środa, 30 września 2026

Codziennostek nowa garść

Smakuje mi ostatnio moje najzwyklejsze życie. Nie ma w nim nadzwyczajności, adrenaliny, szaleństwa - i wcale mi to nie potrzebne. Smakuje mi jednak wszystko, czego doświadczam: pogoda, pieczenie chleba, jakaś zwyczajna ciepła rozmowa, książka czy dzisiejsze spotkanie z pisarką.
Pisarką jest młoda kobieta z naszego miasta, chyba tuż po trzydziestce. Napisała już drugą albo trzecią książkę. Miałam okazję dawniej poznać ją osobiście i czasami dyskutowałam o sztuce pisarskiej, bo i mnie słowo pisane nieobce. Spotkanie przebiegło bardzo naturalnie i sympatycznie, P. jest świetną rozmówczynią, otwartą, komunikatywną, ale daleką od wyniosłości i oficjalnego dystansu. Z prawdziwym zainteresowaniem słuchałam przeprowadzonego wywiadu z nią. Jej książki inspirowane są klimatem naszego prowicjonalnego miasteczka, więc miejscowym smakują wyjątkowo.

Zazdroszczę jej i nie tylko jej. Zazdroszczę wszystkim osobom, które odnalazły swoją pasję, drogą, siebie. Które dobrze wiedzą, kim są, potrafią siebie wyrażać i sobą się dzielić. Na przykład P., na przykład moi znajomi "sekciarze".

Śledzę poczynania niektórych z nich. Zdaję sobie sprawę, że fotki w mediach społecznościowych to tylko wizerunek ich życia, ale jacy są barwni, artystyczni, przykuwający uwagę i wzrok. Jakimi frapującymi rzeczami się zajmują. Porównania to przekleństwo, ale zdarza mi się czuć pospolicie i bezbarwnie wobec nich. Nie uważam się wprawdzie za osobę pospolitą, ale jakoś tak mało się czuję widzialna. Chociaż zaraz rodzi się pytanie: a kto cię, Marto, nie widzi? Może ty sama? Ludzie przecież dają mi dowody sympatii, uznania i to wcale nierzadko.

Tak czy siak, chciałabym zdobyć jakieś umiejętności, które szczerze by mnie satysfakcjonowały, wciągały, dawały radość, o których mogłabym opowiadać z pasją i błyskiem w oku. Zachęca mnie koleżanka do szkoły florystyki, inna daje przykład podejmując się kursu opieki nad osobami starszymi... a ja wciąż nie wiem, czego chcę, wciąż jestem na nic nie zdecydowana, a lata pędzą.

A z drugiej strony... i ciągle ta druga strona!... Znowu chce się zawołać: czy ty, Marto nie widzisz swojego pisania, swojego pieczenia chleba, swoich ciuchowych eksperymentów?

Tak, ale to wszystko jakieś takie... tylko dla mnie. A gdyby wyjść z czymś do ludzi?

Wszystko podobno musi dojrzeć w swoim tempie. Ziarenko w glebie też początkowo pozostaje niewidoczne, w ciemności... Ale jednak trzeba je podlewać... czym podlewać moje "ziarna"? Jak rozpoznać, czego potrzebują, jakiego są gatunku?

Ot, takie rozkminy... inni się rozwijają, idą do przodu, coś osiągają - a ja?

...Po pracy udałam się dzisiaj do gabinetu protetyki stomatologicznej. Ku ogromnej mojej uldze, naprawa połamanych w wypadku "zębów" okazała się możliwa i nawet niezbyt droga, niecałe dwieście złotych. Bała się, że pójdzie w tysiące. Uśmiecham się znowu jak człowiek, tylko siniec na brodzie jeszcze fioletowo się pyszni i podrapana warga wygląda jak pokryta solidną opryszczką. Widać jednak nieznaczną poprawę.

Potem poszła psychopatka  do szmateksu. Coś upolowałam, dziś było tanio. Mam świetne granatowe botki na sezon jesienno-zimowy i dżinsową sukienkę w stylu princeski. Marzyła mi się od czasów, gdy stały się bardzo modne pod koniec ubiegłego wieku. Mam w nosie, że dzisiaj inna moda, bo princeska to raczej klasyka. Jeśli zresztą kiedykolwiek było mi z modą po drodze, to głównie przez przypadek. Ot, zdarza się zbieżność z moim gustem.

"Dzieciątko" wyjechało dziś do miasta wojewódzkiego. Rozpoczyna od jutra studia. Oby jak najlepiej się na nich odnalazło. Z ciekawością wyglądam nowych wrażeń i już snuję błogie wizje, jak to sobie będę dogadzać, gotując w domu tylko dla siebie. Syn czasami sceptycznie odnosi się do moich innowacji oraz upodobań. Aczkolwiek chleb pieczony w domu to był strzał w dziesiątkę, podobnie jak mięsne dodatki do pieczywa. Postanawiam od czasu do czasu jak ta matka Polka narobić w domu jakichś pieczeni, pierogów, aby wypakować mu studencki plecak maminą wałówką.

Z codziennostek warto jeszcze wspomnieć o grzybach. Świeża dostawa od siostry, w tym najprawdziwsza kania. Ach, będzie jutro na śniadanko, panierowana w jajku i tartej bułce! Smak dzieciństwa wśród lasów, leśnych wycieczek z rodzicami, domu pełnego Mamy i Taty. Noszę go w sercu dniem i nocą.

...A w kuchni warzy się twaróg, bo coś z nastawionym jogurtem nie wyszło, szkoda go zmarnować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz