środa, 27 sierpnia 2025

Spokoju!

Jakoś idzie mi własna energia do wewnątrz. Mało zajmuje mnie świat zewnętrzny, jakieś wieści z kraju i spoza jego granic, jakieś wydarzenia. Trawię, przetrawiam to wszystko, co tyle emocji mnie ostatnio kosztowało.

A było tego trochę: śmierć Mamy, moje kłopoty ze zdrowiem, zabiegi, operacja. Pandemia i wojna też pewnie odcisnęły swoje piętno, choć izolowałam się od tego, ile tylko było można.

Ba! Co mnie zresztą obchodziła jakaś głupia wojna, gdy odchodziła Mama? Ale emocji z pewnością  nie złagodziła.

Minęło już trochę czasu, a jednak powracają te wszystkie przeżycia. Nie odpędzam ich, nie chcę zapomnieć, wciąż mam poczucie że to w pełni nie wybrzmiało, ale chciałabym się czuć jakoś lepiej.

Gdy się na tym zastanawiam, mam wrażenie, że od prawdziwej żałoby oddziela mnie jakaś niewidzialna szyba,

Teraz znowu oddział i całe morze różnych odkryć na własny temat. Nie zawsze przyjemnych.

Spokoju zaznam chyba dopiero w grobie.

A tak go pragnę za życia, tu i teraz.

Nocne niepokoje.

 Jakoś mi się zakotłowało w głowie, co poskutkowało ostatnim postem.

Zakotłowało się pod wpływem rozmów z koleżanką, tą, co to nie wie, którego mężczyznę wybrać ; pod wpływem ciepłego poczucia, że mam okazję prowadzić z kimś rozmowy o emocjach i na tak zwanym poziomie.

Poczułam przypływ emocji i pewnie dlatego kiepsko dzisiaj śpię. Wierciłam się długo przed zaśnięciem, a potem wybudziłam się w okolicach trzeciej nad ranem z uczuciem niewytłumaczalnego niepokoju i ciężaru. Czasami naprawdę człowiek sam nie wie, o co mu chodzi!

Trochę przydużo gadałam na wczorajszej grupie terapeutycznej i teraz mi wstyd, że może niepotrzebnie. Trochę przydużo otworzyłam się w ostatnim poście na blogu i teraz bierze mnie chętka wykasować tę notkę. Bo może głupia, bo może zbyt egocentryczna... ot, autocenzura.

Gdy tak zastanawiałam się, skąd mój niepokój, doszłam do wniosku, że właśnie to wszystko opisane powyżej stanowi jego przyczynę. I teraz dziwię się: jak łatwo wytrącić mnie z równowagi! Czy to wrażliwość czy przewrażliwienie? I dlaczego, do diabła, tak się przejmować czymś, o czym inni dawno zapomnieli?

A jednak...

Ciekawe to wszystko. Zaskakuje i zdumiewa, gdy się temu przyjrzeć.

poniedziałek, 25 sierpnia 2025

Wglądy... romantyczne

Nie mam takiej łatwości wchodzenia w relacje kobieta-mężczyzna jak niektóre moje koleżanki. Jestem singlem-długodystansowcem, a te nieliczne znajomości, które mi się przydarzyły, nie przeze mnie były inicjowane. Niestety zdarzyło mi się zgadzać na sytuacje nie budzące aprobaty. Oczywiście do pewnego stopnia, ale jednak.
Właściwie byłam w dwóch relacjach - jednej poważnej, drugiej... niepoważnej. Zresztą dziś, gdy mam wieloletni już dystans, również tę pierwszą, małżeńską oceniam jako mało poważną...
Odrzuciłam wiele razy tych, którzy mnie irytowali, nie podobali się, wzbudzali niechęć. Chwilami zastanawiałam się, co ze mną nie tak, że jakoś nikt nie wzbudza we mnie cieplejszych uczuć, że jedyne, co czułam, to pragnienie, by ktoś się mną zainteresował i złudna radość, gdy to - pozornie! - następowało (a potem oczywiście rozczarowanie). Nawet zresztą spędziłam nieco czasu z R. i nie mogę powiedzieć, że jego cechy nie były dla mnie atrakcyjne. Ale obok tego była czujność i nieufność, bo znałam jego poważne wady.
I teraz, w "psychiatryku" mam ważny wgląd.
Kogoś tu spotkałam, kogoś poznaję, z kimś dużo rozmawiam. I nie czuję cienia wątpliwości!
Lubię tę osobę. Tak, po prostu, bez kombinowania, zastanawiania się, obaw. Nie stwarzam sobie żadnych oczekiwań, a jednak wiem, że gdyby nastąpił jakiś znak - nie zawahałabym się przed zaproszeniem do kontynuowania i pogłębiania znajomości z tąż osobą. 
I chyba już wiem, że pewne rzeczy po prostu się wyraźnie czuje, po prostu się dzieją. I chyba już lepiej wiem, co mi odpowiada, a czego sobie nie życzę. Na pewno, a nie chyba pozwalam już sobie mieć własne potrzeby i oczekiwania. Nie mam już miejsca na kompromis w tej sprawie.
Odpowiada mi spokój w nawiązywaniu relacji. Poznawanie się bez presji, narastanie sympatii, ciekawość, chęć dzielenia się myślami. Z tego rodzi się apetyt na kolejne etapy, natomiast nie czuję go na początku drogi. Potrzebuję przekonania się, czy mam ochotę na krok kolejny i kolejny.
Może jestem osobą, jak to wyczytałam w jakichś "mądrościach", demiseksualną, bo wygląd niemal mnie nie obchodzi na starcie. Jeśli rozwinę znajomość, zyskam poczucie bezpieczeństwa i swobodę, nawet w niezbyt urodziwym człowieku potrafię dostrzec coś, co mnie zauroczy, kojarzy się tylko z nim. Może ten ktoś mieć takie zmarszczki w kącikach oczu, jakich nikt inny nie ma, może mieć piękne niebieskie oczy, na przykład, albo wielkie łapska, tak bardzo dla niego charakterystyczne. Wszystko zaczyna się od rozmowy, emocji, atmosfery. Byle by mnie fizycznie nie odstręczał (czasem drobiazgiem), bo to również mi się zdarzało i wtedy jasne było, że tej osoby nie chcę.
Tak więc skoki na głęboką wodę to nie moja baśń. Wielkie zaślepiające namiętności to nie moja opowieść. Moje jest zaufanie i zgodne kroczenie wspólną drogą.

Ręce opadły

Wierzę mocno, że każdy problem da się rozwiązać, a jeśli nie - można zmienić do niego swój stosunek.

A jednak czasami głupieję w dyskusjach na ten temat. Koleżanka wczoraj wytrąciła mi argumenty z rąk.

Jest rozdarta między dwoma mężczyznami, więc jej powiedziałam: "Na twoim miejscu chyba zrobiłabym sobie przerwę od obu". Na to koleżanka, że jej na to nie stać, że nie miałaby się gdzie podziać, bo jest osobą bezdomną. Mieszka albo u jednego z tych panów, albo kwateruje za granicą, gdzie pracuje i gdzie poznała tego drugiego.
Na chwilę zamilkłam, zastanowiłam się jednak.

- Przecież tak czy siak, gdzieś zawsze mieszkasz, możesz pracować i coś wynająć.

- Taaak! Pod warunkiem, że mam pracę i póki jeszcze jestem dość młoda. Kto wynajmie mieszkanie staruszce?

Tu ręce mi opadły. Zamilkłam pokonana, ale wewnątrz mnie pozostała niezgoda.
Ciekawa jestem, co można doradzić w takiej sytuacji, jakie zaproponować rozwiązania. Serio, chętnie poczytam Wasze opinie.

Przeraża mnie, a wcale nierzadko się z tym spotykam, że wciąż kobiety wchodzą w związki, by zapewnić sobie byt, z obawy o możność utrzymania się w pojedynkę. Nawet jeśli nie jest to jedyny powód, by w związku pozostawać, to jednak zasmuca brak niezależności i decydowania o sobie w pełni. To tak bardzo zalatuje dziewiętnastym wiekiem, a podobno dzisiejsze kobiety są wyemancypowane! To porównanie bardzo na wyrost, ale mam też skojarzenia z prostytucją.

A koleżanka twierdzi, że jest feministką...

sobota, 23 sierpnia 2025

A na oddziale...

Z oddziału odeszły jednocześnie trzy osoby. Zakończyły już leczenie.
I co się okazuje? Bez nich czuję się lepiej, swobodniej, mam poczucie, że w grupie jesteśmy wszyscy bardziej dla wszystkich. Łatwiej o dobre rozmowy, bycie wysłuchanym i zauważonym (wcale nie mówię tylko o sobie, i mnie łatwiej dotrzeć do innych), bo nikt nie dominuje i nie zakrzykuje, nie przytłacza pozostałych.

Ta trójka to były osoby bardzo aktywne, dynamiczne, poszukujące dodatkowych wrażeń, stymulacji, wymyślających różne atrakcje, by urozmaicić życie grupy. Były też jednak męczące przez tę swoją ruchliwość i energię, zwłaszcza niesłychanie gadatliwa Stefka. Stefka miała serce na dłoni, ale nie bardzo umiała wysłuchać innych do końca, spieszno jej było dzielić się wszystkim, co miała do powiedzenia. To również było podyktowane dobrym sercem, ale nie zawsze przecież pożądane.

Już dwa dni, jak wyszłam z oddziału bez uczucia zmęczenia i rozdrażnienia. Już dwa dni, jak czuję się w grupie dostrzegana, widziana, słuchana, jak widzę i słyszę inne osoby, a nie wciąż te same.

Ta sytuacja dostarczyła mi ważnych wglądów w siebie. Odkryłam, że nad gromadne życie przedkładam kameralne spotkania, gdzie wszyscy są dla wszystkich. Lubię być sam na sam lub w małym gronie, gdzie nie atakują mnie i nie rozpraszają tysiące bodźców. Wtedy, moim zdaniem, najlepiej realizuję swój towarzyski pontencjał.

To poczucie dopadło mnie również w mojej "sekcie", z którą spotkałam się wczoraj. Rozmowy "oficjalne" toczą się w sposób zdyscyplinowany, więc nadążam, ale te swobodne, w przerwach między oficjalnymi, sprawiają mi trudność. Bardzo przykre jest wtedy poczucie wyizolowania. Tak bardzo chciałabym porozmawiać z tą czy tamtą koleżanką, wypytać o szalenie interesujące mnie sprawy, a jest to mocno utrudnione w większym gronie.

Nie pozostaje mi nic innego, jak uznać, że mam tak, a nie inaczej i uczyć się z tym żyć.



I jeszcze jedną ważną, chociaż tak elementarną, że aż wstyd, naukę wyniosłam z rozmowy z terapeutą oraz ulubionym oddziałowym kolegą.

Wszyscy, rzadziej lub częściej, miewamy chwile zniechęcenia, braku sił, kiepskiego nastroju. To nie powinno nas zatrzymywać w działaniach do tego stopnia, jak dzieje się to ze mną. Kolega od wielu lat zmaga się ze stanami depresyjnymi, ale nauczył się robić, co jest do zrobienia pomimo wszystko. Twierdzi, że jest do do wytrenowania. A ja? Ja się "rozdziadowałam", bo dziecko już dorosłe, w domu nikogo nie obchodzi, jak go prowadzę, więc mam luksus użalania się nad sobą i ulegania słabościom. Utrwalił się we mnie taki nawyk - ot co. Zależy mi, by to zmienić, więc podjęłam starania i póki co - przybywa mi energii i zadowolenia, gdy się przezwyciężam. Marazm, niestety, rodzi większy marazm.



P.S. Przed chwilą dostałam wiadomość od koleżanki - tej, która niemal rzuciła swojego "chłopaka" dla innego. Jednak zostaje z tym dawnym. Nie ukrywałam przed nią, że się cieszę, bo z tego, czego dowiedziałam się o tym drugim, pierwszy jest o niebo wartościowszy, choć nie zawsze łatwo z nim żyć.

Małostkowość

Może za bardzo się czepiam, ale znowu zaobserwowałam, co mnie w ludziach irytuje. Małostkowość i ograniczoność. Przykłady bywają tak banalne, jak banalne sprawy zajmują te osoby urastając do rangi niewspółmiernej.
Przedwczoraj wyszłam z domu na zakupy. Minęłam po drodze sąsiadów rozmawiających przy podwórkowym stoliku pod wierzbą. Jeden z nich, akurat bardziej przeze mnie lubianych, zażartował: "Kup pączki", więc zapytałam: "A gdzie?" i dowiedziałam się, że "rzucili je, podobno smaczne, w pobliskim sklepiku. Coś tam wesoło odpowiedziałam i poszłam dalej. Gdy wracałam sąsiad zaczepił: "A gdzie pączki?". Odparłam: "Myszy zjadły, ale mam coś na pociechę" i poczęstowałam towarzystwo paluszkami z sezamem. Kupiłam je, bo rozbawiły mnie te przekomarzanki o pączkach.
Na drugi dzień wracając do domu z oddziału, spotkałam dwoje z tych sąsiadów i spontanicznie się do nich przysiadłam. No i posłucham sobie, jak "nadają" na tego trzeciego, który żartował o pączkach.
Wielkie halo! Zupełnie, moim zdaniem, niewinne zdanie X. zostało poddane analizie i krytyce. Bo jak tak można, według starej N-owej się dopominać? Bo X. upierdliwy, bo X. dokuczliwy, bo taki, bo siaki. Coś tam usłyszałam o jego żonie... Nie interesowało mnie to na tyle, by zapamiętać, ale byłam i jestem pełna "podziwu", że tak bardzo może kogoś zajmować życie innych, że tak istotne mogą być zdarzenia - zdarzonka! - na które zupełnie nie zwracam uwagi, nad którymi przechodzę do porządku dziennego. To chwilami aż obrzydliwe.
Kiedyś przysiadła się do mojego podokiennego stoliku Honoratka z moją sąsiadką zza ściany...
Na własne uszy słyszałam kiedyś, jak rozmawiały z moimi sąsiadami - też zza ściany, ale przeciwległej😆 - na jakieś niepodobające im się rzeczy na podwórku i we wspólnocie mieszkaniowej. Wydawało się - sztama! A jednak tym razem Honoratka spojrzała na stojącą przed wejściem do mieszkania starą komodę sąsiadki i różne ustawione na niej drobiazgi. "Staroświeckie ma te rzeczy!" - rzuciła. Nie wytrzymałam i wtrąciłam: "Jej rzeczy, jej sprawa".
Wczoraj znowu, opuszczając towarzystwo pod wierzbą, usłyszałam od starej N-owej: "Pewnie się pani położy". Nieraz wspominałam, że ucięłam sobie drzemkę po południu, zdarza mi się to ostatnio prawie codziennie. Już dawno nauczyłam się bywać pyskata, więc N-owej odpowiedziałam niby to lekko i wesoło: "Jak zechcę to się położę, a jak zechcę, to się powieszę". Jej towarzysze roześmieli się, a ja poszłam do domu.
Są to naprawdę bzdury, ale w większych dawkach - irytują.

Mieszkałam w wielu miejscach, ale obecne ma swoją specyfikę małego, zamkniętego środowiska. Pierwszy raz w życiu tak namacalnie się z tym spotykam.

niedziela, 17 sierpnia 2025

Wakacje w psychiatryku

Kto by pomyślał, że jedne z najlepszych wakacji swojego życia spędzę... w szpitalu psychiatrycznym.

Dzienny oddział jest super! Polecam każdemu, kto nie wyrabia na życiowym zakręcie, komu ciężko i źle. Nie jest to miejsce dla mocno chorych psychicznie, jego głównym zadaniem (w moim odczuciu) jest przywrócenie pacjenta światu, innym ludziom, zwykłemu zdrowemu życiu.

Tydzień temu poczułam pozytywne skutki przebywania w tej przestrzeni. Wybrzmiały - w dużej mierze po prostu świadomie na to pozwoliłam, nie tłumiłam tego, chciałam się temu przyjrzeć - moje trudne emocje, wielokrotnie w całym życiu doznawane poczucie izolacji, inności, niedopasowania do innych, nienadążania za pozostałymi członkami grupy. Po zobaczeniu tego w pełnej okazałości odważyłam się na rozmowę w grupie terapeutycznej.

Ludzie w grupie są fantastyczni! Dali mi tyle wsparcia i życzliwości! Nie tylko emocjonalnego, ale i praktycznego, konkretnego, namacalnego. Zmobilizowali mnie między innymi do odwiedzenia punktu protetyki słuchowej w celu przetestowania lepszego modelu aparatów, bo te, których teraz używam, znoszę bardzo źle.

No i te nowe - rewelacja! Słyszę bardziej naturalnie, nie atakuje mnie natłok dźwięków, nie zwracam uwagi na uliczny szum. Próba ogniowa nastąpi jutro, w grupie, wśród toczących się równocześnie wielu rozmów.

Ludzie również ośmielili mnie, by prosić o powtarzanie informacji, dopytywać, nie bać się, że może jestem natrętna i irytująca. Kolega zażartował, że aby zostać zauważoną i usłyszaną trzeba czasem nawet "rozpychać się łokciami" (w granicach rozsądku i przyzwoitości).

A ja tak się zawsze obawiałam, że jestem niechciana, nieproszona... Schemat izolacji społecznej, o którym przeczytałam w książce pożyczonej od kolegi z oddziału, bardzo mnie dotyczy.

Ogromnie wartościowe jest to, czym teraz żyję.

Tak bardzo od czasu tej rozmowy czuję się lepiej. W grupie też zostało to zauważone.

Obawiałam się, że to chwilowe, że za moment znowu dopadnie mnie dołek, pokona jakieś zmęczenie. Tymczasem - zmęczona owszem, bywam, ale nastrój stabilny. Oby jak najdłużej.

Swojskie malkontenctwo

Znajoma jedna moja w każdej niemal rozmowie zwykła narzekać, w jakim to chorym kraju żyjemy, jak to nie wspiera się potrzebujących, jakie to głodowe emerytury, jakie marne renty...

Niby prawda, ale ileż można tak w kółko bić tę pianę? Nie wytrzymałam raz i odparłam: "To zrób rewolucję i ruszaj na barykady!". Odpowiedź: "Ja mam odwagę, nie boję się mówić, co myślę".

Taaaa...! Odwaga w międzysąsiedzkich pogwarkach, urzędzie nawet, to nie jest wielka sztuka. Gardłowanie bez obawy o konsekwencje to coś, na co wielu stać.

Zdaniem koleżanki "wszyscy powinni wyjść na ulicę i coś wreszcie z tym zrobić", więc ja jej na to (poirytowana już tym gadaniem): "To zacznij pierwsza".

I tu pojawia się szereg argumentów o zdrowiu, obowiązkach, wieku... I tu kończą się mądrości podobnych koleżance osób.

Nie pamięta się z lekcji historii, jakich ofiar wymagała walka o prawa człowieka, ile krwi przelano w rewolucjach, na manifestacjach, demonstracjach. Nie pamięta się i nie myśli, jak serdecznie musieli mieć dosyć zdesperowani robotnicy, skoro decydowali się na drastyczne rozwiązania. Znam to tylko z książek, ale dobrze pamiętam, jak opisuje Halina Górska w "Drugiej bramie": wybuchł strajk w fabryce i Adela (jedna z dziecięcych bohaterek książki) musiała "zapychać" głodne rodzeństwo ziemniakami.

Pamiętam słowa znajomej rodziców: "Jeszcze Polaki nie głodne!", gdy toczyła się rozmowa o ludziach unikających pewnych prac. Wspomniana moja znajoma też do pracy się nie pali, porzuciła, zapewne nieprzyjemną, posadę sprzątaczki, nie myśląc zbytnio, co będzie dalej. Dziś jest bez pracy, na chudej rencinie, a żeby zarobić dodatkowy grosz, tyra jako opiekunka starszych ludzi. Czy to lżejsze niż sprzątanie? A gdzie zaplecze socjalne? I właśnie ona narzeka, że Polska to podły kraj. Nie widzi własnego udziału w pogorszeniu sobie życia?

Nie, nie twierdzę, że w naszym kraju żyje się słodko, ale niech się wypowiadają ci, których naprawdę to dotyka, którzy naprawdę zostali skrzywdzeni. Ta akurat osoba sama sobie zgotowała taki, a nie inny los.

I to durne gadanie, że za granicą żyje się lepiej...

Nie byłam, więc się nie wypowiem, ale słyszałam niejedną gorzką wypowiedź na ten temat. Nawet za ten zagraniczny dobrobyt jest cena: rodziny w rozłące, ciężka fizyczna praca, trwonienie zdrowia, nieraz upokorzenia, o czym sporo mogłaby opowiedzieć moja Mama, która we Włoszech spędziła 17 lat.

To takie nasze, takie swojskie (nie wierzę, że jedynie polskie): wymądrzać się i nic więcej nie robić, marudzić dla samego marudzenia, pompować swoje ego wypowiadaniem obiegowych opinii, bez osobistej refleksji. Toteż unikam takich jałowych dyskusji i stronię od nich.
Jeśli nie podoba ci się to czy owo (aż tak bardzo, by do znudzenia o tym gadać) - zaproponuj coś w zamian!

poniedziałek, 11 sierpnia 2025

I znowu...

I znowu o D., ale tym razem krótko i zwięźle.

Wszystko, co o niej napisałam, jest faktem. Wszystkie moje emocje odnośnie jej to też fakt.

I co?

Jesteśmy nadal w relacji. Jednak jest dla mnie ważna.

Rozdźwięki? różnice? Lekcją tolerancji i komunikacji, która wyraża swoje stanowisko nie raniąc, z łagodnością, choć szczerze.

Amen.

Jak?

Jak i skąd brać odwagę, by się realizować, pozwalać sobie, nie odkładać życia na później? By przestać zasłaniać się brakiem pieniędzy, czasu, odwagi? No, jak?

Serio pytam, czy miał ktoś takie rozterki i jak sobie z nimi poradził.

Napiszecie o swoich doświadczeniach?

Coś się odsłania

Dobry, ważny dzień zarówno na oddziale, jak i po południu.

Chyba nie mam potrzeby ani cierpliwości, by go streszczać, ale odsłoniło się tak wiele rzeczy. Wyszły na światło dzienne dawne, nieuleczone sprawy - by dać mi szansę na ich uzdrowienie. Och, jak dziękuję!

Trudny był ubiegły piątek na oddziale, w grupie. Mówiąc żargonem różnych specjalistów od samorozwoju, odpaliły się moje zadawnione rany. Ostatni czasownik jest tu niezwykle adekwatny, bo istotnie błaha, w gruncie rzeczy, sprawa uruchomiła moje olbrzymie emocje. Odezwało się we mnie wewnętrzne smutne, opuszczone, rozżalone i rozzłoszczone dziecko. Nie umiałam ukryć mojego niezadowolenia, a wręcz czułam potrzebę, by je zauważono. I świadomie zwróciłam na to uwagę podczas grupowej terapii. Otrzymałam wsparcie i akceptację - kilka prawd trudnych, ale pełnych życzliwości.

Trochę mi było potem wstyd, ale zapewniono mnie, że mogę czuć się bezpiecznie i śmiało się odkrywać. I wiecie... otworzyło mnie to, ośmieliło, dało poczucie, że mogę być przyjęta. I o dziwo, poczułam, że chcę być z ludźmi, nie chcę się chronić, niepotrzebnie pielęgnuję (podświadomie!) swoje wewnętrzne poczucie odrzucenia, bycia niechcianą. Dziś wręcz się tym odkryciem zachłystuję.

Było też kilka zadr, które gdzieś w głębi mnie uwierały. Nie dawały się jednak we znaki zbyt mocno, potrafiłam je objąć, znieść i być ponad nie. Nie pozwoliłam im rządzić, choć pomna różnych nauk, nie wypieram się tego uczucia. Uszanowałam je, lecz - ja tu rządzę! 😉

Chyba jestem winna wdzięczność tej marcowej operacji, która ostatecznie przywiodła mnie na oddział.

niedziela, 10 sierpnia 2025

Żal

Mam żal. Ostatnio dużo we mnie różnorakiego żalu.

Tym razem jest to żal do moich sąsiadek. Może również do siebie za nieumiejętność asertywnego, pokojowego stawiania granic.

Faktem jest, że do pewnego momentu nie czułam, by mi specjalnie coś w naszych relacjach przeszkadzało.

A jednak...

Jest u nas na podwórku Honoratka. Zmieniam imię oczywiście, ale jest to typ fertycznej filigranowej kobietki, więc kojarzy mi się z zadziorną bohaterką "Czterech pancernych...".
Nasza Honoratka na miejscu nie usiedzi, wciąż szuka sobie zajęć: a to zamiata, a to uprawia swoją działkę, a to znowu bierze się za upiększanie wspólnych części podwórza i coś tam zasiewa, podlewa itd. Niby świadczy to o jej pracowitości, więc dobrze, ale bywa, że mnie drażni.

Na przykład przychodzi niemalże pod moje okno i włącza radio, by sobie słuchać przy pracy. Wciąż coś zmienia przed moim oknem, bo ustawiłam pod nim stolik oraz krzesła, z których sąsiedzi, a więc i ona ochoczo korzystają. Kupiła na przykład obrus za parę groszy i ułożyła mi na stoliku - trzeba przyznać, że ładny. Druga sąsiadka z własnej inicjatywy obrębiła mi go na maszynie, bo niemal zawodowo zajmuje się szyciem. Niby miła przysługa, ale coraz częściej czułam, że wkracza się na moje terytorium, w moją prywatność. Czułam presję wdzięczności, chociaż pewnie nikt jej ode mnie nie oczekiwał.

Faktem jest moje okropne, ostatnimi czasy, lenistwo. Nie mam energii ani chęci na prace domowe, robię to, co już naprawdę nieuniknione. Komu jednak przeszkadzał stół bez obrusa czy ceraty (kładłam zresztą, ale cerata wypłowiała od słońca)? Nieraz sąsiadka potrafiła złapać za ścierkę i powycierać kurze na moim parapecie, a ja czułam irytację: co ją obchodzi mój kurz?!

Jakiś tydzień temu przeszły same siebie.

Wróciłam do domu późno i jeszcze w progu usłyszałam od syna: "Mama, chyba z pięć osób było na naszej działce. Powyrywały ci rośliny".

Wyjrzałam przez okno pokoju, które wychodzi wprost na działkę. Goła ziemia! Gdzie się podziała wybujała szałwia muszkatołowa, która przyciągała roje pszczół?! Jak można było tak po prostu wkroczyć na czyjś teren i się rządzić?

Zezłościłam się i natychmiast wysłałam do Honoratki wiadomość głosową, a do drugiej sąsiadki SMS z informacją, że nie życzę sobie takich ingerencji. Przy najbliższej okazji doprowadziłam do bezpośredniej rozmowy. Usłyszałam, że szałwia rozsiewała się na sąsiednie działki, a owady wlatywały do mieszkania najbliższych sąsiadów.

Dlaczego nie powiedziano mi o tym otwarcie? Owszem sąsiadki napomykały coś, że przydałoby się wykosić, że mogą mi pożyczyć sekator, nie uświadomiły mi jednak powodów, więc przekonana, że po prostu nie podoba im się bałagan na moim kawałku ziemi, pokazałam im w myślach zamaszysty gest Kozakiewicza. "Moja działka,moja sprawa", pomyślałam, nie mając pojęcia, że jednak nie tylko moja to sprawa.
Trzeba było mi powiedzieć!

Jest mi teraz najzwyczajniej w świecie przykro. Nie tyle nawet sprawa mnie złości, ale po ludzku boli.

Spróbowałam rozmówić się z sąsiadkami, wyjaśnić, przeprosić nawet, że ich nie zrozumiałam. Ale czy ja zostałam uszanowana?

Honoratka niby się nie gniewa, ale przecież widzę, że się zdystansowała, brakuje dawnej pogody i serdeczności. Żal mi, ale z drugiej strony - życzliwością też można zagłaskać.

Jak to asertywnie ważyć: przyjmowanie życzliwości, korzystanie z niej - co przecież cieszy i dawcę - a stawianie granic?


sobota, 2 sierpnia 2025

Kurrrrde Maciek*

Chyba mi nie pomaga ten oddział dzienny.

Na początku czułam, że wypoczywam od codzienności typu praca-dom, a teraz mam wrażenie, że tylko obawa przed powrotem do tego mnie tu trzyma. Na oddziale przynajmniej nie wymaga się ode mnie wypełniania obowiązków pracownika, koncentrowania się na zadaniach. Ale w gruncie rzeczy bywa mi tu jeszcze trudniej niż w pracy.

Najbardziej na świecie chciałabym po prostu "usiąść sobie na tyłku", zwolnić tempo życia, zatrzymać się i wyciszyć. Na oddziale ciągle coś się dzieje, brakuje tej przestrzeni tylko da siebie. Niby grupa jest po to, by dawać sobie wsparcie - ja tego nie czuję! Owszem, panuje tu życzliwość, ale tak naprawdę nie czuję się tu ani ważna, ani potrzebna. Nie mam z kim tak naprawdę porozmawiać, bo tu albo utworzyły się pary i grupki, albo po prostu rozmawiają wszyscy razem o sprawach ogólnych. Nie chcę (na Boga!) powiedzieć przez to, że mam komukolwiek to za złe, ale ogromnie łaknę szczerych, głębokich rozmów o tym wszystkim, co mnie teraz wypełnia. Tu, nawet jeśli ktoś okaże mi więcej zainteresowania, to tylko na chwilę, przelotnie. Tu głos mają bardziej przebojowi, rozpychający się łokciami. Ktoś mówi, a gdy na chwilę przerwie, nie zdążę nabrać tchu, gdy wpada w słowo ktoś kolejny. Nie domagam się prawa do bycia w centrum uwagi, ale nie chcę też być niewidzialna, nieważna.

Zastanawiło mnie teraz, przez moment, czy pisząc to wszystko nie zaprzeczam sama sobie. Chcę być widziana, a jednocześnie "usiąść na d..."?

Ale tak! Tu za dużo się dzieje, za szybko. Jest gwarno, ciągle coś się robi - jak nie terapia zajęciowa, to grupowa, jak nie luźne rozmowy, to wyjście w plener. Niby wszystko fajne, a ja jestem wykończona, rozdrażniona, poirytowana. Bywa, że wychodzę z oddziału do domu i płaczę.

Co to - kurrrrde Maciek!!!! - się ze mną dzieje?

Myślę, że terapia indywidualna lepiej zaspokoiłaby moje potrzeby.

*Autorką powiedzonka jest moja bratanica, która - na szczęście - nieudolnie powtórzyła to, czego małe dziecko nie powinno słyszeć.

niedziela, 27 lipca 2025

O sprzątaniu i nie tylko

Głównie grzebię w sobie na blogu (i nie tylko). Może to egocentryczne? Jednakże - mój blog, moje prawo. To wszystko, co we mnie "siedzi", co mnie kształtuje i powoduje mną, zwyczajnie mnie zaciekawia. A w końcu któż inny towarzyszy mi w każdej sekundzie życia?
Poznaję siebie, sprawdzam, co osłabia moją siłę życiową, a co ją daje, dlaczego bywam niezadowolona, dlaczego nie wychodzi mi to, na czym bardzo mi zależy i dlaczego tak mi zależy?

Mimo woli sprowokowałam na oddziale dyskusję na ostatni temat. Zaczęło się od żartu rzuconego przez kogoś: "jak żyć?", gdy prowadząca grupę terapeutyczną psycholog zapytała, o czym chcemy pomówić. Pociągnęłam temat: właśnie! jak żyć, gdy skończy się błogie ciepełko oddziału dziennego i trzeba będzie wrócić do codzienności: godzenia obowiązków, pokonywania niechęci i zmęczenia?
Mam poczucie, że sprawa ma jakieś głębsze podłoże.
Przecież nie pracuję ciężko, a serdecznie miewam dosyć tego gotowania, sprzątania, tej powtarzalności. Dosyć mam wstawania do pracy i dyscyplinowania się w niej.
I o co tu chodzi? Przecież to istna dziecinada!
Jest we mnie przymus, by wszystko w moim życiu było perfekcyjne, a jednocześnie jest wielki bunt przeciwko temu.
Mam myśl, która właśnie teraz przyszła mi do głowy: pchają mnie, czy ciągną (sama nie wiem ;) ) dwie przeciwstawne siły. Identyczna jest ich moc, więc jaki rezultat? Ano - stoję w miejscu i się na ten stan rzeczy złoszczę. Jakaś patowa sytuacja, która przede wszystkim kosztuje mnie sporo energii psychicznej, spokoju i nerwów.
Psycholog zasugerowała, że może właśnie teraz kwestionuję to, co wiele lat uważałam za powinność i jedynie słuszny model... a co niekoniecznie było moją prawdą.
Aczkolwiek osobiście uważam, że manifestuje się to u mnie wręcz karykaturalnie. Że zachowuję się jak jakaś - nomen omen - stuknięta!
Można się ogromnie zapętlić.

Koniec końców, chyba jednak ta sesja była mi potrzebna, poruszyła emocje i zaowocowała niniejszymi przemyśleniami.

Zabrałam się w piątek, zawstydzona tym swoim lenistwem, do którego przyznałam się na forum, do porządkowania mocno zagraconych szuflad, I pojawił się wgląd, że sama sobie komplikuję proste sprawy!
Rejteruję przed trudnościami. Tym razem było to - wyrzucanie. Tak! pozbywanie się niepotrzebnych rzeczy, o czym do obrzydzenia można dziś naczytać się w internetach.
Chociaż staram się nie nabywać rzeczy bez potrzeby, jednak ich przybywa. Tu coś dostanę, tu "się zgarnęło" niechcąco przy kolejnej przeprowadzce z jednego wynajmowanego lokum do innego, to kupiłam lepszy nóż, bo stary mnie irytował, był tępy i rozklekotany. Niby drobiazgi, ale - wiadomo - kropla drąży skałę...
No i okazało się, że nieużywanych sprzętów leży w szufladach sporo. Dumałam i dumałam nad nimi... Może jednak się jeszcze przydadzą, bo przecież nie są takie najgorsze? Jakże wyrzucić noże używane jeszcze przez moich Rodziców? ; u mnie każdy przedmiot ma duszę i wiąże się ze wspomnieniami.
Wreszcie podjęłam żeńską (😉) decyzję: zgarniam te przedmioty do worka, wynoszę do piwnicy i sprawdzam, czy przez najbliższe pół roku okażą się potrzebne.
Zaraz jednak puknęłam się w czoło na absurdalność tego przypuszczenia. W rezultacie sprzęty wyniosłam pod kontener na śmieci. Serce bolało, bo był tam wyszczerbiony półmisek z czasów mojego wczesnego dzieciństwa, niespecjalnie piękny, jedyny ocalały z kompletu, który bez sensu poniewierał się w szufladzie.
Nad dwiema wcale nie lubianymi filiżankami omal się nie popłakałam. Boże... Mama! Mieszkanie na Polesiu! Wizyty cioć i wujków, gdy używano tego półmiska i tych filiżanek! Mama, żyjąc na walizkach, całe dorosłe życie, tęskniła do na stałe urządzonego, zasobnego domu z kompletną zastawą, uwielbiała ładną porcelanę i w ogóle ładne rzeczy.
Nie, na wyrzucenie filiżanek nie zdobyłam się, lecz postanowiłam jednak ich używać. Zostawiłam też przyrząd do odwracania na patelni naleśników czy kotletów, chociaż jest niewygodny i zastąpiony nowym - ale był w domu, odkąd pamiętam! Wraz ze starym tłuczkiem do kartofli (kupiłam lepszy, który może zastąpić praskę, bo ten stary to był jedynie wygięty drut w kształcie podwójnego S - a kupiliśmy go z mężem) postanowiłam go wręczyć synowi, gdy rozpocznie samodzielne życie ; a niech ma coś od matki, gdy ta już odejdzie z tego świata (o ile nie wyrzuci, bo on, w przeciwieństwie do mnie, sentymentalny nie jest).
Wreszcie szuflady posprzątałam, że aż miło spojrzeć, ale ile było przy tym ambarasu!

Ot! cała Marta.

sobota, 26 lipca 2025

Źle

Złe dni jakieś. Buzujące emocje, złość... przede wszystkim złość. Ale i żal, i przykrość.

Momentami sama nie wiem, o co mi chodzi. Wkurza wszystko i wszyscy, czuję po prostu brak psychicznej równowagi. Przebodźcowuje mnie ruch na oddziale, rozmowy, nawet stukanie plastikowych klocków do gry w coś tam.... Tęsknię za idealną, totalną ciszą. Męczy mnie skupianie uwagi, nadążanie za rozmowami, boli poczucie wyobcowania, gdy nie nadążam. Przy byle okazji to uczucie wraca, mam czasami wrażenie, że nieadekwatnie do rzeczywistości.

Jest mi - kurrrrde! - źle!


Moje mieszkanie, które tak mnie na początku zauroczyło swojską atmosferą, chyba mi obmierzło.

Mieszka za ścianą czynny alkoholik - aktualnie w ciągu. Przyłazi co dzień pod moje okno, gdzie ustawiłam stolik i krzesła, aby rozkoszować się porankami przy kawie. Nie mogę w spokoju delektować się chwilami dla siebie, bo bełkocze, gada głupoty - jak to pijus. Dzisiaj nie wytrzymałam i po prostu go skrzyczałam, gdy mi zaczął opowiadać setny raz o tym samym i wmawiać niestworzone rzeczy. Przeproszę chyba za to jego matkę, bo może kobiecinie przykro.

Sąsiedzi urządzili sobie pod tym moim oknem, przy tym MOIM stoliku klub dyskusyjny, a przecież latem okno mam uchylone. Zero prywatności! Rajcują na różne tematy, słuchają muzyki z telefonu, nieraz i plotkują o innych mieszkańcach podwórka.
Do licha! Czasami brakuje mi tego ruchu, tego życia, gdy zimą wszyscy pozaszywają się w domach, ale co za dużo, to za przeproszeniem, nawet świnia nie zje!


Poza tym dopadły mnie obawy o przyszłość. Syn został przyjęty na studia, wybrał sobie trudny kierunek i jestem pełna obaw, czy sobie poradzi. Niech jednak próbuje swoich sił, widzę, że mu na tym zależy, że się zaangażował i nawet teraz, w czasie wakacji z własnej woli zajmuje się fizyką, traktowaną w jego technikum po macoszemu. Kupił sobie jakie repetytorium i "rozkminia". Boję się, czy podołam finansowo. Syn się na razie do pracy zarobkowej nie pali, mówi, że trudno znaleźć robotę i że podobno nawet jego pracowita dziewczyna ma z tym kłopot.

Jakoś się w ogóle rozklekotałam psychicznie. Gwałtowność, zmienność... Chwilami odnoszę wrażenie, że muszę od nowa uczyć się żyć, na nowo się składać po tym ciosie. Ot, rozklekotanie.
Proste sprawy są dla mnie wyzwaniem, wpadam w rozkojarzenie, przygnębia mnie to. Gdzie się podział tak pracowicie budowany spokój i pogoda?

środa, 16 lipca 2025

Boli

Mam kolejne obserwacje na temat mojego codziennego funkcjonowania.

Nie uniknę chyba zniżek (tak je nazywam), które, trudno mi już powiedzieć, czy wynikają z przyczyn organicznych, po prostu ze szwankującej neurologii, czy też z jakichś podświadomych pobudek, urazów, błędów w myśleniu.

Czasami byle drobiazg wytrąca mnie z równowagi. Rzucone przez kogoś, zupełnie bez złej intencji słowo, uderzające w mój jakiś czuły punkt ; moje własne nieprzemyślane wypowiedzi, których inni już nie pamiętają, a mnie ciągle przykro, że się z czymś niepotrzebnie wyrwałam. Gdy jeszcze do tego dojdzie zwyczajnie gorsze samopoczucie, zmiana pogody - bywa ciężko.

Dziś jestem zmęczona, sfrustrowana tym i niezadowolona z siebie. Martwię się tym, że nie daję rady normalnie żyć, wypełniać obowiązków, aktywnie cieszyć się życiem. Czuję się gorsza od innych.

Mam różne zainteresowania, nie mogłabym żyć tylko pracą i obowiązkami, więc często realizuję się kosztem tych ostatnich. Gdy znowu mam czas na różne prace, nie zawsze mam na to siłę. Bywam zmordowana i senna.

A tyle miałam marzeń i aspiracji! Nie dam rady im sprostać! Jakie to przygnębiające.

Bardzo też mnie boli, że nie mam z kim serio o tym porozmawiać.

czwartek, 10 lipca 2025

Aktualności

Znowu dzisiaj garść emocji w oddziale. Huśtawka nastrojów, bo w jednej chwili fajne porozumienie z kimś, a za chwilę dorywa się do głosu ktoś bardzie przebojowy, lepiej niż ja słyszący i nadążający, a ja wylatuję na aut. Trudno mi w takich sytuacjach i bardzo mnie to boli.
Ale dziś przyszła mi refleksja: Przecież nie tylko ja mam swoje ograniczenia i bariery. Przecież tutaj trafiają ludzie z problemami - przeróżnymi. Nie ma sensu kierować ostrza krytyki przeciw sobie. Nie ma w ogóle sensu krytykować ani zbytnio brać wszystkiego do siebie. Trudna to nauka, ale cenna. Co nie zmienia faktu, że dawniej było mi jednak znacznie łatwiej w relacjach.

Miałam okazję polepić w glinie. Nie spodziewałam się, że taką sprawi mi to radość. Ulepiłam koślawego stworka oraz ciut nieudolną głowę z twarzą. Lepiąc tę głowę doznałam wspaniałego i pięknego uczucia: poczułam, jak zaczyna żyć, ma konkretny wyraz twarzy, spojrzenie, coś komunikuje - i to ja jestem tego sprawczynią.
Dzieła innych były bardzie staranne, profesjonalne, piękniejsze, bo koleżanki i koledzy korzystali z gotowych, podpowiedzianych przez terapeutę zajęciowego rozwiązań. A to jakiś szablon, a to foremka... Jakoś mnie to nie satysfakcjonowało, bo to jak z pierogami chociażby: można je kupić w sklepie, co sama często i chętnie robię, ale nie ma to jak dzieło własnych rąk i świadomość, że to sobie zawdzięcza się rezultat.

Po południu przywieziono mi nową pralkę. Uczynny, choć okropnie opieszały w oddawaniu długów sąsiad z moim synem ustawili mi ją i podłączyli do kanalizacji. Właśnie pierze się pierwsze, puste, zgodnie z zaleceniem instrukcji, pranie.
Jak się skończy, załaduję pralkę i zrobię pranie prawdziwe, bo już się go sporo uzbierało.
Cieszę się jak małe dziecko nową zabawką :)

wtorek, 8 lipca 2025

A dziś...

Dziecię pięknie zdało maturę. Jestem dumna!

A ja demoralizuję się na tym L4 do cna :) Nie robię w domu prawie nic, bo śniadania i obiady jadam w szpitalu, a dziecię nie ma nic przeciwko samodzielnemu żywieniu się. Oczywiście lojalnie o to zapytałam, żeby nie było mu przykro, i aby nie myślało, że matka ma je w nosie. Bałagan zrobił się przez kilka dni, ale stwierdziłam, że gdy "przyjdzie" nowa pralka, wypiorę zaległości i uporządkuję domową przestrzeń. Teraz rozkoszuję się leniuchowaniem i wypoczynkiem.

Na oddziale poruszające doświadczenie. Zachęcona przez psycholożkę poruszyłam w grupie terapeutycznej trapiące mnie problemy z niedosłuchem i poczuciem społecznej izolacji. Odpowiedzi mnie zaskoczyły i wzruszyły. Ludzie odnieśli się do mnie tak ciepło i życzliwie, że miałam ochotę po kolei każdego uściskać. Była to dla mnie okazja również do spojrzenia z innej perspektywy. Kolega, na przykład, wyznał, że gdy tak się tak trzymam gdzieś z boku, on obawia się zakłócać mi spokój, przeszkadzać. Powiedział też, że wiedząc o moim niedosłuchu, ma obawy że go nie zrozumiem, bo mówi niewyraźnie.
Bardzo cenne te wszystkie wglądy.

poniedziałek, 7 lipca 2025

Aaaach!

Uuuufff! Jaki cudowny deszcz pluszcze za oknem! Jak cudownie pochłodniało i zelżało powietrze. Bardzo źle znoszę miejskie upały, rozprażony do niemożliwości beton i asfalt.
Z oddziału do domu przywlokłam się dzisiaj spocona jak nieboskie stworzenie, zmęczona i niechętna do żadnej pracy. Trzeba było jednak znowu podjechać do Mateusza, chociaż tym razem tylko po pieniądze od lokatorów. Chyba na okoliczność tychże wynajmów powinnam poduczyć się języka naszych wschodnich sąsiadów, bo kolega często przyjmuje Ukraińców. W ogóle ich teraz nie brak w Polsce, a co dopiero na naszych przygranicznych, niemal kresowych terenach.

Po powrocie wzięłam chłodny prysznic, po którym poczułam się orzeźwiona, świeża i czysta. Nie chciało mi się jednak zabierać do żadnych domowych prac, chociaż dom ostatnio zaniedbany, domaga się tego. Wolałam jednak powylegiwać się z synem na kanapie, przeglądając w internecie informacje o studiach wyższych. Potem napisał do syna kuzyn i razem gdzieś wyskoczyli samochodem, a ja przez ten czas pozmywałam naczynia, coś tam poukładałam w kuchni i dobrze było tak się krzątać w rozluźnieniu, zrelaksowaniu i bez przymusu. Uważnie przyjrzałam się tej chwili i sobie, gdyż Pati Garg, słuchana wczoraj, uświadamia mi, jak bardzo jesteśmy uwikłani w automatyzmy i myślowe schematy, rzutujące na naszą codzienność. Kiełkuje we mnie przekonanie, że naprawdę nie muszę być zawsze perfekcyjna i na czas. Ważniejsze jest dla mnie to pół godziny bliskości z synem niż jakieś niepomyte gary. A odpoczynek bez wyrzutów sumienia jest szalenie potrzebny - i skuteczny.

Zwalczam swoją skłonność do porównywania się z innymi i przejmowania się, co powiedzą sąsiedzi na mój dość swobodny styl życia. Dawniej było mi wstyd, że mam nieumyte okna, niewyplewiony ogródek itp. a dziś potrafię zauważyć, że taki, a nie inny stan rzeczy ma swoje uzasadnienie: nie mam superkondycji, bywam często zmęczona, interesuje mnie też wiele rzeczy innych niż przejmowanie się domem. Nie zrezygnuję ze spotkania w Kręgu, bo jakieś tam porządki... Bywa więc w moim domu mocno nieporządnie, a ja uczę się pokazywać innym przysłowiowy środkowy palec. Będzie czas, będzie energia, to i porządek będzie.

Na działce za oknem wysiałam rok temu tzw. kwietną łąkę - kilka mieszanek nasion. Niestety, jedna z nich zawierała szałwię muszkatołową. To wysoka, niebiesko kwitnąca roślina, która zdominowała cały mój areał, zagłuszając zupełnie maki i rumiany. Za to przyciąga istne roje pszczół. Tworzy istną dżunglę, co się pewnie nie podoba moim sąsiadkom, ale niech się w pięty pocałują!

W ramach szukania wytchnienia zaordynowałąm sobie film animowany pt.... "Mała księżniczka". Znam tę bajeczkę z dawnych lat, ale jakoś tak przypadkiem trafiłam na nią w internecie i od niechcenia zaczęłam oglądać. Ot przyjemność bez wielkich oczekiwań i Bóg wie jakich ambicji. Bajka jest zresztą zupełnie na poziomie, tyle tylko, że dla dzieci. No, to sobie trochę podziecinnieję na stare lata :)

Tak mi dobrze dzisiaj z tymi wszystkimi zwyczajnościami i drobnostkami.

Aaaach!

sobota, 5 lipca 2025

Aktualności

Podzieliłam się w piątek swoimi wątpliwościami na codziennej oddziałowej tzw. społeczności. W rezultacie poproszono mnie na indywidualną rozmowę z panią psycholog (nie, nie mogę się przyzwyczaić do niektórych, nieużywanych dawniej form feminatywnych - wydają mi się takie sztuczne i pretensjonalne, chociaż ich ideę popieram). W trakcie rozmowy dowiedziałam się - nie pierwszy raz zresztą - że traktuję siebie zbyt surowo i wymagam od siebie więcej niż moje otoczenie. A jednak wciąż mam wrażenie, że wszyscy dookoła radzą sobie lepiej, mają więcej energii, są jacyś sprytniejsi i sprawniejsi. Cóż... pradawny przekaz z rodzinnego domu, o czym nawet psycholog nie wspomniała, po prostu już to wiem, uzbrojona w nabytą tu i tam wiedzę.
Mam obiecane testy na deficyty uwagi i koncentracji. Sama o nie zapytałam, bo niedawno ktoś mi zasugerował, bym to sobie sprawdziła, skoro całe życie walczę z roztargnieniem i zapominaniem oraz brakiem organizacji (po operacji się pogorszyło). Może ma to swoje uzasadnienie i można sobie realnie pomóc, skoro zwykłe "weź się w garść" nie pomaga? Pani P. podpowiedziała mi też kilka innych rozwiązań na problemy z komunikacją i moim niedosłuchem. Przyznaję, że niektóre, tak proste, zupełnie nie przyszły mi do głowy. Przyznaję też, że choć do nieśmiałych, bojących się zabierać głos nie należę, nie śmiałam skupiać na sobie uwagi całej grupy, aby poruszyć nurtujące mnie sprawy Do myślenia dały mi słowa psycholożki, że być może tym milczącym jest na rękę, że dwie - trzy osoby są aktywne, a pozostałe mogą się nie wychylać. Więc owszem, pogadam otwarcie o tym, co mnie boli - i popytam innych, jak to widzą, że trzeba mi po sto razy coś powtarzać, bo nie zrozumiałam, że nie nadążam w rozmowach. Mnie jest z tym ogromnie źle i ciężko. Jestem rozmowna, lubię wymianę myśli, więc doznaję nieustannej frustracji z tego bycia na marginesie. Jednocześnie ogromnie męczy mnie hałas, to wytężanie uwagi... Jest nas na oddziale kilkanaście osób, nie tak jak w pracy, gdzie w pokoju maksymalnie przebywało nas kilka, a i to mnie czasem drażniło.


Mocno się też zastanawiam nad pracą u Mateusza. Niby nie jest to ciężka robota, ale jednak zabiera sporo czasu, bo koledze zwolniły się kolejne dwa mieszkania, gdzie lokatorzy przebywali kilka lat, i Mateusz zdecydował się również wynajmować je na zasadzie hotelu. Wczoraj, chociaż nie było wiele pracy, po ostatnim sprzątaniu, nowi najemcy nie nabrudzili, jednak zmęczył mnie upał (dwa mieszkania są na strychu), wcześniej nauganiałam się rowerem po mieście, bo wybrałam się do "Mrówki", gdzie kupiłam nową pralkę (dostarczą mi ją w czwartek). Po powrocie do domu po prostu padłam na kanapę i przespałam kilka godzin.
Jakaż była moja "radość", gdy oddzwoniłam na nieodebrane połączenia od Mateusza i dowiedziałam się, że na dzisiaj znowu jest robota i znowu w dwóch mieszkaniach. Na szczęście dogadałam się z moją sąsiadką, rencistką nie "śmierdzącą" groszem, osobą energiczną, ruchliwą, z tych, co to nie potrafią usiedzieć w miejscu. Idziemy dzisiaj do M. razem i ona ogarnie jedno mieszkanie, a ja drugie.
Mimo wszystko czuję się zniechęcona i - co tu kryć - dzisiaj znowu bez energii. Tylko poczucie obowiązku mnie motywuje. Chciałabym pospać, posiedzieć spokojnie z książką, na powolny spacerek wyjść i nigdzie się nie spieszyć.
No, cóż... 

czwartek, 3 lipca 2025

Tracę czas!

Zawiedziona jestem tym dziennym oddziałem. Przyszłam tu z oczekiwaniem i nadzieją, że doedukuję się, jak sobie radzić z wyzwaniami codzienności, zapanować nad rozkojarzeniem i brakiem zorganizowania, nie dać się pokonać wiecznemu zmęczeniu.
Tymczasem czuję, że... tracę tu czas, grając w jakieś głupie gry planszowe czy rozgrywki typu "familiada", wzorowana na telewizyjny teleturnieju. Ruch i gimnastykę też jestem w stanie sama sobie zapewnić, a argument, że spędzam czas wśród ludzi, zupełnie do mnie nie przemawia.
Na litość boską! przecież ja chciałabym od ludzi uciec! Na oddziale przez cały dzień przebywam w grupie, chyba że ucieknę na chwilę w jakieś cichsze miejsce. Ciągle ktoś gada, a często jedni  przez drugich i nieraz doprowadza mnie to do szewskiej pasji.
Podobno raz w tygodniu każdy spotyka się indywidualnie z psychologiem. Dobiega końca trzeci tydzień mojego tutaj pobytu i nie odbyłam ani jednej rozmowy terapeutycznej.
Do czego więc ma doprowadzić moje przebywanie na oddziale? Że spędzę sobie czas (w założeniu) miło i przyjemnie, po czym wrócę do starych problemów?
Czuję się rozczarowana i bardzo niezadowolona.

sobota, 21 czerwca 2025

Ranek-panek

Ranek - panek. Znienacka przypomniało mi się to stare porzekadło i aż sprawdziłam, czy to aby nie jedynie mój wymysł.Otóż nie ; jak nieraz, powtarzam to, co sama już nie wiem, gdzie i kiedy wyczytałam.
Fajnie jest zabrać się z rana za swoje zaplanowane zajęcia i mieć je szybko, sprawnie z głowy, toteż zabiorę się zaraz za niedzielny rosołek.

Wyżej wymienionej tradycji nie hołduję, bo zwariowałabym, gdyby mi przyszło co tydzień jeść to samo. Jest tyle interesujących smaków, a ja miałabym w każdy poniedziałek wsuwać porosołową pomidorową? Nie mówiąc o tym, że absurdem jest dla mnie gotowanie zupy... z zupy. A po co to, skoro rosół sam w sobie jest pyszny i tylko się cieszyć, że można go zjeść i na drugi dzień, nie zawracając sobie głowy ponownym gotowaniem. Ale to moje upodobania i nikomu nie bronię mieć innych.

Tak czy owak, właśnie wczoraj poczułam, że rosół "za mną chodzi" i postanowiłam pomysł wcielić w czyn. Zastanawia mnie tylko, dlaczego mój zawsze wychodzi tak mało wyrazisty w smaku. Chciałabym uzyskać tak esencjonalny jak u mojej babci Stefci za moich dziecięcych lat. Wertuję różne przepisy i głupieję do reszty od różnorodności i sprzeczności kucharskich porad. W jednej z książek autorka ze zgorszeniem pisze, jak to sąsiadka dodaje do rosołu liść laurowy, w innym przepisie uważa się go za składnik nieodzowny... Ja chyba dzisiaj spróbuję i z liściem, i z zielem angielskim, chociaż według np. Margarytki, to zmienia prawdziwy rosołowy smak. Moja z kolei sąsiadka twierdzi, że jeśli kura czy kurczak nie pochodzi z prawdziwej wiejskiej zagrody, nie sposób uzyskać "tego" smaku bez kostki rosołowej. Ja natomiast w mojej kuchni unikam tego rodzaju przypraw jak ognia, bo po pierwsze niezdrowe, a po drugie - co to za satysfakcja dla kucharza, jeśli smaku potrawy nie zawdzięcza własnemu kunsztowi?

Ech, rosole, rosole! Poematy by o tobie pisać! 😆



A co do ranka - panka, odczuwam kłopoty z samodyscypliną. Obudziłam się wcześnie, wypiłam kawę i czuję przemożną chęć zaśnięcia ponownie, choć kawa podobno rozbudza. To zdarza mi się nagminnie, takie spadki energii, i węszę w tym jakieś psychologiczny mechanizm, który każe mi unikać wysiłku.
Nie dam się!

***


Hmmm... Olśniło mnie właśnie: a po co ten rosół, skoro syn oznajmił, że dziś wyjeżdża do miasta wojewódzkiego na dwa, a może i trzy dni, a ja w ciągu tygodnia dostaję obiady w szpitalu? Kto to będzie jadł?

Oj... Mrozić kurczaka, by czekał na bardziej dogodny czas (a na dzisiaj zaimprowizować coś z makaronu) czy jednak ugotować rosół i zamrozić nadwyżkę?
Wybieram to pierwsze i tak rozgrzeszona daję nura w pościel.


PS. He, he, he! Właśnie mi syn oznajmił, że zrezygnował z wyjazdu. Więc jednak rosół :)

Zaskoczenie

Nie mnie oceniać innych, nie mam do tego prawa. Ale trudno nie zareagować myślą czy emocją.

Zadzwoniła do mnie M.

M. dawno temu wyszła za mąż, ale było to pod presją rodziców, ciąży i "co ludzie powiedzą?". Podobno nawet wciąż lubi tego pana, jednak małżeństwo nie przetrwało, skończyło się rozwodem. Ponieważ jednak wspólna córeczka była mała, jej ojciec wciąż w rozjazdach z powodu pracy, a ona bez własnego mieszkania i stałego źródła utrzymania - mieszkali ze sobą wiele lat. Podziwiam (nie zazdroszcząc), bo ja bym nie zniosła takiej sytuacji, ale może dawało się tak funkcjonować, ponieważ on nieczęsto bywał w domu.

W końcu jednak M. poznała - całkowicie tego nie planując - J. Ponieważ jest kobietą śmiałą i lubiącą przejmować inicjatywę, to ona zaproponowała mu związek, na co on przystał, nie wierząc własnemu szczęściu.

J. to niepijący, od dwóch dekad niemal, alkoholik. Wytrzymuje w abstynencji, ale z życiem radzi sobie nie najlepiej. Jest słaby psychicznie, zakompleksiony i jak mawiała M. - frajersko dobry. Taki, co to byle komu da się oszukać i wykorzystać. M. była jego dobrocią zachwycona, ale ja sceptycznie słuchałam, jak to ona dobierała mu znajomych, przegoniła z jego życia tych nieodpowiednich, jak to ona "odchlewiła" jego zaniedbane mieszkanie itd. Ona była w tym związku "lokomotywą" i twierdziła, że to lubi, że to jej odpowiada. A jednak...

Otworzyli razem własną działalność, która zakończyła się fiaskiem z powodu jego nieodpowiedzialnych decyzji i postępowania. Wpędził ich oboje w długi i bezrobocie. Przez pewien czas byli pozbawieni środków do życia. Kilka razy kupiłam im wtedy żywność, pożyczyłam pieniądze. To na szczęście uczciwi ludzie, więc nie miałam z tego powodu kłopotów, pieniądze odzyskałam, a jedzenia nie wypominam.

Podziwiałam w tym wszystkim M. za odwagę i branie swojego losu we własne ręce. Była konsekwentna w swoim wyborze, wspierała J., choć postawiła granice i nie wzięła na siebie jego długów. Załatwiła mu pracę za granicą, troszczyła się o niego, wysyłając mu paczki żywnościowe.

A jednak... Niebawem w to samo miejsce wyjechała i ona, bo w Polsce udało jej się znaleźć pracę tylko na chwilę. Początki za granicą nie były łatwe, robota fizyczna i intensywna. Jednak jakoś się przystosowała, przyzwyczaiła, a niebawem zaczęły do mnie docierać strzępki informacji, że jest tam szczęśliwa, że sprawy przybrały jakiś korzystny obrót. Raz zobaczyłam na Facebooku jej zdjęcie z mężczyzną niepodobnym do J. Nie komentowałam tego i nie dociekałam, kto zacz. Znając skłonności M. do żartów i dwuznaczności (na Fb) uznałam, że może ot tak, sfotografowała się z jakimś kolegą.

Aż dziś odebrałam od niej telefon (właściwie połączenie głosowe przez komunikator) i - z zaskoczenia na chwilę oniemiałam.

M. nie jest już z J., o którym słyszałam od niej tyle ciepłych słów, w którym była tak zakochana. Zmęczyła ją wreszcie rola "lokomotywy" i nieodpowiedzialność J. Martwi się o niego, jednak zdecydowała się z nim rozstać. Wraca na chwilę do naszego miasta, a potem przeprowadza się do tego nowego pana, do innej miejscowości.

Jakoś mi przykro, gdy o tym myślę. Tyle było entuzjazmu, nadziei, wiary... Ale też, czy tak trudno było zauważyć te sławetne "czerwone flagi"? że ciężar spraw przyziemnych, a przecież nieuniknionych spoczywa tylko na niej, że to ona wszystko załatwia, ona przewodzi? Tak, wiem, ona to lubi i tego potrzebuje, a jednak... A jednak czegoś zabrakło. Dochodzi też obciążenie psychiczne, bo zafundowała J. cierpienie .

Mam refleksję chyba banalną: nie warto nikomu zazdrościć fajnego związku, miłości, czegokolwiek zresztą, bo nie znamy całej historii, nie wiemy, co jeszcze uszykował los nam i innym ludziom. To, że ktoś coś otrzymał, znalazł, nie oznacza wcale "z automatu", że to strzał w dziesiątkę. Do każdej historii należy odnieść się z dystansem i nie za bardzo wierzyć w cuda, że gdzie indziej jest cudownie, a tylko u nas kiepsko. A może to właśnie nasz los jest dla nas najlepszy?

Nie jestem w związku już ponad dziesięć lat, jeśli nie liczyć przelotnego - ośmielę się tak to nazwać - romansu z R. Bywało mi czasem trochę żal z tego powodu, zdarzało mi się pozazdrościć komuś miłych małżeńskich chwil, randek, wspólnych wypadów. Jednak czuję mocno: boję się w związek wejść zbyt impulsywnie, pochopnie. Nie chcę naobiecywać czegoś komuś, by się za niedługi czas wycofać. Nie chcę szybko! Chcę odpowiedzialnie, chociaż wiem, że nie zawsze można uchronić się przed błędami.

Nie twierdzę, że M. jest odpowiedzialności pozbawiona, nie potępiam też jej, ale  o s o b i ś c i e  zadziwiam się cudzą łatwością przechodzenia z jednej relacji w drugą, zamykania za sobą drzwi, otwierania innych, tak, jakby ta poprzednia historia się nie liczyła, niewiele znaczyła. A przecież wiem, że tak nie było.

Jestem poruszona, choć powstrzymuję się od wartościowania i oceny.

piątek, 20 czerwca 2025

Post "o niczym"

Nic specjalnego dzisiaj. Dzień słoneczny i piękny. Wpuściłam do domu kota, który wrócił z nocnego szlajania ; chwilę darł się jak opętany, a teraz pewnie śpi na swoim ulubionym krześle z poduszką. Jeść dostał, ale wzgardził, więc kazałam mu pocałować się w ogon.

Kawa wypita, teraz czytam sobie i piszę w łóżku.

Wczorajszy dzień miałam "kryzysowy", w kiepskim samopoczuciu: dopadło mnie przeziębienie od spania w przeciągu. Okna w mieszkaniu mam na przestrzał i ostatnio zostawiałam na noc uchylone lufciki. Jak się okazuje, nie był to dobry pomysł, a przecież byłam solidnie przykryta kołdrą, nie było mi zimno. Może to dlatego, że we śnie zawsze oddycham przez usta? Nie miałam pod ręką żadnych domowych środków, ale znalazłam tabletki "Gripex", więc zaaplikowałam sobie jedną na noc.
Dziś już czuję się lepiej, to była ewidentna kulminacja, po której organizm wraca do normy.

D. wydaje dzisiaj córkę za mąż. Wpadnę pod kościół złożyć dziewczynie życzenia. Mieszkam bardzo blisko tej świątyni.
Z D. zawieszenie broni. Nagadałyśmy (przez Messenger, a więc pisemnie) sobie ostro "z okazji" mojego pobytu w szpitalu, jednak przypadkowe spotkanie na ulicy ustawiło wszystko we właściwych proporcjach. Mocno się do niej już nie garnę, zbytnio się różnimy, ale i boczyć się na siebie nie warto.

Oprócz tego mam do załatwienia drobną sprawę na prośbę Mateusza, więc podskoczę do miasta na rowerze.

A propos wesel i ślubów - ożenił się najmłodszy brat mojego byłego męża. Syn został zaproszony, mnie pominięto, czego absolutnie nie mam za złe. I tak nie nadaję się teraz na długie imprezy, jestem za słaba.
Jestem tak roztargniona, że dopiero przyjaciółka swoim pytaniem uprzytomniła mi, że wypadałoby wręczyć młodym jakiś prezent lub datek w kopercie. Trudno, może jakoś im to zrekompensuję później.

Mój potomek mnie rozbawia, ale też imponuje mi posiadaniem mocnego własnego zdania. Otóż stwierdził, że na weselu okropnie się wynudził, ale nie chciał odmawiać rodzinie. Wrócił trzeźwiusieńki, wypił "tyle, ile trzeba" - nawet mi dokładnie wyliczył. Mam spokojne dziecko, wolne od "syndromu psa spuszczonego z łańcucha". Pierwsze, sporadyczne eksperymenty z alkoholem już za nim i na szczęście nie był nimi zachwycony. Misiek jak czegoś nie chce, to nie chce - koniec, kropka. Czasami ten jego upór bywał dla mnie, matki, wyzwaniem.

Ślub był - z tego, co opowiadał syn - ładny i niesztampowy, w plenerze oraz, jak wnioskuję, raczej świecki. Zaskoczyło mnie to ostatnie, bo moi teściowie to ludzie tradycyjnie wierzący.

środa, 18 czerwca 2025

Wypoczywam!

Dopiero trzy dni jestem na oddziale dziennym, a już czuję inną jakość życia. Wypoczywam!
Do domu wracam o czternastej, w szpitalu przebywam od ósmej. Dostajemy tam śniadanie oraz obiad (jest nas około dwunastu pacjentów), natomiast w domu moje dziecko zadeklarowało się samodzielnie troszczyć o własne wyżywienie, przynajmniej przez ostatnie trzy dni. Zamiast główkować na zawiłościami przepisów katalogowania książek rozmawiam na terapii grupowej, na społeczności, obywam zajęcia ruchowe i relaksacyjne. Atmosfera panuje przyjazna i pogodna pomimo że niektórzy z nas mają wręcz dramatyczne problemy.
Gdy wracam do domu po takim dniu, wreszcie cokolwiek chce mi się jeszcze działać. Małymi kroczkami porządkuję bardzo zaniedbane przez złe samopoczucie mieszkanie i wreszcie widzę jakieś efekty. Znajduję czas dla siebie.
Nie mogę się doczekać indywidualnych rozmów terapeutycznych, które także ujęte są w programie. Mam wiele pytań odnośnie poprawy funkcjonowania na co dzień, radzenia sobie z nastrojami i "współpracowania" z chorobą.

Czuję ogromną ulgę. Jeszcze długo pobędę na tym odziale, już się jednak obawiam, jak zniosę powrót do pracy.

niedziela, 15 czerwca 2025

Zapiski w środku nocy

Znowu zmęczenie.

Do południa snułam się w piżamie i wylegiwałam w łóżku. Obejrzałam ciekawiący mnie materiał w internecie, coś tam poczytałam. Wreszcie stwierdziłam, że czas przerwać ten marazm. Wybrałam się na rowerową przejażdżkę, po drodze wpadając do baru na małe co nieco, bo w domu nie chciało mi się gotować (syn u swojej lubej, więc mogłam sobie na to pozwolić). Potem pojechałam na nowo powstałe w naszym mieście bulwary nad rzeką.
Bulwary całkiem przyjemne, choć żal mi zniszczonej na ich rzecz przyrody. Dużo spacerowiczów, dzieci na rowerach, rolkach i hulajnogach, miejsc do posiedzenia w cieniu drzew. Podobało mi się pomimo przyrodolubnych obiekcji.

Przejażdżka nie była daleka, a jednak dała w kość. Po powrocie do domu padłam jak zabita, wybudziłam się w środku nocy, a teraz boję się, że nie wstanę rano na czas, bo dziś pierwszy dzień terapii na oddziale dziennym.

Bolą mnie nadgarstki od kierowania rowerem i ogólnie czuje się źle. Bardzo psuje mi to nastrój.

No i gardło mnie boli, diabli wiedzą, dlaczego.

Czy już przez resztę życia będę taka do niczego? Mało atrakcyjne takie życie.

sobota, 14 czerwca 2025

W oczekiwaniu "przygody"

Od poniedziałku zaczynam nową przygodę. Otóż zakwalifikowano mnie na oddział dzienny... szpitala psychiatrycznego.

Nie boję się o tym pisać i nie wstydzę, choć przyznam, że czuję się nieco tym faktem speszona. Decyduję się jednak mówić o tym otwarcie, bo siebie nie muszę oszukiwać a inni - niech widzą, że psychiatra to lekarz jak każdy i każdy z nas może trafić do tego obciążonego wciąż jeszcze sporym tabu specjalisty. Nikt z nas nie wie, co czeka go w życiu, kiedy i jakich nabawi się kłopotów ze zdrowiem. Pewnej mojej koleżance, pedagożce, wykładowca na uczelni powiedział, że po trochu wszyscy jesteśmy psychopatami. Granice bywają cienkie, a różnice między ludźmi fascynujące i ogromne.

To skierowanie na oddział jest dla mnie zaskakującą, ale cenną - i celną! - lekcją o przyjmowaniu wsparcia, o opiekowaniu się sobą oraz o pozwalaniu sobie na to. Dawniej za wszelką (no... prawie) cenę chciałam być dzielna i samodzielna, nie rozczulająca się nad sobą. Paradoksalnie, robiłam dokładnie to, czego chciałam uniknąć: marudziłam, narzekałam i kapitulowałam wobec trudności, uciekałam przed nimi. Tak! Właśnie gdy o tym piszę, wpadło mi do głowy: im bardziej czegoś unikamy, tym bardziej to nas uwiera. Naprawdę!

W pracy wiedzą, zdecydowałam się nie stawiać "załogi" przed faktem dokonanym, bo moja nieobecność będzie długa, a moje zajęcie, choć mało efektowne, mało atrakcyjne jest bardzo ważne i potrzebne. Nie wszystkim się "chwaliłam", ale dwie poinformowane koleżanki odniosły się do mojego leczenia bardzo przychylnie i aprobująco.

Dziś załoga bawi się na wycieczce. Ja zrezygnowałam. Bywam teraz zmęczona i rozdrażniona z byle powodu, zwłaszcza wśród wielu bodźców, dźwięków, rozmów, za którymi nie nadążam z moim niedosłuchem. Chcę sobie oszczędzić tego stresu. Za to podaruję sobie może dzisiaj przejażdżkę na rowerze.

Na wczorajszej kontroli u neurochirurga, lekarz powiedział mi, że mogę już bez większych ograniczeń być fizyczne aktywna. Chociaż więc boję się trochę wysiłku, tęsknię za wielką przyjemnością, jaką daje mi przemieszczanie się na dwóch kółkach. Pytanie tylko, na co mam większą chęć: na rower, uładzenie domu czy nicnierobienie?

Z tym między innymi problemem zgłosiłam się do psychiatry: czuję brak energii, ociężałość, chęć ciągłego leniuchowania na kanapie. Z drugiej strony - z aktywności wynikają różne i liczne dobrodziejstwa. Co wybiorę? Ano, zobaczy się. Obiecałam sobie nie katować się presją, dać sobie czas na poprawę nastroju i podniesienie energii - nadzieję na to wiążę z terapią, choć przypuszczam, że najwięcej zależy ode mnie samej.

Neurochirurg rozśmieszył mnie wczoraj, bo nie pamiętał, że osobiście mnie operował. Dopiero po chwili stwierdził, chyba z niezłym zaskoczeniem, że w szpitalu byłam zupełnie inną osobą. Pogratulował mi "radykalnej poprawy", a w opisie badania stwierdził: "chora sprawna, samodzielna, logiczna". Przed operacją, jak się wyraził, nie wiedziałam o bożym świecie.

Podziękowałam mu na koniec jednym słowem, ale szczerze i gorąco.

niedziela, 8 czerwca 2025

Nie jestem leniem ani hipochondrykiem

Obserwuję siebie: czy to moje narzekanie na złe samopoczucie to wymysł, czy też naprawdę jest coś na rzeczy. No i - zdecydowanie jest.

Podreptałam dzisiaj w kuchni, przygotowując obiad i sprzątając po gotowaniu. W tym czasie odezwał się Mateusz, że trzeba przygotować jego mieszkanie na przybycie kolejnych gości. Spacer na jego ulicę to jakieś dwadzieścia minut żwawego marszu w jedną stronę. Co do pracy, nie było dziś wiele do zrobienia, ostatni lokatorzy nie nabałaganili, ale jednak zmiana pościeli i pobieżne porządki zajęły trzy kwadranse.
Pod wieczór czułam już zmęczenie, więc zrezygnowałam z planowanego pieczenia ciasta, które miało umilić nam niedzielę. Wlazłam pod koc i obejrzałam kolejny odcinek nienowego już serialu "Dom", który od dawna obiecywałam sobie wreszcie poznać, bo podobno kultowy. Na marginesie - w rzeczy samej ogląda się świetnie, jest to mądry, nie pozbawiony ani dramatyzmu, ani dowcipu film.

Kondycję natomiast zdecydowanie mam osłabioną. To nie lenistwo. Przyjrzałam się dzisiejszemu dniu - cały był wypełniony jakimiś aktywnościami, chociaż niektóre z nich były "siedzące". Realizowałam zainteresowania, a mam ich więcej niż bieganie po domu ze ścierką i tkwienie w garach.

piątek, 6 czerwca 2025

Decyzja

Miewałam w życiu epizody, gdy było mi ciężko, trudno, gdy nie chciało się żyć. Tak już czasami miewam - nie wiem, czy z powodu neurologicznej choroby, bądź co bądź urazu mózgu, czy też z powodu niefortunnych cech charakteru. Szukałam pomocy u lekarzy, ale na ogół (nie zawsze) wyniki podstawowych badań okazywały się w porządku, więc odpuszczałam sprawę, uznając, że trzeba po prostu brać się w garść albo czekać na lepsze dni.

Wreszcie za którymś razem postanowiłam wybrać się do psychiatry. Lekarka niewiele ze mną gadała, za to przepisała jakieś środki, których nazwy już nie pamiętam. Rzeczywiście miałam wrażenie, że pomagają, ale stało się to z dnia na dzień, a podobno takie leki potrzebują czasu, by dały efekty. Uznałam zatem, że to sugestia i poprzestałam na jednym przepisanym mi opakowaniu. Stwierdziłam, że skoro sugestia, to mogę sama popracować nad sobą. Na jakiś czas pomogło, długo się trzymałam. Bardzo mi też pomagała i pomaga wiedza nabyta od publikujących terapeutów, nauczycieli duchowych jak Katarzyna Miller, Ewa Woydyłło czy Pati Garg. Jednak i to nie zawsze wystarcza.

Aż wreszcie po marcowej operacji wszystko we mnie "siadło". Zniechęcenie, rozkojarzenie, brak energii...

Zdesperowana znowu udałam się do psychiatry...

Było mi wszystko jedno, jakie nazwisko, kobieta czy mężczyzna, byle przyjął, byle coś zaradził, bo ta chwila desperacji zdarzyła się, gdy płakałam w mieszkaniu Mateusza, że nie nadążam, że mi ciężko.

Wizyta odbyła się w poniedziałek czy wtorek, nie pamiętam już. Pani doktor, była rzeczowa, ale ciepła, życzliwa. Na koniec - zupełnie mnie zaskoczyła. Sądziłam że znowu dostanę jakieś tabletki, a tymczasem zaproponowano mi... oddział dzienny w naszym szpitalu psychiatrycznym.
Nie jest to typowa hospitalizacja. Dostaje się zwolnienie lekarskie z pracy i codziennie dochodzi się na oddział niczym na zajęcia. Odbywa się tam psychoterapia, terapia zajęciowa, indywidualna i grupowa, itp.

Nie spodziewałam się tak zaawansowanej pomocy. Czyżbym była tak poważnym i wymagającym przypadkiem? Przyznaję, że na moment zaniemówiłam. Mimo to wyraziłam zgodę, bo mam dość już takiego nędznego funkcjonowania i siebie w takiej rozsypce. Chcę wytchnienia i pomocy.

W najbliższy poniedziałek wizyta tzw. kwalifikująca - nie jest więc jeszcze pewne, że zostanę na oddział przyjęta, ale nie zamierzam się opierać ani wstydzić się "takiego" leczenia. Przestałam się po tych marcowych perypetiach, po powrocie prawie z zaświatów, patyczkować, wahać i przejmować, co ludzie powiedzą.
Ci ostatni oczywiście nie muszą wiedzieć wszystkiego, ale już nie chcę przepraszać, że żyję i za to, jak żyję.

Trudności, których mi życie nie szczędziło, nauczyły mnie jednego: lepiej problemy rozwiązywać niż nieustannie na nowo przeżywać, a w razie potrzeby nie należy się wahać przed sięgnięciem po pomoc - byle mądrze, nie od byle kogo.

Na ten oddział chodziła Mama w depresji po śmierci mojego Ojca. Chwaliła to leczenie, mówiła że bardzo jej pomaga i odwiedzała oddział  jeszcze długo potem. Również z tego powodu nie boję się tej terapii.






poniedziałek, 2 czerwca 2025

Spaaać!

Bolą mnie nogi. Od pewnego czasu nawiedza mnie ta dolegliwosć i oczywiście jest to prezent od "męża" - Sjogrena. W spadku po Mamie odziedziczyłam żylaki, a Sjogren atakuje tkankę łączną, co owocuje skłonnością do zapaleń naczyń. No i pięćdziesiątka blisko, więc chyba nogi już mają prawo boleć. Jednak, jak wiadomo, irytuje mnie to. Moje rówieśnice jakoś tak się nie uskarżają poza kilkoma wyjątkami...
Ba! A kto powiedział, że nie mogę być jednym z nich? A mnie się ciągle wydaje, że jestem młodsza niż jestem, że nie pora jeszcze na dolegliwości kojarzące się ze starszymi ludźmi.

Chyba po to jest to wszystko, by mnie przygotować na odejście w przyszłości z ulgą z tego świata. Piszę to bez ironii.

Dziś już jestem śpiąca i zmęczona, bo wstałam bardzo rano, a po pracy poszłam jeszcze do Mateusza. Wpływa też na mnie zwariowana pogoda. Gdy będę mniej śpiąca, a nogi będą dawać się we znaki, wypróbuję zalecane przez różne poradniki chłodne kąpiele stóp. A nuż pomogą i przywrócą mi chęć do aktywności.

niedziela, 1 czerwca 2025

Codziennostki

Już nudna jestem: entuzjazm do życia umiarkowany. Zmęczenie i nieokreślony ból w ciele. Coś mniej-więcej jak nieraz przed grypą. Nic niby nie boli, a wszystko boli. Dobrze jest mi to znane, odkąd zespół Sjogrena postanowił mnie poślubić i nie opuścić do końca moich dni. Wciąż mam jednak wrażenie, że problemy spotęgowały się po operacji, choć ta wcale nie była "na" Sjogrena. Ewidentnie jednak osłabiła organizm.

Zmobilizowałam się wczoraj do spaceru z kijkami po najbliższej okolicy, a dziś urządziłam sobie przechadzkę na nasz Rynek - jakieś dwa kilometry w jedną stronę. Na Rynku odbywały się atrakcje dla dzieci z okazji ich święta. Ja też jestem dzieckiem swoich rodziców, więc uznałam, że święto i mnie dotyczy. Uczciłam deserem w kawiarence, a raczej na tarasie przed nią, w towarzystwie nieznajomej kobiety, z którą ucięłyśmy sobie pogawędkę. Pani miała na szyi czerwone korale, ale podobno bez związku z dzisiejszymi wyborami prezydenta.

W tym roku oddałam swój głos i ja, chociaż zwykle stronię mocno od polityki i jestem zdania - oraz stwierdzam fakt - że żadne wybory i żaden ich wynik nic w moim życiu nie zmieniają. Tym razem jednak mocno, choć czysto intuicyjnie poczułam, który z dwóch kandydatów jest mi bliższy, a który budzi moją niechęć. Wstąpiłam w ramach swojego spaceru do lokalu wyborczego.

Spacery jakoś spektakularnie nie poprawiły mojego samopoczucia, ale dały satysfakcję i szacunek do siebie, że jednak potrafię się przemóc. Do licha, trudno tylko siedzieć i kwękać!

Jutro do pracy i od nowa w kierat. A po pracy do Mateusza. Mateusz obiecał zadbać o to, by łatwiej mi było planować sobie czas i zajęcia w związku z doglądaniem jego mieszkania. To i dobrze, bo trochę szkoda byłoby zrezygnować z tych paru groszy.

piątek, 30 maja 2025

Codziennostki

Dzisiaj tysiąc razy lepiej.
Słoneczko wyszło na spacer po niebie i rozdaje ciepło.
Z okazji odzyskania pieniędzy pożyczonych przez koleżankę i jutrzejszego Dnia Dziecka zaszalałam sobie w szmateksie - odrobinę nierozsądnie, ale przyjemnie, bo nakupiłam sobie szmatek, które spodobały mi się od pierwszego wejrzenia: dwie sukienki, jedną sportową bluzę za kilka złotych i zamaszystą długaśną spódnicę. Lubię tak zamaszyście i powłóczyście.

Prawdziwie nakarmił mnie i moją skołataną duszę wczorajszy Krąg mieszany kobiet i mężczyzn w mieście wojewódzkim. To moje stado, moje plemię, moje miejsce i przystań, na których spotkanie czekam co miesiąc. Tam wyrażam siebie w pełni i bez masek. Jestem bardzo ujęta gestem kolegi, który odwiózł mnie po spotkaniu pod sam dom, bo uciekł mi ostatni pociąg. Kolega mieszka w zupełnie innej stronie województwa i wcale nie bliziutko.

Nawet jeśli w codziennym moim otoczeniu brakuje trochę osób nadających ze mną na wspólnych falach (takich osobistych), wiem, że czeka na mnie zawsze Krąg. Dopiero się poznajemy, jesteśmy bardzo młodą grupą, ale energia i atmosfera jest cudowna, pełna akceptacji, zrozumienia, ciepła.

W pracy integracja przychodzi mi trudniej. Współegzystuję życzliwie, ale jednak z boku. Nie tylko z powodu mojego charakteru, faktu, że jestem na innym etapie życia niż młodsze koleżanki, i różnicy zainteresowań. Moja niepełnosprawność nie ułatwia mi tzw. nadążania i uczestniczenia w grupowych rozmowach. Gdy zbiera się więcej osób, słyszę więcej rozmów, orientowanie się w tym sporo mnie kosztuje wysiłku.

W związku z tym, choć w naszej gromadce bywa wesoło i koleżeńsko jak dziś, waham się nad udziałem w organizowanej niebawem wycieczce pracowników (wielkie nieba! trzeci raz w ciągu mojego ćwierćwiecznego życia zawodowego!). Obawiam się fizycznego zmęczenia, bo wciąż jeszcze czuję osłabienie po operacji. Obawiam się, że wszyscy naraz będą rozmawiać, żartować, a ja będę pośród tego jak na tureckim kazaniu. Bardzo przykre i frustrujące jest poczucie osamotnienia w grupie, a dopada mnie w takich momentach. Jeszcze się zastanowię nad tym wyjazdem.

Rozmówiłam się także z Mateuszem. Ostatnim razem narzuciłam sobie zbyt ambitny "program działania", bo jednego dnia byłam i w stałej pracy, i w kinie, i jeszcze u niego. To było za dużo i psychicznie i fizycznie. Organizm wyraźnie mi to uświadomił. Napisałam do niego SMS, że bez problemu pomogę mu, jeśli będę mogła pracować spokojnie i bez pośpiechu, ale pod presją czasu, jak ostatnio, jest mi trudno. Mateusz jest, zdaje się, otwarty na porozumienie.

A teraz mam dylemat: przespać się czy uładzić nieco rozgardiasz w domu? Korci to pierwsze, ale irytuje brak komfortu, jaki daje ład w otoczeniu. Jednak chyba odpoczynek jest moją potrzebą numer jeden.

czwartek, 29 maja 2025

Jest ciężko

 Kiepsko.

Zrezygnowałam z pracy u Mateusza, bo nie daję rady funkcjonować w pośpiechu i wielozadaniowości, której czasami ta praca wymaga. Bardzo łatwo wpadam w rozkojarzenie, podminowanie, niepokój.

Dam sobie tyle czasu, ile potrzeba, na dojście do siebie, uspokojenie wciąż rozdygotanych nerwów. Potrzebuję uporządkowanego, spokojnego życia.

Płakałam dzisiaj, bo znowu coś zgubiłam.

Wieczorem jadę na spotkanie w naszym Kręgu. Po spokój, akceptację, ukojenie. Tak ludziom powiem - że właśnie po to dziś do nich przyszłam.

Najbardziej się martwię, że może ten stan nie minie.

Dwa miesiące minęły od operacji, a ja wciąż w kiepskiej formie.

Zrezygnowałam dziś z roweru, wybierając się do Mateusza, bo odnoszę wrażenie, że bardziej po jeździe. odczuwam obce ciało w brzuchu.

wtorek, 27 maja 2025

Dodupizm

Nic ciekawego dzisiaj nie napiszę.
Złe samopoczucie trwa, a w konsekwencji - kiepski nastrój.
Mobilizuję się, gdy już naprawdę muszę albo bardzo mi na tym zależy, tak jak na przykład dziś wsiadłam na rower i pojechałam doglądnąć Mateuszowego mieszkania. Gdy jednak nic nie muszę - skwapliwie z tego korzystam.

W pracy irytuje mnie wszystko i wszyscy, choć oczywiście staram się tego nie okazywać. Nie okazuję, ale w duchu reaguję niczym księżniczka na ziarnku grochu, sama sobie zdając sprawę, że przesadzam i za wiele biorę do siebie.

Ratuję się nadzieją, że to stan tymczasowy, przejściowy, bo jeśli ma tak pozostać... niewiele takie życie różni się od nieżycia i właściwie, choć trochę żal, trochę strach, mogłabym już sobie odejść. I tak nie mam sił korzystać z życia.


niedziela, 25 maja 2025

Lenistwo? Wymówki? Ki diabeł?

Ciekawie jest pozaglądać do swoich dawnych zapisków. Widać, jak człowiek się zmienia, Coś zawsze zostaje niezmienne, jednak... Jacek Kaczmarski (jakże mi okryty cieniem przez jego córkę) śpiewał:

Własne pędy własne liście, zapuszczamy każdy sobie
I korzenie oczywiście, na wygnaniu, w kraju, w grobie
W dół, na boki, wzwyż ku słońcu, na stracenie w prawo w lewo
Kto pamięta, że to w końcu, jedno I to samo drzewo

Przejrzałam kiedyś swój stary blog. Miałam tylko zerknąć, a wciągnął na dłużej. Przeżywałam i wtedy swoje wzloty, upadki, dramaty, ogólnie jednak odnoszę wrażenie, że jakoś więcej było we mnie życia, energii, radości. Spostrzegam, jak bardzo byłam zaabsorbowana synem, jego poczynaniami, powiedzonkami, zabawnymi sytuacjami z nim w roli głównej. Dziś jest inaczej: Misiek ma wiele swoich spraw... a ja?

Żyję dziś chyba znacznie bardziej "do środka", mam na to więcej czasu i stąd to wrażenie stagnacji.

Jakby spokojniej w moim pamiętniku, jakby bardziej monotonnie - chociaż może to tylko moje wrażenie, może czytając to za kilka lat ocenię swoje wyznania inaczej. Ale czuję jakoś mniej pasji w swojej codzienności. A już ostatnio - ciągle kwękam!

Nie zamierzam siebie zmuszać do zmian, ważna jest teraz dla mnie zgoda z sobą, jednak mam obawy, by nie była to zgoda na lenistwo i gnuśność. Mam teraz mało energii (jak się okazuje, stan zdrowia naprawdę na to rzutuje), chcę dużo odpoczywać , drzemać, pracować powolutku i nie za wiele. Czy to już symptomy "pewnego" wieku?

Mam tyle pomysłów i propozycji na spędzanie wolnego czasu. Zaprasza do Włoch siostra, która mieszka tam od lat, kuszą łąki i lasy wokół Rymanowa Zdroju, Ojcowski Park Narodowy, o którym tak interesująco opowiadał zaproszony do naszej biblioteki podróżnik i przyrodnik.
A co - oprócz pieniędzy, które bywają czystą wymówką, nie prawdą - stoi na przeszkodzie? Niechęć do wysiłku!

Zastanawiam się, co z tym ostatnim zrobić, jak uzdrowić. Podobno pomaga ruch, więc co jakiś czas postanawiam się z nim "przeprosić". Wychodzi to - jak poniżej:

Rower uwielbiam, ale nie mam odwagi na duże wysiłki po operacji, boję się sobie zaszkodzić (spory szew na brzuchu, chociaż niby wygojony). Trochę też zraziły mnie do tej aktywności zawroty głowy, chociaż ostatnio jakby rzadsze. Jeżdzę zresztą od niedawna, ale bardzo ostrożnie.
Pływanie? Woda w basenie do ciepłych nie należy, a ja w chorobie nabawiłam się problemów z krążeniem i bardzo szybko, łatwo marznę.
Spacery? Tak, to całkowicie dostępne, ale jakieś takie... mało spektakularne, wciąż znajduję powody, z których "nie mam czasu". A to gotowanie, a to sprzątanie, a to dzień kiepski i spać się chce na stojąco.
Kijki nordic walking? Teoretycznie mam gdzieś opinię publiczną, ale jakoś peszy defilowanie z "patykami" przez podwórko...

Aż się żachnęłam przy ostatnim zdaniu! To są, Marto, wymówki, wymówki i jeszcze raz wymówki! A przecież wszystko to lubię! więc dlaczego?

Ot, sprawa do przemyślenia i zweryfikowania. Może jednak warto nieco przekroczyć samą siebie?

Dziś zaobserwowałam: pogoda się psuje, zmarzłam przed domem, czytając książkę, więc i spowolnienie nie dziwi. Dawkę ruchu zapewniło mi krzątanie się w kuchni i przyrządzanie obiadu, więc już mi się nie chce. Ale zdarza mi się nagotować na dwa-trzy dni, zdarza się, że mi ciepło, a zresztą ruch przecież rozgrzewa.

Marto, przemyśl...! Marto, wywnioskuj!

Marto - spróbuj!

sobota, 24 maja 2025

Mój ogródek, moje chwasty i moje zasady!

 Żalę się i żalę na złe samopoczucie. Okazuje się, że nie są ta żadne moje wymysły, że się bynajmniej nie "pieszczę".

Okresowe badania pracowników wykazały trzykrotnie podwyższony OB, a więc stan zapalny w organizmie. Poczytałam trochę u "wujka" Google, że może to wskazywać na poważne przyczyny, ale wcale nie koniecznie. Problem może być także dość łatwy do rozwiązania.  Zdarza się też nierzadko po operacjach.

Mój "mąż" Sjogren w przeszłości spłatał mi już podobnego figla, więc mam nadzieję, że i tym razem to "tylko" to. Wtedy na oddziale reumatologii dosyć szybko postawiono mnie na nogi. Notabene, było to po silnym stresie, podobnie jak i teraz.
Wizytę u reumatologa mam wyznaczoną na koniec czerwca i żywię nadzieję, że coś mi ona wyjaśni, pomoże.
Neurochirurg na początku czerwca - też muszę z nim poważnie porozmawiać.

Myślę serio o rencie, ale może wystarczy się podleczyć, by poczuć się lepiej. Praca zawodowa jednak jest bardziej opłacalna. Natomiast nie przemawia do mnie, że renta to margines życia, bo z przyjemnością pobyłabym sobie na marginesie, w świętym spokoju i własnym tempie życia. Jestem już na tyle świadoma, na tyle aktywna, że margines uważam za swój własny wybór - niezależnie od tego, czy pracuję. Najważniejsze moje relacje i znajomości dzieją się poza pracą. Na wiele zajęć nie mam czasu i energii, bo pracuję, a po pracy mam obowiązki domowe.

Z całej tej sytuacji, w której zdarzyły się kłopoty z moim roztargnieniem, pilnowaniem różnych ważnych terminów, wyciągam wniosek:

Nie ma dymu bez ognia! Złe samopoczucie to nie wymysły rozkapryszonej panienki, ale fakt. Mogę zaufać swoim odczuciom i temu, czego doświadczam, a od czego byłam całe lata oduczana głupim gadaniem: "Weź się w garść!", "Ty leniu!" (i gorsze wyzwiska), "Przestań szukać raków w d...e!" (malownicze powiedzonko funkcjonujące w mojej rodzinie).
Najgorsze samopoczucie fundowałam sobie sama, wierząc w te zadawnione i zdezaktualizowane (jeśli w ogóle kiedykolwiek aktualne) przekazy. Nie brakiem energii, zmęczeniem, bólem, ale właśnie tym. Tym dokładaniem sobie, niczym innym, odzierałam się z resztek sił.

Dziś już wiem, choć nie zawsze udaje mi się to wdrażać; mam prawo do lenistwa, odpoczynku, odpuszczania. Świat się przez to nie zawali, nawet jeśli trzy popołudnia z rzędu po prostu prześpię. Jest to wyłącznie mój wybór, na ile sobie pofolguję, a kiedy zdecyduję, że wolę wziąć się w garść.

Mam w d... komentarze sąsiadki, że zarasta mi ogródek, a ja wolę czytać książkę przed domem. Mój ogródek, moje zasady!

A w ogródku rozkwitają pierwsze kwiaty z zasianej rok temu kwietnej łąki, pysznią się rumiany i coś nieśmiało się niebieści.

Marta i Marta

To jest, mili moi, Marta Dzido - pisarka i reżyserka. Przyznaję - nic z jej dokonań jeszcze nie czytałam, a zdjęcie wklejam nie dla tychże dokonań, lecz z zupełnie innych powodów. A o nich - poniżej. 

Zdjęcie z Wikipedii
Zdjęcie z Wikipedii


Już dawno spodobała mi się fryzura Marty. Jest nieco awangardowa, a jednocześnie kobieca. Sądzę, że odzwierciedla osobowość autorki, artystyczne ciągoty. Bardzo to lubię w modzie.

Pomyślałam sobie kiedyś z żalem, że taka fajna stylizacja to nie dla mnie z moimi smętnymi, cienkimi i prostymi jak druty kłakami. Tymczasem ostatnio poczyniłam zaskakujące odkrycie...

Moje włosy z wiekiem zaczęły się kręcić! Może nie jak przysłowiowy baran, ale jednak ewidentnie wiją się, każdy w swoją stronę. Gdy się pożaliłam pewnej fryzjerce na ten fakt, doradziła mi, by go wykorzystać. Ta rada przypadła mi do gustu, przestałam walczyć o gładką fryzurę, a już ostatnio pozwalałam włosom na zupełną swobodę i moje koleżanki twierdziły, że nie wygląda to źle.

Wczoraj uznałam, że czas na fryzjera, więc udałam się do innego niż zwykle. Przedstawiłam swoje sugestie oraz zdjęcie pisarki.

Oczywiście efekt jest inny niż u pisarki (zawsze wychodzi inaczej niż na tych wszystkich pięknych fotografiach), włosy mam znacznie krótsze, jednak podoba mi się zadziorność fryzury i pewien zamierzony nieład na mojej głowie.

Dziś rano spojrzałam przypadkiem w lustro, zupełnie o zmianie wyglądu nie pamiętając i aż się uśmiechnęłam, witając moje odbicie: "Cześć, Marta!".

Bo Marty to dziewczyny nie byle jakie! ;)

wtorek, 20 maja 2025

Źle!

Źle, cieżko, jestem zmęczona i mam ochotę tylko spać. Zrobić obiad to wysiłek, uprasować koszulę to wysiłek. Cholera, żyć to wysiłek! Wczoraj wydawało mi się, że jest lepiej, w pracy dzisiaj nawet-nawet. A teraz po południu padam na nos, a jeszcze trochę prac domowych mnie czeka.

Zaczął mi się dziś wiadomy, kobiecy czas, ale na Boga, z moim obecnym samopoczuciem, śmiało mogę ironizować, że przed okresem lub w jego trakcie jestem permanentnie. Jest po prostu do niczego.

Mam dość. A może by tak wziąć jeszcze z miesiąc L4 i przewegetować za te trzy tysiące dwieście?

poniedziałek, 19 maja 2025

Bodo

Nigdy bym nie pomyślała, że z wielodniowej chandry wydobędzie mnie... Eugeniusz Bodo.

W sobotę było mi smutno, źle, snułam się zmęczona i zniechęcona nawet do rzeczy, które zwykle sprawiają mi przyjemność. Czułam się pozbawiona sił życiowych. Zrobiłam w domu tylko to, co naprawdę niezbędne i wdałam się w poszukiwanie filmów w internecie. Trafiłam na serial o słynnym przedwojennym polskim aktorze. Nadawany był kiedyś w telewizji, ale telewizję od lat ignoruję, więc po raz kolejny stwierdziłam, że są z tego ignorowania korzyści: można sobie teraz wypełnić czas nadrabianiem filmowych zaległości.
Obejrzałam w dwa dni wszystkie dwanaście odcinków! U mnie nic przecież nie może się odbywać jak u normalnych ludzi (zawsze kwituję ewentualne uwagi lub żarty na ten temat: "Ja normalna? Proszę mnie nie obrażać!") ;)

Serial zachęcił mnie do zapoznania się z aktorstwem Bodo tudzież przypomnienia sobie oglądanych sporo już lat temu filmów. Wczoraj obejrzałam "Pawła i Gawła", a dziś "Piętro wyżej'. Nie spodziewałam się, że poczuję się nimi szczerze rozbawiona. Humor może ciut naiwny jak na dzisiejsze czasy, ale kilka powiedzonek i sytuacyjnych gagów - kapitalnych! Fantastyczny był występ Bodo śpiewającego "Sex appelle" w kobiecym przebraniu. Uśmiałam się ze stwierdzenia jednego z bohaterów filmu, że można się ożenić z miłości, jeśli interes tego wymaga. O ile potrafię właściwie ocenić warsztat aktorów - klasa i staranność. Uwielbiam - i z powodu swojego niedosłuchu bardzo zwracam na to uwagę - gdy w wypowiedziach publicznych można usłyszeć i odróżnić każdą głoskę. We współczesnych filmach często mam z tym trudności (na szczęście z pomocą przychodzą napisy).

Może pogoda się ciut poprawia, a może Bodo sprawił - że czuję się dzisiaj znacznie lepiej. Popracowałam trochę w kuchni, uporządkowałam pobieżnie otoczenie, a teraz - kolejny film z Bodo do poduszki. Lekkie to, przyjemne, a niegłupie.

niedziela, 18 maja 2025

Rozdrapuję... by zrozumieć - siebie.

 Jestem chyba już uprzykrzona z tym powracaniem do sprawy D.

Wiem, że nie zawsze byłam wobec niej w porządku. Wiem, że jeśli ktoś nas irytuje, wskazuje to na jakieś nasze niezałatwione wewnętrzne sprawy. Psycholodzy coś o projekcjach piszą...

Tłumiłam te swoje niepiękne emocje, a jednak wychodziły na powierzchnię i dawały nie zawsze chwalebne skutki.

Nawet teraz, gdy chcę przeprowadzić z tym wszystkim rozrachunek, ułożyć sobie w głowie, co doprowadziło do niemiłych sytuacji, a co jest przecież faktem, czuję jakby wyrzut sumienia, że nazywam to po imieniu. Mam taki wewnętrzny zakaz krytykowania i pomniejszania D.

...A może podświadomie - i bardzo brzydko - czuję się od niej lepsza? Jeśli tak, to nie lubię siebie za to.

Ale D. naprawdę przestała za mną nadążać. A potem chyba obie skręciłyśmy w zupełnie inne uliczki. I nie po drodze nam było, a ja miałam poczucie, że powinnam rozumieć, dbać o więź.

Byłam rozdarta między tym poczuciem, a narastającą niechęcią.

Coraz lepiej poznawałam D. i coraz więcej zauważałam. Początkowo nie przywiązywałam do tego wagi, było nam miło razem, dobrze się bawiłyśmy. Czułam różnicę w wykształceniu, w poziomie umysłowym (o rany! wiem, jak to okropnie brzmi i z tym też nie jest mi dobrze), ale doceniałam i podziwiałam inne cechy. D. tak umiała wychodzić do ludzi, zjednywać ich sobie, była towarzyska, bywała tu i tam, bo dzięki swojej pracy znała sporo osób i środowisk. Imponowało mi to.

A potem zauważyłam, że tak naprawdę inicjatywy ma niewiele, ciągle czeka, aż ktoś ją zachęci i zmotywuje, jest mocno niepewna siebie, bardzo opiera się na innych. Zaczęło mnie drażnić, że brakuje jej własnego zdania, decyzyjności, że nawet na spacerze zawsze to ja wybierałam ścieżkę. Nie ja jedna zauważyłam jej chwiejność i poleganie na cudzych opiniach. Czasami i ja ją wspierałam, ale też bywało mi niezręcznie, bo nie chciałam przejmować odpowiedzialności za decyzje dorosłej (starszej ode mnie o dobrych kilka lat) kobiety. Czułam się tak, jakbym to ja miała ją prowadzić, nie chciałam tego.

Ja oczywiście też jestem cholery kawał i "przepieron", jak mawia inna koleżanka. Gdy spotykam kogoś słabszego psychicznie, mam ciągoty do dominowania, potrafiłabym stłamsić tę osobę. Źle mi było z tym, że D. dawała się tak łatwo prowadzić. Lepiej się dogaduję z ludźmi o wyrazistszej osobowości, własnym zdaniu. Z takimi nawet różnica zdań przebiega inaczej ; po prostu czuję równość, podobną energię... czy ja wiem, jak to jeszcze nazwać?

...Więc z D. się zaczęło robić... - eureka! - nierówno. Brakowało symetrii.

Tak, to jest właśnie to. A że czułam się winna z powodu swoich emocji, zdusiłam je w sobie - to w końcu eksplodowałam w ostatniej kłótni.
Fakt, mogłam się opanować, przerwać w porę i uważam za błąd, że tego nie zrobiłam. Jednak bezwględnie miałam prawo zwrócić uwagę o tę nieoczekiwaną interwencję jej "chłopaka" u "mojego" lekarza. Bardzo zadbałam, by zrobić to łagodnie i spokojnie, jednak łagodności i spokoju zabrakło mi już, gdy D. zaczęła prawić mi kazania, że powinnam być wdzięczna i cieszyć się, że żyję. Od słowa do słowa rozwinęła się kłótnia - ginant, w której obie wygarnęłyśmy sobie wszystkie zastarzałe urazy. Szkoda, że nie wycofałam się w porę.

Szkoda, że nie wycofałam się w porę w ogóle z tej znajomości. Nie żeby zaraz udawać, że w ogóle się nie znamy, ale jednak ograniczyć spotkania i wspólne aktywności.

A może po prostu stało się coś, co stać się musiało.

Eksploduję... frustracją

W bardzo nieprzyjemny, bolesny sposób usiłuje się chyba przebić do mnie jakaś wewnętrzna prawda.
Ciasno mi w starych "butach", widzę to po mojej raczej straconej relacji z D., widzę po moim fatalnym samopoczuciu. Widzę, że czas na jakieś decyzje i działania, ale na przeszkodzie stoi znany towarzysz - lęk. Bo czy się uda? Czy mam rację? A może jednak to tylko fanaberie? Może mam "za dobrze" i szukam dziury w całym?
Odpowiedź na te rozterki czuję coraz pewniej: nie, to nie tylko wymysły. Coś jest na rzeczy, czegoś mi potrzeba, choć tak trudno jeszcze to rozpoznać i temu zaufać.


Dobra! do brzegu, Marto!

Częste stany zmęczenia i obiżenia nastroju to mój odwieczny problem. Jakoś sobie z nim - raz skuteczniej, raz słabiej - radziłam. Jednak po powrocie ze zwolnienia po operacji stało się to naprawdę trudne do zniesienia. Jestem zmęczona, rozdrażniona, zniechęcona. Potwornie męczy mnie i złości, że muszę to ukrywać, udawać, bo przecież nie wypada pewnych rzeczy okazywać przy współpracownikach. I nie wypada, i nie jest to bezpieczne.

Mam wrażenie, że po zmianach personalnych jednak cieszyłam się za wcześnie. Kadra się odmłodziła, dziewczyny są "świętsze od papieża", zrobiło się bardzie rygorystycznie, mniej elastycznie. Dawna dyrektorka do pewnych spraw podchodziła swobodniej, nie czułam się tak ograniczana. Robota miała być zrobiona, ale nikt nie robił problemu z mojego wyjścia do lekarza. Teraz z każdego drobiazgu muszę się tłumaczyć. Moje obie choroby mają w nazwie "zespół", więc chyba jasne jest, że potrzebuję różnych specjalistów, tymczasem na każdego należałoby mieć "papierek", abym jako niepełnosprawna miała prawo do nieodrabiania wizyt lekarskich. Idę na godzinę - muszę albo ją odpracować, albo brać urlop na cały dzień lub na tę godzinę. Wszystko z zegarkiem w ręku. Kiedyś takich cyrków nie było, po prostu postępowałam przyzwoicie i nie nadużywałam swoich praw.

Trudno mi się czasem powstrzymać, by przy pracy nie wzdychać, nie pomamrotać do siebie, że mam dzisiaj słaby dzień, nie skomentować pod nosem, że przydarzyła mi się jakaś pomyłka. Niedawno kierowniczka dała mi do zrozumienia, że jestem uciążliwa, więc się pilnuję, kontroluję, ale - Chryste Panie, jak mnie to męczy, drażni, wkurza.

Z koncentracją mam kolosalne problemy, a moja praca wymaga skupienia i dokładności. Wkładam w to teraz znacznie więcej wysiłku niż przed operacją.

Mam jeszcze cień nadziei, że winna temu jest bardzo kiepska pogoda, więc może to minie. Obawiam się jednak, że problem jest głębszy, że po tym szpitalnym epizodzie mam mniej sił i że tak już pozostanie.
Wszystko we mnie krzyczy, by rzucić tę pracę, to udawanie, tę ciągłą ostatnio walkę z sobą.

Czekam jak na zbawienie wizyty kontrolnej u neurologa. Popytam poważnie, czy w mojej sytuacji są przesłanki do renty... Ale tak się boję! Znajomi mają takie kłopoty na komisjach orzekających, są czasem po prostu podle traktowani.

Mam taki pomysł, taką fantazję: przechodzę na rentę, chwilę odpoczywam, a potem znajduję sobie lżejszą pracę, w mniejszym wymiarze czasu i wreszcie mogę odetchnąć.

W tym tygodniu kilka dni mój syn spędził poza domem, więc pozwoliłam sobie na odpuszczenie tego, co nie było konieczne. Wracałam z pracy i kładłam się spać. Potem się snułam zmuszając się do drobniejszych, koniecznych zajęć.

Nie chcę, by moje dalsze życie było taką wegetacją. Mam po stokroć dość!

poniedziałek, 12 maja 2025

Prawie na noże

Bardzo, ale to bardzo nieprzyjemne spięcie zaliczyłam z koleżanką.
Nieważne którą, nawet inicjałów już nie mam ochoty podawać. Może już o niej pisała, a może nie. Może to jedna z wielu, a może z nielicznych. Poszło na noże - noże słów.

Otóż przedwczoraj koleżanka (a niech jej będzie Kaśka na przykład) wygadała się na temat tej mojej niedawnej operacji na neurochirurgii.

Kaśka poznała Jaśka (też imię zmienione) na jakiejś imprezie, gdzie zaprosili ją przypadkowo poznani i krótko znani ludzie. Kaśka ma lat pięćdziesiąt kilka, Jasiek jest po siedemdziesiątce. Podobno zachwycił się Kaśką, zaczął smalić do niej cholewki, a Kaśka - to typowe dla niej - łatwowiernie i ochoczo przyjęła "cholewki". Skarżyła się, co prawda, że Jasiek bywa natarczywy i osaczający, ale koniec końców - spotykają się nadal. Podobno zdecydowali, że są tylko przyjaciółmi, a on jest dla niej "taki ojcowski" i taki dobry. Niech Ci, będzie, dziewczyno.

Nie widziałam tego Jaśka na oczy, gdy zaofiarował mi się z pomocą, o którą nikt go nie prosił.

Odwiedzili mnie razem, zobaczyli nieprzytomną, z wpółzamkniętymi oczami i ustami, niekontaktującą.
Jasio wymyślił - bo on "wszystkich" zna - że porozmawia z jakaś swoją znajomą pielęgniarką z tegoż szpitala. Oczywiście nie miałam o niczym pojęcia.

A teraz połączyłam fakty.

Oddział nie operuje w weeekendy poza pilnymi, wymagającymi natychmiastowej interwencji przypadkami. Podobno do takowych nie należałam, pomimo że sprawa wyglądała dramatycznie, moje życie nie było bezpośrednio zagrożone. Moje siostry chyba pytały o możliwość przyspieszenie, więc myślałam potem, że lekarz z życzliwości i współczucia zgodził się zoperować mnie w sobotę.

Co się jednak okazuje? Jeszcze w szpitalu, już po operacji siostry opowiadały - ale jakoś słabo to zarejestrowałam - iż dowiedziały się od lekarza, że ktoś wypytywał o mnie i uzyskał informację na temat mojego stanu zdrowia. Byli to podobno mężczyzna i kobieta, którzy podali się za osoby z mojej rodziny. Szpital nie zweryfikował tego, informacji udzielono. Jan podał się za jakiegoś (ani lekarz, ani siostra pewnie nie pamiętali dokładnie) organistę czy śpiewaka z chóru. Gdy później ustalałam szczegóły z siostrą, olśniło mnie, że Jasiek śpiewa w ludowym zespole. A więc nikt inny, tylko oni!

Gdy mi koleżanka o tej interwencji powiedziała, poczułam się dziwnie i głupio. Poczułam skrępowanie, że nieznany mi mężczyzna dowiaduje się o moich bardzo prywatnych sprawach. Jednak nie zareagowałam od razu, zaskoczyło mnie to.

Dopiero na drugi dzień postanowiłam zwrócić Katarzynie uwagę. Znając jej wrażliwość i branie wszystkiego do siebie, postarałam się przekazać do spokojnie i delikatnie. Napisałam, że rozumiem i doceniam dobrą wolę, rozumiem przejęcie się moim losem, ale może niech następnym razem zapytają moich najbliższych, czy mogą pomóc.

Kaśka poczuła się ogromnie dotknięta. Napisała mi, że jestem niewdzięczna, że ona czuje się urażona, że powinnam cieszyć się, że żyję. Od słowa do słowa poszła lawina, bo choć próbowałam tłumaczyć swoje stanowisko (nie docierało!), wyjaśnić, że nic wielkiego się nie stało, proszę tylko na przyszłość o inne postępowanie, dałam się w końcu sprowokować i koniec końców - po prostu obie się wściekłyśmy i sobie, kolokwialnie mówiąc, nawrzucałyśmy. I ona, i ja wywaliłyśmy z siebie narosłe pretensje.

Tu wtrącę nieco z innej beczki... Miałam tego nie ujawniać, chcąc zachować anonimowość. Kaśka to D. (nie chce mi się już korygować tekstu i poprawiać imion).

A więc Kaśka - D. wściekła oznajmiła, że nie chce ze mną kontynuować znajomości, że jestem podła i dwulicowa, powołała się na osoby rzekomo podzielające jej opinię o mnie (nie zapytam ich, bo nie chcę walczyć jej bronią ani w ogóle walczyć, ale ciekawe by to było).

A mnie... ulżyło. Kilka lat walczyłam z rozterkami, dusiłam poirytowanie, dręczyłam się wyrzutami sumienia, że może źle tę kobietę oceniam.
O D. nie mogę wszystkiego napisać, bo byłoby to z mojej strony bardzo nie w porządku wywlekać jej prywatne sprawy, ale ma ona duże kłopoty osobiste oraz z samą sobą.

Tak więc - wróćmy do naszych baranów - zwróciłam uwagę D. Ta się wyparła, że do niej tylko pielęgniarka obiecała zadzwonić po mojej operacji i poinformować, jak się mam. Wyparła się wizyty u lekarza z Jaśkiem, powiedziała, że nie wie, kto mógł to być. Jednak to, co siostra powiedziała o rzekomym organiście upewniło mnie w przypuszczeniach. Dopiero wtedy się wściekłam, że D. kłamie w żywe oczy.

Było nieprzyjemnie, powiedziałyśmy obie o wiele za wiele. D. oświadczyła, że ma dość naszej znajomości, ale dziwnym trafem dziś wysyłała mi wieści, co u niej słychać ; zapewne chciała mi zaimponować, jak sobie świetnie radzi ze swoimi sprawami.
Pewnie jej przejdzie złość za jakiś czas, mnie jednak chyba nie tak prędko przejdzie niechęć, choć do zawziętych nie należę i wybaczam łatwo.
Nie chcę jej już w swoim życiu. Niech będzie uprzejmie, ale z dużym dystansem.

Ona mi po chrześcijańsku moją podłość wybacza - takim komunikatem również zostałam uraczona.

A mam Cię nosie, D. Ciebie i Twoje dramaty.

czwartek, 8 maja 2025

A ja lubię!

 Czytam często jak nielubiana jest bezczynność, a chwalone życie aktywne.

Też mi się kiedyś wydawało, że tylko aktywność ma wartość.

A dziś mam odwagę powiedzieć: uwielbiam bezczynność!

Dziś ośmielam się stwierdzić: bezczynność nie musi oznaczać próżniactwa.

Natomiast "czynność" to jakże często ucieczka od siebie, zagłuszanie własnych emocji i myśli.

Ciągła aktywność mnie męczy. Moje ciało potrzebuje sporo czasu na regenerację, spadki energii to niestety, moje drugie imię. Och, jak się kiedyś za to nie lubiłam! Jak bolały mnie cudze oceny, które brałam za własne.

Lubię leżeć na trawie, gapić się w niebo i zachwycać śpiewem skowronka. Czuć, jak pieści mnie słońce, głęboko i swobodnie oddychać.
Lubię mieć mnóstwo czasu na przemyślenia.
Kocham czytać przesiadując przed domem (w domu też).
Lubię zagapić się ma motyla, dziecko w parku, wodę w jeziorze.
Lubię rozmyślać i mieć potem o czym pisać na blogu.

Bezczynność jest fajna :)

poniedziałek, 28 kwietnia 2025

Powrót

Pierwszy dzień w pracy po miesięcznym z hakiem zwolnieniu chorobowym.
Miałam obawy, czy dam radę wysiedzieć za biurkiem całą dniówkę, ale nie było źle. Owszem pod koniec już miałam trochę dosyć, ale to raczej naturalne, nawet w całkowitym zdrowiu.
Czas dla siebie gwałtownie się skurczył, ale podziałały dziś sposoby na podniesienie sobie energii: drzemka po pracy i spacer pod wieczór. Zdążyłam też ugotować zupę na jutrzejszy obiad i przygotować co nieco na śniadanie. A teraz odpoczywam. Za chwilkę przygotuję się do snu.
Witaj, dawna codzienności! Szczerze mówiąc, nie jestem zachwycona, bo L4 było dla mnie jak wakacje, ogromnie wypoczęłam - ale cóż... Doceńmy, co mamy.

sobota, 26 kwietnia 2025

Miłość

Jestem "filozof", lubię dumać i czynić swoje prywatne odkrycia.

Wpadłam niedawno na myśl: miłość to nic innego jak wdzięczność!

Czytałam w wielu źródłach, że miłość to niewyczerpane źródło, z którego starczy dla wszystkich. Do pewnego momentu nie rozumiałam tego stwierdzenia. Aż wreszcie powoli przyszło zrozumienie. Najpierw "na główkę", bo ja w dużej mierze mieszkam w głowie. Analizowałam, rozkminiałam i doszłam do wniosku, że miłość to wszystko to, do czego czujemy pozytywne, miłe, radosne uczucia. To wszystko, co nas uskrzydla i raduje. Bardzo spłycone i zawężone jest definiowanie jej wyłącznie przez pryzmat relacji romantycznych.

W minionym tygodniu poczułam sercem: miłość to wdzięczność! Zachwyt życiem, światem i jego przejawami. Motylem, taflą wody, świstem wiatru w uszach. Każdym karmiącym spotkaniem z drugim człowiekiem. Miłością jest przepełnione całe życie, wystarczy to zauważyć.

Może Ameryki nie odkryłam, ale jestem zachwycona, jakie to proste.

Mam, zwłaszcza po operacji, poczucie absolutnej cudowności życia. A więc kocham.

I dodam z patosem: życie kocha mnie, skoro mi te wszystkie cudowności daje.

***

Byłam wczoraj na spotkaniu w naszym Kręgu. Co tu dużo mówić - to jest to, czego szukałam, rozglądając się za "swoim stadem", swoją przestrzenią. Czuję się bardzo autentyczna wśród tych ludzi, przyjmowana taka, jaka jestem naprawdę. W kręgu się nie ocenia, daje się każdemu przestrzeń na wybrzmienie jego prawdy i to niesamowicie otwiera serce.