdolności do pracy.

poniedziałek, 21 października 2024

Relacja z poniedziałku

Trafił mi się nadprogramowy wypad na wieś. Bardzo ładnie położoną wieś, w bardzo piękny październikowy dzień.

Zmarł po bardzo długiej i dzielnej walce z chorobą ojciec koleżanki. Pożegnano go uroczyście, bo był to człowiek aktywny, obrotny, brał żywy udział w życiu swojej miejscowości, działał w Ochotniczej Straży Pożarnej, uprawiał sport, kiedy jeszcze miał zdrowie i czas. Strażacy w mundurach odprowadzili swojego kolegę w ostatnią drogę, wygłoszono przemówienie.

Koleżanka jak zawsze okazała mi sympatię i serdeczność. Stałam na uboczu i czekałam na R. i jego matkę, którzy wdali się w pogawędkę z krewnymi, a ona podeszła, wzięła mnie pod rękę i podprowadziła do grupki, przedstawiła - prosty, miły gest.

Chodzę na pogrzeby, w ten sposób wyrażam swoją solidarność z ludźmi, którzy nie są mi obojętni. Niestety, coraz więcej tych uroczystości. Kiedyś zdarzały się raz na kilka lat, a dziś - po kilka razy do roku.

Jutro do pracy (dziś wzięłam urlop) ; wracam z niechęcią, bo lubię swobodę. Ale niestety, nikt mi nie chce płacić za swobodę ;)

A R.? R. spływa po mnie jak woda po gęsi. I dobrze. Może pozostać moim znajomym, bo melodramatyczne palenie mostów to nie mój styl. Ale lepiej niech to nie będzie bliska znajomość ; dobrze jest, jak jest obecnie.
Widziałam jego aktualną panią i poczułam babską, małostkową satysfakcję: mam znacznie lepszą figurę! :)
Nie bądźmy jednak niesprawiedliwi i złośliwi: może pani jest zupełnie ok.

Jedną "przewagę" nade mną ma na pewno: chce z nim być, a ja już najszczerzej podziękuję.

piątek, 18 października 2024

Poprzez słońce i deszcz

Znowu jestem zmęczona, ale nie tak paskudnie i negatywnie jak wczoraj.
W pracy nuda, ale jakoś zleciało. Swoje zrobiłam.
Nowa kierowniczka (ale nienowa pracownica) to fajna, w porządku dziewczyna. Wciąż odruchowo zaliczam ją do "młodych", a przecież, co sobie dopiero niedawno uprzytomniłam, pracuje raptem pięć lat krócej ode mnie. Nie wszyscy w pracy darzyli ją sympatią, ale ja złego słowa o niej nie powiem. Natomiast powiedziałam już nieraz - i nie cofam! - co myślę, o tzw. obrabianiu tyłków innym, rozliczaniu wszystkich chyba tylko po to, by odwrócić uwagę od siebie oraz nastawianiu mniej uświadomionych pracowników przeciwko innym.

Pisałam kiedyś: nawet za cenę pomyłki, błędu, nie chcę już się kierować cudzymi opiniami, wyrabiając sobie zdanie na temat innych. Moja obecna zwierzchniczka to normalna, równa kobieta. Dwie poprzednie też dawały się lubić, ale jedna wciąż tak grała, by się wszystkim przypodobać (nierzadko własnym kosztem) i nie zawsze je to tak wychodziło, jakby chciała, druga natomiast miała skłonności do nadinterpretacji: ktoś coś powiedział ot, tak sobie i było to wyobrzymiane.
No, cóż... każdy w pracy ma swoje strategie na przetrwanie. A jedni tłumaczą sobie zachowania drugich według siebie.

W czasie pracy sięgnęłam na chwilę po telefon, a tam.... kondolencje pod postem koleżanki na Fb. Po długiej, kilkuletniej, a może nawet kilkunastoletniej walce z nowotworem zmarł jej ojciec. Wiedziałam o jego chorobie i dochodziły mnie słuchy, że już z nim kiepsko, spodziewałam się smutnego finału, a jednak zawsze to przejmujące. To koleżanka poznana przez R., jego kuzynka. Przypadłyśmy sobie do gustu i od kilku lat jesteśmy w stałym kontakcie. Rozmówiłam się już z R. w sprawie wspólnego wyjazdu na poniedziałkowy pogrzeb w nieco oddalonej wsi.

Jakby tego było mało, odezwała się Asia z pytaniem, czy nie zajęłabym się przez sobotę i niedzielę jej psem oraz kotem. Asia ma przyjaciółkę w Krakowie i ta przyjaciółka już od dawna choruje, a teraz bardzo jej się pogorszyło. Asia jedzie ją odwiedzić. Odpisałam, żeby jechała spokojnie, zaopiekuję się zwierzakami.
Cóż mam do roboty? Wręcz szukam sobie zajęć, bo z D. kryzys, syn jak zwykle w weekend nieobecny, a najlepszą przyjaciółkę i ja mam poza miejscem mojego zamieszkania. Bronię się przed przygnębiającym wpływem późnego października, a bronią jest aktywność i poczucie, że się pożytecznie, w wartościowy sposób spędza czas.

Po południu spełniłam swoją małą fanaberię.

Bardzo dawno temu, jeszcze na pierwszym moim blogu pisałam, jakie moje marzenia traktuje jako czyste fanaberie, będące jedynie do marzenia, a nie do realizacji. A jednak pozwoliłam sobie na jedną i jest to dla mnie pewien akt przekroczenia siebie, odwagi, pokonania wstydu (no,bo to wstyd mieć takie fanaberie, wszak życie to sprawa poważna ;) )

Otóż marzyłam - o lekcjach śpiewu.
Śpiewanie sprawia mi ogromną przyjemność. Mam to chyba po Tacie, który zawsze chętnie podśpiewywał przy różnych zajęciach, w czasie długiej jazdy samochodem itp. Zawsze jednak obawiałam się, że nie mam ładnego głosu (odsłuchiwany z nagrań brzmiał dziwnie), wstydziłam się śpiewać przy ludziach, natomiast w samotności, gdy nic mnie nie krępowało, dawałam upust swoim "talentom". Mama powiedziała kiedyś, że nie umiem ładnie śpiewać, od innych jednak, zwłaszcza gdy mieli okazję przypadkiem usłyszeć mnie niczym nie skrępowaną, nieraz słyszałam wyrazy uznania. Mnie samej wydawało się, że całkiem nieźle posługuję się głosem, ale nie dowierzałam sobie.

Gdy więc przypadkowo trafiłam w internecie na ogłoszenie o niezbyt drogich lekcjach śpiewu, postanowiłam pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa. Spotykamy się raz w tygodniu z K. i poznaję dzięki niej kulisy tej sztuki.
Podobno mam ładny i czysty głos - wielkie nieba! Dziś zostałam pochwalona za postępy w ćwiczeniach. Ciekawie jest też odkrywać, jakie niuanse decydują o jakości śpiewu, jak ważna jest choćby dykcja (a więc nie tyko w recytacji, co choć wydaje się tak oczywiste, nigdy nie przychodziło mi na myśl) prawidłowe oddychanie, dbałość o postawę, rozluźnienie, różne rozśpiewki i rozgrzewki.
Mile mnie zaskakuje, jak wiele śpiew ma wspólnego z medytacją, gdzie tak ważne są techniki oddychania i zrelaksowanie ciała.
Marzę, by w przyszłości na jakimś ognisku, w jakimś miłym towarzystwie śpiewać pewnie i bez wstydu, bez "nijakiego obciachu".

Przyglądam się swojemu "wiecznemu zmęczeniu", swojej codzienności - i odkrywam: bywam zmęczona, ale każdy dzień to nowe emocje, aktywności, zajęcia. Nawet gdy nic specjalnego się nie dzieje - u mnie dzieje się zawsze: to słońce, to deszcz... A jeśli zawsze się dzieje - to i zmęczyć się można.

Dziś piątunio, synek u "synowej"  - mam w nosie gotowanie na jutro i gdzieś mam jakieś porządki. Dzisiaj śpiewam, czytam i sączę jedną herbatkę za drugą. Namoczę tylko parę rzeczy do jutrzejszego prania i celebruję dolce far niente. 

czwartek, 17 października 2024

Robota leży

Wróciłam do pracy i wróciły stare problemy.
Dlaczego jednego dnia jestem cała w skowronkach i gotowa góry przenosić, a drugiego - niemalże zgon. Obserwuję to od jakiegoś czasu i badam, zamiast tylko na te stany narzekać. Szukam sposobów, by pomóc samej sobie w tych bardzo trudnych momentach.

Wczoraj czułam się wspaniale, co przypisałam dobrze przespanej nocy. Postanowiłam, że zadbam o odpoczynek również kolejnym razem. Położyłam się o przyzwoitej porze, a jednak rano musiałam zmuszać się do wstania. W pracy obserwowałam problemy z koncentracją i poczucie zmęczenia. Zmuszałam się do swoich obowiązków, ale kiepsko mi szło. Denerwowało mnie zbyt silne światło jarzeniówek, drażniło włączone radio.

Całe lata myślałam, że jestem leniwa,bo uciekałam przed podobnymi trudnościami. Dziś na ucieczki nie chcę sobie pozwalać, pragnę we własnych i cudzych oczach uchodzić za przyzwoitego człowieka, pracownika, obywatela. Ale nie przesadzę i nie skłamię mówiąc, że bywa mi ciężko.

I jak ja mam czegokolwiek ważniejszego dokonać w życiu z takim wiecznym niedomaganiem? Ludzie robią jakieś kariery, zarabiają jakieś pieniądze, żyją pełną piersią, a dla mnie sukcesem bywa, że nie zostawiam na noc bałaganu w domu, że ugotowałam obiad pomimo ochoty, by wyłącznie leżeć. A przecież mam swoje marzenia, ambicje, zamiary.

Może w myśl zasady, która każe widzieć pełną połowę przysłowiowej szklanki powinnam sobie pogratulować, że jednak jestem dość aktywna, mam zainteresowania i chęci, by jednak działać w miarę możliwości? Ciągle jednak skrzeczy we mnie ten wewnętrzny krytyk, wymyślający mi od gnuśnych leni, straszący, że z moim tempem nie starczy mi czasu na realizowanie siebie. Mam wrażenie, że "większe pół" mojego życia to  - jak często mawiam - zdychanie, taki - jak mawia Pati - tryb przetrwania.

I jak tu na przykład zwiększać swoje zasoby finansowe, kiedy brak sił?

Przyszłam dzisiaj do domu taka "padnięta", ale trzeba było przygotować zaplanowany na dziś szybki obiad z makaronem. Zmusiłam się zatem, potem zjadłam, a następnie postanowiłam odpocząć. Myślałam nawet o drzemce, ale wdałam się w internetową pogawędkę z moimi siostrami i o dziwo, bardzo mnie to odprężyło. Wstałam zatem i umyłam naczynia, oraz pozbierałam pranie suszące się przed domem.

I więcej nic mi się nie chce. Zarządziłam "minimum programowe". Jest wpół do dziewiątej wieczorem, a ja już przygotowałam sobie piżamę i za chwilę zapakuję się do łóżka z ksiażką.

Niech robota leży, a ja...

A ja też! ;)


P.S. Szukając przyczyn kiespkiej formy, stwierdziłam, że chyba to.... wiatr. Pogoda i jej wpływ.
      Że jestem dość zaawansowanym meteopatą, przekonałam się nieraz. Ale jak mnie to wk...!!!