Nie wiem, czy płacę dług za wczorajszy intensywniejszy dzień, czy też po prostu zmienia się pogoda, wpływając na mnie negatywnie. Frustracja tak czy owak sięga zenitu.
W pracy mogłam znowu nieco "wyluzować", ale niewiele jakoś mi to dało. Jestem po zarwanej nocy, bo wieczorem wcześnie zasnęłam, potem obudziłam się w środku nocy, po czym usnęłam nad ranem i zaraz trzeba było wstawać do pracy. Wstawałam z wielkimi oporami, walcząc ze sobą.
Nasiliły mi się po operacji kłopoty z równowagą, która nigdy nie była moją najmocniejszą stroną. Czasami aż mi wstyd, gdy się zataczam na ulicy. Dziś w drodze z pracy było chyba jeszcze trudniej niż zwykle. W sklepie, do którego wstąpiłam, zawadziłam o słoik z dżemem, strącając go na podłogę. Ekspedientka była wyraźnie niezadowolona, że musi się fatygować po ścierkę i szczotkę do zamiatania. Z godnością zapłaciłam za szkodę, ale kilka razy musiałam dopytać, co się do mnie mówi, bo z przetwarzaniem mowy nie zawsze nadążam.
Ten dzień podsumuję jednym dosadnym: K...A MAĆ!
Pozwalam sobie na tę "niekulturność", gdyż mój jest ten kawałek blogowej "podłogi".
Jestem już w domu i za chwilę czeka mnie smażenie naleśników. A ja chciałabym zniknąć...
🫂🫶🏻
OdpowiedzUsuń