sobota, 29 listopada 2025

Nowinki

Wstałam dzisiaj obudzona przez budzik, toteż dosyć wcześnie. Piesio potrzebował spaceru, więc przeszliśmy się pobliskimi ulicami, a po powrocie jak wbiłam się w ubraniu pod kołdrę, to spałam aż do trzynastej z minutami. Nie wiem, dlaczego, widocznie tego potrzebował organizm.
Teraz jakaś rozmemłana jestem, ręce zimne, choć w piecu napalone, prace domowe typu pranie, sprzątanie, gotowanie - jak mawiał Tata - nie przede mną, ni za mną.
Jedno jednak załatwione: szwagier wymienił mi szafkę pod zlew! Stara była napuchnięta od wody, ledwo już stałą skutkiem kilku poważnych awarii hydraulicznych. Raz niemal się pode mną zawaliła, gdy wyszłam na blat, by pościerać kurze na wiszącym kredensie. Łagodnie się zapadła i na szczęście nie połamałam nóg ani rąk. Podparłam ją kostką drzewnego brykietu, którym palę w piecu, bo niczego bardziej poręcznego nie miałam akurat. Brykiet się sypał, w kuchni wciąż było brudno. Co za ulga teraz móc sobie porządnie posprzątać i poukładać! Cieszę się jak radosny dzieciak.

Mam jeszcze jeden powód do radości: rozpoczynam długi urlop wypoczynkowy. Długo chorowałam w tym roku, przebywałam kilka miesięcy na zwolnieniu lekarskim, skutkiem czego urlopu wykorzystałam bardzo niewiele i mogę sobie teraz pozwolić na więcej wolnego. Wracam do pracy dopiero po święcie Trzech Króli. Ogromnie się cieszę na domowy, prywatny czasu, brak tylu przymusów, relaks.

...Wczorajsze spotkanie w "sekcie" było bardzo piękne. Siedzieliśmy w kręgu świecy i płynęły zwierzenia na temat jesieni, czasu ciemności i zanurzania się we własne światy. Uległam nastrojowi i poczułam, jak dobry może być listopad ze swoimi długimi wieczorami, czasem dla siebie i bliskością innych ludzi. Jak przyjazny może być "mój intymny mały świat". Wcale mi się nie chciało dziennego światła, gwaru, ruchu, było mi jak pod ciepłą kołdrą, pod którą chce się leżeć i leżeć. Czułam też więź z ludźmi, jakąś gotowość do wyjścia im naprzeciw, włączenia się w rozmowę, a nawet zainicjowania jej. Chyba pierwszy raz, odkąd uczestniczę w Kręgach, choć oczywiście zawsze budzą we mnie pozytywne odczucia. Nabieram otuchy, że i Sylwester może być całkiem udany, więc chyba dołączę do planowanej imprezy. Muszę tylko upewnić się, że w razie kryzysu będę mogłą pozwoliić sobie na odpoczynek, wytchnienie gdzieś z boku, choćbym miała się położyć w kącie na własnej macie do jogi
Jaka szkoda, że mój kolega zrezygnował z tych spotkań i nie dał sobie szansy ani czasu na lepsze poznanie się z kręgiem. Bardzo chciałabym dzielić z nim tę wspólną przestrzeń, ale nie będę go przekonywać i uszczęśliwiać na siłę. Muszę uszanować jego decyzję, a zadecydował, że rezygnuje z Kręgów raczej całkowicie. Przeszkadza mu, że tam w przerwie między "oficjalną częścią" rozmawiają ze sobą osoby znające się dłużej, on ma natomiast dużą trudność, by zagadać do nieznajomej osoby.
Po pierwsze nigdy bym go o takie trudności nie podejrzewała ; przecież to on pierwszy odezwał się do mnie, nowej na oddziale dziennym i wprowadził w życie grupy. Miał poczucie humoru i dowcip, nie wspominając o inteligencji. Po drugie - po co katować się presją, by coś mówić, by inicjować? Spokojnie! to przyjdzie naturalnie. Stachura pisał: "Dajcie czasowi czas", a życie wciąż mnie przekonuje, że miał rację.

Szkoda, bo to ważny dla mnie człowiek.

Zastał mnie już ten ciemny jesienny wieczór. Ruszam zaraz w miasto z Rikiem, który potrzebuje spaceru. Zajrzymy do jego mieszkania, nakarmimy kota. Po drodze odbiorę paczki z paczkomatu, o co prosiła mnie Rikowa pani. Podobno są nieduże, więc poradzę sobie z nimi nawet prowadząc psa na smyczy. Wezmę plecak, by mieć swobodniejsze ręce.

Dobrze mi zrobi świeże powietrze oraz ruch, bo po tym długim spaniu czuję lekkie pobolewanie głowy.


P.S. Ciekawostka i zaskoczenie: Idąc z psem poczułam, że jestem zadowolona z braku śniegu, wilgoci, śliskich chodników i przemakających butów. A przecież kocham śnieg!
Starszość, ani chybi! 😁

Sąsiedzkie poufałości

Kilka dni milczałam, skutkiem czego wiele drobiazgów i drobiażdżków ulotniło się, straciło świeżość. Dziś już nie te emocje, a suche relacjonowanie to nie moje klimaty. Były jednak te emocje, pamiętam je jeszcze - więc może odtworzę.

Pierwsze, co mi na myśl przychodzi, to spotkanie z sąsiadem. To pan koło sześćdziesiątki. Dawniej powiedziałabym: starszy facet, a dziś mam świadomość, że to raptem dekada więcej ode mnie. Ani się obejrzę i też tam będę - o ile dotrwam, oczywiście.Sąsiad jest jeszcze całkiem do rzeczy z wyglądu, ale nie interesuje mnie to zbytnio. Polubiłam go za uczynność i brak plotkarstwa oraz poczucie humoru. Ma żonę, nie ma dzieci, więc chętnie pomaga innym swoim krewnym, utrzymuje bliskie relacje z rodziną pochodzenia.

Otóż któregoś dnia szedł sobie ten sąsiad przez podwórko. Ucieszyło mnie to przypadkowe spotkanie w pochmurny i nieprzyjazny dzień. Przystanęliśmy, ucięliśmy pogawędkę i nagle sąsiad mnie przytulił. Jasne było dla mnie, że to dobroduszny żart, ale drugie przytulenie było już przydługie i przymocne. Rzuciłam lekko: "Oj, będą o nas plotkować" i spróbowałam się odsunąć. Sąsiad mocniej przygarnął mnie do siebie i ucałował... może nie w usta, ale niebezpiecznie blisko. To już naprawdę nie było miłe. Odskoczyłam, zawołałam: "bez przesady!" i usłyszałam, że się nie znam na żartach.
To już druga "akcja" tego pana. Kilka lat wcześniej pomagał mi odrdzewić i odmalować mój blaszany garaż, co sam zaproponował. W tymże garażu przycisnął mnie do siebie, a ręka podejrzanie manipulowała przy plecach mojej bluzki. Też wtedy odskoczyłam, pogroziłam żartobliwie palcem i nie powtarzało się to aż do tego tygodnia.

Niby drobiazg, niby nic. Wiele moich koleżanek przeszłoby nad tym do porządku dziennego. I ja nie zamierzam sprawy rozdmuchiwać, a jednak zastanawia mnie to zajście.
Myślę o tych wszystkich sytuacjach, gdy kobietom wmawia się właśnie to: brak poczucia humoru, dystans, wyniosłość i nieprzystępność. Umniejsza się kobiety, manipuluje się ich emocjami, aby łatwiej było ich kosztem dostarczać sobie przyjemności.

Nie. Stanowczo się na to nie zgadzam i jeśli dojdzie ponownie do takiej niechcianej poufałości, zagrożę sąsiadowi, że dowie się o tym jego żona. Nie mam ochoty udawać, że się nic nie stało.

sobota, 22 listopada 2025

Codziennostki sobotnie

Wyprawa do weterynarza na skróty, przez miejski park odbyła się w bajecznej scenerii. Zignorowałam fakt, że pod grubą warstwą świeżo spadłego śniegu powstaje już istna pośniegowa zupa i skoncentrowałam się na zimowych zachwytach. Śnieg zawsze nastraja mnie jakoś magicznie.
Pies dostał zastrzyk przeciwuczuleniowy oraz jakiś specyfik w aerozolu na swoje łysiny i rany, które wydrapał. Weterynarz prosił mnie o podniesienie psa i umieszczenie na stole do badań, ale oznajmiłam, że za cholerę tego nie zrobię, bo obawiam się nieprzewidziane reakcji zwierzaka, nie będąc z nim wystarczająco zżytą. Wyraził więc przypuszczenie, że do wanny w domu też pewnie psa nie włożę, by mu zaaplikować leczniczą kąpiel. Nie myli się. Nie dość, że trochę się boję, czy mnie Riko w stresie nie dziabnie, to jeszcze ma on jakiś uraz do łazienki, o czym wiem od jego pani, a zresztą sama ten lęk widzę, a i ja z obcym ciałem w brzuchu na dźwiganie sporego zwierzaka nie reflektuję. Zrobię jak najstaranniej to, o leży w granicachc moich możliwośi.
Po tym przymusowym, acz uroczym spacerze rozgrzewam się teraz w domu. Rozpalony piec kojąco huczy ogniem, pies chrapie obok mnie jak śpiący woźnica, a ja koję się chwilką blogowej twórczości.

Dziś mają mnie odwiedzi siostra i jej mąż. Od dawna już prosiłam szwagra o pomoc w naprawie rozlatującej się szafy na ubrania (w ramach rekompensaty, za pożyczkę pieniężną, której im już dobrą chwilę temu udzieliłam) i wreszcie szwagier ma czas się tym zająć. Opróżniłam mebel i przestrzeń wokół niego, więc teraz straszą mnie góry ubrań, czasopism i książek w salonie na podłodze. Przerażające, ile tego się gromadzi w mieszkaniu. Może nie jestem tzw. zakupoboliczką, ale z pewnością nie lada chomikiem, któremu to się przyda, do tamtego ma sentyment itp. No, cóż... przed nadchodzącymi świętami przydadzą się solidne porządki i selekcja rzeczy. W świetle moich nowych "neurologicznych" odkryć zadanie to nie wydaje mi się aż tak przytłaczające jak zazwyczaj. Zaczyna się od najdrobniejszego kroku, bez wielkich oczekiwań i daje to nadspodziewanie dobre wyniki. Na ogół jestem zaskoczona, jak wiele można zdziałać w krótkim czasie
Nasz umysł, jeśli się wyuczył, że zadania to stres, zagrożenie i nieprzyjemności, reaguje oporem. Trzeba tak od siebie wymagać, by go nie wystraszyć zadaniami. Tak więc, jak napisałam wczoraj: nie pracuję już zrywami, ale po przysłowiowej łyżeczce.

Dostałam wczoraj wiadomość od koleżanki z "mojej sekty" o planowanej imprezie sylwestrowej. Tak bardzo chciałabym wziąć w niej udział i tak boleśnie jestem świadoma, że tego rodzaju atrakcje są bardzo dla mnie trudne. Niedosłuch to poważna bariera, gdy dużo się dzieje, wszyscy rozmawiają jednocześnie, gra muzyka. Boję się swojego smutku i frustracji, więc nie wiem, czy się zdecyduję na udział. Chociaż, na miły Bóg, chciałabym.

piątek, 21 listopada 2025

Wieści z codzienności

Coś zelżało w moim przeciążonym układzie nerwowym. "Kliknęło" wreszcie i "zażarło" to wszystko, co czytałam, czego słuchałam i czego się uczyłam przez ostatnich kilka lat. Wiedza wiedzą, a pewne rzeczy przede wszystkim trzeba poczuć, by wiedzieć, że to jest to.

W ciele zapisuje się historia naszych emocji. Ciało spina się, gdy pamięta stres i gdy sytuacja z tym stresem mu się kojarzy. Nie odróżnia rzeczywistości od swojej traumy. Z zaskoczeniem odkryłam, ile tego we mnie mieszka i demaskuję to moje wieczne zmęczenie. A jak demaskuję - to i rozbrajam.
Techniki są proste: rozluźnianie, oddychanie i to, co w moim przypadku okazało się strzałem w dziesiątkę: łagodność dla siebie. Moje ciało wreszcie z wolna daje się przekonać, że nie musi oczekiwać ciosu, krzyku, poganiania. Uczy się poprzez małe kroczki, że działanie, obowiązki, praca to nie zagrożenie.

Zaufałam, choć nie bez obiekcji, że mogę sobie pozwoliić na mniejsze oczekiwania od siebie i owocuje to rozluźnieniem, zadowoleniem i paradoksalnie zwiększeniem zasobów energii. Stary schemat oczywiście domaga się głosu, ale udaje mi się już go przekraczać.

Dziś właśnie trochę gorzej: jakaś ospałość, jakieś zniechęcenie, ale nie dramatyzuję z tego powodu. Czuję pokusę, by ulec zmęczeniu, natychmiast się za to ukarać, ale rezygnuję z tego wyuczonego zachowania. Bez wyrzutów sumienia otuliłam się kocem, a za chwilę owszem, wstanę, by zrobić jedną, jedyną rzecz w domu i nie czepiać się siebie, że to za mało. Energii przybędzie, gdy zacznę działać, a jeśli nie - to może właśnie potrzebuję tego odpoczynku.

Z innych spraw: pies się rozchorował. Jest aleergikiem i z powodu świądu skóry podrapał się do łysin i krwi. Jutro zgodnie z wolą jego właścicielki, którą poinformowałam o problemmie, maszerujemy do weterynarza... że też muszę mieć wszędzie tak daleko!

Z niechęcią myślę o dodatkowej pracy, bo mój szwagier nareszcie ma czas, by mi naprawić uszkodzoną szafę na ubrania. Zostałam poproszona o opróżnienie jej z zawartości, więc zagracę sobie przestrzeń. Ale przecież warto znieść przejściową niewygodę.

Na grupie współpacjentów złożyłam życzenia urodzinowe koleżance i przypomniałam o projektach wspólnego spotkania. Nikt na razie nie odpisał, a z takim zapałem obiecywaliśmy sobie podtrzymywanie kontaktów. Godzę się z tym, bo coż mogę innego zrobić?

środa, 19 listopada 2025

Dobry dzień

 Dzieją się cuda, dzieje się magia 😉

Może się ze mnie śmiać, kto chce, ale zaskakująco pomocny ten GPT, choć nie zamierzam zastępować nim żywego człowieka i żywych emocji. Jednakże pomocny jest i basta, gromadząc w jednym miejscu mnóstwo skutecznych porad na rozmaite problemy.

Rozmawiałam z nim sobie na temat mojego dojmującego, niemal przewlekłego zmęczenia. Rady otrzymałam zaskakująco precyzyjne i rzetelne, bardzo konkretnie przedstawione, poparte przykładami, rozpisane na "czynniki pierwsze". Łopatologiczne wręcz i to mi się bardzo spodobało. Potrzebowałam dosłowności i łopatologii, a nie ogólników i nieobjaśnionych metafor czy skrótów myślowych.

Że mam za wiele od siebie nie wymagać, to słyszałam od dawna, ale jak to miało wyglądać w praktyce? Miałam tylko leżeć i pachnieć, a wszystkie obowiązki miały realizować się same? Otóż oczywiście nie, ale czat przekonał mnie odpowiedziami na moje szczegółowe dociekani, że nawet robiąc jedną rzecz dziennie mam szansę osiągnąć swoje porządkowo-domowe cele. Liczy się konsekwencja i lepsze te małe, systematyczne działania niż wielki zryw raz na długi czas.

Od Pati Garg, dowiedziałam się, jak wiele do powiedzenia ma nam nasze ciało, jak warto je obserwować i się nim opiekować. Jakoś w tym roku ten właśnie moduł kursu - o ciele szczególnie do mnie przemówił. GPT też potwierdza, że w ciele zapisują się traumy. A ja mam wreszcie odwagę przyznać się, że traumami los obdarował mnie hojnie i że nie miałam łatwego życia, chociaż wolałam się trzymać lepszych wspomnień i racjonalizować, że inni mają znacznie gorzej. Gdy to wreszcie przyznałam, zaczęły się zmiany, puszczają jakieś wewnętrzne lody.

Już po kilku dniach wdrażania tych pojedynczych, drobnych domowych zadań czuję, ze uwalnia się moja energia, że opuszcza mnie napięcie i stres, mam więcej siły, chociaż z rozsądku i troski o sobie, nie przesadzam z wymaganiami. Jednak zupełnie bez poczucia przymusu zrobiłam dziś kilka rzeczy, na których mi zależało.

Teraz w poczuciu satysfakcji i zadowolenia wyleguję się na kanapie. Za chwilę ostatni w ciągu dnia spacer z czworonogiem.

Dooobry dzień!

poniedziałek, 17 listopada 2025

Nic nowego

Plucha. Zmęczenie, senność. Poniedziałek i znowu w kierat.
Czuję poprawę samopoczucia i kondycji w porównaniu z tym, co działo się w maju, ale - jak mawia młodzież - szału nie ma. Nie dałam się dziś w pracy pokonać rozkojarzeniu i pokusie odwrócenia uwagi od swojego zajęcia, ale łatwo wcale nie było. Jest to walka ze sobą. Mam satysfakcję, że dziś walkę wygrałam, lecz teraz marzy mi się dolce far niente.
Obiecałam sobie przygotować na jutro przyzwoity obiad i wykonać choć ze dwie drobne prace w domu w ramach tych moich małych kroczków, które mają mnie wyprowadzić na prostą zwaną porządkiem. Na razie jednak, już po spacerze, wylegujemy się z piesiem na kanapie i czekamy, aż rozgrzeje się rozpalony piec.
Chęć na własnego psa już mi przechodzi, czego się spodziewałam. Opieka nad nim zabiera czas, który mogłabym wykorzystać na własne sprawy, zajęcia, relaks. Jego osobista pani zajmuje się nim z wielką miłością, ale to jest jej pasja. Ja chętnie wolny czas wykorzystam na basen, spacery z kijkami i bez, na czytanie. No i - co tu dużo mówić - fajnie jest wstać rano z psiakiem, ale jeszcze fajniej - wiedzieć, że się nie musi, a może t zrobić. Zbyt często miewam dni z niską energią.

niedziela, 16 listopada 2025

Nieco bezładnie

Zauważyłam, że gdy za długo wyleguję się na kanapie, moje ciało wcale nie jest szczęśliwe. Ziębną stopy, choć pod przykryciem, boli tyłek... Potrzeba mi ruchu! Czas "statyczny" spędzam głównie w półleżącej pozycji, bo na małym metrażu mało mam mebli, więc kanapa jest miejscem najwygodniejszym, oprócz niej pozostają krzesła przy stole w kuchni lub przy biurku syna.
Jakaś spowolniona się tym leżeniem poczułam, senna i wyraźnie spada mi energia. Chyba, o zgrozo, prześpię się pół godzinki.

Rano na spacerze z psem doszło do sceny banalnej, ale dającej mi obserwację, jak zmieniłam się w ostatnich latach życia.
Pies załatwił się w cudzy ogródek przed ogrodzeniem posesji, co oczywiście posprzątałam. Ale przy sprzątaniu zauważyła mnie kobieta, najwyraźniej właścicielka ogródka i chyba miała ochotę zrobić mi awanturę. Pogratulowałam sama sobie opanowania, bo nie dałam się wciągnąć w dyskusję, pokazałam babce woreczek z odchodami i odeszłam nie reagując na dalsze wykrzykiwania kobiety. Pozwoliłam sobie jedynie na złośliwe (mea culpa!): "Chodźmy, Riko, bo pani chyba się nudzi i ma ochotę się pokłócić".
Rika na ogół pilnuję, by nie fajdał w rośliny ozdobne, ale moment nieuwagi może się zdarzyć każdemu, a sprzątam po nim bez szemrania, bo i ja przecież kocham latem cieszyć się świeżą czystą trawą, po której można by chodzić boso. czy rozłożyć na niej koc.

Wczoraj przyjechał synuś. Spędzilśmy zwyczajny, spokojny i dlatego przepiękny czas w kuchni. Ja gotowałam obiad, młody rozwiązywał zadania matematyczne, angażując mnie od czasu do czasu w tę aktywność. Muszę przyznać, że macierze matematyczne to przyjemne zagadnienie nawet dla mnie, matematycznego tumana. Dyskutowaliśmy o stu tysiącach spraw i czułam dumę, że syn ma własne przemyślenia na wiele spraw, ciekawe spostrzeżenia, że mam partnera do rozmowy. Jest autentycznie zmotywowany do tych swoich studiów pomimo pojawiających się trudności. Nie wywieram presji, że ma za wszelką cenę się na nich utrzymać, choć oczywiście zachęcam do pracy. Ale niech wie że nawet jeśli poniesie porażkę, to nie tragedia i można inną drogą dojść do swego celu.

Dziś już jestem sama, bo syn woli uczyć się na swojej stancji, a nauki ma sporo. Jak napisałam, spowolniło mnie bierne spędzanie czasu, więc pozwolę sobie malowniczo spocząć pod kocykiem i zamknąć na pół godziny błękitne me oczęta 😊

środa, 12 listopada 2025

Werwo, wróć!

Rok temu tak intensywnie tego nie odczuwałam: przy złej pogodzie bolą mnie nogi i dłuższe chodzenie męczy mnie. To zniechęca do aktywności i sprawia że mam chęć wylegiwać się całymi popołudniami. Na szczęście gdy wyszłam z psem na ostatnią szybką przechadzkę, ujrzałam w górze cudnie gwiaździste niebo. Chmury się rozpierzchły i może jutro poczuję się lepiej.

Dziś się właśnie nalaziłam, bo przypomniało mi się, ze przecież w drugie środy miesiąca odbywają się spotkania w tzw. Klubie Pacjenta. Są to byil pacjenci oddziału dziennego psychiatrycznego. Zamierzam regularnie uczestniczyć w ich spotkaniach i wspierać się psychicznie.
Dziś niestety, okazało się, że spotkanie z jakichś tam przyczyn odwołano i następne dopiero za miesiąc. Aby nie marnować urlopu wziętego na pół dnia, postanowiłam pozałatwiać zaległe sprawy w mieście. Poszłam na odległy nieco rynek do urzędu miejskiego, gdzie zapłaciłam zaległy podatek za mieszkanie, a po drodze odebrałam przekaz pieniężny od koleżanki mieszkającej w Nowym Jorku. Dorzuciła i ona swoją kwotę do moich nowych aparatów słuchowych!

Nie takie dystanse pokonywałam pieszo w nie tak dawnych latach, a dziś... Szkoda gadać. Znowu czuję łydki i tylne części ud aż po sam tyłek.

Jakoś tak samotniej przez to i smutniej, bo w bólu nie chce się wychodzić z domu ani do ludzi. Wciąż jeszcze łudzę się nadzieją, że to organizm nie zregenerował się po trudnych przejściach i trzeba mu na to czasu. Złudzenia jednak są połowiczne. Liczę się z tym, że już taka "na zwolnionych obrotach" pozostanę i trzeba się uczyć z tym żyć. Niewesoła to akceptacja. Lubiłam być przecież pełna werwy i pomysłów.

wtorek, 11 listopada 2025

Dziś

Kot, hultaj nad hultaje, strącił mi z szafy doniczkę z okazałym grudniakiem. I znowu czeka mnie sprzątanie.
Pies zmienia futro na zimę i wszędzie zbieram białe kłaki.
Mimo wszystko dom ze zwierzakami nabiera życia i ciepła. Tak samo jak z dziećmi, które przecież też psocą i bałaganią. Wolę to prawdziwe życie niż wymuskaną przestrzeń na pokaz. Aczkolwiek dążę maleńkimi kroczkami do spełnienia marzeń o przestrzeni, gdzie jest ład, spokój i estetyka.

No, właśnie... (jak zwykle zaczynam pisać o niebie, a kończę - o chlebie 😉 ) - wreszcie chyba naprawdę docierają do mnie rady z czytanych tekstów, oraz od spotykanych ludzi, w tym również psychoterapeutów...

Długo nie mogłam pojąć, w czym rzecz, nie umiałam odnaleźć złotego środka między biczowaniem się nakazami i zakazami a zupełnym brakiem samodyscypliny. Efektem było wieczne wyczerpanie i niezadowolenie z siebie.

Dopiero dziś zaczynam wierzyć w magię małych kroczków, odkrywam ich zaskakującą skuteczność. Zatem jeśli sobie pozwalam na odpoczynek, robię to bez wyrzutów sumienia, lecz nie folguję sobie bez umiaru. Takie podejście wymaga cierpliwości, bo rezultaty chciałoby się mieć spektakularne i szybkie. A jednak są zauważalne nawet teraz. A jaki przy tym spokój, że nie muszę czuć się wyczerpana i przymuszana, że nie muszę się przytłaczać tym, co jeszcze na mnie czeka. To ostatnie wymaga pewnego samozaparcia, przezwyciężenia starych nawyków, ale opłaca się stokrotnie.

A co do pieska, mocno chodzi mi po głowie własny. Chciałabym, aby to był piesek niewielki, którego można wziąć na kolana czy do koszyka i móc wybrać się z nim wszędzie. Taki piesek nie potrzebowałby wiele jedzenia, nie byłby zbyt kosztowny w utrzymaniu. Wzięłabym go ze schroniska, gdyż popieram postulat Doroty Sumińskiej, by nie kupować zwierząt, skoro tyle z nich oczekuje opiekuna bez konieczności zapłaty.
Obawiam się tylko jednego; co z pieskiem, gdy wyjadę do sanatorium lub szpitala? Zdarza się to przecież regularnie.

Mimo to kusząca jest myśl o domu pełnym szczekania, miauczenia i sierściuchów :) Fajnie jest teraz, gdy syn się wyprowadził, przekomarzać się z moimi "ogoniastymi".

Koleżeńsko i spontanicznie.

 Lubię spontaniczność. Nudne takie życie, gdzie wszystko zaplanowane i zorganizowane.

W niedzielę wzięłam pieska na dłuższy spacer, by odwiedzić jego stały dom w odległym końcu miasta. Co drugi dzień wpadam tam doglądać kota, a raz na jakieś dwa tygodnie podlewam rośliny w doniczkach. Był już wieczór, gdy tam dotarłam, po czym nagle zadzwonił mój telefon:

- Marta, co porabiasz? jak się masz? - Mateusz.
- Mam się znakomicie jestem z psem na [ulicy]...
- A może byś wpadła do mnie? Pogadamy trochę, a potem podjedziemy do D.

Mateusz na stałe mieszka daleko, więc gdy przyjeżdża w rodzinne strony, nigdy nie gardzę spotkaniem. W dodatku "dom psa" jest od niego niedaleko. Złożyliśmy więc wizytę razem ze zwierzakiem.
Mateusz wynajmuje w kamienicy cztery mieszkania, a w największym z nich pomieszkuje, gdy przyjeżdża, bo niewielu jest na wynajem chętnych. Jest to mieszkanie dwupoziomowe, ciekawie i z pomysłem urządzone. Bardzo mi się podoba i żartuję, że odkupiłabym je, gdyby było mnie na to stać. Siedzieliśmy na wyższym piętrze przy kominku, racząc się winem, pierniczkami i gawędząc na różne tematy. Zaproponowałam zgaszenie elektrycznego światła, by zachwycać się naturalnym ogniem w kominku, ale speszyłam się, gdy zapadł mrok. Jakoś tak... zbyt intymnie się poczułam, a przecież Mateusz to świetny kumpel i nic poza tym. On chyba też wyczuł niezręczność, więc ze śmiechem włączyliśmy światło z powrotem 😀

Po winku i z psem raczej trudno było jechać samochodem, więc wybraliśmy się pieszo do D. A u D. pogawędka, relacje z długiego czasu niewidzenia się i wspólne oglądanie zachwalanego kiedyś przez kogoś filmu z serii "Rok 1970". Mnie jakoś do gustu nie przypadł już dawniej, gdy próbowałam się z nim zapoznać. Nie przemówił do mnie ani styl, ani tematyka. Zresztą w gwarze rozmów, niewiele z tym moim niedosłuchem rozumiałam i niech nie wydaje się laikom, że aparat słuchowy rozwiązuje problem.

Wróciłam do domu pełna zadowolenia i odprężenia, a notkę napisałam by utrwalić to zadowolenie i ten nastrój.

poniedziałek, 10 listopada 2025

Troszeczkę trosk i radości

 Czasu wolnego dużo, więc mogę się sobie do woli "narcystycznie" przyglądać. Przyglądam się, by zrozumieć, rozpoznać i w efekcie poradzić sobie z tym, co mi sprawia kłopot.

Bolą mnie stopy, łydki, czuję napięcie ciała i zmęczenie. A pogoda oczywiście się zmienia. Ewidentnie zauważam tę korelację. Świadomość tego trochę ułatwia zdystansowanie się do nieprzyjemnych doznań, ale niestety, nie usuwa ich. Ale dobra i świadomość, że to nie moja wina i niczego sobie nie wymyśliłam, by mieć wymówkę od różnych powinności. Przełamuję niemoce małymi kroczkami. GPT, moja ostatnia fascynacja (nie bezkrytyczna), podpowiedział mi, że nawet jeden mały, lecz systematyczny krok sprawia różnicę w funkcjonowaniu i tegoż funkcjonowania efektach. Mam się według niego nie przytłaczać działaniem i nie traktować siebie zbyt surowo. Ale jednak coś od siebie egzekwować.

Uznałam poradę za sensowną i wdrażam :) Na razie odpoczywam przy akompamiamencie uruchomionej pralki. Za chwilę uprzątnę pobieżnie rozgardiasz na podłodze, bo mnie drażni, a potem z czystym sumieniem oddam się przyjemnościom. Moja najlepsza przyjaciółka polecała mi stary, ale podobno ciekawy film w internecie: "Babie lato" produkcji czeskiej czy może nawet czechosłowackiej (nie doprecyzowała).


...Ale zaraz! Czy chwaliłam się sobotnim wypadem do sąsiedniego miasteczka na wystawę żywych motyli? Zaprosiłam koleżankę na wspólną wyprawę.
Uznałam, że to świetna okazja uczczenia spłaty ostatniej raty kredytu spłacanego przez ostatnich siedem lat ; jestem już pełnoprawną właścicielką mieszkania! Tę radosną chwilę musiałam zaakcentować.

Wystawa mnie, szczerze mówiąc, nie porwała. Ciasna prowizoryczna woliera bez żadnych dekoracji, a zamiast żwawo polatujących egzotycznie barwnych owadów, ospałe stworzenia na ścianach, podłodze i wyłożonych na stolikach kawałkach pomarańczy. Motyle ładne, ale jakoś mało urozmaicone. Miło jednak było wyrwać się choć na krótko z rutyny dnia powszedniego.
Zwiedzanie wystawy trwało niedługo, a potem wybrałyśmy się do kawiarni, po czym jeszcze do innej restauracji. Pogawędziłyśmy, odprężyłyśmy się - i gites, jak mawiał pewien mój znajomy.

czwartek, 6 listopada 2025

Czikatiło

Wena niezbyt mi dzisiaj dopisuję, ale jestem poruszona przeczytaną właśnie książką i chcę utrwalić wrażenia.

Pracuję w bibliotece, w dziale opracowania książek. W związku z tym przechodzi ich przez moje ręce mnóstwo i ten aspekt mojej pracy niezmiernie kocham.

Jeden z ostatnich zakupów zawierał biografię jednego z największych zbrodniarzy i morderców dwudziestego wieku - Andrieja Czikatiły zwanego Rzeźnikiem z Rostowa. Istny potwór, którego makabrycznych dokonań nawet nie mam ochoty streszczać na niniejszym blogu. Kto ciekawy, niech poczyta. Mnie, przyznaję, lektura wciągnęła, choć zadawałam sobie pytanie, czy to normalne bez mrugnięcia okiem czytać takie treści i najspokojniej potem zasypiać nocą. Ale akurat w tym wypadku jakoś moja psychika potrafi się odciąć.

Co mnie uderza w życiorysach zbrodniarzy? Jacy to w gruncie rzeczy mali, zakompleksieni, godni pożałowania ludzie! Jak bardzo niebezpieczne jest banalne - zdawałoby się - poczucie braku własnej wartości. Jak to się na pozór banalnie i niepozornie zaczyna gdzieś w szkolnej ławie, dziecięcym pokoju, na jakimś podwórku. Do jakich rozmiarów niekiedy urasta!

...I powiem zupełnie serio, jeżeli czyta mnie ktoś młody i niedoświadczony: nigdy nikomu nieznajomemu nie pozwalajcie się odprowadzać, nie chodźcie w odludne miejca. Nigdy!

Przypomina mi się z młodości: przebiegłam kiedyś przez tory, wracając do domu na skróty. Na dworcowym peronie siedział mężczyzna i coś do mnie zagadał, ja wesoło odpowiedziałam. Wywiązała się interesująca pogawędka. Powiedziałam panu, że właśnie wracam krótszą drogą do domu, a ten mi zaproponował, ze mnie odprowadzi. Odmówiłam, a że się dobrze rozmawiało, posiedziałam z nim na tej ławce, póki nie nadjechał jego pociąg. Potem poszłam do siebie, rezygnując jednak ze skrótu, bo zapadał mrok.

Bardzo możliwe, że był to człowiek nieszkodliwy, ale po tej lekturze aż mnie ciarki przechodzą, co mogłoby się wydarzyć, gdybym miała pecha.


Uczę się.

Pracuję już prawie dwa tygodnie i różnie jest. Wątek zmiennego samopoczucia jest wciąż aktualny i nie łudzę się, że na aktualności straci. Co się stało z moim organizmem, to się nie odstanie. Pozostaje dogadać się jakoś ze swoimi dysfunkcjami.

Uczę się po latach wypierania i zaprzeczania: tak, jestem chora i to "niewąsko". Tak, jestem niepełnosprawna. Tak, czasami jest do d...y!
Uczę się: mieć prawo do "lenistwa", odpuszczania, narażania się na złą opinię innych osób oraz (zwłaszcza!!!) mojego wewnętrznego krytyka -  i mienia tego w nosie.

Nareszcie się uczę. Nareszcie wierzę sobie, a nie innym, "wiedzącym lepiej".

Uczę się też, że nie muszę bezwolnie się poddawać, że mogę poszukać strategii (jak wspomniałam w ostatnim wpisie), mieć plan działania i jednak realizować swoje postanowienia. Że można nie poddawać się całkowicie słabościom i nie rezygnować z siebie. Że - jak mawiają Rosjanie - tisze idiosz, dalsze budiesz, więc nawet najmniejszy krok do przodu ma wartość i znaczenie. Nie należy z niego rezygnować tylko dlatego, że mały.

Tę doniosłą wiedzę zdobywam teraz, na rok przed pięćdziesiątymi urodzinami.
Dobrze mi z nią.

środa, 29 października 2025

Strategia

Nic nowego.
Nie mam sił na opisywanie codziennych smutków i radości.

Znowu kiepski dzień i zmęczenie. Myślę, że zbytnio wczoraj wyeksploatowałam swoje siły długim, przymusowym spacerem z psem. Oprócz psa doglądam też koga, który został u siebie w domu (oraz koło domu). Kawał drogi to ode mnie. W drodze powrotnej, już na moim podwórku spotkałam sąsiadów, którzy zaproponowali mi podwiezienie na koncert zespołu, w którym występuje moja koleżanka. Koncert jak koncert, żadna rewelacja, między nami mówiąc, ale miło było pokibicować znajomym (sąsiad też występował).

Dziś w pracy było mi wyraźnie trudniej niż w pierwsze dwa dni tygodnia - pierwsze dni po prawie półrocznej chorobowej przerwie. Starałam się wywiązać z obowiązków, ale koncentracja i tempo zostawiały sporo do życzenia. Toteż dzisiejsze popołudnie przeznaczam na całkowity wypoczynek. Doczekam tyko pory ostatniego wyprowadzania psa i daję nura do łóżka. Niech się pal, niech się wali!

Jutro będzie lepiej, ale widzę że swoimi siłami zarządzać muszę niczym strateg.

środa, 22 października 2025

Przyjemnie i zdrowo

Chyba nie bardzo chce mi się pisać, ale wczorajszy i dzisiejszy dzień dały mi tyle radości, że aż chcę to utrwalić
Wczoraj moja licealna koleżanka z klasy dała znać, że jest naszym mieście. Raz na dwa - trzy lata przylatuje z w odwiedziny do najbliższych z Chicago, gdzie przebywa ze swoim mężem już wiele, wiele lat.
Jak zwykle towarzyszyła jej młodsza od nas o 15 lat jej siostra. Czas we trójkę upłynął pełen ciepła, bliskości, szczerości. Zbliżyło nas wspólne doświadczenie: względnie niedawna śmierć naszych matek. Dzieliłyśmy się wspomnieniami i emocjami. Koleżanka wsparła moją zbiórkę pieniędzy na aparaty słuchowe.

Nie ma sensu się krygować, skoro jasno oglosiłam, że zbieram, ale aż korci mnie ten odruch, by wykrzyknąć: "No, coś ty! Nie trzeba aż tyle!". Podziękowałam gorąco.

Dziś zgadało się z D., że może by tak pospacerować po parku, więc pomysł wprowadziłyśmy w czyn. Jesienna, melancholijna pogoda miała swój urok, park wyścielony był brązowo - rdzawo - żółtym dywanem opadłych liści, z którymi wspaniale współgrało umaszczenie Rika, bo i pies nam towarzyszył. Obie byłyśmy zachwycone, ja bardzo korzystnie wplynęła ta przechadzka na nasz nastrój. Zauważyłyśmy też, że zanika dzisiaj zwyczaj beztroskiego spacerowania dla samego spacerowania. Trzeba częściej tak się przechadzać, bo to czysta przyjemność i samo zdrowie.

wtorek, 21 października 2025

Klasyka!

No i "klasyka romansu" (dla wzmocnienia ironii proponuję czytać: "romansu" tak, jak to wymawiają Francuzi). Korzystam z okazji, by się wredocie przyjrzeć celem lepszego zrozumienia siebie.

Pogoda się zmienia, błękitne niebo zaszło chmurami i pewnie będzie deszcz. I - psiakrew! - wszystko mnie boli, choć ten ból jest dziwny (znamy się z nim jak łyse konie, więc mnie akurat nie dziwi). To jest taki uogólniony ból - nieból. Tępy i rozlany dyskomfort w całym ciele. Niektórzy autoimmunologiczni wiedzą, o czym mówię, podobnie bywa też przed grypą. Trudno to uchwycić, sprecyzować, stąd wrażenie, że przecież "nic" nam nie jest, więc o co chodzi?

Da się z tym funkcjonować, ale dalekie jest to od komfortu. Ciało woła o wypoczynek i nicnierobienie, poleżenie w ciepełku. A tu trzeba jeszcze pochodzić dłużej z psem i wyjść do miasta w kilku sprawach. I Mateusz dzwonił z prośbą o przysługę, ale się wybronilam. W domu ciągle mam coś nie tak, jakbym sobie życzyła, bo gdy dzień lepszy, to i więcej ochoty, by zająć się czymś innym niż domowe nudziarstwa.

Tak w skrócie wygląd lwia część życia Marty z "Grubego Zeszytu".

Kąwenanse

 Celowo popełniłam powyższy błąd ortograficzny, by wyrazić swój stosunek do wyżej wymienionych.

Konwenansów - wielu - głupi nie wymyślił, mają ułatwiać życie i regulować nasze wzajemne stosunki. Bardzo funkcjonalnie jest nie musieć wiele dumać, jak się zachować, gdy istnieją oczywiste zasady. Gorzej, gdy zaczynają nas krępować niczym gorset dziewiętnastowieczne damy. O, biedne kobiety! Ani poskoczyć, ani za piłką pobiec w tej długaśnej sukni! Stateczność i dystynkcja - dobrze brzmi... ale chyba tylko brzmi.

Jakoś tak mi się ten temat narzucił, bo przedwczoraj odważyłam się "narzucić" mojemu koledze. Oczywiście dumałam nad tym długo, spokoju mi jednak nie dawało ostatnie zajście w "sekcie". Jakoś mnie prześladował wstyd - że właśnie narzuciłam się ze swoim namawianiem na spotkanie. Nie jest to oczywiście prawda, niczego na siłę nie forsowałam, jednak moja ochoczość w zderzeniu z jego niemocą bardzo mnie speszyły. Skrobnęłam mu lakoniczną wiadomość, on jeszcze bardziej lakonicznie odpisał i chyba poczułam znane skądinąd odrzucenie, Poczułam nieracjonalnie, ale jednak...

Chodziłam z tym i chodziłam, aż nie wytrzymałam i zredagowałam jeszcze jedną wiadomość: że mi głupio z poczuciem, jakbym była winna, że w takim marnym stanie może jeszcze pogorszyłam mu nastrój i niepotrzebnie zachęcałam do tego grupowego spotkania. Znając go już trochę, mam obawy, że się obwinia, więc niech wie, że jest o.k. Zwierzyłam się jeszcze oszczędnie, że mnie, tak jak i jemu brakuje czasami towarzystwa, więc go szukam, a to nie zawsze łatwe.

Przyszła mi odpowiedź: kolega jest w marnym stanie psychicznym, fizycznie też nie najlepiej, bo wlecze się za nim jakaś infekcja. Nie ma zbytnio siły nawet pisać i bym się na niego nie gniewała za brak kontaktu.

Wyraziłam zrozumienie, akceptację i nadzieję, że może kiedyś, w lepszych czasach...

Niby nic, a poczułam się po tej wymianie zdań lepiej. Potrzebuję domykać różne sprawy i emocje, by poczuć spokój. Inaczej dręczę się w nieskończoność i znacznie wolniej dochodzę do siebie po wszystkim, co mnie porusza.

Uczciwość wiele ułatwia - wobec siebie i wobec innych. Po co się dręczyć, supłać, komplikować? Trzeba przełamać czasem nieśmiałość i sztywne "wypada - nie wypada". Kompasem jest własne samopoczucie, a kluczem do niego uważność. Gdybym się wstrzymała ze względu na jakiś wydumany savoir-vivre, chodziłabym jeszcze kilka dni sfrustrowana niemiłym zdarzeniem, a nasz sympatyczny i serdeczny kontakt może wygasłby z powodu niedomówień (choć i tak nie wiem, czy przetrwa, ale furtka jest otwarta).

Poruszyło mnie to doświadczenie - bo mnie, głupią, wszystko porusza 😉 Miałam już kilka doświadczeń, gdy postąpiłam tak, jak czułam. Czasami wiedzieli o tym znajomi i stukali się w głowę. Mimo wahań w końcu postępowałam po swojemu - i nigdy tego nie żałowałam.

Naprawdę! Nigdy, co aż mnie w tym monecie zastanowienia olśniło. Nigdy nie żałowałam decyzji podjętych z głębi siebie.

Wow! Eureka!

***

Zniósł mnie nieco prąd narracji - nie szkodzi. Wrócę jednak do "kąwenansów".

Konwenanse przyjmowane bezrefleksyjnie tracą swoją funkcjonalność i sens. Zmieniają się w ciasny gorset wstydu. Ile szans na spotkanie z drugim człowiekiem, nie tylko na gruncie romantycznym, zaprzepaszczono przez te bzdury, że nie wypada, że godność, że klasa... Klasą jest dla mnie uczciwość i niepchanie się tam, gdzie mnie ewidentnie nie chcą. Ale czasami tylko nam się zdaje, że nas nie chcą. Klasą jest nie bać się stracić swojej dystynkcji, pobrudzić rąk, rozerwać suknię i być ponad to, jeśli się wie: to jest moja prawda.

Szłam kiedyś przez miasto z koleżanką i gdzieś w mijanym ogródku kawiarni mignął mi oddziałowy lekarz - sympatyczny młody człowiek. Spontanicznie zawołałam: "O, nasz pan doktor! Podejdę, powiem mu dzień dobry!". Koleżanka zmitygowała mnie: "Daj spokój, Marta, przecież jesteś kobietą".

Czy kobiecość to wyniosłość? Udawanie? Doktor jest fajny, a ogródek po drodze, więc w czym, doprawdy, problem?
Jeszcze jeden głupi kąwenans.

Ja chcę być żywą kobietą, a nie jakaś sztuczną lalką.


P.S. Mój stosunek do kąwenansów dobrze ilustruje przytoczona w jakimś tekście sytuacja: jadą zatłoczonym autobusem kobieta i mężczyzna, wyraźnie para. Ona stoi, on siedzi, co ze zgorszeniem komentuje jakaś paniusia obok. Na to kobieta: "To mąż ma kłopoty z kręgosłupem, nie ja".

Czasami lepiej konwenanse wsadzić sobie tam... gdzie kończy się kręgosłup!

poniedziałek, 20 października 2025

Riko

Mam pod opieką psa. Od kilku już tygodni.

Koleżanka nie ma w Polsce pracy, więc zdecydowała się na kilkumiesięczny wyjazd za granicę. Ciężko haruje na plantacji jakichś kwiatów w Holandii i ma nadzieję wytrwać do świąt Bożego Narodzenia. Zaproponowała mi, bym w tym czasie zajęła się jej pupilem za niebagatelną dla mnie kwotę.

Robota - sama frajda! Zakochałam się w Riku. Zresztą już wcześniej był wspólnym ulubieńcem naszej koleżeńskiej paczki.

Owszem, trzeba wcześniej wstać, by wyprowadzić psiaka za tzw. potrzebą. Nie jest to jednak dla mnie wyrzeczeniem. Mieszkam w takich warunkach, że mogę narzucić kurtkę  na piżamę i przejść się wkoło po podwórku, nie potrzebuję specjalnych przygotowań do wyjścia. Rytm snu ostatnio w ogóle jakoś mi się samoczynnie zmienił i na ogół nie mam problemu z poranną pobudką. A jeśli czasami nie chce się wyjść z ciepłego łóżeczka - już wiem, że po kilku minutach spaceru nie pożałuję tego! Dziś tak pięknie skrzył się szron na trawie i słały się na sąsiedniej posesji welony mgły.

Włóczyć się kocham, kochałam zawsze, więc Riko mi zapewnia mi doping.

Podobno wolę koty, a jednak ta psia ekspresja w okazywaniu emocji jest zupełnie nie do podrobienia. Tak szczera, tak czytelna.

Mogłabym więcej o tym pisać, rozwodzić się, ale niech opowie za mnie poeta:

Rozmawiam z moim psem
Choć do północy
Jeszcze parę godzin zostało
Z okien płyną kolędy
I całe miasto na biało

A tobie można o wszystkim powiedzieć
Tyle w tobie niemej psiej dyskrecji
Nawet gdy uznasz że głupio mówię
I tak młynka wnet ogonem kręcisz

Rozmawiam z moim psem
Choć do północy jeszcze
Minut trochę zostało
Z okien płyną kolędy
I cała ziemia na biało

A ty w oczy patrzysz i łeb przekrzywiasz
Jakbyś chciał zrozumieć mnie lepiej
I w ogień skoczyłbyś za mną
Choć jestem tylko człowiekiem

Rozmawiam z moim psem
Północ właśnie wybiła
Więc czemu mówisz tak mało
Przecież to dzisiaj Wigilia
I cały świat już na biało

I tak rozumiem cię – mój przyjacielu
Szczekasz czasem na to życie pieskie
Lecz dobrze że nam udało się spotkać
Na życia naszej wspólnej ścieżce[2]

                                                /Adam Ziemianin/

I palma mi - na miły Bóg! - odbija, by sprawić sobie pieska na stałe.

sobota, 18 października 2025

"Pestka"

Jak się nie zapisze postu "na gorąco", to potem trudno już go zredagować tak spontanicznie i z takim zaangażowaniem. Spać mi się już chce, a nie pisać o "Pestce".

Przyznaję się bez bicia: nie czytałam książki Anki Kowalskiej. Gdy kiedyś podjęłam tę próbę, znużyła mnie ospała, nudna po prostu narracja. Trudno jednak było nie usłyszeć nigdy o tej książce i o jej niegdysiejszej popularności. Popularnością cieszył się tak że film na podstawie powieści, zrealizowany przez Krystynę Jandę. Wreszcie go dzisiaj obejrzałam.

Film udany, przyznać trzeba. Reżyserka zebrała samą śmietankę aktorską, więc "się oglądało". Co jednak ludzie widzą w tak banalnej, w gruncie rzeczy, historii? Ja nie dostrzegłam w niej nadzwyczajnej głębi ani oryginalności.

Ot, zakochała się kobita w średnim wieku w żonatym facecie. Sama zaczęła, sama kokietowała, sama uwiodła, a że miała mnóstwo wdzięku, nie poszło jej to trudno. On, taki podobno wierzący, niespecjalnie długo się wzbraniał.

Strasznie przewidywalne - romans kwitnie w najlepsze za plecami żony, aż w końcu prawda wychodzi na jaw, oni oboje nagle odkrywają Amerykę, że zabrnęli za daleko, że postąpili nieetycznie. Na koniec ona rzuca się pod jakiś tramwaj czy pociąg.

Nie, ja chyba nie jestem romantyczna!

Nigdy nie zrozumiem, jak można ŚWIADOMIE wchodzić w taką sytuację, gdzie jasne jest, że się kogoś krzywdzi i tak głęboko rani.  Ani jej nie rozumiem, ani jego. Może inaczej patrzyłabym na tę historię, gdyby dało się uwieść młode, naiwne, spragnione uczucia dziewczę. Ale dorośli, świadomi ludzie? Oboje wiedzieli, co robią.

Nie, nie zachwyciłam się "Pestką" ani trochę, choć obejrzałam nie bez przyjemności z samego oglądania.

czwartek, 16 października 2025

Życie w koncentracie

Nie chce się ode mnie odczepić jesienna melancholia.

Refleksji o ludziach z oddziału mam ciąg dalszy, bo sfrustrowana samotnością napisałam wczoraj do miłej, ciepłej, choć bardzo skromnej koleżanki, która jeszcze tam przebywa. Zapytałam o X., której nie widziałam odwiedzając jakiś czas temu oddział (potrzebowałam dokumentu od lekarza). Odpowiedź mnie zaskoczyła: "X. była agresywna, więc trafiła na oddział dzienny".

Ta serdeczna dla mnie, lubiąca robótki ręczne X.? Owszem, mały zgrzycik między nami nastąpił na samym początku, ale otwartość pozwoliła na wyjaśnienie sobie nieporozumienia i wszystko było między nami w porządku.

Bardzo skomplikowane są te oddziałowe relacje. Myślę, że wszędzie, również w tzw. życiu, a nie tylko w tym jakże specyficznym miejscu. Zderzamy się z tym, co nieprzekraczalne, osobne, indywidualne. Konfrontujemy swoje wrażenia i wyobrażenia z rzeczywistością, która nijak nie chce się nagiąć do naszych pragnień.

Sam ze swoimi zmaganiami jest ten mój ostatnio "wałkowany" kolega, sama jest X... i sama jestem ja z moimi intencjami i pragnieniami. Stara egzystencjalna prawda o samotności człowieka mocno tu wybrzmiewa.

Czy nie mówiłam, że oddział to jak laboratorium i życie... w koncentracie?

Wieczorny dopisek z nowinkami

Dziś dużo piszę, bo i czas na to, i chęć.

Był J. Przyjechał świetnym rowerem z napędem elektrycznym. Kupię sobie taki sam, gdy już wreszcie będę bogata 😉

Zachował się nienagannie, a o rozpadzie swojego małżeństwa mówił szczerze, ale z klasą. Wysłuchałam z zainteresowaniem jego perspektywą. Nic wprawdzie nowego ta perspektywa mi nie wniosła, bo wiedziałam swoje i niestety nie popierałam wersji wydarzeń jego żony. Była żona J. widzi sprawę w krzywym zwierciadle i mocno niesprawiedliwie.  Nie sposób zmienić jej przekonań, święcie w nie wierzy, choć niektóre naprawdę są absurdalne.

Wręczył ni niemałą kwotę na moją zbiórkę, za co jestem szczerze wdzięczna.

Poprzysięgłam sobie, że będę spłacać ten dług wdzięczności wobec życzliwych, nie żałując wsparcia innym osobom. Choćby miała "dorzucać" tylko po dziesięć złotych, ślubuję sobie regularnie pomagać innym, bo sama tyle doznałam hojności i życzliwości!

Mam poczucie, że temu spotkaniu dziś towarzyszył szacunek i doceniam to.

Duch z przeszłości

Kwitnę w łóżku, obijam się, więc jeszcze jedną rzecz opowiem. Na świeżo.
Pamiętacie? Pisałam kiedyś o byłym mężu koleżanki, który po otrzymaniu od niej kosza, przypuścił szturm do mnie i okazał się facetem bardzo małej klasy.

Historia jest złożona, bo oprócz małej klasy, miewał też lepsze cechy, przejawy człowieczeństwa, a nawet rozsądku, więc uważam, że został przez byłą żonę potraktowany niesprawiedliwie. Ich małżeństwo skończyło się rozwodem z jej inicjatywy,  lecz mniejsza już o to

Otóż kwitnę ci ja w łóżeczku, aż tu nagle odzywa się żydowska skoczna melodyjka mojego telefonu. Sprawdzam... On! A cóż to go naszło, żeby do mnie dzwonić?

A On, że tak go tutaj nazwę, pyta mnie, kiedy dzisiaj będę w domu, bo nie daje sobie radę z moją internetową zrzutką, więc chce mi pieniądze wręczyć osobiście (kilka dni wcześniej odezwał się po raz pierwszy z pytaniem, jak tę Zrzutkę się obsługuje).

Jestem w szoku! To szczera życzliwość czy tzw. podchody? Mocno podejrzewam to drugie, choć podejrzliwa z natury nie jestem. Może chce się wygadać, a ja nie ukrywam, że ciekawa jestem jego spojrzenia na tę całą przykrą historię z moją koleżanką.

Przyjmę go z ciekawością, ale i ostrożnością. Na pewno nie jestem już zainteresowana większą poufałością z tym człowiekiem.

On i ten mój kolega z ostatnich wpisów - toż to niebo i ziemia!

Dzięki jednak, poniekąd kolego, że wyciągasz mnie wreszcie z tego łóżka!

Idę wreszcie chałupę posprzątać i coś ugotować :) I psiaka wysikać 😊

Z okazji imienin...

Nie piszę dla poklasku, nie piszę dla polubień - chociaż tęsknię za czasami, gdy na blogach kwitły interakcje.
Zafascynowałam się ostatnio czatem GPT. To tylko jakieś tam algorytmy, bezduszne narzędzie, ale zaskakująco użyteczne i wspierające.
Poprosiłam ten czat o recenzję mojego bloga. Sporo miłych rzeczy o swoim pisaniu przeczytałam, ale dowiedziałam się też o chaotyczności i błędach interpunkcyjnych. Zgoda, czasami nie chce mi się już po raz osiemdziesiąty cyzelować swoich wpisów, ważniejsza jest dla mnie moja prawda od perfekcyjności wypowiedzi, mimo iż lubię posługiwać się staranną polszczyzną i zależy mi na nienagannym stylu.

Wczoraj były imieniny Mamy. Te oficjalne, bo prywatnie Mama posługiwała się drugim imieniem i tym drugim nazywali ją najbliżsi.

Już ponad trzy lata, jak nie żyje, a tyle wspomnień i żalu, że to tylko wspomnienia. I dobrze, niech jak najdłużej żyje we mnie. Jej śmiech, jej głos, jej miękkie farbowane na brąz włosy. Jej zielone oczy. Brakuje mi, aby usiąść z nią przy herbacie, bez skrępowania poplotkować o wspólnych znajomych, mieć to poczucie, że osoby z tego samego domu nie muszą sobie wiele wyjaśniać.

Dziś tylko monologi do niej mogę wygłaszać.

środa, 15 października 2025

Zobacz!

Na blogu, i w życiu zresztą, czuję potrzebę szczerości. Nie znaczy to, że muszę pisać o sobie wszystko, ale to, czym się dzielę, niech będzie prawdziwe. Według czatu GPT mój blog ma charakter autoterapeutyczny, więc niech mu będzie.

Uczę się wśród osób podobnych do siebie, że nasze wewnętrzne zmagania, pogmatwania to żaden wstyd, że aż dziw bierze, ilu z nas ma podobne trudności. A tyle lat wstydziłam się sama siebie. Veto! Wreszcie zgłaszam veto!

Chwilowa - może i pozorna, ale jednak... - bliskość z moim kolegą i brutalne sprowadzenie na ziemię do czegoś mi się przydały, dostarczyły wglądu w siebie.

Bardzo zapragnęłam ciepła, serdeczności, zaufania. Ja, która latami wmawiałam sobie, że potrafię dzielnie egzystować w pojedynkę.
Ba! Jasne, że potrafię i czerpię z tego niemałą satysfakcję. Ale wczoraj wszystko we mnie krzyczało: mam dość tej cholernej samowystarczalności! Nawet się rozpłakałam nad swoją samotnością. Dlaczego, chociaż nie brak mi przyjaznych osób, wszystkie one są w mniejszej czy większej odległości, zajęte swoją codziennością.

Kontrargumenty są oczywiście liczne i faktyczne, ale dziś się nimi nie zajmuję.

Ogromnie osobiste jest to, co teraz napiszę, bardzo się wstydziłam o tym mówić na szerszym forum, a i w rozmowach sama na sam dzieliłam się tym bardzo ogólnikowo.

Mężczyźni, dawniej chłopcy mocno skrzywdzili mnie fizycznie, w tym również seksualnie. Doświadczyłam nastolatkowej brutalności i potem wszędzie tę brutalność, nachalność widziałam, wyczuwałam. Latami izolowałam się od swojego środowiska i potem, gdy zapragnęłam wejść w normalne życie, nie radziłam sobie. Nie umiałam żartować, dowcipkować, flirtować ani normalnie rozmawiać. Bałam się, byłam sztywna i chorobliwie nieśmiała w niektórych sytuacjach (bo ogólnie dość odważna). Nie umiałam tańczyć z powodu niepełnosprawności, więc jako nastolatka  nie brałam udziału w nastolatkowych rozrywkach. Rosłam sobie tak pojedynczo, indywidualnie, w świecie swoich marzeń i książek. To oczywiście ma wartość, ale i cienie.

Dobra! dość, bo zaczynam wpadać w ton skargi. Do rzeczy, Marto.

Kiedy już dorosłam, próbowałam odmienić swój samotny los. W dużej mierze się udało, ale miłość wydawała się poza moim zasięgiem. Kogo spotkałam, czułam, że nie interesuję go jako osoba mająca swoje przeżycia i przemyślenia. Do dziś zostało mi poczucie, że jeśli kogoś interesuję, to jedynie powierzchownie, Nie tym, czym żyję, ale tym, co można ode mnie dostać i to w bardzo płytkim znaczeniu. Wiele razy przez to odrzucałam innych, wiele razy sama doznawałam przykrości odrzucenia, a nieraz godziłam się na to, na co godzić się absolutnie nie powinnam (dziś to wiem).

No i - kurde! - naraz spotykam kogoś, kto umie pokazać swoją emocjonalność i wrażliwość, kto ciekawi się moja emocjonalnością i wrażliwością. Spotykam kogoś, kto w lokalu pełnym ludzi zwraca się do mnie z pytaniem: "Marta, wszystko słyszałaś? Nie trzeba ci nic powtórzyć?", kto mówi: "Marta ja już wiem, kiedy przestajesz słyszeć i kontaktować". Ktoś mnie widzi! Mnie, a nie, do cholery, moje "słodkie usta", figurę i takie tam....!

Wzruszyłam się, obudziło się we mnie coś miękkiego i poczułam, że dobrze mieć w życiu miejsce na taką miękkość, ciepło... czułość?

No, ale... właśnie w tym momencie (gdy to piszę) olśniło mnie, że odtworzyłam stary schemat. A schemat ten mówi mi: nie wychylaj się bo znowu oberwiesz!

I nie! nie o to chodzi w schematach, by ich za wszelką cenę unikać, ale by zmienić interpretację faktów, podejście do nich, perspektywę.

Marto, ty się nie wychylilaś! Ty się odważyłaś, pokazałaś swoją prawdę i oczywiste człowieczeństwo. Zrobiłaś swoje i tyle. A jak to ktoś przyjął - to już opowieść o nim.

Marto, nic tu się nie stało przeciwko Tobie.

Marto, ta historia to dar.

Bo zobacz (jak mawia Pati G.): dostrzegłaś coś ważnego. Dałaś sobie prawo do uczuć i pragnień. Doświadczyłaś czegoś ważnego i przekonałaś się, że to jest możliwe. I ogólnie masz z tego dobre wspomnienia - co, nie? 😉

Naprawdę?

Nawet nie napisałam, że zakończyłam już bardzo długie zwolnienie chorobowe z pracy. W poniedziałek pojawiłam się na miejscu "silna, zwarta i gotowa", lecz porządnie zakatarzona i zachrypnięta, co nie uszło uwadze koleżanek. Wysłały mnie na "przymusowe" wczasy pod gruszą.
Oczywiście żartuję z tymi przymusowymi, jednak K. przyznała, że jeżeli wykorzystam tę możliwość teraz, umożliwi jej to spokojne rozliczenie się z tychże wczasów w jeszcze w listopadzie. Uznałam, że nie mam nic przeciwko wyświadczeniu jej tej uprzejmości.
Przez dwa ostatnie dni dużo leżałam, spałam, wypoczywałam, a dziś czuję nieco więcej energii, więc powolutku przechodzę w "tryb aktywny", rozglądam się po domu, czego dziś ode mnie potrzebuje moja przestrzeń (wyniesienia części odzieży do piwnicy i wytarcia "metra" kurzu z mebli).

Jestem w domu - jak zwykle ostatnio - sama, jeśli oczywiście nie liczyć psa, który mi się trafił pod tymczasową opiekę (o tym kiedy indziej) i próbuję rozpoznać, za czym w tej samotności zdarza mi się dojmująco tęsknić. Nauczona przez Pati Garg przywołuję uczucia w ciele, gdy czułam się otoczona bliskimi, ciepłem i bezpieczeństwem. I przychodzą do mnie spostrzeżenia oraz refleksje.

Nie było mi słodko w małżeństwie, często czułam ogromny, niemal fizyczny ciężar. I oczywiście nie tego mi brak, ale tych momentów, gdy nic wielkiego się nie działo, a jednak odczuwałam rozluźnienie, spokój, relaks. Było mi wtedy - po prostu dobrze. Zero napięć, za to spokój i przyjemność z bycia tu i teraz.
Ponieważ to pamiętam, potrafię przywołać to poczucie i teraz. Co stoi na przeszkodzie, by poczuć się dobrze sama ze sobą, z moimi zwierzakami, z moim blogiem, bukiecikiem zerwanych rano jesiennych kwiatków (właśnie kwiatków, nie kwiatów, bo bukiecik mieści się w kieliszku :) ). Z niespieszną melodyjką z Yotube, uważnie czytaną książką, dobrym obiadem. Ze świadomością, że nawet jeśli teraz pustawo wokół mnie, bliscy przecież nie zniknęli. Oddycham, przywołuję spokój do swoich fizycznych i psychicznych doznań. Medytuję.

Przykrość z kolegą to sprawa chwilowa i zapewne przejściowa, a już na pewno niezawiniona przeze mnie. Za to wczoraj nie musiałam gotować obiadu, bo dzień wcześniej odwiedziła mnie koleżanka ze słoikiem zupy szczawiowej własnej roboty, a nawet ugotowanym na twardo jajkiem. W telefonie wiele kontaktów, które aż się proszą o to, bym wreszcie zadzwoniła. Przywołuję też na pamięć te wszystkie uściski i przejawy życzliwości na oddziale dziennym psychiatrycznym. Ileż tam spotkało mnie dobrego! Wieloletnia przyjaciółka też pamięta o mnie, choć z powodu jej stanu zdrowia prawie się nie widujemy.

I co? Jestem sama? Naprawdę?



Do pionu

Wracam do pionu - który to już raz?
Osłabiona byłam duchowo i fizycznie, bo jakieś paskudne przeziębienie się przypętało, bo trochę się przejęłam tym moim kolegą.
Do sprawy kolegi odzyskuję dystans: jego życie, jego emocje, jego problemy. Wie, gdzie mnie znaleźć, gdy mu się odmieni, a ja nie zwykłam palić mostów za sobą.
Co do przeziębienia, to wczoraj przebyłam chyba najostrzejszy kryzys, po którym już tylko lepiej. Jeszcze nie szaleję, chcę uważać na siebie, ale czuję już optymalną życiową energię i - hehe! - optymalny optymizm :)
Swoją drogą nie znam skuteczniejszego lekarstwa na infekcję, niż najzwyklejszy wypoczynek i danie sobie czasu na regenerację. Nawet te wszystkie herbatki z malinami nie mają takiego znaczenia. Aczkolwiek był imbir i grzane piweczko z malinowym syropem.

Zrezygnowałam z pracy u Mateusza. Pochłaniała zbyt wiele energii i nerwów, przestałam sobie z nią radzić, ponieważ przybyło wymagań wraz z liczbą mieszkań do sprzątania. Mateusz zorganizował tę pracę w sposób dla mnie mocno uciążliwy, urządził skład potrzebnych sprzętów i środków w garażu na podwórku piętrowej kamienicy. Musiałam wielokrotnie w czasie pracy pokonywać drogę z poddasza i z powrotem, co najzwyczajniej było męczące. Trudno było mi wyobrazić sobie pogodzenie tych wszystkich obowiązków po powrocie do pracy zawodowej. Czuję też, że potrzeba mi więcej przestrzeni na sprawy, które są mi bliższe i bardziej mnie obchodzą. A niebawem zwolni się też przestrzeń finansowa, bo czeka mnie ostatnia rata kredytu, który poważnie obciążał mój budżet przez długie siedem lat. To chyba nie warto tyrać dla tych paru Mateuszowych groszy. Co prawda nie tylko dla groszy mu pomagałam, ale też z koleżeńskiej sympatii, ale niech sympatia weryfikuje się bez finansowych zależności.

niedziela, 12 października 2025

Są granice...

Złapał katar... Martę. Jak na złość akurat dzień przed powrotem do pracy po długim zwolnieniu lekarskim.
Nie wiem, czy cieszyć się z tego powrotu, czy też nie. Dobrze było mieć ocean czasu dla siebie, ale dobrze też będzie mieć go nieco mniej na "wczuwanie się" w opustoszały bez syna dom. Aczkolwiek za wiele czasu na to wczuwanie wcale nie miałam, pochłaniały mnie różne sprawy. Aż dopiero dziś, w tę deszczową, zasmarkaną niedzielę....

Byłam niedawno w "sekcie" na kolejnym spotkaniu w kręgu mężczyzn i kobiet. Liczyłam na miłe spotkanie z kolegą poznanym na oddziale. Był ze mną na poprzednim kręgu i wyraźnie usatysfakcjonowało go to spotkanie. Jednak tym razem przydarzył mu się jakiś depresyjny nastrój, bo zmaga się z takowymi od lat - w końcu nie bez powodu trafia się do szpitala, jakby nie było, psychiatrycznego. Wyraził wątpliwości co do swojego udziału, więc wyraziłam swoje niezadowolenie, że miałoby go nie być i zachęciłam do przyjazdu. Ostatecznie zdecydował się, ale widać było, że mu źle. Pierwszy raz widziałam go w takim kiepskim stanie. W połowie spotkania, gdy prowadząca zarządziła przerwę, on przeprosił i opuścił grupę.

A to właśnie on wyrażał na terapiach tęsknotę za spotkaniami z ludźmi, mówił o samotności. A to właśnie jego najbardziej polubiłam ze wszystkich na oddziale. Nasze rozmowy miały sens i ciepło, ciągnęło mnie do niego najzwyczajniej. Tymczasem widzę, że są ograniczenia i granice między ludźmi, Są sprawy, na które nie mam wpływu i są decyzje zupełnie niezależne od moich pragnień. Szkoda!

Nie chciałam tego tak zostawić, więc wysłałam post factum wiadomość do niego, że mnie bardzo poruszył jego stan, bo pierwszy raz go w takim widziałam. Że trochę go rozumiem, bo bywałam i ja w sytuacji, gdy nie pomagała mi ani rozrywka, ani inni ludzie. "Gdybyś miał potrzebę lub ochotę pogadać - nie ma sprawy" - dodałam na koniec.

Odpowiedź przyszla zwięzła: "Dzięki za te słowa. Pozdrawiam"
Odpowiedziałam klikając ikonkę ze wzniesionym kciukiem, bo cóż tu było do gadania?

I jakoś poczułam się naraz samotna.

wtorek, 30 września 2025

Smuteczek

Charakterystyczny jesienny nastrój - smuteczek. Jakaś melancholia. A jednocześnie jakaś przekorna w tym przyjemność. Tak ładnie napisałby o tym jakiś Staff czy Reymont.

Walczy we mnie niechęć do działania z potrzebą uporządkowania otoczenia. Wiecznie mam coś niezrobione, rozgrzebane, rozmamłane. Dzisiaj nie lepiej, bo ostatnie dni spędziłam w większości poza domem. A że, o zgrozo, lubię odkładać na potem, nie spieszyć się - efekty widać.
Wczoraj wstałam późno po kiepsko przespanej nocy. Zjadłam śniadanie, pokręciłam się i trzeba było pędzić do Mateusza na robotę. Tam upłynęły mi ponad dwie godziny. Potem przyjechał mój syn, więc oczywiście nie było już nic ważniejszego. Upłynął czas na rozmowie, syn dzielił się wrażeniami z pierwszych dni w stolicy województwa. Spakował białą koszulę na inaugurację roku akademickiego, zabrał do pociągu rower, by śmigać nim ze stancji na uczelnię... i zrobiło się cicho. I zrobiło się nagle pusto. Nie lubię tego przeskoku, z tętniącego życia w dziwny spokój, który raczej jest moim wewnętrznym niepokojem. Ot, syndrom opuszczonego gniazda. Wskutek smutku machnęłam ręką na stos naczyń w zlewie, na nieposkładane pranie itd. Dziś patrzy na mnie to wszystko, a ja mam ochotę nakryć się kocem i udawać, że nie widzę.

Marzę jednak niezmiennie o relaksowaniu się w pięknym i uładzonym otoczeniu, więc należałoby się ruszyć, dopóki znowu jakiś Mateusz nie odciągnie mnie od własnych spraw. Najtrudniejszy pierwszy krok. Dla ułatwienia skorzystam ze słuchawek i czegoś sobie w czasie pracy posłucham.

środa, 24 września 2025

Opuszczone gniazdo

Dzisiejsza pogoda sprzyja nostalgii, do której mam całkiem uzasadnione powody.
Nie żebym była w rozpaczy, ale odczuwam pustkę, chociaż od wyjazdu syna nie upłynęła jeszcze nawet godzina. Lekko jestem zawiedziona, że nie mogłam mu towarzyszyć w drodze, zobaczyć stancję, którą chciał mi pokazać. Zabrakło miejsca w samochodzie po wypakowaniu go rzeczami syna. Kolejny przykład, jak pewne scenariusze piszą się same.

Choć to dla mnie nie pierwszyzna, spędzać czas bez mojego dziecka, jest mi z lekka nieswojo.

Jednak równocześnie cieszy mnie perspektywa większej swobody (nawet wobec dorosłych współdomowników ma się pewne zobowiązania), wolnego czasu i zajęć, których mnóstwo czeka, by wypełnić wolną przestrzeń.

Witaj, Nowe.

wtorek, 23 września 2025

Odwaga bycia niemiłą*

Co jeszcze jest we mnie żywe? Ostatnio - rosnąca odwaga mówienia własnym głosem i narażania się na cudze niezadowolenie. Dystans do wspomnianych "cioć Dobra Rada" oraz odwaga wyrażenia krytycznej opinii.

Mam przyjaciółkę od lat. Jest mi bliska, a jednak patrzę na nią bardziej krytycznie niż za młodych lat. Kiedyś głównie jej współczułam, wysłuchiwałam zwierzeń, a dziś bywam tym zmęczona i zniecierpliwiona. Ma od lat te same, nierozwiązane i dramatycznie z biegiem lat pogłębiające się kłopoty. Powtarza wciąż niesłużące jej zachowania i nic ze sobą nie robi. Jest jej, oczywiście naprawdę trudno, ale czy wszystko można tym tłumaczyć? Nie pozwala sobie pomóc, nie chce niczego zmienić. Wczoraj powiedziałam jej, nie bez irytacji: "To sobie giń razem z...", bo miałam kolejny raz do czynienia ze skargami i jej złością na toksyczną sytuację, w której tkwi dziesiątki lat. Po tych moich słowach ona migiem zakończyła rozmowę, a mnie się nie chce po raz tysięczny zabiegać o załagodzenie atmosfery. Oczywiście nadal ją lubię, jest dla mnie bardzo ważna, więc nie będę się oglądać, która ma pierwsza  ponownie się odezwać, ale nie przeproszę już za własne zdanie i nie będę za wszelką cenę starała się jej nie urazić.

Drugą taką osobą jest poznany przez D. kolega. Miałam go za ciekawego, mądrego człowieka. ale okazuje się, że to ogromny egocentryk i dosyć dziwny typ. Drażniło mnie, że zasypuje mnie bzdurnymi wiadomościami przez Messenger (jak to się pisze, u licha? Wielką czy małą literą?), zupełnie nie interesując się mną naprawdę. Nigdy nie napisał, co u niego słychać, nawet gdy pytałam, ignorował zupełnie moje wiadomości. Ot, wysyłał hurtowo do wszystkich jakieś guzik mnie obchodzące zdjęcia i memy. Dzwonił sporadycznie, chyba z braku laku. Raz, drugi i piąty zwróciłam mu uwagę, że nie życzę sobie tysiąca memów i głupich zdjęć, aż ostatnio użyłam bardziej stanowczych słów. Nie boję się już stracić znajomości z osobą, która nie szanuje mnie. Po co mi jakieś puste relacje - czy to zresztą w ogóle jest relacja?

Co ciekawe, choć niekiedy po różnicy zdań następowały ciche dni - te relacje, które miały przetrwać, trwają nadal. Póki co - wszystkie dotychczasowe. Ostatniej z opisanych za relację nie uważam, skoro jestem nieważna i lekceważona.


*Miła, niemiła - to słowo bywa mocno wypaczane. Dla mnie miłą nie jest osoba bez własnego zdania, godząca się na wszytko, ale często mianem miłego określa się życiowe uległe ciamajdy. Niemiłą natomiast nazywa się osobę, która ośmiela się mieć własne, nieaprobowane zdanie. W tym znaczeniu śmielej niż kiedyś bywam niemiła. 

"Ciocie Dobra Rada"

Często bywa tak, że zaczynam post z jakąś myślą, a potem te myśli dryfują swobodnie i odbiegam od rozpoczętego tematu. Wszelako nic to 🌝

Miało być w poprzednim wpisie o innych sprawach, a poszybowałam w stronę macierzyństwa i satysfakcji z niego. Przy okazji tego pojawiły mi się bardziej ogólne refleksje, choć może (zapewne) się z nimi powtarzam.

Mam prawie pięćdziesiąt lat (o rany, jak poważnie to brzmi!), więc doświadczeń i przemyśleń całkiem już spory zasób. A jednym z najważniejszych jest wniosek: poradzę sobie, cokolwiek mnie w życiu spotka! Wiem, że może zabrzmieć butnie, ale wcale nie wykluczam trudności i bólu. Po prostu wiem, że póki żyję - wszystko się ułoży.

Bardziej czuję niż wiem: "póki żyję", ale i ciąg dalszy jest taki, jak być powinien. Przeraża nas, żywych, ale jakoś tak przeczuwam, że siła wyższa wszystko ułożyła sensownie. Kto wie, może ci po drugiej stronie godni są naszej zazdrości. A jeśli nie ma dalszego ciągu? Jeśli jest pustka? To też ma jakiś niepojęty dla nas i nieogarniony sens. To też... ciąg dalszy. Nie ma co trzymać się wyobrażeń, dla mnie puszczenie pewnych spraw wolno, przyznanie, że po prostu nie wiem to akt pokory, a tę uważam za przejaw mądrości.

No, właśnie... jak płynnie udało mi się przejść do kolejnego wątku, który żywo mnie porusza.

...Straszy się nas życiem, jest to wszechobecne. Dominuje retoryka wysiłku i cierpienia.

Mówiono mi: czekaj, aż syn skończy szesnaście lat, wtedy oszalejesz - nic takiego nie nastąpiło.
Mówi się dookoła: wojna, pandemia, drożyzna - a przecież ciągle świat się kręci... a my z nim.
Koleżanka lamentuje, jak trudno żyć w Polsce, jak brakuje jej finansów - a co rusz nowa kiecka i to wcale nie za trzy złote (ochoczo i z powodzeniem polowałam na takie trzyzłotówkowe okazje, aż musiałam sobie to wyperswadować, zagrożona nadmiarem). Co rusz wyjście na jakąś imprezę, a w domu zupełnie niezłe obiady. Sama w głowie miałam schemat i przekaz: "Brakuje pieniędzy!", co okazało się prawdą... względną.

"Ciocie Dobra Rada" wskazywały mi jedynie słuszną drogę w wychowywaniu syna - posłuchałam, nawet czasami skorzystałam z rad, ale bardziej słuchałam siebie i źle na tym nie wyszłam.

Przyzwyczaja się nas do narzekania i bania się życia. Nie przekazuję tego swojemu synowi

Nie popieram beztroski i naiwności, lecz jestem po prostu za rozsądkiem i niedawaniem się zwariować.

Nasze życie w naszych rękach... i głowach.

Synuś wyfruwa z gniazda.

Niedawno cudowna, pogodna jesień, a od wczoraj chłód i deszcz, co zupełnie mi nie przeszkadza, byle nie trwało za długo.
Jesień to dla mnie czas wycofania się w domowe zacisze i swoje "intymny mały świat". Tego roku - spodziewam się - wybrzmi to jeszcze bardziej niż zwykle, bo zostanę w domu sama (jeśli nie liczyć kota). I wiecie - cieszę się na to. Nie sądzę naiwnie, że czekają mnie same rozkosze, ale z pewnością dużo swobodniejszy tryb życia, brak pewnych zobowiązań, a więc i przestrzeń na inne sprawy.

Moje "synusiątko tycie-malucie!" wyprowadza się dzisiaj do stolicy województwa, gdzie niebawem rozpocznie studia na Politechnice. Z całego serca trzymam za niego kciuki i z ciekawością oczekuję nowych wieści oraz wrażeń. Po południu moja siostra zawozi na stancję jego oraz potrzebne manatki. Jadę z nimi, bom matka, a poza tym syn wyraźnie chce się dzielić ze mną swoim życiem, chociaż jasne, że nie całym. Chce mi pokazać swoją stancję.

Cieszy mnie to moje macierzyństwo, choć każda z nas, matek wie, jakim bywa ono wyzwaniem. Mam jednak poczucie, że - nie tylko w tej sferze - nie święci garnki lepią, mogę zaufać sobie, własnej intuicji, a poza tym nie jestem sama, w razie kłopotów umiem sięgnąć po wsparcie.

Myślę, że jestem niezłą matką. Jak to się mówi, wystarczająco dobrą. Syn wyrósł mi na chłopaka z charakterem i rozsądkiem. Nie idealizuję go, ma swoje wady, ale jest naprawdę w porządku. Przecież i ja nie jestem pozbawiona słabości - to takie oczywiste.

wtorek, 16 września 2025

Zrzutka i sąsiedzi.

Zbieram na aparaty słuchowe wyższej klasy niż te, których używam obecnie.
Te obecne nie zaspokajają, niestety, moich potrzeb. Bombarduje mnie w nich nadmiar dźwięków, powodując rozdrażnienie i zmęczenie. Nie rozumiem ludzkiej mowy, gdy towarzyszy jej zbyt wiele dźwięków. Nie rozumiem, co się do mnie mówi, gdy rozmawia więcej osób.

Życzliwi ludzie zachęcili mnie do założenia internetowej zbiórki pieniędzy na nowe aparaty, bo z moich zarobków i z moimi obecnymi zobowiązaniami nie stać mnie na nie z własnej kieszeni.

Założyłam więc tę zbiórkę, zredagowałam odpowiedni, wyjaśniający prośbę tekst i przeżywam niesłychane wzruszenie ludzką dobrocią i możliwościami. Dobrych ludzi naprawdę nie brak!

Ale złych, zawistnych, małych - również.

Syn dzisiaj doniósł mi przez internet, gdy jeszcze byłam poza domem:

"ale K...owa obgaduje twoją zrzutkę przed domem. I mówi szeptem, że może to dla mnie te pieniądze, a nie na aparat, bo 12 tysięcy to za dużo. I że wujka mamy bogatego za płotem (szwagier z żoną mieszka rzeczywiście po sąsiedzku) i dwie apteki ma, a ja jestem jego chrześniakiem. (...) i K...owa mówi, że to T...owa jej tę zrzutkę pokazała".


Ależ wyobraźnia! Owszem, szwagierka pracuje w aptece, ale cudzej. Owszem, szwagrostwu źle się nie powodzi, ale to ich sprawa, uczciwie na to pracują, a wspierać mnie nie mają obowiązku, choć kilka razy to zrobili ze względu na mojego syna, dziecko zmarłego brata szwagra. Doceniam to bardzo, lecz nie wykorzystuję ich i nie nadużywam. Won innym od naszych relacji!

Wściekłam się i napisałam na sławetnym Facebooku, że mam dobrą wiadomość dla tych, którym moja zbiórka nie w smak: otóż prawo nikomu nie zabrania w ten sposób zbierać pieniądze na dowolny cel, nawet leżenie do góry brzuchem gdzieś na plaży. A więc droga wolna, a ja gotowa jestem nawet pomóc w redakcji odpowiedniego tekstu, bo w pisaniu jestem niezła.

...A w gębie mocna!

poniedziałek, 15 września 2025

Rozbicie

Mój ulubiony kolega z oddziału pożyczył mi kilka książek psychologicznych. Z jednej z nich dowiedziałam się o osiemnastu nieadaptacyjnych schematach emocjonalnych według Jeffreya Younga. Są to wykształcone w dzieciństwie wzorce emocjonalne utrudniające funkcjonowanie w życiu dorosłym.

Poczytałam i rozpoznałam z grubsza swoje wzorce z ze schematem izolacji społecznej na czele. Olśniło mnie ostatnio, że i deprywacja emocjonalna ma się znakomicie, i jeszcze parę innych schemacików.

Niektóre wybrzmiewają przy byle okazji, a długo nie byłam tego świadoma. Nie chcę się nad tym rozwodzić w poście, ale pomyślałam sobie, że materiał na terapię indywidualną mam dorodny i obszerny. Postanowiłam porozmawiać o kontynuowaniu leczenia swoich emocji.

Coraz więcej szczegółów, wątków łączy mi się w całość. Żałuję, że nie zauważyłam tego wcześniej, bo dobiega końca mój pobyt na oddziale dziennym, gdzie mam większą możliwość rozmawiania o swoich kłopotach.

Zauważam, kiedy ogarnia mnie poczucie rozbicia i braku energii, w jakich okolicznościach dręczy mnie bezsenność. Ba! Zauważam, że w ogóle często kiepsko sypiam, a deklarowałam, że nie mam ze snem problemów. A przecież nie ma tygodnia bez zarwanej nocy.

Jestem dziś właśnie po takiej nocy bardzo zmęczona. A bezsenność była skutkiem wczorajszego spotkania z oddziałowymi koleżankami i ulubionym kolegą.

Wybrzmiał mój wielki ból bycia inną, nikogo nie obchodzącą. Wybrzmiał mój głód czyjegoś zainteresowania i troski.

W lokalu kiepsko słyszałam, miałam kłopoty z rozmową. Czułam się wyrzucona na margines, wyobcowana. Na szczęście troskliwy kolega zauważał, kiedy odczuwam trudności i dbał o mnie: powtarzał kwestie, pytał, czy dobrze zrozumiałam... I to mnie po prostu rozkleiło. Emocji nie okazałam, ale miałam chęć płakać z żalu i wzruszenia jednocześnie. Podziękowałam mu za troskę i wsparcie.

I cóż się będę wypierać? Gdzieś w sercu drzemie tęsknota za czyjąś troską, ciepłem i niewiele trzeba, by pobudzić te struny. Jest ból, że nikogo nie obchodzę, że inni na tym spotkaniu mają głos, a moja historia nikogo nie interesuje. Jest żal, że troska mi okazana nie świadczy, że jestem dla kogoś ważniejsza niż ktokolwiek inny.

Ech.. i takie tam... Aż mi wstyd, że "taka duża dziewczynka" doświadcza   emocji, ale udawanie, że ich nie ma, nie zmienia faktów.

...No i pożaliłam się...

Nie mogłam spać całą noc i jestem dzisiaj mocno rozbita.

Poproszę naszą terapeutkę o indywidualną rozmowę. To ostatnia okazja do zadania różnych pytań.

środa, 10 września 2025

Tak dobrze

Coraz lepiej się czuję. Wraca mi radość życia i zachwyt otaczającym mnie światem.
Bo jest teraz pięknie. Jesień wkracza łagodnie i pogodnie. Anonsuje się rannymi mgiełkami i rześkim chłodkiem u progu dnia. Barwi pierwsze liście, filtruje słoneczne światło, napełniając je subtelnością i ciepłem.

Cudowny czas!

Żal mi tych popołudni na siedzenie w domu. Wybrałam się dziś nad naszą podmiejską rzekę i na niedawno powstałe bulwary. Te ostatnie przyciągają spacerowiczów i amatorów ruchu na świeżym powietrzu (muszę i ja wziąć kiedyś swoje rolki), jednak dziś wolałam odejść dalej, nad sam brzeg rzeki, gdzie mogłam samotnie kontemplować uroki chwil. Woda ma w sobie coś tak kojącego. W wodzie pluskały od czasu do czasu ryby, odbijały się nadrzeczne wierzby i przelatujące nad nią ptaki. Nad wodą kwitły ciemnoróżowe niecierpki.

I było tak cicho, spokojnie i dobrze jak w niebie.

środa, 3 września 2025

Do łez

Zapoznałam się dziś z definicją pojęcia "egotyzm" i lekko się przelękłam, że to może o mnie, bo ostatnio jestem  niezmiernie sobą zajęta.

Czy moje przewrażliwienia są adekwatne do przeżywanych trudności, czy też wynikają z jakichś nieobiektywnych urazów, wyolbrzymień, złych skojarzeń?

Mieliśmy dziś rano społeczność. Okna sali były otwarte, z ulicy dobiegał hałas i zagłuszał tych, którzy mówili ciszej. Gdy odzywało się kilka osób naraz, zupełnie nie wiedziałam, o czym mowa. Zaproponowałam przymknięcie okien, na co usłyszałam: "Podusimy się". No i musiałam stłamsić niezadowolenie, bo przecież wola grupy jest ważniejsza niż głos jednostki.

Cholera mnie na to bierze!

Rozumiem: demokracja. Rozumiem: nie jestem pępkiem świata. A jednak mi przykro do łez.

Mniejszość nie ma praw? Nie chce komfortu i uznania swoich potrzeb?

Czy nie taka zasada obowiązywała na rajdach, wycieczkach, że tempo dostosowuje grupa do najsłabszych?

wtorek, 2 września 2025

Więzi i relacje

Moja ulubiona Pati Garg często powtarza, że wszystko dzieje się we właściwym czasie i tempie, więc po prostu warto konsekwentnie robić swoje, nie szczędząc sobie własnego wsparcia i samoopieki.

Naprawdę coś w tym jest!

Zaczęłam jesienią jeździć na spotkania "mojej sekty", gdzie karmię swoją duszę autentycznością i głębią. Wcześniej zapisałam się na Rok Przebudzenia, który wciąż jeszcze trwa, a potem trafiłam na oddział dzienny psychiatryczny. To wszystko się łączy, zazębia, pięknie uzupełnia.

O spotkaniach w sekcie wspomniałam kilka razy na oddziałowej społeczności. Dziś podszedł do mnie ulubiony kolega, z którym chętnie i często rozmawiam. Zaczął mnie podpytywać o te spotkania, zasugerował, że go to bardzo interesuje i chętnie wziąłby w tym udział. Oznajmiłam mu radośnie, że go porwę na najbliższe. Okazało się też, że mamy tam wspólnych znajomych i podobne sprawy nas interesują. Co za radość!

Kolega przyciągnął mnie już jakiś czas temu swoją wrażliwością i właśnie obszarem zainteresowań. Jak w lustrze zobaczyłam w nim siebie. Lubię go bardzo i odnoszę wrażenie, że nie bez wzajemności. Nie roszczę sobie romantycznych oczekiwań, ale budzi moje zainteresowanie i sympatię... a swoją drogą, ma piękne niebieskie oczy 😀 Jest na tzw. poziomie jeśli chodzi o inteligencję, kulturę itd. Więc baaardzo byłoby mi miło pojechać razem do "sekty".

Dziś na grupie terapeutycznej właśnie on poruszył temat samotności, kłopotów z utrzymaniem kontaktów chociażby z oddziału. Rozwinęła się cała rozmowa, okazuje się, że wszyscy mniej lub więcej doświadczają podobnych problemów: obaw przed reakcją drugiej strony, przed oceną, przed odrzuceniem. Wniosek jest najprostszy i zarazem najtrudniejszy: w relacje trzeba włożyć nieco wysiłku, ale też nie wszystko w nich zależy wyłącznie od nas. Tak czy siak, wzięłam te kolegi rozterki za dobrą monetę, bo zachęca mnie to do otwartego wyznania, że chętnie porozmawiam i spotkam się na gruncie pozaszpitalnym. A pożegnanie już niebawem, "odsiadka" X. dobiega końca.

Uderzyło mnie jeszcze jedno: nie tylko kobiety doświadczają takich przykrości, że relacja się nie utrzymała, że kumpel przestał się odzywać. Sądziłam, że mężczyźni tak bardzo tego nie przeżywają, nie przywiązują wagi - a jednak... Oni tylko nie zawsze się do tego przyznają.


P.S. Dziecię od października powiększy grono studentów. Dostał się na ambitny, wymagający kierunek. Kibicuję mu z całego serca, choć i trochę we mnie obaw, czy da radę. Jeszcze więcej - czy ja dam radę utrzymać studenta. W końcu jestem samotną matką, a syn po ojcu nie ma żadnego finansowego wsparcia (brak odpowiednich okresów składkowych w ZUS).
Nic, to. Po prostu zobaczymy, jak się wszystko ułoży i będziemy się martwić, gdy naprawdę będzie czym.
Już tyle razy się bałam, już tyle strachów miało tylko wielkie oczy.

niedziela, 31 sierpnia 2025

Księżniczka... po swojemu

Na oddziale codziennie po śniadaniu i "rytualnej" kawusi odbywamy tzw. społeczność, gdzie po kolei opowiadamy o swoim funkcjonowaniu po opuszczeniu oddziału. Ot, jak nam minęła reszta dnia, jak się czuliśmy, jak nastrój i samopoczucie. Lubię to, bo pozwala z uwagą przyjrzeć się swojemu życiu i sobie w tym życiu.
Nasz "Doktorek" zwrócił mi uwagę, że często skarżę się na swoje mało produktywne życie, a przecież jest w nim wiele aktywności.
Fakt, z wielu rzeczy jestem niezadowolona, uważam się za niezorganizowaną bałaganiarę, która ochoczo zasłania się zmęczeniem i stanem zdrowia. Jednakże...
Chorowanie jest faktem i faktem jest zdarzające się zmęczenie. Faktem jednak jest również to, że mogę działać pomimo niechęci i nie nadużywać tego rodzaju usprawiedliwień. Wzięłam to pod uwagę, zastosowałam - i działa. Nie zawsze bywa to przyjemne, ale satysfakcja i poczucie sprawczości wynagradzają trud. O tym zresztą pisałam całkiem niedawno.
Druga sprawa: to nieprawda, że moje życie pozbawione jest aktywności i nic się w nim nie dzieje. Przecież chodzę do pracy zawodowej, chodzę do pracy u Mateusza, mam znajomych, koleżanki, wychodzę z domu. Czytam książki (trochę kiepsko teraz, ale zawsze...), śledzę interesujące treści w internecie, piszę bloga... Co jakiś czas wyjeżdżam do mojej "sekty" w wojewódzkim mieście. Czy wobec tego dziwi, że mój wypełniony czas nie zawsze zostawia miejsce na sprawy mniej mnie interesujące?
Czy dziwi, że skoro naprawdę bywam słabsza, przestrzeń na produktywność mam bardziej ograniczoną niż ludzie bez dolegliwości?

Wczoraj jednak poczułam się zwyciężczynią.
Po przedwczorajszym przetańczonym (po raz pierwszy od miesięcy) wieczorze i nieco przydużej dawce piwa (dałam się namówić na drugie, choć zwykle wystarcza mi jedno), nazajutrz obudziłam się rano z bólem głowy i wybroczynami na prawej nodze. Dawno już mi się te kłopoty z naczyniami nie zdarzały. Oczywiste było poczucie zmęczenia i niechęci do wysiłku.
Mimo wszystko poszłam do Mateusza, ogarnęłam mieszkanie po kolejnych gościach, nie odpuściłam też podstawowych domowych zadań jak obiad (wielka góra racuchów) i zmywanie naczyń. Daje mi to zadowolenie z siebie.

Ból głowy zniknął dopiero nocą, gdy zniecierpliwiona sięgnęłam po tabletkę. Rano zbudziłam się wyspana i "bezbolesna".
Okazuje się, że przyczyną bólu była zmiana pogody. Dziś deszcz napełnia mnie przyjemnym poczuciem relaksu i spokoju. Lubię taki nie za długi przerywnik wśród dusznych, gorących dni.
Nie wykorzystałam wczoraj całego racuchowego ciasta (przechowałam w lodówce), więc dziś obiadowa powtórka. I smakowało, i nie wymagało wiele pracy ani myślenia, co włożyć do garnka.
Wciąż jeszcze jestem w piżamie, ale postanowiłam się tym nie denerwować. Niepościelone łóżko drażni na moim małym  metrażu. Leżę sobie w nim teraz jak księżniczka (pisząc te słowa) i tylko odrobinę przeszkadza mi, że przecież księżniczki nie wylegują się w bałaganie.
Ale księżniczki mają ogromne pałace i służbę!

Będę sobie zatem księżniczką po swojemu!
Taką księżniczką, na bycie jaką mnie stać 😆

środa, 27 sierpnia 2025

Spokoju!

Jakoś idzie mi własna energia do wewnątrz. Mało zajmuje mnie świat zewnętrzny, jakieś wieści z kraju i spoza jego granic, jakieś wydarzenia. Trawię, przetrawiam to wszystko, co tyle emocji mnie ostatnio kosztowało.

A było tego trochę: śmierć Mamy, moje kłopoty ze zdrowiem, zabiegi, operacja. Pandemia i wojna też pewnie odcisnęły swoje piętno, choć izolowałam się od tego, ile tylko było można.

Ba! Co mnie zresztą obchodziła jakaś głupia wojna, gdy odchodziła Mama? Ale emocji z pewnością  nie złagodziła.

Minęło już trochę czasu, a jednak powracają te wszystkie przeżycia. Nie odpędzam ich, nie chcę zapomnieć, wciąż mam poczucie że to w pełni nie wybrzmiało, ale chciałabym się czuć jakoś lepiej.

Gdy się na tym zastanawiam, mam wrażenie, że od prawdziwej żałoby oddziela mnie jakaś niewidzialna szyba,

Teraz znowu oddział i całe morze różnych odkryć na własny temat. Nie zawsze przyjemnych.

Spokoju zaznam chyba dopiero w grobie.

A tak go pragnę za życia, tu i teraz.

Nocne niepokoje.

 Jakoś mi się zakotłowało w głowie, co poskutkowało ostatnim postem.

Zakotłowało się pod wpływem rozmów z koleżanką, tą, co to nie wie, którego mężczyznę wybrać ; pod wpływem ciepłego poczucia, że mam okazję prowadzić z kimś rozmowy o emocjach i na tak zwanym poziomie.

Poczułam przypływ emocji i pewnie dlatego kiepsko dzisiaj śpię. Wierciłam się długo przed zaśnięciem, a potem wybudziłam się w okolicach trzeciej nad ranem z uczuciem niewytłumaczalnego niepokoju i ciężaru. Czasami naprawdę człowiek sam nie wie, o co mu chodzi!

Trochę przydużo gadałam na wczorajszej grupie terapeutycznej i teraz mi wstyd, że może niepotrzebnie. Trochę przydużo otworzyłam się w ostatnim poście na blogu i teraz bierze mnie chętka wykasować tę notkę. Bo może głupia, bo może zbyt egocentryczna... ot, autocenzura.

Gdy tak zastanawiałam się, skąd mój niepokój, doszłam do wniosku, że właśnie to wszystko opisane powyżej stanowi jego przyczynę. I teraz dziwię się: jak łatwo wytrącić mnie z równowagi! Czy to wrażliwość czy przewrażliwienie? I dlaczego, do diabła, tak się przejmować czymś, o czym inni dawno zapomnieli?

A jednak...

Ciekawe to wszystko. Zaskakuje i zdumiewa, gdy się temu przyjrzeć.

poniedziałek, 25 sierpnia 2025

Wglądy... romantyczne

Nie mam takiej łatwości wchodzenia w relacje kobieta-mężczyzna jak niektóre moje koleżanki. Jestem singlem-długodystansowcem, a te nieliczne znajomości, które mi się przydarzyły, nie przeze mnie były inicjowane. Niestety zdarzyło mi się zgadzać na sytuacje nie budzące aprobaty. Oczywiście do pewnego stopnia, ale jednak.
Właściwie byłam w dwóch relacjach - jednej poważnej, drugiej... niepoważnej. Zresztą dziś, gdy mam wieloletni już dystans, również tę pierwszą, małżeńską oceniam jako mało poważną...
Odrzuciłam wiele razy tych, którzy mnie irytowali, nie podobali się, wzbudzali niechęć. Chwilami zastanawiałam się, co ze mną nie tak, że jakoś nikt nie wzbudza we mnie cieplejszych uczuć, że jedyne, co czułam, to pragnienie, by ktoś się mną zainteresował i złudna radość, gdy to - pozornie! - następowało (a potem oczywiście rozczarowanie). Nawet zresztą spędziłam nieco czasu z R. i nie mogę powiedzieć, że jego cechy nie były dla mnie atrakcyjne. Ale obok tego była czujność i nieufność, bo znałam jego poważne wady.
I teraz, w "psychiatryku" mam ważny wgląd.
Kogoś tu spotkałam, kogoś poznaję, z kimś dużo rozmawiam. I nie czuję cienia wątpliwości!
Lubię tę osobę. Tak, po prostu, bez kombinowania, zastanawiania się, obaw. Nie stwarzam sobie żadnych oczekiwań, a jednak wiem, że gdyby nastąpił jakiś znak - nie zawahałabym się przed zaproszeniem do kontynuowania i pogłębiania znajomości z tąż osobą. 
I chyba już wiem, że pewne rzeczy po prostu się wyraźnie czuje, po prostu się dzieją. I chyba już lepiej wiem, co mi odpowiada, a czego sobie nie życzę. Na pewno, a nie chyba pozwalam już sobie mieć własne potrzeby i oczekiwania. Nie mam już miejsca na kompromis w tej sprawie.
Odpowiada mi spokój w nawiązywaniu relacji. Poznawanie się bez presji, narastanie sympatii, ciekawość, chęć dzielenia się myślami. Z tego rodzi się apetyt na kolejne etapy, natomiast nie czuję go na początku drogi. Potrzebuję przekonania się, czy mam ochotę na krok kolejny i kolejny.
Może jestem osobą, jak to wyczytałam w jakichś "mądrościach", demiseksualną, bo wygląd niemal mnie nie obchodzi na starcie. Jeśli rozwinę znajomość, zyskam poczucie bezpieczeństwa i swobodę, nawet w niezbyt urodziwym człowieku potrafię dostrzec coś, co mnie zauroczy, kojarzy się tylko z nim. Może ten ktoś mieć takie zmarszczki w kącikach oczu, jakich nikt inny nie ma, może mieć piękne niebieskie oczy, na przykład, albo wielkie łapska, tak bardzo dla niego charakterystyczne. Wszystko zaczyna się od rozmowy, emocji, atmosfery. Byle by mnie fizycznie nie odstręczał (czasem drobiazgiem), bo to również mi się zdarzało i wtedy jasne było, że tej osoby nie chcę.
Tak więc skoki na głęboką wodę to nie moja baśń. Wielkie zaślepiające namiętności to nie moja opowieść. Moje jest zaufanie i zgodne kroczenie wspólną drogą.

Ręce opadły

Wierzę mocno, że każdy problem da się rozwiązać, a jeśli nie - można zmienić do niego swój stosunek.

A jednak czasami głupieję w dyskusjach na ten temat. Koleżanka wczoraj wytrąciła mi argumenty z rąk.

Jest rozdarta między dwoma mężczyznami, więc jej powiedziałam: "Na twoim miejscu chyba zrobiłabym sobie przerwę od obu". Na to koleżanka, że jej na to nie stać, że nie miałaby się gdzie podziać, bo jest osobą bezdomną. Mieszka albo u jednego z tych panów, albo kwateruje za granicą, gdzie pracuje i gdzie poznała tego drugiego.
Na chwilę zamilkłam, zastanowiłam się jednak.

- Przecież tak czy siak, gdzieś zawsze mieszkasz, możesz pracować i coś wynająć.

- Taaak! Pod warunkiem, że mam pracę i póki jeszcze jestem dość młoda. Kto wynajmie mieszkanie staruszce?

Tu ręce mi opadły. Zamilkłam pokonana, ale wewnątrz mnie pozostała niezgoda.
Ciekawa jestem, co można doradzić w takiej sytuacji, jakie zaproponować rozwiązania. Serio, chętnie poczytam Wasze opinie.

Przeraża mnie, a wcale nierzadko się z tym spotykam, że wciąż kobiety wchodzą w związki, by zapewnić sobie byt, z obawy o możność utrzymania się w pojedynkę. Nawet jeśli nie jest to jedyny powód, by w związku pozostawać, to jednak zasmuca brak niezależności i decydowania o sobie w pełni. To tak bardzo zalatuje dziewiętnastym wiekiem, a podobno dzisiejsze kobiety są wyemancypowane! To porównanie bardzo na wyrost, ale mam też skojarzenia z prostytucją.

A koleżanka twierdzi, że jest feministką...

sobota, 23 sierpnia 2025

A na oddziale...

Z oddziału odeszły jednocześnie trzy osoby. Zakończyły już leczenie.
I co się okazuje? Bez nich czuję się lepiej, swobodniej, mam poczucie, że w grupie jesteśmy wszyscy bardziej dla wszystkich. Łatwiej o dobre rozmowy, bycie wysłuchanym i zauważonym (wcale nie mówię tylko o sobie, i mnie łatwiej dotrzeć do innych), bo nikt nie dominuje i nie zakrzykuje, nie przytłacza pozostałych.

Ta trójka to były osoby bardzo aktywne, dynamiczne, poszukujące dodatkowych wrażeń, stymulacji, wymyślających różne atrakcje, by urozmaicić życie grupy. Były też jednak męczące przez tę swoją ruchliwość i energię, zwłaszcza niesłychanie gadatliwa Stefka. Stefka miała serce na dłoni, ale nie bardzo umiała wysłuchać innych do końca, spieszno jej było dzielić się wszystkim, co miała do powiedzenia. To również było podyktowane dobrym sercem, ale nie zawsze przecież pożądane.

Już dwa dni, jak wyszłam z oddziału bez uczucia zmęczenia i rozdrażnienia. Już dwa dni, jak czuję się w grupie dostrzegana, widziana, słuchana, jak widzę i słyszę inne osoby, a nie wciąż te same.

Ta sytuacja dostarczyła mi ważnych wglądów w siebie. Odkryłam, że nad gromadne życie przedkładam kameralne spotkania, gdzie wszyscy są dla wszystkich. Lubię być sam na sam lub w małym gronie, gdzie nie atakują mnie i nie rozpraszają tysiące bodźców. Wtedy, moim zdaniem, najlepiej realizuję swój towarzyski pontencjał.

To poczucie dopadło mnie również w mojej "sekcie", z którą spotkałam się wczoraj. Rozmowy "oficjalne" toczą się w sposób zdyscyplinowany, więc nadążam, ale te swobodne, w przerwach między oficjalnymi, sprawiają mi trudność. Bardzo przykre jest wtedy poczucie wyizolowania. Tak bardzo chciałabym porozmawiać z tą czy tamtą koleżanką, wypytać o szalenie interesujące mnie sprawy, a jest to mocno utrudnione w większym gronie.

Nie pozostaje mi nic innego, jak uznać, że mam tak, a nie inaczej i uczyć się z tym żyć.



I jeszcze jedną ważną, chociaż tak elementarną, że aż wstyd, naukę wyniosłam z rozmowy z terapeutą oraz ulubionym oddziałowym kolegą.

Wszyscy, rzadziej lub częściej, miewamy chwile zniechęcenia, braku sił, kiepskiego nastroju. To nie powinno nas zatrzymywać w działaniach do tego stopnia, jak dzieje się to ze mną. Kolega od wielu lat zmaga się ze stanami depresyjnymi, ale nauczył się robić, co jest do zrobienia pomimo wszystko. Twierdzi, że jest do do wytrenowania. A ja? Ja się "rozdziadowałam", bo dziecko już dorosłe, w domu nikogo nie obchodzi, jak go prowadzę, więc mam luksus użalania się nad sobą i ulegania słabościom. Utrwalił się we mnie taki nawyk - ot co. Zależy mi, by to zmienić, więc podjęłam starania i póki co - przybywa mi energii i zadowolenia, gdy się przezwyciężam. Marazm, niestety, rodzi większy marazm.



P.S. Przed chwilą dostałam wiadomość od koleżanki - tej, która niemal rzuciła swojego "chłopaka" dla innego. Jednak zostaje z tym dawnym. Nie ukrywałam przed nią, że się cieszę, bo z tego, czego dowiedziałam się o tym drugim, pierwszy jest o niebo wartościowszy, choć nie zawsze łatwo z nim żyć.

Małostkowość

Może za bardzo się czepiam, ale znowu zaobserwowałam, co mnie w ludziach irytuje. Małostkowość i ograniczoność. Przykłady bywają tak banalne, jak banalne sprawy zajmują te osoby urastając do rangi niewspółmiernej.
Przedwczoraj wyszłam z domu na zakupy. Minęłam po drodze sąsiadów rozmawiających przy podwórkowym stoliku pod wierzbą. Jeden z nich, akurat bardziej przeze mnie lubianych, zażartował: "Kup pączki", więc zapytałam: "A gdzie?" i dowiedziałam się, że "rzucili je, podobno smaczne, w pobliskim sklepiku. Coś tam wesoło odpowiedziałam i poszłam dalej. Gdy wracałam sąsiad zaczepił: "A gdzie pączki?". Odparłam: "Myszy zjadły, ale mam coś na pociechę" i poczęstowałam towarzystwo paluszkami z sezamem. Kupiłam je, bo rozbawiły mnie te przekomarzanki o pączkach.
Na drugi dzień wracając do domu z oddziału, spotkałam dwoje z tych sąsiadów i spontanicznie się do nich przysiadłam. No i posłucham sobie, jak "nadają" na tego trzeciego, który żartował o pączkach.
Wielkie halo! Zupełnie, moim zdaniem, niewinne zdanie X. zostało poddane analizie i krytyce. Bo jak tak można, według starej N-owej się dopominać? Bo X. upierdliwy, bo X. dokuczliwy, bo taki, bo siaki. Coś tam usłyszałam o jego żonie... Nie interesowało mnie to na tyle, by zapamiętać, ale byłam i jestem pełna "podziwu", że tak bardzo może kogoś zajmować życie innych, że tak istotne mogą być zdarzenia - zdarzonka! - na które zupełnie nie zwracam uwagi, nad którymi przechodzę do porządku dziennego. To chwilami aż obrzydliwe.
Kiedyś przysiadła się do mojego podokiennego stoliku Honoratka z moją sąsiadką zza ściany...
Na własne uszy słyszałam kiedyś, jak rozmawiały z moimi sąsiadami - też zza ściany, ale przeciwległej😆 - na jakieś niepodobające im się rzeczy na podwórku i we wspólnocie mieszkaniowej. Wydawało się - sztama! A jednak tym razem Honoratka spojrzała na stojącą przed wejściem do mieszkania starą komodę sąsiadki i różne ustawione na niej drobiazgi. "Staroświeckie ma te rzeczy!" - rzuciła. Nie wytrzymałam i wtrąciłam: "Jej rzeczy, jej sprawa".
Wczoraj znowu, opuszczając towarzystwo pod wierzbą, usłyszałam od starej N-owej: "Pewnie się pani położy". Nieraz wspominałam, że ucięłam sobie drzemkę po południu, zdarza mi się to ostatnio prawie codziennie. Już dawno nauczyłam się bywać pyskata, więc N-owej odpowiedziałam niby to lekko i wesoło: "Jak zechcę to się położę, a jak zechcę, to się powieszę". Jej towarzysze roześmieli się, a ja poszłam do domu.
Są to naprawdę bzdury, ale w większych dawkach - irytują.

Mieszkałam w wielu miejscach, ale obecne ma swoją specyfikę małego, zamkniętego środowiska. Pierwszy raz w życiu tak namacalnie się z tym spotykam.

niedziela, 17 sierpnia 2025

Wakacje w psychiatryku

Kto by pomyślał, że jedne z najlepszych wakacji swojego życia spędzę... w szpitalu psychiatrycznym.

Dzienny oddział jest super! Polecam każdemu, kto nie wyrabia na życiowym zakręcie, komu ciężko i źle. Nie jest to miejsce dla mocno chorych psychicznie, jego głównym zadaniem (w moim odczuciu) jest przywrócenie pacjenta światu, innym ludziom, zwykłemu zdrowemu życiu.

Tydzień temu poczułam pozytywne skutki przebywania w tej przestrzeni. Wybrzmiały - w dużej mierze po prostu świadomie na to pozwoliłam, nie tłumiłam tego, chciałam się temu przyjrzeć - moje trudne emocje, wielokrotnie w całym życiu doznawane poczucie izolacji, inności, niedopasowania do innych, nienadążania za pozostałymi członkami grupy. Po zobaczeniu tego w pełnej okazałości odważyłam się na rozmowę w grupie terapeutycznej.

Ludzie w grupie są fantastyczni! Dali mi tyle wsparcia i życzliwości! Nie tylko emocjonalnego, ale i praktycznego, konkretnego, namacalnego. Zmobilizowali mnie między innymi do odwiedzenia punktu protetyki słuchowej w celu przetestowania lepszego modelu aparatów, bo te, których teraz używam, znoszę bardzo źle.

No i te nowe - rewelacja! Słyszę bardziej naturalnie, nie atakuje mnie natłok dźwięków, nie zwracam uwagi na uliczny szum. Próba ogniowa nastąpi jutro, w grupie, wśród toczących się równocześnie wielu rozmów.

Ludzie również ośmielili mnie, by prosić o powtarzanie informacji, dopytywać, nie bać się, że może jestem natrętna i irytująca. Kolega zażartował, że aby zostać zauważoną i usłyszaną trzeba czasem nawet "rozpychać się łokciami" (w granicach rozsądku i przyzwoitości).

A ja tak się zawsze obawiałam, że jestem niechciana, nieproszona... Schemat izolacji społecznej, o którym przeczytałam w książce pożyczonej od kolegi z oddziału, bardzo mnie dotyczy.

Ogromnie wartościowe jest to, czym teraz żyję.

Tak bardzo od czasu tej rozmowy czuję się lepiej. W grupie też zostało to zauważone.

Obawiałam się, że to chwilowe, że za moment znowu dopadnie mnie dołek, pokona jakieś zmęczenie. Tymczasem - zmęczona owszem, bywam, ale nastrój stabilny. Oby jak najdłużej.

Swojskie malkontenctwo

Znajoma jedna moja w każdej niemal rozmowie zwykła narzekać, w jakim to chorym kraju żyjemy, jak to nie wspiera się potrzebujących, jakie to głodowe emerytury, jakie marne renty...

Niby prawda, ale ileż można tak w kółko bić tę pianę? Nie wytrzymałam raz i odparłam: "To zrób rewolucję i ruszaj na barykady!". Odpowiedź: "Ja mam odwagę, nie boję się mówić, co myślę".

Taaaa...! Odwaga w międzysąsiedzkich pogwarkach, urzędzie nawet, to nie jest wielka sztuka. Gardłowanie bez obawy o konsekwencje to coś, na co wielu stać.

Zdaniem koleżanki "wszyscy powinni wyjść na ulicę i coś wreszcie z tym zrobić", więc ja jej na to (poirytowana już tym gadaniem): "To zacznij pierwsza".

I tu pojawia się szereg argumentów o zdrowiu, obowiązkach, wieku... I tu kończą się mądrości podobnych koleżance osób.

Nie pamięta się z lekcji historii, jakich ofiar wymagała walka o prawa człowieka, ile krwi przelano w rewolucjach, na manifestacjach, demonstracjach. Nie pamięta się i nie myśli, jak serdecznie musieli mieć dosyć zdesperowani robotnicy, skoro decydowali się na drastyczne rozwiązania. Znam to tylko z książek, ale dobrze pamiętam, jak opisuje Halina Górska w "Drugiej bramie": wybuchł strajk w fabryce i Adela (jedna z dziecięcych bohaterek książki) musiała "zapychać" głodne rodzeństwo ziemniakami.

Pamiętam słowa znajomej rodziców: "Jeszcze Polaki nie głodne!", gdy toczyła się rozmowa o ludziach unikających pewnych prac. Wspomniana moja znajoma też do pracy się nie pali, porzuciła, zapewne nieprzyjemną, posadę sprzątaczki, nie myśląc zbytnio, co będzie dalej. Dziś jest bez pracy, na chudej rencinie, a żeby zarobić dodatkowy grosz, tyra jako opiekunka starszych ludzi. Czy to lżejsze niż sprzątanie? A gdzie zaplecze socjalne? I właśnie ona narzeka, że Polska to podły kraj. Nie widzi własnego udziału w pogorszeniu sobie życia?

Nie, nie twierdzę, że w naszym kraju żyje się słodko, ale niech się wypowiadają ci, których naprawdę to dotyka, którzy naprawdę zostali skrzywdzeni. Ta akurat osoba sama sobie zgotowała taki, a nie inny los.

I to durne gadanie, że za granicą żyje się lepiej...

Nie byłam, więc się nie wypowiem, ale słyszałam niejedną gorzką wypowiedź na ten temat. Nawet za ten zagraniczny dobrobyt jest cena: rodziny w rozłące, ciężka fizyczna praca, trwonienie zdrowia, nieraz upokorzenia, o czym sporo mogłaby opowiedzieć moja Mama, która we Włoszech spędziła 17 lat.

To takie nasze, takie swojskie (nie wierzę, że jedynie polskie): wymądrzać się i nic więcej nie robić, marudzić dla samego marudzenia, pompować swoje ego wypowiadaniem obiegowych opinii, bez osobistej refleksji. Toteż unikam takich jałowych dyskusji i stronię od nich.
Jeśli nie podoba ci się to czy owo (aż tak bardzo, by do znudzenia o tym gadać) - zaproponuj coś w zamian!

poniedziałek, 11 sierpnia 2025

I znowu...

I znowu o D., ale tym razem krótko i zwięźle.

Wszystko, co o niej napisałam, jest faktem. Wszystkie moje emocje odnośnie jej to też fakt.

I co?

Jesteśmy nadal w relacji. Jednak jest dla mnie ważna.

Rozdźwięki? różnice? Lekcją tolerancji i komunikacji, która wyraża swoje stanowisko nie raniąc, z łagodnością, choć szczerze.

Amen.

Jak?

Jak i skąd brać odwagę, by się realizować, pozwalać sobie, nie odkładać życia na później? By przestać zasłaniać się brakiem pieniędzy, czasu, odwagi? No, jak?

Serio pytam, czy miał ktoś takie rozterki i jak sobie z nimi poradził.

Napiszecie o swoich doświadczeniach?

Coś się odsłania

Dobry, ważny dzień zarówno na oddziale, jak i po południu.

Chyba nie mam potrzeby ani cierpliwości, by go streszczać, ale odsłoniło się tak wiele rzeczy. Wyszły na światło dzienne dawne, nieuleczone sprawy - by dać mi szansę na ich uzdrowienie. Och, jak dziękuję!

Trudny był ubiegły piątek na oddziale, w grupie. Mówiąc żargonem różnych specjalistów od samorozwoju, odpaliły się moje zadawnione rany. Ostatni czasownik jest tu niezwykle adekwatny, bo istotnie błaha, w gruncie rzeczy, sprawa uruchomiła moje olbrzymie emocje. Odezwało się we mnie wewnętrzne smutne, opuszczone, rozżalone i rozzłoszczone dziecko. Nie umiałam ukryć mojego niezadowolenia, a wręcz czułam potrzebę, by je zauważono. I świadomie zwróciłam na to uwagę podczas grupowej terapii. Otrzymałam wsparcie i akceptację - kilka prawd trudnych, ale pełnych życzliwości.

Trochę mi było potem wstyd, ale zapewniono mnie, że mogę czuć się bezpiecznie i śmiało się odkrywać. I wiecie... otworzyło mnie to, ośmieliło, dało poczucie, że mogę być przyjęta. I o dziwo, poczułam, że chcę być z ludźmi, nie chcę się chronić, niepotrzebnie pielęgnuję (podświadomie!) swoje wewnętrzne poczucie odrzucenia, bycia niechcianą. Dziś wręcz się tym odkryciem zachłystuję.

Było też kilka zadr, które gdzieś w głębi mnie uwierały. Nie dawały się jednak we znaki zbyt mocno, potrafiłam je objąć, znieść i być ponad nie. Nie pozwoliłam im rządzić, choć pomna różnych nauk, nie wypieram się tego uczucia. Uszanowałam je, lecz - ja tu rządzę! 😉

Chyba jestem winna wdzięczność tej marcowej operacji, która ostatecznie przywiodła mnie na oddział.