wtorek, 29 września 2026

Codziennostki

Ach, jak miło i domowo! Upiekłam irlandzki chleb na sobie - pięć minut roboty, nie licząc czasu pieczenia, a ile radości. Czekam, aż nieco ostygnie i zaraz posmaruję sobie masłem taką jeszcze ciepłą pajdę. A do tego na przykład kakao - o rany! Cytując Młynarskiego - jak u mamy. Dla mnie domowa kuchnia ma przede wszystkim wymiar terapeutyczny.

Dojrzałam wreszcie żeby jasno sobie powiedzieć: z internetem, a zwłaszcza Facebookiem trzeba radykalnie przyhamować. To właśnie spędzanie czasu na kanapie w towarzystwie laptopa lub telefonu, powoduje, że się w gruncie rzeczy nie regeneruję po powrocie z pracy. Wiedziałam to przecież, ale długo bagatelizowałam. Wydawało mi się też, że to kwestia silnej woli - a to swoją drogą. Bez względu na wszystko w określonym momencie trzeba postawić szczelną i stanowczą granicę. Żadnych "jeszcze troszeczkę", "jeszcze tylko ten link kliknę". To największa pułapka, trzeba po prostu radykalnie ucinać to klikanie. Zawsze się przecież znajdzie zastanawiający nagłówek niepotrzebnej mi do niczego treści.

Dziś tak zrobiłam - po prostu zajęłam się czytaniem książki. Dosyć szybko zaczęło mnie "nosić", co też jest wyraźnym znakiem pogorszonej koncentracji (uważam, że to właśnie przez te internetowe przyzwyczajenie do powierzchownego czytania) i wtedy po prostu dałam ujście mojej uwolnionej energii w kuchni. A gdybym otworzyła chromebooka... Nie ma innego wyjścia z błędnego koła, jak po prostu je opuścić.

W dużej mierze nasyciłam się, a nawet przesyciłam sprawami, które tak bardzo mnie interesowały. Coś z tego oczywiście pozostało, mam swoje ulubione lektury w sieci, ale już nie chłonę tego tak łapczywie, pewne rzeczy z biegiem lat stały się dla mnie wtórne i oczywiste.

Może nadszedł wreszcie czas na inne pasje i zajawki?

Wczoraj poszłam do piwnicy, by wymienić swoją garderobę. Bałam się wilgoci, zapachów, ale o dziwo ciuchy mają się nieźle. Nawet sąsiadowi podsunęłam do powąchania i nie stwierdził nic podejrzanego.

Sąsiad, jak się okazało, dobrze wiedział, po co przyszedł mnie tam odwiedzić (przez okienka widać, światło). W pewnym momencie porozumiewawczo ściszył głos i zapytał, czy nie mogłabym go... poratować. Długo już nie prosił mnie o pieniądze po tym, jak mu odmówiłam ratunku po wcześniejszej bardzo długo nieoddawanej i sporej pożyczce. Niechętnie pożyczyłam mu pięćdziesiąt złotych (tyle chciał) i zapowiedziałam, że jeśli nie odda, zgodnie z obietnicą, do środy, "to ci urwę wiesz, co!". Roześmiał się i zapewnił, że słowa dotrzyma. Nooo, jak zobaczę, to uwierzę...

Dziś, proszę ja was, krzątam się po kuchni przy wypieku chleba, a tu nagle dzwoni telefon. Na ekranie: "T. - sąsiad". Odebrałam.
- Cześć, sąsiadka. Doma jesteś?
- No, jestem.
- A mogę do ciebie zajrzeć na chwilę? No, bo wiesz, chciałbym jeszcze się trochę podratować. Tylko pięćdziesiąt...
Nie słuchałam dalej.
- Nie, nie mam. Najpierw oddaj to, co ci wczoraj pożyczyłam" - oznajmiłam i wyłączyłam telefon. Za jakiś czas dzwonił znowu, ale odrzuciłam połączenie.

Nie ze mną te numery, T.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz