czwartek, 30 maja 2019

Popisałki

Pogoda majowa nie rozpieszcza, ale czy jeszcze robi to na mnie wrażenie? Chyba już nie. Czuję się w miarę dobrze, jestem dziś stabilna emocjonalnie, a fizycznie nic mi specjalnie nie dokucza, choć dyskomfort jest stale obecny w moim życiu. Ale furda dyskomfort, do tego można przywyknąć.
Moja kociczka, Wibo jest coraz szersza i grubsza. Nielitościwie kpimy z niej z synem i nazywamy beczkowozem. Zrobiła się nad wyraz przymilna i chętna do głaskania, przytulania, trzymania na kolanach. Niecierpliwie wyglądam rozwiązania, bo doprawdy, o mało nie pęknie :)
W drodze do pracy natknęłam się dziś na "wystawkę" zjawisko znane z niemieckich ulic zawędrowało i do nas. Ktoś pozbył się starych mebli i pozwolił zabierać przechodniom, co im się podoba. Capnęłam rano niski stoliczek, w sam raz do picia przy nim kawy przed domem. Nie miałam ochoty taszczyć go do pracy, a potem z powrotem, więc zaczepiłam dwie kobiety z ulicy, najwyraźniej tubylcze, z prośbą o przetrzymanie mebla na swoim podwórku, dopóki nie będę wracać z pracy. Zgodziła się jednak z nich informując, że jej brama to taka z napisem: "Uwaga, pies!". Gdy zapytałam, czy bestia mnie nie zje, odparła: "nie, bo go nie ma", co mnie rozbawiło. Tak jak mi obiecano, stolik czekał na podwórku, gdy szłam do domu. Już stoi przed oknem. Z przodu naszego domu dach jest sporo wysunięty do przodu, co nieźle chroni przed deszczem. Będę mogła nawet w czasie opadów delektować się przebywaniem na dworze - uwielbiam!
Koniec roku szkolnego nadchodzi wielkimi krokami. Świadectwo syna nie będzie niestety rewelacyjne, chociaż bez problemu zda do ósmej klasy. Zarzeka się, że w przyszłym roku przyłoży się do nauki, bo podobno teraz na wynikach mu nie zależy. Wrrrr! Mszczą się być może teorie matki, że nie o oceny w życiu chodzi, ale o zaangażowanie i włożoną pracę. Zaangażowania wszelako nie odnotowałam... Niestety, dostrzegam w tym swoją odpowiedzialność. Byłam tego roku często zmęczona, zniechęcona, mało skoncentrowana. Nie zamierzam szukać łatwych usprawieliwień, ale oboje mieliśmy trudny rok.
Przed nami wakacje, na które nie mam zbytnio pomysłu. Gdybym mogła spędzić je tak jak chcę, leżałabym całymi dniami na leżaku, gapiła się w niebo i spała, ile tylko można. Koiła nerwy i zmysły błogim nicnierobieniem. Byłoby to całkie realne, gdyby wysłać gdzies Młodego na wakacje. Ale po pierwsze finanse raczej skromne, a po drugie, Młody wyraźnie przejawia cechy domatora, wzbraniał się nawet przed szkolną wycieczką (do której nie doszło z powodu strajku nauczycieli). Będziemy pewnie doraźnie szukać sobie rozrywek. Chcę choć od czasu do czasu pobyć z nim dłużej i bliżej, bo trochę się od siebie oddaliliśmy. Trzeba szukać okazji do wspólnego przebywania ze sobą, a nie tylko obok siebie.

Jureczek

Znowu byłam na pogrzebie. Ten rok mam bogaty w takie "imprezy".
Każde miasteczko ma swojego Jureczka, każda wieś - instytucję miejscowego głupka.
W naszym miasteczku też był taki jeden - Jureczek właśnie (imię zmieniam). Zawsze nazywano go zdrobniale, bo był takim dużym dzieckiem. Kręcił się w swoim ulubionym miejscu, gdzie był przedmiotem rozrywki znudzonych taksówkarzy i lokalnych drobnych przedsiębiorców. Był takim elementem krajobrazu, zawsze w podciągniętych wysoko spodniach (nie mogę sobie przypomnieć, czy czasem nie na szelkach), niezbyt czysty, porozumiewający się w jakimś nieartykułowanym języku. Czasami ktoś poczęstował go piwem albo bułką. Jureczek nie wadził nikomu i poza naśmiewaniem się z jego zachowania raczej mu nie dokuczano.
Znało go chyba całe miasto.
Długo nie miałam pojęcia, że jest to dość bliski krewny kogoś mi bliskiego, kogoś, z kim łączą mnie więzy powinowactwa. Dowiedziałam się, gdy zmarła prawna opiekunka Jureczka i jej obowiązki przejęła jego siostra. Stąd znam trochę historię Jureczka.
Jureczek z rodzeństwem trafili kiedyś do Domu Dziecka. On miał szczęście, został adoptowany. Podobno był zdrowym, ładnym dzieckiem, lecz przydarzył mu się wypadek, po którym nie odzyskał umysłowej sprawności. Nie wiem, czy chodził gdziekolwiek do szkoły, czy go leczono, rehabilitowano. Czasy były inne niż dziś, więc wątpię. Gdy podrósł, a przybrana matka zniedołężniała, wiele godzin spędzał samopas poza domem.
On sam przeżył sześćdziesiąt kilka lat, a siotra, która po śmierci "matki" przejęła opiekę, jest kilkanaście lat starsza, sama już potrzebuje wsparcia w codziennym życiu. Toteż Jureczek trafił do domu opieki. Zanim to się stało, stracił nogę w wyniku powikłań cukrzycowych. Siostra opowiadała mi, jak tęsknił do ulicy i swoich wędrówek, jak płakał. Mieszkali wysoko w kilkupiętrowej kamienicy ze stromymi schodami. Nie miał kto wychodzić z Jureczkiem na spacery, a sam bał się chodzić z protezą, czuł się niepewnie.
Jureczek nie był schludny i miły. Miał problemy z potrzebami fizjologicznymi, najzwyczajnie bywał obrzydliwy. Wzbudzał niechęć słabo związanych z nim krewnych, więc pomoc siostra miała znikomą. Stąd decyzja o domu opieki.
Zanim udało się gdziekolwiek załatwić przystępne finansowo miejsce, minęło sporo czasu. Wreszcie sytuacja zaczęła się klarować, ale właśnie wtedy Jureczek "wziął i umarł".
Byłam na pogrzebie. Po pierwsze do pewnego stopnia czułam się z tym człowiekiem powiązana, po drugie spodziewałam się, że pogrzeb nie ściągnie tłumów. Rzeczywiście była nas maleńka garstka, dosłownie kilka osób.
Nie wiedziałam, że naprawdę miał zupełnie inne imię. Pewnie nikt nie wiedział. Szkoda, że na klepsydrze nie dopisano: "Jureczek", bo wtedy może więcej osób przyszłoby go pożegnać.
Smutne miał ostatnie lata życia i smutną ostatnią drogę. Czy był szczęśliwy wcześniej?   Kto wie? A nuż...

niedziela, 26 maja 2019

Inną drogą po marzenia

Lubię czytać o rozwoju duchowym, zgłębiać psychologię w wydaniu popularnym, pociągają mnie filozoficzne rozważania Marii Szyszkowskiej czy dowcipne i mądre felietony Katarzyny Miller, mądrej życiowo, ciepłej i zadziornej babki.
Przewija się w tych mądrościach nauka, że kluczem do radości życia jest... zwyczajność. Radość z uśmiechu dziecka, z kwitnącej siedmiolatki, z tego, że udał się obiad, albo udało mi się na spacerze zobaczyć bażanta. To bardzo "moje" prawdy, bliskie mi chyba od zawsze, bo potrafili tak żyć moi rodzice, trafiłam na literaturę i nauczycieli, którzy podkreślali wartość takiego życia. Pomimo wszystkich moich przesławnych "zniżek" właśnie takie rzeczy dają mi siłę i chęć do życia.

Czytuję też od czasu do czasu o przyciąganiu swoich celów i marzeń. Nie jest to żadna "czarna magia", po prostu zupełnie inaczej działamy, funkcjonujemy, gdy wierzymy, że cel jest realny, podejmujemy realne kroki, by go osiągnąć. Przekonałam się o tym na własnej skórze i jest to bardzo ciekawe doświadczenie.
Tym marzeniem było właśnie mieszkanie, a tym, co otworzyło mnie na możliwości była pewna rozmowa... na zupełnie inny temat, bo o miłości i związkach.
Padły wtedy słowa z ust koleżanki: "Marta, jak gotujesz zupę, a zabrakło ci soli, to nie rezygnujesz z zupy, tylko idziesz po sól. Jak jej nie ma w tym sklepie idziesz do innego, a jak nie możesz dotrzeć do sklepu, bo robotnicy rozkopali ulicę, idziesz inną drogą. Pamiętaj: inną drogą po sól!".
Powiedziała to w jakąś dobrą godzinę. Niebawem otrzymałam przez internet wiadomość od Mamy: link do ogłoszenia o sprzedaży taniego mieszkania wraz ze zdjęciami. Zakochałam się w tej ofercie od pierwszego wejrzenia. Choć rozsądek oczywiście kazał się nie zachłystywać, poczułam od razu, że właśnie tak chciałabym mieszkać - trochę jak na wsi, trochę jak domku wakacyjnym, gdzie tuż za progiem czeka słońce i powietrze, a przed domem można sobie posiedzieć z książką i kawą.
Mama od dawna zachęcała mnie do kupna mieszkania, ale zawsze protestowałam, że nie mogę sobie na to pozwolić, że nie dam rady. Coraz bardziej mnie jednak mierziły cudze mieszkania, wieczne poczucie tymczasowości i przeprowadzki. Bardzo przykra była też myśl o wykorzystywaniu możliwości finansowych mojej rodzicielki. Jest przecież kobietą nie pierwszej młodości, nie młodzieńczego już zdrowia, wciąż coś jej zawdzięczam zamiast żyć niezależnie i samowystarczalnie, a ona powinna odpoczywać i ewentualnie pracować "dla fanaberii". Nie wychowano mnie na potomka roszczeniowego, takiego, co to wszystko mu się należy, nie jest dla mnie naturalne, że dorosłe dzieci wciąż oczekują pomocy od rodziców. Od kiedy pracuję, nigdy nie poprosiłam rodziców o pieniądze.
Tym razem postąpiłam inaczej. Schowałam dumę do kieszeni, przywołałam rozsądek i przyjęłam maminą pomoc. W pojedynkę nie miałabym co marzyć o kredycie, a i tak przyznano mi niski. Z pomocą przyszły oszczędności Mamy z wieloletniej pracy za granicą.
No i jestem u siebie. Daję sobie radę z opłatami. Mama co jakiś czas dopytuje, czy nie trzeba mi pomóc, ale moją ambicją jest nie nadużywać jej wsparcia, co na szczęście się udaje. Kredyt spłacę za kilka lat (nieduży, więc i czas spłacania stosunkowo krótki) i jeśli Bóg pozwoli, będę wtedy w stanie odwdzięczyć się Mamie, choć i tak wiem, że nie spłacę nigdy tego i innych długów. Pocieszam się, że teraz spłacam mojemu dziecku, a potem ono odda dobro własnym dzieciom i tak idzie to przez pokolenia. Tłumaczę sobie, że swoim ukochanym dzieciom (nie tylko syn jest moim ukochanym dzieckiem) nie żałuję niczego, co dałam, bo sama przy tym otrzymuję radość z dawania.
No i mam to spełnione marzenie...


Właśnie sobie uświadomiłam, że ten post powstał w Dzień Matki!

Uroki

Ze wsi jestem, co niekiedy z dumą podkreślam, ale prawdą jest, że "wieśniak" ze mnie połowiczny. Wielu wiejskich spraw nie znam, bo moja wieś nie była typową wsią, był to PGR. Nie mieliśmy gospodarki z prawdziwego zdarzenia. Ot, działeczka przy domu, poletko z ziemniakami, a drugie z burakami cukrowymi, w chlewiku świnka i trochę drobiu. Pomagało się rodzicom, ale byłam jeszcze dzieckiem, które miało sie uczyć i miało prawo do beztroskiej zabawy.
Otóż ja, wieśniak od siedmiu boleści nie miałam pojęcia, że szczypiorek-siedmiolatka tak pięknie kwitnie! Ma śliczne fioletowe kwiaty, na których dziś rano dostrzegłam dwa motyle. Jaka szkoda, że nie zdążyłam ich sfotografować.
Wrastam w to swoje miejsce na ziemi i zżywam się z jego urokami. Na przykład takim, że w pogodne noce wspaniale widać stąd gwiazdy nad głową. Nasze podwórze oświetlone jest przez tzw. fotokomórki (chyba, bo słabo się znam na elektryce) z czujnikiem ruchu. Włączają się samoczynnie, gdy przechodzę w pobliżu, aby za chwilę zgasnąć i wtedy zapada ciemność. Mój brat, wielbiciel astronomii i teleskopowych obserwacji od razu zwrócił na to uwagę.
Na przykład takim, że przez niskie okno swobodnie kursuje mój kot. Właśnie wrócił z nocnej włóczęgi i mogę pogłaskać jego zmoczone mżawką futerko.
Że tylko wyszłam wczoraj za próg, a już sąsiad-sześciolatek witał się ze mną i pytał, czy robię w domu porządki, bo właśnie trzepałam przed domem dywanik.
Że wróciłam wczoraj od bratowej późnym wieczorem i całą sobą czułam: wracam DO SIEBIE.

sobota, 25 maja 2019

Kloszardki :)

Skoro już przytaczam anegdotki z pracy, przytoczę jeszcze jedną.
Żeby już całkiem przegnać ostatnią chandrę, kupiłam sobie na drugie śniadanie ciasto marmurkowo-biszkoptowe. Jakoś tak się nazywało, niedrogie było i smaczne.
Smakowało też koleżance, którą poczęstowałam przy wspólnym posiłku. Zapytała mnie później o nazwę, której oczywiście nie pamiętałam. X. jednak chciała wiedzieć, by móc sobie kupić, więc spytała, czy nie mam przypadkiem etykietki.
- No, nie mam. Wyrzuciłam do kosza - odparłam.
- Martuś, to ja pójdę zobaczyć.
- To ja już sama sprawdzę - zaofiarowałam się.
- A, to chodźmy razem.
Weszłyśmy do tzw. "socjalnego" pomieszczenia, gdzie jadamy, i zanurkowałyśmy dłońmi w koszu na śmieci.
Nagle otworzyły się drzwi pokoju.
- Dziewczyny! Ja rozumiem, że podwyżek nie ma ani premii, że wszystko drożeje, ale aż tak to już nie musicie! Chodźcie do mnie, u mnie też bieda, ale jeszcze mam się czym podzielić! - usłyszałyśmy koleżankę z innego działu.
Uśmiałyśmy się jak te norki* z niegdysiejszego powiedzonka.



*Za czasów mojej młodości mawiano: "Obśmiałam się jak norka".

Kalosze i inne drobiazgi

Zaprawdę powiadam: ostatni "świr" zaimponował mi swoim rozmiarem i siłą. Na szczęście minęło. Dziś mam "średnie" samopoczucie fizyczne, ale psychicznie i duchowo - w jak najlepszym porządku. To powód do radości sam w sobie. Mam teraz ochotę śmiać się ze swoich przedwczorajszych wyczynów jak z najlepszej komedii, lecz mniejsza już o to.
Odbywam przedpołudniowy relaksik przy otwartym szeroko oknie. Powietrze nareszcie lżejsze po ostatnich duchotach, aczkolwiek niebo wciąż pełne chmur. Z ogródka słychać kląskania, świergotania i pogwizdywania. Tylko nieliczne ptaki rozpoznaję po głosach, uzupełnię sobie tę wiedzę w internecie, bo przyroda zawsze była w kręgu moich zainteresowań. Fajnie, że technika może czasem pomóc w jej poznawaniu.
Każdego dnia u nas leje.
Mieszkam na terenie pagórkowatym i zdążając we wtorek do pracy brnęłam przez istną rzekę rwącą w dół po chodnikach i międzynarodowej trasie, wzdłuż której codzienie przechodzę. Przemoczyłam doszczętnie buty, zacinający deszcz schłostał mi nogawki spodni niemal na całej długości, a całości dopełnił przejeżdzający obok samochód. Dotarłam na miejsce mokra niemal od stóp do głów, na nic się zdał parasol.
W pobliżu biblioteki mamy szmateks. Za radą koleżanek wyskoczyłam do niego, by zakupić sobie jakieś "awaryjne", grunt, że suche odzienie. Nabyłam za 4 zł legginsy... ciążowe (ciążowe, nie ciążowe, ważne że tanie!), wróciłam do pracy, przebrałam się, a  swoje dżinsy wysuszyłam na kaloryferze.
Do legginsów głupio nosić krótki sweterek, w który tego dnia byłam ubrana. W końcu różni ludzie odwiedzają nasz przybytek, a i koledzy z pracy niekonieczne muszą oglądać mój, za przeproszeniem, tyłek. Chwyciłam swój dyżurny sweter-płaszcz, który trzymam w pracy na wypadek chłodu (tej zimy bardzo marzłam). Sweter nie ma zapięcia - taki fason, więc trzeba było zorganizować sobie jakiś pasek. W tej roli wystąpiła chustka, którą miałam na szyi. Koleżanki miały setny ubaw, gdy w takim przebraniu paradowałam po pokoju. Na szczęscie pracuję na uboczu, gdzie goście z zewnątrz zaglądają rzadko.
A oprócz legginsów, które pewnie zużyję jako szmatę do podłogi, kupiłam jeszcze kalosze! Od lat moje marzenie, wciąż odsuwane na plan dalszy jako mało potrzebne. Za głupie 8 złotych. W panterkę :) Radośnie meldowałam koleżance po południu: "Maryś! Kałuża, nie kałuża, trawa, nie trawa - idę jak czołg!" ☺
Rzeczywiście, wygoda to niesłychana. Dlatego dziś powzięłam postanowienie: po obiedzie (naleśniki) i sobotnim ogarnianiu domu ruszam na spacer po okolicznych polnych drogach i trawach. Moje miasto jest nieduże, więc choć mam do centrum nie wiecej niż 2 kilometry, równie blisko mi do terenów niezagospodarowanych, lekko dzikich, gdzie można poczuć odrobinę natury.
Lubię posiedzieć w domu, zdarza mi się cały dzień nie wystawić nosa za drzwi, ale na dłuższą metę duszę się w czterech ścianach.
Słońca! Zieleni! Powietrza! :)

piątek, 24 maja 2019

Po drugiej stronie

Właśnie dziś stanęłam po drugiej stronie barykady, która wczoraj przede mną wyrosła.
Zadzwoniła bliska osoba. Jest od lat chora, stan się pogarsza. Prawie nie wychodzi z domu, bo choroba powoduje trudności z poruszaniem się i nieubłagane niedołężnienie. Jak na złość jest osobą niezmotoryzowaną i mieszka na uboczu wsi, właściwie już poza nią. Pochodzi z ubogiej rodziny od pokoleń (śmiało mogę tak powiedzieć) fukcjonującej na marginesie lokalnej społeczności. Za wiele musiałabym opowiedzieć, by to wyjaśnić, więc poprzestanę na tej wzmiance.
Od dziecka karmiono ją niechęcią do mieszkańców miejscowości, a jak wiadomo, negatywne nastawienie do nas wraca i tylko potwierdza nasze przekonania (z pozytywnym dzieje się podobnie).
Tak więc znajoma nie ma wsparcia we wsi, ludzie się do niej nie garną, a pomoc przydałaby się jej ogromnie.
Dziś wysłuchałam jednej z notorycznych skarg, że trzeba jej pojechać do miasta, a nie ma jak się dostać, bo na piechotę ciężko dojść (do przystanku kawał drogi po wyboistej i błotnistej obecnie drodze, a i w mieście trzeba się nachodzić). Jakaś tam znajoma odmówiła podwiezienia, bo właśnie umyła auto, druga nie ma czasu, bo załatwia jakieś swoje sprawy.
Przysięgam, chciałam być empatyczna. Z głębi serca zawołałam: A czy w tej twojej wsi naprawdę nikt nie może ci pomóc? Przecież ludzie jeżdzą do miasta. W ogóle tyle się słyszy o różnych dobroczynnych akcjach, na przykład w "Expresie Reporterów". Cała wieś pomaga odbudować dom po pożarze, zbiera pieniądze na leczenie. Przecież mógłby tu wpaść ktoś raz na kilka dni i pomóc w gospodarstwie, zakupy przynieść ze sklepu..." - rozpędzałam się.
Jaka była rekacja koleżanki? Nerwowa: "Weź, przestań, wiesz, że to nierealne. Daj spokój". Drążyłam dalej: "Ale wiesz, że nie da się tak funkcjonować i ciągle tylko narzekać". "Marta, ale ja chcę sobie właśnie ponarzekać, nic więcej!".
Ręce mi opadły. Doskonale rozumiem potrzebę pożalenia się, sama się czasem żalę, ale przecież z samo żalenie się nie rozwiąże problemu, trzeba coś w tym kierunku robić.
"Jak sobie to robienie wyobrażasz" - usłyszałam pytanie. "Bardzo prosto. Ja na przykład dałabym na Facebooku ogłoszenie w stylu: 'zacni krajanie, potrzebuję jutro pilnie pojechać do miasta i z niego wrócić. Czy ktoś się wybiera w godzinie tej i tej? Ponieważ trochę kuśtykam (przecież cała wieś o tym wie), miałabym wielką prośbę o podjechanie pod mój dom. Mogę odrobinę zapłacić". "Oj, Marta, weź już przestań!" - w głosie koleżanki narastała irytacja. We mnie również dlatego oświadczyłam: "Wiesz, ja rozumiem, że człowiek czasami po prostu chce się wygadać, ale ileż można tylko wysłuchiwać? Człowiek tego słucha i chciałby coś z tym zrobić."
Koleżanka zniecierpliwiona zagadała coś na zakończenie rozmowy, a mnie pozostało tylko wzruszyć ramionami.
Tak, doskonale wiem, jak to jest pragnąć jedynie współczucia. Ale też doskonale wiem, że nawet największa empatia ma swoje granice - a jeśli nie ma, to nie jest to zdrowa sytuacja. Że dorosły człowiek owszem też bywa słaby, ale jeśli bezradny - to już zwykle na własne życzenie. Wiem, że czasem brak sił, wiedzy i pomysłu na poprawę sytuacji, ale wtedy, na litość boską, szuka się konkretnej pomocy, a nie tylko biadoli i biadoli.
Dawniej czułam się taka dobra i szlachetna przejmując się cudzymi problemami. Dziś mi chyba tej szlachetności trochę ubyło.

Dzień świra - wnioski po faktach.

Aż mi głupio...
Wczorajszy post po prostu MUSIAŁ powstać. Nie wytrzymuję czasami ze sobą i swoimi zwariowanymi nastrojami. Gdzieś muszę się uzewnętrznić, żeby nie zwariować. Żeby nabrać dystansu, uzyskać odrobinę życzliwości i wsparcia. W realu rzadko spotykam się ze zrozumieniem. Ludzie raz, drugi może posłuchają, ale nie są w stanie poczuć tego, co czuję ja, Nie są w stanie pojąć, jak funkcjonuje nie całkiem zdrowy człowiek, okazują zdziwienie, nierzadko zniecierpliwienie, w dobrej wierze prawią kazania, które tylko pogarszają mi samopoczucie i już wystarczająco skutecznie pogorszoną nim samoocenę.

W wirtualu kto chce, poczyta, kto nie chce, pominie. Nawet jeśli postuka się w głowę i uzna mnie za wariatkę, tak mocno mnie to nie dotyka. Wolę tutaj się poskarżyć niż zawracać głowę znajomym. Kiedyś mniej trzymałam na wodzy te swoje huśtawki, dziś jedynie najbliższa przyjaciółka jest na bieżąco z moimi emocjami, ale doskonale sobie ze mną radzi, ma dystans i trzeźwe spojrzenie. Po prostu dobrze mnie zna, w dodatku dziwnym zbiegiem okoliczności też choruje przewlekle, więc się rozumiemy. Ona wie, że gdy zaczynam swoje katastroficzne lamenty, należy mnie po prostu wysłuchać i zrozumieć - niczego więcej nie oczekuję.
Gdy byłam młodsza i mniej świadoma siebie, emocje mną miotały, nie zauważałam przyczyn w sobie. Potem, w wyniku pracy nad sobą nauczyłam się trzymać w ryzach swoje "jazdy", jak mawia młodzież. Zdarzają się jednak ostatnio tak silne, że dochodzi do takich historii jak ta wczorajsza totalna rozsypka.
Są "sprzyjające" okoliczności: pogoda, silne i trudne przeżycia ostatnich miesięcy, stan zdrowia, a także... hormony.
To, co czytałam na temat tzw. PMS-ów w różnych źródłach zakrawało niekiedy na chorobę psychiczną. Kobiety doświadczające tych stanów uskarżały się na płaczliwość, nerwowość, drażliwość. Szczerze mówiąc zdarzało mi się sądzić, że to poszukiwanie łatwego alibi dla swoich histerii i folgowania sobie. Myślałam sobie, że to niemożliwe, aby tak miotać mogła rozumną osobą matka-natura. A jednak...
Zwróciła mi na to uwagę przyjaciółka właśnie: "Marta, założę się że jesteś 'przed'. Ostatnio też tak miałaś i wcześniej też. Zobaczy, że ci za chwilę przejdzie".
No i rzeczywiście. Dziś już jestem normalna i zrównoważona. I nawet podobają mi się świerki posiwiałe w deszczu :)
Wniosek: nie do psychiatry mi trzeba tylko do całkiem innego specjalisty. Po czterdziestce hormony już mają prawo "świrować", zwłaszcza gdy się zażywa lek na bazie hormonów (encorton na Sjogrena - biorę już ponad dwa miesiące).
I wniosek drugi: nie pamikować, moja Marto. Pozwolić sobie na "lenia" i nie mieć do siebie pretensji, bo organizm wie, co robi i zgłasza swoje potrzeby. Trzeba go słuchać. Lenistwo przejdzie za dzień lub trzy, a w krytycznej sytuacji zawsze można o umycie naczyń poprosić syna (względnie - odpowiednio zaszantażować ;) )
Ale żeby aż tak świrować jak wczoraj - doprawdy jestem pod wrażeniem.

czwartek, 23 maja 2019

Dzień świra.

Znowu miałam trudny dzień. Ta pogoda mnie wykończy! Nawet powiedziałam dziś koleżance z pracy, że jeśli kiedyś umrę, co raczej prawdopodobne, to pewnie w takich właśnie okolicznościach przyrody.
Czuję się zupełnie nierozumiana, niczym przybysz z obcej planety. Staram się obracać swoje złe samopoczucie w żart, ale prawdą jest, że w pracy schroniłam się dzisiaj w toalecie, by uronić łzę nad swoim marnym losem. Co z tego, że w chwilach lepszych, normalnych, wcale go za najmarniejszy nie uważam?
Pozwolę sobie dziś na kilka marudnych wynurzeń. Zaznaczam: mocno subiektywnych i podyktowanych złym dniem.
W takie dni czuję się beznadziejna. Karcę siebie za brak energii, wymyślam od leni. Z wysiłkiem zabieram się nawet za zmywanie naczyń po kolacji. Ba, potrafię machnąć na wszystko ręką i uciec w sen.
W takie dni widzę głównie swoje wady i niedoskonałości.
W taki dzień, dzisiaj, myślałam o swoim wdowieństwie, sieroctwie syna, całym tym nieudanym przedsięwzięciu pt. własna rodzina. O tym, że innym się udaje mieć normalne życie, zdrowe relacje, a mnie los już przy urodzeniu wskazał, gdzie moje miejsce, a potem ukarał, że odważyłam się sięgnąć po więcej, ośmieliłam sie wychylić z przeznaczonego mi kąta w cieniu.
W taki dzień czuję, że życie nie ma mi już nic do zaoferowania. Przedwczesna choroba zabiera mi sprawność i urodę, która i tak należała do "nienachalnych"*. Nikt mnie już nie pokocha, nawet własne dziecko ma mnie w nosie.
W taki dzień mam ochotę wykrzyczeć, że żyję przez pomyłkę.

Serio czasem się zastanawiam, czy nie wybrać się do psychiatry. Mam uszkodzony układ nerwowy i być może to powoduje takie depresyjne stany, gdy wariuje pogoda. Bardzo wyraźnie zauważam ten związek.
Istny dzień świra.

P.S. Czasami myślę, że nie powinnam się dzielić tym, co trudniejsze, mało atrakcyjne. Ale - "Pozwólcie nam krzyczeć".

*Maria Czubaszek mawiała o sobie, że jest "nienachalna z urody".

niedziela, 19 maja 2019

Oprócz błękitnego nieba...

Miałam dzisiaj miły, pozytywny dzień. Nic się wielkiego nie działo, ale do szczęścia wystarczyło mi, że prawie cały dzień spędziłam na tyłach swojego domu, popijając herbatkę, ciesząc się słońcem i świeżym powietrzem. Uwielbiam spedzac czas na zewnątrz mieszkania, gdy tylko pogoda na to pozwala.
Nie wiem, od czego to zależy, ale w mojej chorobie zdarza mi się wypić lampkę wina czy piwo i zupełnie dobrze to znieść, gdy kiedy indziej nawet po niewielkiej porcji alkoholu nogi pokrywają mi się krwawymi wybroczynami. Już się do nich przyzwyczaiłam, ale efekt wczorajszego zupełnie niewinnego piwka jest dość przerażający. Całe podudzie, a nawet część uda w czerwone kropki, miejscami zlewające się w czerwone plamy. Na dotatek trochę to boli. Tym razem zaatakowane mam obie nogi, choć prawa, która jest bardziej do wybroczyn skłonna, wygląda gorzej.
Niestety, w tym stanie wolałam zrezygnować dzisiaj z rowerowej przejażdżki. Byłam z tego powodu rano zła i rozżalona. Trzeba było jednak zająć się obiadem, drobnymi domowymi sprawami i te czynności sprawiły, że zapomniałam o smutkach. Po obiedzie wyszłam (przez okno salonu :) ) z kawą za dom, wzięłam ze sobą podręcznik Misia do chemii i w asyście słoneczka oraz ożywczego wiaterku wbijałam sobie do głowy tajniki wiązań międzyatomowych: kowalencyjnych, spolaryzowanych oraz jonowych. Chcąc pomóc synowi w lekcjach, musiałam sama coś z nich pojąć. Miałam sporą frajdę z rozwiązywania chemicznych łamigłówek, dociekania przyczyn, skutków i mechanizmów zjawisk.
Mogę dziś zaśpiewać z Markiem Jackowskim; "Oprócz błękitnego nieba, nic mi dzisiaj nie potrzeba"... do szczęścia :)