niedziela, 27 września 2026

Zbliża się wieczór

Te moje kuchenne szaleństwa wymagają zdyscyplinowania. Wczoraj podkusiło mnie pół dnia leniuchować... Ba, żeby tylko pół! Dziś leniuchowałam krócej, ale też już zrobiło się późno, a chciałam pojechać sobie rowerem nad rzekę i poczytać książkę na bulwarach. Bulwary to świeża atrakcja naszego miasteczka. Przyznać trzeba, że miejsce przyjemne i przyciągające mieszkańców. Pełno tam spacerowiczów, dzieci na rolkach i rowerkach, a jednocześnie łatwo znaleźć spokojne miejsce, by się na wodę zapatrzeć.

Jest jednak późno, robi się chłodno, a bulwary dosyć daleko. Mogłabym w zamian chwycić kije do nordic walking i potruchtać pobliskimi uliczkami. Ale tu z kolei zniechęca mnie ból nogi. Niby skręcona ani zwichnięta nie jest, raczej podejrzewam jakieś komplikacje z naczyniami krwionośnymi (Sjogren tak "lubi"), chwilami jednak boli solidnie, zależy, jak stopę ustawię. Może ostatecznie jakiś powolny spacerek mogłabym sobie urządzić. Ale szczerze mówiąc - naspacerowałam się po kuchni.

Z satysfakcją i przyjemnością wyciągnęłam się na kanapie z moim chromebookiem i książką.

Mleko "Od rolnika" jest dość kosztowne. Za butelkę porządnie ponad cztery złote, a do tego okazało się dzisiaj, że zawiera tylko 750 mililitrów. Syn, mieszczuch od urodzenia zareagował niechęcią na informację, że mleko jest "prawie wiejskie". Nie pomogły moje zapewnienia o spełnionych wymogach higienicznych. Zdecydowałam więc, że kupować będę to mleko tylko wtedy, gdy zachce mi się zsiadłego powstałego w naturalny sposób w temperaturze pokojowej. Mleko UHT trzeba wspomagać dodając do niego śmietany czy zakwaszając sokiem z cytryny - to nie to samo, co smaki mojego dzieciństwa.
Marzę o własnym serowarstwie. Moi rodzice, gdy dostawaliśmy mleko z PGR-u, gdzie pracowali, nastawiali ze zsiadłej nadwyżki domowy biały ser. Wiem dobrze, jak to się robi. Mam nadzieję, że w ostatecznym rozrachunku własne produkty się opłacą. Nawet serwatka, której w domu rodzinnym nikt nie pił, poza może Tatą, świetnie sprawdza się w cieście chlebowym, naleśnikach, a nawet w niektórych zupach i napojach. Chcę też któregoś dnia zrobić własne masło, a przy tym maślankę.

Przetarłam dzisiaj znowu pieczone owoce, trochę żmudna czynność, ale dało się zrobić. Nawet resztki na durszlaku się nie zmarnowały, wyjadłam je łyżeczką ; po pieczeniu były słodziutkie bez grama cukru. Jeszcze nie wiem, czy zostawić mus bez dalszej obróbki do chleba, czy też zagęścić na frużelinę.
Obiad dzisiejszy był super, bo upiekłam pieczeń rzymską z jajkami na twardo. Roboty nie tak wiele, a jedzenia na kilka dni. Na jutro z pozostałych ziemniaków zrobię kopytka, w lodówce "przekitrane" mam obgotowane już grzyby na sos do nich. Reszta pieczeni - niemała! - będzie do pieczywa. Muszę jeszcze opatentować jakieś sprytne sztuczki na czarną godzinę, gdy nie chce się gotować, albo brakuje na to czasu. Jakaś zawekowana zupa, coś w zamrażarce. Do stałego repertuaru włączyłam gotowanie większych porcji kaszy, ryżu czy ziemniaków, gdy przygotowuję obiad. Na drugi dzień szybko można coś do tego dodać.

Takim sposobem pitraszenie zmieniło mi się w przygodę i źródło podekscytowania.

Teraz pozostanę jednak na kanapie z książką. Znowu za dużo bywałam na Facebooku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz