Jakieś smęty na Facebooku o samotności...
Był etap - pisałam o tym - kiedy mi doskwierała. Dziś już radzę sobie z tym bez problemu. Ba, dziś problemu nie widzę. Mam tyle pomysłów na spędzanie wolnego czasu, że życia brakuje. Kuchenne "rewolucje", całe mnóstwo książek do poznania, milion treści w internecie i naprawdę nie wszystkie głupie. Na rower tylko wskoczyć i pomknąć gdzieś w las, nad rzekę, do miasta na lody.
A ludzie? Ludzie się znajdą, wiem, co mówię. Tylko trzeba w to włożyć nieco wysiłku i odwagi. Zaprosić mijaną co dzień sąsiadkę na te lody, zaproponować wspólne wyjście do kina. Zaciekawić się, co u niej słychać i podzielić się swoim światem. Jasne, że nie bezkrytycznie, nie ślepo, ale naprawdę - da się to zrobić!
I nie bać się ; jeśli kogoś ubędzie, jeśli znajomość okaże się chybiona - życie próżni nie lubi i wcześniej czy później znowu ktoś przetnie nasz szlak. Może wielka miłość z naszych znajomości nie wyniknie, ale przykład inspiracja, miłe towarzystwo, rozrywka lub duchowa bliskość. Nie jestem nieustannie otoczona ludźmi, chyba nie chciałabym zresztą, ale na pustkę nie narzekam.
Doceńmy banalne pogaduszki w warzywniaku, z matką kolegi naszego dziecka, starszym panem na ławce w paru. Wyściubmy nos z domu, bo nie wiadomo kogo spotkamy na ulicy czy w czasie rowerowej wycieczki.
Każdy zresztą czasem czuje się samotny, i mnie to nie jest obce. Ale chmury w końcu się rozstępują, siedzenie z nosem na kwintę zwyczajnie mi się nudzi i zaczynam zauważać możliwości.
W pełni "czuję" wyczytane również na Facebooku zdanie, że gdy człowiek osiągnie bliskość ze sobą, przestaje woleć byle towarzystwo od własnego.
Swoją drogą czy niedostatek finansowy, czy samotność, czy niepełnosprawność i co tam jeszcze - na wszystko jest sposób, i rada, do wszystkiego można się odpowiednio "ustawić". Zagadnienie jest uniwersalne.
A biadolenie - wygodne, ot co. Ale od wygody na takiej, na przykład kanapie, też może tyłek rozboleć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz