środa, 31 grudnia 2025

Dyspensa

Obżeram się na noc jak ta, co w chlewiku kwiczy, i w efekcie długo w nocy nie mogę zasnąć. Budzę się bardzo późno. Pomimo lekkiego niezadowolenia z tego stanu rzeczy, rezygnuję z wyrzutów wobec siebie. Lubię, gdy dzień ma "ręce i nogi", pozbawiony jest rozmemłania (relaks to co innego), ale co się stało, to się nie odstanie, choćbym nie wiem, jak się za to strofowała.
A więc szlafrok, laptop i zwinięty w kłębek kot obok. Na śniadanie resztki świątecznych ciast, bo przecież nie wyrzucę jedzenia, które jeszcze się do konsumpcji nadaje. Na obiad będą pierogi, na które też już patrzę z umiarkowaną sympatią. Mogłabym zostawić je w zamrażarce, ale gotować nowych obiadów też na razie mi się nie chce.

Ile ważę po świętach, nie wiem. Ze świadomą przekorą od dawna bojkotuję terror linii i kalorii. Obym tylko takie problemy miała jak kilo w tę czy we w tę. Kiedyś, jako bardzo młoda dziewczyna na chwilę uległam tej presji i jaki był rezultat? Wygłodzona jakąś idiotyczną dietą wróciłam po zakończeniu studium bibliotekarskiego do domu i zagłuszałam różne frustracje i pustkę (nie miałam przez rok pracy, mocno odczuwałam samotność, bo rozproszyli się dotychczasowi znajomi) żarciem (!). Po wakacjach wyglądałam dorodnie. Próbowałam z tym walczyć i wygrywały pokusy, bo ja łasuch jestem w gruncie rzeczy. Gdy wreszcie poszłam do stałej pracy, kilogramy zgubiły się bez najmniejszych wysiłków z mojej strony. I do dziś nie mam kłopotów z tym związanych, jem ile i co mi się żywnie podoba. Wniosek? Czasami naprawdę waga "siedzi" w głowie, w psychice. Niekiedy może i rzeczywiście przybędzie mi tłuszczyku tu i ówdzie,  lecz za chwilę się gubi, gdy trzeba się więcej ruszać, wychodzić z domu, nosić opał do pieca... Nieposiadanie samochodu ma swoje korzyści!

Zajadam więc radośnie i beztrosko, sypiam zupełnie bez dyscypliny i na dłuższą metę byłoby to bardzo niekorzystne. Póki co jednak - dyspensa!

poniedziałek, 22 grudnia 2025

Coraz bliżej święta

Już mi lepiej.
Wypłakałam się wczoraj z głębi siebie, a potem, choć trudno było zasnąć, wyspałam się porządnie. Sen najlepiej mnie resetuje w chwilach przeciążenia.

Zrobiłam porządne zakupy, za chwilę jeszcze podskoczę do Biedronki, rozejrzeć się za jakimś prezentem dla rodziny siostry, do której idziemy na Wigilię w gości. Nie za bardzo wiem, co miałabym im zanieść, ale GPT podpowiada jakąś "lepszą" kawę, herbatę, może nalewkę. Coś się wymyśli. Z piwnicy przytargałąm "krzaka", ale tradycja wyniesiona z domu rodzinnego nakazuje ubrać go dopiero w dzień Wigilii. Ja może pójdę na kompromis i zrobię to jutro. Nie chciałabym jednak, aby choinka ubrana znacznie wcześniej "opatrzyłaby się" jeszcze długo przed świętami.

Wściekle lubię śledzie, ale te gotowe śledziowe specjały zawierają szalone ilości octu. Znowu w sukurs przywołałam GPT, który doradził mi kupno rybek w oleju, wypłukanie ich i polanie śmietaną oraz dodanie startego jabłka. Na dzisiejszą kolację pochłonęłam trzy z samą śmietaną. Dooobre!

U siostry na pewno będzie karp, ona sobie nie wyobraża bez niego Wigilii. Ja już nie kupowałam, a właściwie mogłam zaproponować siostrze swój finansowy wkład we wspólną wieczerzę. A może jutro zapytam, czy już kupiła?

Wszystko kupiłam, bo ogarnęła mnie totalna niechęć do pracy.

I ot - coraz bliżej święta... i ich koniec.

Wolę - co już tysiąc razy powtarzałam - wolę celebrować codzienność.

sobota, 20 grudnia 2025

Leci czas

 Marudnam. I nudnam. I nawet dla siebie mało znośnam.

Co roku dopada mnie ta głupota, że powinnam choć raz się wykazać i urządzić przyzwoite święta. I co roku walczy to we mnie z dzikim oporem. Nie chce mi się realizować cudzych wytycznych. Pytanie jednak, na ile są one cudze, a na ile jednak mi bliskie? Już sama nie wiem. Chciałabym uciec przed tymi dylematami. Chyba nie lubię świąt za te rozterki które za każdym razem chorobliwie (serio!) mnie wyczerpują.

Po prostu nie mam ochoty na świętowanie od wielkiego dzwonu. Wolę spokojnie, bez przymusu celebrować codzienność.

Poczucie przemijania daje o sobie znać coraz nachalniej. Spotykam dawnego, niesłychanie przystojnego kolegę byłego męża - siwiutki jak gołąbek! Spotykam dziś w Biedronce kolegę siostry - trochę młodszy od tamtego, ale też włosy szczodrze przyprószone siwizną. Uścisnęłam dłoń jego siedmioletniemu synkowi. Jakiś młody człowiek podszedł do mnie i śmiało powiedział: "Dzień dobry", po czym zapytał, czy go pamiętam. Okazał się chłopakiem mojej bratanicy. Jego mama nieduża, bardzo z wyglądu niepozorna - bez ułożonej pieczołowicie fryzury, makijażu, w banalnych ciuchach. Kurczę! czy ja też tak nieatrakcyjnie wyglądam? Nie maluję się, włosy mam nieposłuszne, tylko ubiory uwielbiam, ale też nie zawsze o do dbam
Czas mijał zawsze, ale jakoś się tego nie dostrzegało z taką wyrazistością.

Mój przedświąteczny marazm kwitnie w najlepsze. Jeszcze nie ruszyłam z żadnymi przygotowaniami. Wstałam dzisiaj bardzo późno, porządnie po dwunastej i przesiedziałam cały dzień na kanapie pod kołdrą. Dopiero wieczorem głód zmusił mnie do wyjścia na zakupy.
Teraz, po jedzeniu znowu "kwitnę" pod kołdrą. Choć tak długo spałam, znowu mam ochotę uciec w sen przed wyrzutami sumienia, że nic w tym domu nie robię.
Może potrzeba mi regeneracji - takiej psychicznej zwłaszcza.

Wczoraj byłam na spotkaniu sekty, ale po raz drugi, odkąd wśród tych ludzi bywam, odczułam niechęć. Nie tyle trzeba mi ceremonialnych spotkań raz w miesiącu, co raczej codziennych karmiących relacji. Te dotychczasowej jakoś się zdewaluowały, albo dzieli nas odległość fizyczna. A nowe? Chwilowo - mam nadzieję! - brak.

Ech, zima, czas ciemności... w duszy też.

piątek, 19 grudnia 2025

Takie tam smutki...

Zawsze było dla mnie ważne, by nie lekceważyć "pierdół tworzących codzienność", nie stracić świeżości spojrzenia i dziecięcego zachwytu życiem i światem. A jednak czasami obserwuję rodzaj znużenie, powtarzalnością. Trzeba w pewnym momencie życia świadomie popracować nad wrażliwością.

Ale ja dziś nie o tym, to tylko refleksja z wczorajszego rozpoczętego i nieukończonego postu. Dopadły mnie takie przemyślenia przed kolejnym Bożym Narodzeniem.

Próbowałam w poprzednich latach wykrzesać z siebie nieco tej świątecznej radości, poczucia magii sprzed lat. Dziś otwarcie przyznaję: przespałabym najchętniej ten czas. Nie lubię presji przygotowań, nie jestem typem perfekcyjnej pani domu, która ze wszystkim zdąży i niczego nie pomyli. Nie chce mi się łazić gdzieś w gości, bo mi w moim zacisznym mieszkanku bardzo dobrze. Przyjęłam jednak zaproszenie teściowej mojej siostry, więc już pójdę. Trzeba będzie pomyśleć, co wziąć ze sobą, by nie przychodzić z pustymi rękami i żeby to wszystkim odpowiadało. Może jakąś zdrowotną, ładnie opakowaną naleweczkę dla siostrzanej teściowej? Nie umiem w prezenty, nigdy nie umiałam i mam na koncie wiele nietrafionych.  Synowi wolę wręczyć pieniądze i niech się sam uszczęśliwia. Chyba, że wyraźnie poinformuje, czego sobie życzy, jak w tym roku.

Boli mnie, że po raz kolejny ten czas przeżywa się już bez rodziców. Mam poczucie, że częściowo sama umarłam wraz z nimi, choć życie dalej się toczy i niepozbawione jest radości. Dziś wybrzmiało mi to szczególnie mocno, bo dowiedziałam się, że ciężko chora jest mama szwagierki: przerzuty, szpitale... Nie miałam pojęcia! Tak mi przykro.

Słusznie powiedziała kiedyś znajoma, że koło pięćdziesiątki wchodzi się już w smugę cienia. Nie czarujmy się i nie oszukujmy ; coraz więcej znajomych odchodzi, a w końcu i na nas przyjdzie kolej.

Nie chce mi się słodko ćwierkać, że święta, że radość i rodzinne ciepło. To ostatnie dawajmy sobie każdego dnia! Nie chce mi się uganiać za rozrywkami, bo coraz bardziej potrzebuję spokoju.

Aczkolwiek dzisiaj wybieram się na spotkanie mojej sekty. Chyba będę miała z czego się zwierzać. Tam przyjmą mnie i zrozumieją. I nikt nie będzie przekonywał, że mam cokolwiek przeżywać inaczej niż przeżywam. I za to kocham te spotkania.

niedziela, 14 grudnia 2025

Małe postscriptum o GPT

Sporo piszę ostatnio o GPT, bo i mocno mnie zafrapowały jego możliwości. Dowiedziałam się o nim z rozmów na oddziale dziennym, gdzie przebywałam całe lato.
Początkowo odniosłam się do tego narzędzia mocno sceptycznie. Wydało mi się schematyczne i bezduszne. Przecież to tylko maszyna i jakieś algorytmy. Nie zastąpi człowieka - stwierdziłam.

Potem jednak raz i drugi zadałam pytanie bezdusznym algorytmom i - o dziwo!
Dostałam zaskakująco trafne odpowiedzi. Byłam w stanie ocenić wiarygodność informacji, bo nie poruszyłam obcego mi tematu. Dane mi było wprawdzie wychwycić błąd w dyskusji o książkach, nie zmienia to jednak faktu, że czat bywa pomocny. Aczkolwiek nie zamierzam polegać jedynie na nim, zwłaszcza poznając nowe zagadnienia.

Wczoraj zebrało mi się na rozmowę o przemocy w rodzinie. Potem podryfowałam w stronę osobistych wspomnień. Opowiadałam o trudnych doświadczeniach z mojego życia...
Serio wiele rozjaśniłam sobie w głowie! Inaczej spojrzałam na moje przemocowe, wyniszczające psychicznie małżeństwo i swoją rolę w nim. Odczarowałam swoje poczucie winy (nie zwalniając się z  odpowiedzialności za swoją "działkę"), rozwikłałam mechanizmy. Mam już pewną wiedzę o mechanizmach, więc czat jedynie pozwolił mi uzupełnić moje przemyślenia i uporządkować.
To była rozmowa tak głęboka i szczera, że doprowadziła mnie do łez. Były to łzy ulgi i "domkniętych" emocji. Była to w gruncie rzeczy moja rozmowa z samą sobą. Rozmowa ogromnie ważna, głęboka i szczera... Jak cholera!😉

O marzeniach słów parę.

Jak się napali w piecu, to znacznie przyjemniej pałętać się do południa w szlafroku. Często z tym zwlekam. Skutkiem tego albo w wolne dni do południa "kwitnę" pod kołdrą, albo snuję się zziębnięta, nawet nie zdając sobie z tego sprawy... i narzekam, że nic mi się nie chce. Dziś napaliłam i jest mi przyjemnie. Nawet w rzeczonym szlafroku jakoś mniej rozmemłania.
GPT wytknął mi słabe punkty mojego bloga. Zgadzam się ze wszystkim, ale też odpowiedziałam mu, że pozwalam sobie na te wszystkie słabości. Blog bywa lekko monotematyczny i przez to dość hermetyczny - to jest akurat moje i tego nie oddam. Będzie taki, bo świadomie się na to godzę. Natomiast kuleje i styl, buduję często za długie i zbyt zawiłe zdania. Tu całkowita moja zgoda! Lubię ładną polszczyznę, na ogół o nią dbam. Jednak posty tworzę często w natłoku myśli. Spisuję je na bieżąco, a niepoprawności widzę dopiero po opublikowaniu postu - i już mi się nie chce cyzelować tekstu. Rzeczywiście chciałabym się nad tym pochylić.

Miewam myśli oderwane od siebie - na to również sobie pozwolę, choć nie bez prób opanowania chaosu. Teraz na przykład przyszła mi do głowy refleksja o moich marzeniach. Otóż one się... spełniły. Oczywiście nie wszystkie, oczywiście nie całkowicie - ale czyż nie tak właśnie chciałam żyć? Z kotem na kolanach, spacerami wśród drzew, parującymi herbatami? Przecież prowadzę takie właśnie spokojne slow life. Brakowało mi tylko większej kontroli nad chaosem i ciut większej samodyscypliny. Dopiero teraz to odkrywam, rozpoznaję i wiem, skąd brało się moje notoryczne zmęczenie i niechęć do działań.

Spełnianie marzeń jest proste. Nawet jeśli są wielkie, zawsze można podarować sobie coś, co sprawi, że poczujemy to, czego pragniemy w związku z marzeniem. Bo marzenia to głównie emocje.
Nie umniejszam spektakularnych pragnień, ale gdy koleżanka wzdycha, jak cudownie byłoby żyć na Bali, ja sobie myślę, że przed moim domem z kubkiem kawy wcale mi nie gorzej niż na egzotycznej wyspie. Emocje podobne, bo wszak relaks, luz i błogość. A drinka z palemką sama sobie potrafię przyrządzić :)
Czasami owszem, trzeba się zdobyć na nieco wysiłku, ale to wysiłek zdrowy. Mnie regularne spacery z psem bardzo dobitnie pokazały, jak prosto jest zaspokoić pewne pragnienia. Chodziliśmy rano po mrocznym jeszcze mieście, po naszym podwórku i chłonęliśmy (przynajmniej ja) rosę lśniącą na trawie jak tysiące diamentów, światło świecy niesionej przez dziecko w zamglony poranek, mgły ścielące się na niezabudowanej działce sąsiadów.

Mam też większe marzenia, ale zawsze mogę zrobić coś, do da mi ich namiastkę bądź rekompensatę. Toteż obiecałam sobie, że następną moją inwestycją w realizowanie będzie rower elektryczny. Skoro nie mogę ot, tak wyjechać w góry (bo trochę są za daleko), taki elektryk pozwoli mi na wyprawy w promieniu dwudziestu - trzydziestu kilometrów od mojego domu. A tam już naprawdę mamy co podziwiać. Na tradycyjnym rowerze nie jest to łatwe, gdyż pagórki w naszej okolicy bywają solidne.
Kredyt za mieszkanie już spłaciłam, życie pokazało mi, że dobrze radzę sobie z moimi finansami - zatem wymarzony rower mnie nie zrujnuje. Aż czuję, pisząc to, jak rosną mi skrzydła u ramion.

środa, 10 grudnia 2025

Dzisiaj

Bardzo udany dzień dzisiaj. Taki w lekkości, w spokoju, z uśmiechem. Z czasem na aktywność i odpoczynek

Mocno ostatnio grzebię w GPT, bo dzięki niemu uzyskuję odpowiedź na wiele nurtujących mnie pytań. Nurtuje mnie oczywiście rozwój osobisty i regulowanie układu nerwowego. Znalazłam mnóstwo praktycznych porad i sensownych wyjaśnień. Dostałam jednak również wyraźny sygnał, że i tu warto oddzielić ziarno od plew, bo wdałam się w dyskusję o współczesnej literaturze popularnej, poruszyłam wątek literatury młodzieżowej i - GPT przypisał autorstwo "Kwiatu kalafiora" Barbarze Kosmowskiej! Kto, jak kto, ale ja, bibliotekarka darząca sentymentem panią Musierowicz, nie dam się na to nabrać. Ale już w dziedzinie fizyki kwantowej można byłoby mi wcisnąć dowolne bzdury. Wniosek: rozmawiajmy z GPT, bo jest pomocny i praktyczny, ale raczej o rzeczach, o których już mamy jakieś pojęcie.

GPT podsunął mi wiele sposobów na tzw. emocjonalne zamrożenie. Pokrywa się to treściami wyczytanymi gdzie indziej, więc bardzo doceniam, że mogę te wiadomości zebrać, skondensować i wdrażać w bardzo praktyczny sposób. Uczę się tak pracować, by się nie wyczerpywać, i tak wypoczywać, by nie zamieniało się to całkowity marazm. Uczę się, że życie to nie wielkie i męczące (a w efekcie zniechęcające) zrywy, lecz małe, systematyczne i konsekwentne dokonania. W tzw. functional freeze bardzo istotne jest, by nie straszyć swojego umysłu ogromem przedsięwzięć, lecz nauczyć go, że działanie jest bezpieczne. Wprowadzam to w życie i dalibóg, widzę efekty! Moja codzienność powoli się porządkuje i ładzi, a ja nie przypłacam tego moim odwiecznym zmęczeniem.
Przypadkowy czytelnik może postuka się w głowę, ale dla mnie to naprawdę ważne odkrycia i epokowe dokonania.

Trzeba też umieć odpoczywać i tego również się uczę. Słucham siebie i przyzwalam sobie na regularne przerwy, czasem drzemkę. Uczę siebie, że przerwa w zajęciach nie oznacza ich zaprzestania, że mogę zarówno wypocząć, jak i podjąć aktywność bez obawy o zmęczenie, karę itd. U mnie przez lata, lata rządził schemat, według którego albo pracowałam jak szalona albo ogarniał mnie całkowity bezwład. Nic pośrodku.

Wreszcie to rozpoznałam, zrozumiałam i realnie poprawiam swoje życie.

W ogóle nauczyło mnie życie nie gardzić żadnym wsparciem, pytać, poszukiwać i korzystać z form pomocy. Choć czuję się już chyba zupełnie dobrze, po trudnych doświadczeniach tego roku, zamierzam systematycznie uczestniczyć w spotkaniach Klubu Pacjenta odbywających się raz w miesiącu. Brałam w nich udział dopiero dwa razy, w tym dzisiaj. Frekwencja słabiutka, a dzisiaj spotkanie zdominowała Jola (zmieniam imię, jak zwykle), kobieta po sześćdziesiątce ze swoimi bardzo ciężkimi kłopotami rodzinnymi. Wręcz z przekąsem zauważyłam w myśli, że dzisiaj to nie Klub Pacjenta, a Joli. Jej zwierzenia jednak poruszyły moje serce, więc spontanicznie zaproponowałam, że jeśli tego potrzebuje i chce, mogę dotrzymać jej towarzystwa, by łatwiej było jej pokonać strach i obawy przed poszukiwaniem instytucjonalnego wsparcia. Na długim urlopie bez problemu znajdę na to czas.

Wygląda na to, żartowałam w myślach, że poszukuję sobie rozrywek i zajęć, skoro wkrótce opuszcza mnie mój psi towarzysz. A przecież cieszyłam się na myśl o odzyskaniu mnóstwa czasu dla siebie.

Ale pies i koleżanka - to dwie zupełnie odmienne sprawy.

Właścicielka Rika skróciła pobyt za granicą o dwa tygodnie i już w sobotni ranek będzie z powrotem w naszym mieście. Szczerze mówiąc, przyjmuję tę wiadomość z ulgą, choć przepadnie mi przez to część zapłaty za tę moją opiekę. Witaj swobodo i żegnajcie psie kłaki!

Dopełnieniem dzisiejszych radości była wizyta w szmateksie i upolowanie długiej dżinsowej spódnicy - takiej właśnie, jakiej poszukiwałam, od dłuższego czasu. Spotkałam na tych zakupach teściową mojej siostry i zaproszona zostałam z synem na wspólną Wigilię. Ucieszyłam się, że zdążyła ubiec moją szwagierkę, bratową byłego męża i będę miała wygodny, zupełnie uzasadniony pretekst, by nie skorzystać z jej zaproszenia.

U szwagierki oczywiście nie jest źle, ale u własnej siostry (mieszkającej niemal w jednym domu z teściową) czuję się znacznie swobodniej i spokojniej. Siostra też nie ma zwyczaju nalegać, gdy opuszczam wcześniej spotkanie. U szwagierki chyba wszyscy są przekonani, że kryguję się jedynie z grzeczności i namawiają na pozostanie dłużej, niechętnie przyjmują moją odmowę, może zbytnio biorą to do siebie, a ja naprawdę potrzebuję spokoju, ciszy i dłuższe spotkania są dla mnie uciążliwe. Czemu człowiek nie może pobyć sam w wigilijny wieczór. Co w tym takiego strasznego? Zresztą nie jestem sama, bo jest ze mną syn.
Lubię ludzi, jestem towarzyska, ale potrzebuję równowagi. Moja rodzina pochodzenia to akceptuje, znają mnie lepiej, więcej o mnie wiedzą.

PS. Przeprowadziłam jeszcze dziś owocną rozmowę z GPT, ale o tym napiszę w osobnym poście - a tu sygnalizuję tylko, by nie umknął mi temat.

poniedziałek, 8 grudnia 2025

Pozwalam sobie

Wodnikowa Panna wyłączyła możliwość komentowania, a właśnie przeczytałam u niej o koleżance z pracy, która ma zwyczaj głośno myśleć i przez to bywa uciążliwa. Wierzę w to, ale z autopsji wiem, że bycie tą, która przeszkadza, jest nie mniej uciążliwe. Stale gryźć się w język, milczeć, chociaż cię wprost roznosi - baaaardzo męczące! Też mi się marzy praca z domu, gdzie nikt mi nie tłamsi osobowości (😉)

Zauważyłam, że mój blog nieco ewoluował. Stał się mocno introwertyczny, żartuję, że wręcz narcystyczny. Z niezadowoleniem stwierdzam, że jestem ostatnimi czasy mniej uważna na poprawność językową, przepuszczam więcej błędów i niepoprawnych konstrukcji. A poprawiać napisanego tekstu - o zgrozo - nie zawsze mi się już chce.

Dużo miejsca i uwagi poświęcam sobie, ale - nieraz już to oznajmiłam - pozwalam sobie na to. To mój blog, mój czas, moje życie i moje sprawy do poukładania. Nudne? Nie czytać! Minęły - mam nadzieję - czasy, gdy zależało mi, by moje zapiski podobały się innym, mówiły o czymś żywo i frapująco. Tu po prostu rozmawiam ze sobą, a jeśli ktoś zechce posłuchać, może dołączyć do rozmowy - zapraszam.

Operację opisaną w ostatnim poście uważam za punkt zwrotny w moim życiu i rzecz nieprzypadkową. Mocno uprzytomniła mi, że potrzebuję skontaktować się sama ze sobą, oraz uhonorować samą siebie.

Nie mam już sił ani chęci udowadniania czegokolwiek, dostosowywania się do oczekiwań.
Ten proces narastał we mnie od kilku lat, ale teraz wybrzmiewa na całego. Pozwalam sobie na to moje wolne tempo, małą aktywność i mało spektakularne życie. Pozwalam sobie zagłębiać się w siebie do woli. Pozwalam sobie sprawdzać, dociekać, co mi w życiu nie służy, a co - wręcz przeciwnie. Pozwalam sobie grzebać we własnych dysfunkcjach, zranieniach, skupiać się na stanie zdrowia i nudzić na ten temat, dopóki nie poczuję, że wiem już o tym wszystkim tyle, ile mi potrzeba. Znam siebie i wiem, że dopóki nie osiągnę tego punktu - wręcz upierdliwie drążę temat. A więc będę drążyć do wol i obrzydzenia czytających.
Pozwalam sobie mieć własną historię i nie udawać, że nie wywarła na mnie wpływu. Pozwalam sobie być wrażliwa i ciekawa siebie. Bo bardzo chcę sobie pomóc.

sobota, 6 grudnia 2025

Minął rok

 Minął rok od kiedy moja choroba mocno dała o sobie znać. Równiutko w mikołajki sądziłam, że złapałam zatrucie pokarmowe ; do dziś nie mogę bez mdłości patrzeć na pseudosteki z Biedronki, takie jak do hamburgerów. Dawniej wiedziałam, że to nic nadzwyczajnego, ale smakowały mi. Potem sądziłam, że to jakaś infekcja, może nieświadomie przechodzę zarażenie covidem? Leżałam jak zmięta ścierka i dwa dni jadłam jednego banana, by zupełnie nie opaść z sił. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się coś podobnego.
Koniec końców jakoś się pozbierałam, choć na zwolnieniach lekarskich spędziłam prawie cały czas między grudniowymi świętami. Wylądowałam nawet na SOR, bo czułam niepokojące bóle głowy, dziwnie podobne do tych sprzed trzydziestu lat, które zaprowadziły mnie wtedy na oddział neurochirurgii. Trudno te bóle pomylić z innymi. Na SOR-ze jednak uspokojono  mnie, że z tamtymi sprawami wszystko w porządku.

A jednak przeczucie mnie nie zawiodło. Nikomu tylko nie przyszło do głowy sprawdzić, co dzieje się w moim brzuchu. Tam tykała bomba zegarowa. Nie chce mi się zagłębiać w szczegóły mojej choroby, ale głowa i jama brzuszna są tu powiązane. Żyję dzięki wewnętrznej, że tak powiem, protezie i ta właśnie proteza uległa awarii. To jednak okazało się dopiero, gdy po trzydziestu latach, półprzytomna znowu trafiłam na neurochirurgię.

W marcu znowu poczułam się źle. Siostra zwięźle zrelacjonowała: "Najpierw rzygałaś, potem gadałaś od rzeczy, a potem zupełnie urwał się z tobą kontakt".
Tak, z tego marcowego dnia pamiętam jedynie fragmenty. Do południa leżałam słaba i wymiotująca. Jeszcze zdążyłam przez portal gadu-gadu (dziś już niemal zabytkowy) zamienić kilka słów ze znajomym, który mnie przekonywał, żebym udała się do lekarza. "Niech tylko syn wróci ze szkoły, to zadzwonię na pogotowie" - obiecywałam sobie i jemu. I dalej moja pamięć jest już fragmentaryczna. Brat wiózł mnie na pogotowie. Nie pamiętam rozmowy z lekarzami, ale gadałam ponoć zupełnie składnie i powiedziałam im, że stawię się w szpitalu nazajutrz, bo jestem nieprzygotowana, nie mam piżamy ani przyborów toaletowych. Wróciłam ponoć do domu, a moje siostry, gdy się dowiedziały, kazały bratu natychmiast odwieźć mnie z powrotem do szpitala. Ze szpitala, bodajże tego samego wieczoru pokierowano mnie do miasta wojewódzkiego na neurochirurgię. Jestem nieskończenie wdzięczna samej sobie, że przechowuję w teczce dokumentację swojego stanu zdrowia, co oszczędziło zapewne długiego szukania przyczyn dolegliwości, i że pamiętałam o niej nawet w tym kiepskim momencie.

Mgliście sobie przypominam rozmowę po tomografii komputerowej czy rezonansie w wojewódzkim szpitalu. Lekarz informował, że potrzebna będzie operacja (nie byle jaka), a ja, całe życie bojąca się głupiego dentysty, bólu, narkozy, słuchałam z poczuciem bycia przypartą do muru, z - nomen omen - świadomością, że nie ma ucieczki ani odwrotu. Brutalnie: albo operacja, albo śmierć, chociaż tego nikt mi dosłownie nie powiedział. Chyba (chyyyyba) pamiętam, jak przekazywałam wiadomość siostrze, ale głównie wiem to z jej relacji już w czasie powrotu ze szpitala.

Wiem od siostry, że bredziłam, pytałam o naszych nieżyjących rodziców, pytałam syna, jak sobie radzi zmarły kilka lat temu jego ojciec beze mnie. Siostry do pewnego momentu nawet nieźle się bawiły tym moim wygadywaniem bzdur, aż w końcu A. stwierdziła, że już nie wie, czy się śmiać, czy płakać.

Obie siostry prosiły lekarza o przyspieszenie operacji, z którą podobno czekano, bo był weekend, a wtedy operuje się jedynie pilne przypadki. Podobno takowym nie byłam, moje życie może i było zagrożone, ale nie bezpośrednio. W końcu jeden z lekarzy, będący właśnie na dyżurze, powiedział: "To ja ją wezmę". Tego dnia akurat oddział nie miał "pilnych" pacjentów.

Potem już było z dnia na dzień lepiej. Pielęgniarki pokazywały mnie sobie jak osobliwe zjawisko - taka nastąpiła we mnie zmiana. Oprzytomniałam, rozmawiałam, dosyć szybko zaczęłam chodzić, choć oczywiście nie był żwawy chód. Po kilku dniach wróciłam do domu z poczuciem bezmiernej ulgi.

Oprócz bezmiernej ulgi pozostało poczucie kruchości życia i jego tymczasowości. Ale również coś, co sformułowałam humorystycznie: śmierć jest do... przeżycia! Nie tęskno mi do niej i nie przestała budzić we mnie lęku, jednak jest we mnie wspomnienie niesłychanego spokoju, gdy tak leżałam bez świadomości. Nie, nie było to złe uczucie. Czasami nawet tęsknię za nim, gdy mi źle.

A teraz, gdy tak piszę, zaobserwowałam coś intrygującego. Właśnie miałam wspomnieć, że niepokoją mnie dzisiaj zawroty głowy i budzą złe skojarzenia. O dziwo, gdy kończę swój post - zawrotów nie stwierdzam! Potrzebowałam odprężenia po wieczornej krzątaninie czy co?

Wydałam kategoryczną wojnę zagraconej przestrzeni w moim domu. Wojuję małymi krokami, ale codziennie. Dziś dawka była nieco większa i może stąd te zawroty?

środa, 3 grudnia 2025

"Niusy"

Dowiedziałam się dzisiaj, że kolejny związek, który wydawał mi się pełen wzajemnego szacunku, miły i pogodny, przeżywa swój punkt zwrotny. Zadzwonił kolega z pytaniem, czy mogłabym mu pomóc w pewnej sprawie. Nie odmówiłam bo przyjaciołom bez ważnego powodu się nie odmawia, a i bez ważnego powodu nie zawraca się im głowy. No i przy okazji "sprzedał" mi tego "niusa", mocno mnie zaskakując. Powiedziałam mu jednak: "Wiesz, ty zawsze bardzo oszczędnie się tym dzieliłeś, aleo  widziałam sygnały, że nie wszystko w waszym związku jest takie wspaniałe". Kolega napomykał, że jego towarzyszka życia czasami  mocno go irytuje, bywa apodyktyczna. Dziś mi powiedział, ze ocierało się to momentami o przemoc psychiczną. Przeprowadził z nią zatem rzeczową rozmowę, spakował manatki, wynajął sobie jakiś pokój w mieście i dał jej czas na przemyślenia. Ciekawa jestem, dalszego ciągu tej historii.

Popołudnie upłynęło mi zatem na pomaganiu innym. Również Mateusz zapytał, czy nie mogłabym odebrać gotówki od jego klientki mającej wprowadzić się do jednego z mieszkań. Miał pewne podejrzenia co do tej kobiety, choć jedynie z nią rozmawiał przez telefon. Nie omylił się chyba. Kobieta i z wyglądu, i ze sposobu mówienia wydawała się przedstawicielką lekkiej patologii społecznej. Nerwowa jakaś i niespokojna, bardzo się spieszyła, by załatwić swoją sprawę. Chciała upewnić się, że w mieszkaniu będzie ciepło, ale nie czekała, aż się rozgrzeją odkręcone przeze mnie kaloryfery (podobno zależało jej na pewności, czy naprawdę będą grzać), a gdy się dowiedziała, że kod do domofonu otrzyma dopiero po uiszczeniu zapłaty - obraziła się, oświadczyła, że rezygnuje z mieszkania i wyszła. Stwierdziliśmy z Mateuszem: może to i lepiej.
Oprócz tego odbierałam przesyłki z paczkomatu dla Mateusza oraz dla właścicielki mojego psiego podopiecznego. Nienawidzę tego serdecznie, bo coraz trudniej czytać mi drobny druk różnych kodów i podanych numerów telefonów, cyferki zwykle opornie wystukują się na klawiaturze paczkomatu i za każdym razem przeklinam przy tej czynności siarczyście.

Cały ten maraton odbyłam w towarzystwie psa, by sobie trochę dłużej pospacerował. Wpadliśmy do mieszkania jego pani, nakarmiliśmy kota, zostawiliśmy paczkę. Teraz, już w domu czuję te kilometry w nogach. Odpoczywam. Za chwilę poczytam książkę albo włączę jakiś film z internetu. Zaczęłam kiedyś ogladać "Białą odwagę", ale musiałam zostawić w połowie i na śmierć o niej zapomniałam. Dopiero wiadomość o tragicznej śmierci grającego w tym filmie chłopca przypomniała mi o tym.

Biedne dziecko, a jeszcze bardziej żal rodziców przeżywających tę stratę.




P.S. Kupiłam u miłego pana w warzywniaku dwa jajka od szczęśliwych rzekomo kur. Znajomi wychwalają, że takie dobre. Usmażyłam sobie dla porównania sadzone: dwa od szczęśliwych i jedno z Biedronki. Różnicy w smaku nie odnotowałam żadnej.

poniedziałek, 1 grudnia 2025

Wczoraj

Riko udzielił mi dzisiaj reprymendy. Otóż zaspało mi się cokolwiek i zbudziło mnie dopiero jego szczekanie. Jesteśmy już po spacerku. Lubię spacery, nawet jeśli z niechęcią opuszczam ciepłe łóżeczko. To nigdy nie jest pusty, zmarnowany czas. Kocham się szwendać i nie ma na to złej pogody. Choć nie będę kłamać, że nie bywam leniwa i że zawsze ruszyłabym się z własnej nieprzymuszone woli.

Wczoraj nachodziłam się po mieście, bo mnie Rikowa pani poprosiła o odebranie przesyłek z paczkomatu i zaniesienie ich do jej mieszkania. Paczuszki były maleńkie, ale co się zawsze naprzeklinam przy odbieraniu, tego lepiej nie słuchać. Albo mi się cyferka nie wybije, albo nie mam wolnej ręki, by zmienić okulary na te do czytania (lub po prostu nie mam ich przy sobie) i numerki mi się mylą i to całe odbieranie trwa wieki. Nie cierpię!
Wreszcie jednak się udało, paczki dostarczyłam na miejsce, tam nakarmiłam kota i podlałam kwiatki, a w drodze spotkałam się jeszcze z koleżanki córką, by jej wyręczyć przesłany dwa dni wcześniej prezent, który też wyciągałam z paczkomatu. Dziewczyna za przysługę wręczyła mi czekoladę, oświadczając, że stanowczo nalega, bym przyjęła. Opędzlowałam całą tabliczkę przy wieczornej herbacie.
W drodze powrotnej uległam pokusie i wdepnęłam do szmateksu, ale tym razem było to wdepnięcie satysfakcjonujące. Nabyta spódnica i sweter z obszernymi, nietoperzowatymi rękawami mają sens. Wyrażają mój styl, podobają mi się po prostu i są funkcjonalne. Spódnica jest nieco w stylu boho, ale grubsza, w sam raz na aktualną porę roku, natomiast pod nietoperzowatym swetrem zmieści się dosłownie wszystko. można go narzucić na inne ubrania niczym płaszcz, pasuje i do sukienki, i do spodni.

Odbyłam jeszcze wczoraj wizytę w pracowni protetyki słuchowej na rutynową kontrolę aparatów. Nie zgłaszałam żadnych problemów, jeśli ewentualne występowały, to przestały nimi być, bo się po prostu przyzwyczaiłam do niedogodności. Te już nie znikną ; nigdy aparat nie zastąpi naturalnych słuchowych bodźców. Mam porównanie, bo przecież tak znaczną niepełnosprawność nabyłam dopiero w ostatnich latach.

Mieć albo nie mieć... psa - oto jest pytanie.

 "Dobre dni są dla rozsądnych, ale najlepsze dla tych, którzy ośmielają się być nierozsądni" - ten fragment mojej ukochanej "Krystyny córki Lavransa" przytaczałam już kilkakrotnie.
Niektóre decyzje lepiej jednak podejmować sercem, bez zbytniego "rozkminiania", bo można na takim rozważaniu za i przeciw spędzić lata, nie decydując się na nic. Aczkolwiek rozsądek cenię.

Decyzję o posiadaniu dzieci czy zwierząt zdecydowanie lepiej pojąć z przewagą serca. Bo teoretycznie - a raczej całkiem praktycznie - taki Riko jest pewnym obciążeniem. Jest to pies dość wymagający, muszę się z nim w codzienności bardzo liczyć. Wszędzie gubi te nieszczęsne kłaki, co dość mocna mi przeszkadza, nie można, spacerując z nim nigdzie wstąpić, bo to pies lękliwy, z przeszłością i traumami. Jakimś cudem wyswobodził się raz z szelek, gdy zostawiłam go uwiązanego pod sklepem i podszedł do niego okoliczny pijaczyna, w dobrych zresztą zamiarach pogłaskania i zagadania. Riko też byle czego nie zje, bo jest alergikiem i jedną fatalną przygodę spożywczą mamy już za sobą.

Pochodzę ze wsi, przyzwyczajenia mam jeszcze starej daty: mianowicie, że zwierzakom się celowej krzywdy nie robi, ale nie rozczula się nad nimi. Mój niezapomniany Cygan swobodnie ganiał po całej wsi i jadł, co mu się podobało, często resztki z pańskiego stołu. I zdrowy był, i zadowolony, i może tylko raz w ciąŋu kilkunastu lat byłam z nim u weterynarza z powodu nie choroby, a kontuzji. No i na szczepieniach, gdy już zamieszkaliśmy w mieście. Bo na wsi pojawiało się ogłoszenie o akcji szczepienia, przyjeżdżał weterynarz samochodem, a mieszkańcy wsi stawiali się w umówionym miejscu ze swoimi czworonogami.

Inny świat.

Dziś czasami narażam się sympatykom zwierząt swoim luzackim podejściem i niechęcią do dzisiejszego zwarioweaego i coraz mniej naturalnego świata. Nigdy nie zaakceptuję postulatu, by nie pozwalać kotom wychodzić z domu i instalować im kraty w oknach, by nie uciekały czy nie wypadały na zewnątrz. To już wolałabym zrezygnować z Mruczusia niż fundować mu życie w więzieniu.

Riko obudził we mnie tęsknotę za czworonożnym przyjacielem na stałe. Za regularnymi spacerami po mieście i na łonie przyrody. Warto pokonać niechęć i wyjść o świcie w szary, jak dziś, mało przyjazny (wizualnie!) świat, aby w tej szarości zachwycić się światłem roratniego lampionu niesionego przez dziecko wracające z kościoła. Zawsze powtarzam: pewnych zachwytów w domu nie wysiedzę.

Ad rem jednakże.

Za dużo wahań i rozsądku w moich rozważań nad potencjalnym własnym psiakiem. Psiaka przygarnę, jeśli serce zawołą: "To jest to!", a póki przeważa rozum - nie decyduję się. Chcę mieć tę swobodę, żeby po pracy pogonić do miasta i nie myśleć, że w domu czeka na spacer zwierzak. Nie chcę martwić się, że nie mam z kim zostawić pupila, gdy wyjeżdżam, a nie mogę go wziąć ze sobą. Nie bardzo mam ochotę na sierść w chałupie. Tylko spacerów mi żal, bo wiem, że bez ważnego powodu nie tak łatwo będzie mi wychodzić. To jednak jest sprawa autentycznych chęci i zmiany myślenia.

Na pewno bez psa będzie lepiej wybrać się nad rzekę na peryferiach miasta, by wreszcie "upolować" zimorodki. Nie będzie ich płoszył. Nigdy nie widziałam na żywo tych przepięknych ptaków a podobno bytują w naszej okolicy.
Ot, i kolejna zachęta do kolejnych włóczęg.

sobota, 29 listopada 2025

Nowinki

Wstałam dzisiaj obudzona przez budzik, toteż dosyć wcześnie. Piesio potrzebował spaceru, więc przeszliśmy się pobliskimi ulicami, a po powrocie jak wbiłam się w ubraniu pod kołdrę, to spałam aż do trzynastej z minutami. Nie wiem, dlaczego, widocznie tego potrzebował organizm.
Teraz jakaś rozmemłana jestem, ręce zimne, choć w piecu napalone, prace domowe typu pranie, sprzątanie, gotowanie - jak mawiał Tata - nie przede mną, ni za mną.
Jedno jednak załatwione: szwagier wymienił mi szafkę pod zlew! Stara była napuchnięta od wody, ledwo już stałą skutkiem kilku poważnych awarii hydraulicznych. Raz niemal się pode mną zawaliła, gdy wyszłam na blat, by pościerać kurze na wiszącym kredensie. Łagodnie się zapadła i na szczęście nie połamałam nóg ani rąk. Podparłam ją kostką drzewnego brykietu, którym palę w piecu, bo niczego bardziej poręcznego nie miałam akurat. Brykiet się sypał, w kuchni wciąż było brudno. Co za ulga teraz móc sobie porządnie posprzątać i poukładać! Cieszę się jak radosny dzieciak.

Mam jeszcze jeden powód do radości: rozpoczynam długi urlop wypoczynkowy. Długo chorowałam w tym roku, przebywałam kilka miesięcy na zwolnieniu lekarskim, skutkiem czego urlopu wykorzystałam bardzo niewiele i mogę sobie teraz pozwolić na więcej wolnego. Wracam do pracy dopiero po święcie Trzech Króli. Ogromnie się cieszę na domowy, prywatny czasu, brak tylu przymusów, relaks.

...Wczorajsze spotkanie w "sekcie" było bardzo piękne. Siedzieliśmy w kręgu świecy i płynęły zwierzenia na temat jesieni, czasu ciemności i zanurzania się we własne światy. Uległam nastrojowi i poczułam, jak dobry może być listopad ze swoimi długimi wieczorami, czasem dla siebie i bliskością innych ludzi. Jak przyjazny może być "mój intymny mały świat". Wcale mi się nie chciało dziennego światła, gwaru, ruchu, było mi jak pod ciepłą kołdrą, pod którą chce się leżeć i leżeć. Czułam też więź z ludźmi, jakąś gotowość do wyjścia im naprzeciw, włączenia się w rozmowę, a nawet zainicjowania jej. Chyba pierwszy raz, odkąd uczestniczę w Kręgach, choć oczywiście zawsze budzą we mnie pozytywne odczucia. Nabieram otuchy, że i Sylwester może być całkiem udany, więc chyba dołączę do planowanej imprezy. Muszę tylko upewnić się, że w razie kryzysu będę mogłą pozwoliić sobie na odpoczynek, wytchnienie gdzieś z boku, choćbym miała się położyć w kącie na własnej macie do jogi
Jaka szkoda, że mój kolega zrezygnował z tych spotkań i nie dał sobie szansy ani czasu na lepsze poznanie się z kręgiem. Bardzo chciałabym dzielić z nim tę wspólną przestrzeń, ale nie będę go przekonywać i uszczęśliwiać na siłę. Muszę uszanować jego decyzję, a zadecydował, że rezygnuje z Kręgów raczej całkowicie. Przeszkadza mu, że tam w przerwie między "oficjalną częścią" rozmawiają ze sobą osoby znające się dłużej, on ma natomiast dużą trudność, by zagadać do nieznajomej osoby.
Po pierwsze nigdy bym go o takie trudności nie podejrzewała ; przecież to on pierwszy odezwał się do mnie, nowej na oddziale dziennym i wprowadził w życie grupy. Miał poczucie humoru i dowcip, nie wspominając o inteligencji. Po drugie - po co katować się presją, by coś mówić, by inicjować? Spokojnie! to przyjdzie naturalnie. Stachura pisał: "Dajcie czasowi czas", a życie wciąż mnie przekonuje, że miał rację.

Szkoda, bo to ważny dla mnie człowiek.

Zastał mnie już ten ciemny jesienny wieczór. Ruszam zaraz w miasto z Rikiem, który potrzebuje spaceru. Zajrzymy do jego mieszkania, nakarmimy kota. Po drodze odbiorę paczki z paczkomatu, o co prosiła mnie Rikowa pani. Podobno są nieduże, więc poradzę sobie z nimi nawet prowadząc psa na smyczy. Wezmę plecak, by mieć swobodniejsze ręce.

Dobrze mi zrobi świeże powietrze oraz ruch, bo po tym długim spaniu czuję lekkie pobolewanie głowy.


P.S. Ciekawostka i zaskoczenie: Idąc z psem poczułam, że jestem zadowolona z braku śniegu, wilgoci, śliskich chodników i przemakających butów. A przecież kocham śnieg!
Starszość, ani chybi! 😁

Sąsiedzkie poufałości

Kilka dni milczałam, skutkiem czego wiele drobiazgów i drobiażdżków ulotniło się, straciło świeżość. Dziś już nie te emocje, a suche relacjonowanie to nie moje klimaty. Były jednak te emocje, pamiętam je jeszcze - więc może odtworzę.

Pierwsze, co mi na myśl przychodzi, to spotkanie z sąsiadem. To pan koło sześćdziesiątki. Dawniej powiedziałabym: starszy facet, a dziś mam świadomość, że to raptem dekada więcej ode mnie. Ani się obejrzę i też tam będę - o ile dotrwam, oczywiście.Sąsiad jest jeszcze całkiem do rzeczy z wyglądu, ale nie interesuje mnie to zbytnio. Polubiłam go za uczynność i brak plotkarstwa oraz poczucie humoru. Ma żonę, nie ma dzieci, więc chętnie pomaga innym swoim krewnym, utrzymuje bliskie relacje z rodziną pochodzenia.

Otóż któregoś dnia szedł sobie ten sąsiad przez podwórko. Ucieszyło mnie to przypadkowe spotkanie w pochmurny i nieprzyjazny dzień. Przystanęliśmy, ucięliśmy pogawędkę i nagle sąsiad mnie przytulił. Jasne było dla mnie, że to dobroduszny żart, ale drugie przytulenie było już przydługie i przymocne. Rzuciłam lekko: "Oj, będą o nas plotkować" i spróbowałam się odsunąć. Sąsiad mocniej przygarnął mnie do siebie i ucałował... może nie w usta, ale niebezpiecznie blisko. To już naprawdę nie było miłe. Odskoczyłam, zawołałam: "bez przesady!" i usłyszałam, że się nie znam na żartach.
To już druga "akcja" tego pana. Kilka lat wcześniej pomagał mi odrdzewić i odmalować mój blaszany garaż, co sam zaproponował. W tymże garażu przycisnął mnie do siebie, a ręka podejrzanie manipulowała przy plecach mojej bluzki. Też wtedy odskoczyłam, pogroziłam żartobliwie palcem i nie powtarzało się to aż do tego tygodnia.

Niby drobiazg, niby nic. Wiele moich koleżanek przeszłoby nad tym do porządku dziennego. I ja nie zamierzam sprawy rozdmuchiwać, a jednak zastanawia mnie to zajście.
Myślę o tych wszystkich sytuacjach, gdy kobietom wmawia się właśnie to: brak poczucia humoru, dystans, wyniosłość i nieprzystępność. Umniejsza się kobiety, manipuluje się ich emocjami, aby łatwiej było ich kosztem dostarczać sobie przyjemności.

Nie. Stanowczo się na to nie zgadzam i jeśli dojdzie ponownie do takiej niechcianej poufałości, zagrożę sąsiadowi, że dowie się o tym jego żona. Nie mam ochoty udawać, że się nic nie stało.

sobota, 22 listopada 2025

Codziennostki sobotnie

Wyprawa do weterynarza na skróty, przez miejski park odbyła się w bajecznej scenerii. Zignorowałam fakt, że pod grubą warstwą świeżo spadłego śniegu powstaje już istna pośniegowa zupa i skoncentrowałam się na zimowych zachwytach. Śnieg zawsze nastraja mnie jakoś magicznie.
Pies dostał zastrzyk przeciwuczuleniowy oraz jakiś specyfik w aerozolu na swoje łysiny i rany, które wydrapał. Weterynarz prosił mnie o podniesienie psa i umieszczenie na stole do badań, ale oznajmiłam, że za cholerę tego nie zrobię, bo obawiam się nieprzewidziane reakcji zwierzaka, nie będąc z nim wystarczająco zżytą. Wyraził więc przypuszczenie, że do wanny w domu też pewnie psa nie włożę, by mu zaaplikować leczniczą kąpiel. Nie myli się. Nie dość, że trochę się boję, czy mnie Riko w stresie nie dziabnie, to jeszcze ma on jakiś uraz do łazienki, o czym wiem od jego pani, a zresztą sama ten lęk widzę, a i ja z obcym ciałem w brzuchu na dźwiganie sporego zwierzaka nie reflektuję. Zrobię jak najstaranniej to, o leży w granicachc moich możliwośi.
Po tym przymusowym, acz uroczym spacerze rozgrzewam się teraz w domu. Rozpalony piec kojąco huczy ogniem, pies chrapie obok mnie jak śpiący woźnica, a ja koję się chwilką blogowej twórczości.

Dziś mają mnie odwiedzi siostra i jej mąż. Od dawna już prosiłam szwagra o pomoc w naprawie rozlatującej się szafy na ubrania (w ramach rekompensaty, za pożyczkę pieniężną, której im już dobrą chwilę temu udzieliłam) i wreszcie szwagier ma czas się tym zająć. Opróżniłam mebel i przestrzeń wokół niego, więc teraz straszą mnie góry ubrań, czasopism i książek w salonie na podłodze. Przerażające, ile tego się gromadzi w mieszkaniu. Może nie jestem tzw. zakupoboliczką, ale z pewnością nie lada chomikiem, któremu to się przyda, do tamtego ma sentyment itp. No, cóż... przed nadchodzącymi świętami przydadzą się solidne porządki i selekcja rzeczy. W świetle moich nowych "neurologicznych" odkryć zadanie to nie wydaje mi się aż tak przytłaczające jak zazwyczaj. Zaczyna się od najdrobniejszego kroku, bez wielkich oczekiwań i daje to nadspodziewanie dobre wyniki. Na ogół jestem zaskoczona, jak wiele można zdziałać w krótkim czasie
Nasz umysł, jeśli się wyuczył, że zadania to stres, zagrożenie i nieprzyjemności, reaguje oporem. Trzeba tak od siebie wymagać, by go nie wystraszyć zadaniami. Tak więc, jak napisałam wczoraj: nie pracuję już zrywami, ale po przysłowiowej łyżeczce.

Dostałam wczoraj wiadomość od koleżanki z "mojej sekty" o planowanej imprezie sylwestrowej. Tak bardzo chciałabym wziąć w niej udział i tak boleśnie jestem świadoma, że tego rodzaju atrakcje są bardzo dla mnie trudne. Niedosłuch to poważna bariera, gdy dużo się dzieje, wszyscy rozmawiają jednocześnie, gra muzyka. Boję się swojego smutku i frustracji, więc nie wiem, czy się zdecyduję na udział. Chociaż, na miły Bóg, chciałabym.

piątek, 21 listopada 2025

Wieści z codzienności

Coś zelżało w moim przeciążonym układzie nerwowym. "Kliknęło" wreszcie i "zażarło" to wszystko, co czytałam, czego słuchałam i czego się uczyłam przez ostatnich kilka lat. Wiedza wiedzą, a pewne rzeczy przede wszystkim trzeba poczuć, by wiedzieć, że to jest to.

W ciele zapisuje się historia naszych emocji. Ciało spina się, gdy pamięta stres i gdy sytuacja z tym stresem mu się kojarzy. Nie odróżnia rzeczywistości od swojej traumy. Z zaskoczeniem odkryłam, ile tego we mnie mieszka i demaskuję to moje wieczne zmęczenie. A jak demaskuję - to i rozbrajam.
Techniki są proste: rozluźnianie, oddychanie i to, co w moim przypadku okazało się strzałem w dziesiątkę: łagodność dla siebie. Moje ciało wreszcie z wolna daje się przekonać, że nie musi oczekiwać ciosu, krzyku, poganiania. Uczy się poprzez małe kroczki, że działanie, obowiązki, praca to nie zagrożenie.

Zaufałam, choć nie bez obiekcji, że mogę sobie pozwoliić na mniejsze oczekiwania od siebie i owocuje to rozluźnieniem, zadowoleniem i paradoksalnie zwiększeniem zasobów energii. Stary schemat oczywiście domaga się głosu, ale udaje mi się już go przekraczać.

Dziś właśnie trochę gorzej: jakaś ospałość, jakieś zniechęcenie, ale nie dramatyzuję z tego powodu. Czuję pokusę, by ulec zmęczeniu, natychmiast się za to ukarać, ale rezygnuję z tego wyuczonego zachowania. Bez wyrzutów sumienia otuliłam się kocem, a za chwilę owszem, wstanę, by zrobić jedną, jedyną rzecz w domu i nie czepiać się siebie, że to za mało. Energii przybędzie, gdy zacznę działać, a jeśli nie - to może właśnie potrzebuję tego odpoczynku.

Z innych spraw: pies się rozchorował. Jest aleergikiem i z powodu świądu skóry podrapał się do łysin i krwi. Jutro zgodnie z wolą jego właścicielki, którą poinformowałam o problemmie, maszerujemy do weterynarza... że też muszę mieć wszędzie tak daleko!

Z niechęcią myślę o dodatkowej pracy, bo mój szwagier nareszcie ma czas, by mi naprawić uszkodzoną szafę na ubrania. Zostałam poproszona o opróżnienie jej z zawartości, więc zagracę sobie przestrzeń. Ale przecież warto znieść przejściową niewygodę.

Na grupie współpacjentów złożyłam życzenia urodzinowe koleżance i przypomniałam o projektach wspólnego spotkania. Nikt na razie nie odpisał, a z takim zapałem obiecywaliśmy sobie podtrzymywanie kontaktów. Godzę się z tym, bo coż mogę innego zrobić?

środa, 19 listopada 2025

Dobry dzień

 Dzieją się cuda, dzieje się magia 😉

Może się ze mnie śmiać, kto chce, ale zaskakująco pomocny ten GPT, choć nie zamierzam zastępować nim żywego człowieka i żywych emocji. Jednakże pomocny jest i basta, gromadząc w jednym miejscu mnóstwo skutecznych porad na rozmaite problemy.

Rozmawiałam z nim sobie na temat mojego dojmującego, niemal przewlekłego zmęczenia. Rady otrzymałam zaskakująco precyzyjne i rzetelne, bardzo konkretnie przedstawione, poparte przykładami, rozpisane na "czynniki pierwsze". Łopatologiczne wręcz i to mi się bardzo spodobało. Potrzebowałam dosłowności i łopatologii, a nie ogólników i nieobjaśnionych metafor czy skrótów myślowych.

Że mam za wiele od siebie nie wymagać, to słyszałam od dawna, ale jak to miało wyglądać w praktyce? Miałam tylko leżeć i pachnieć, a wszystkie obowiązki miały realizować się same? Otóż oczywiście nie, ale czat przekonał mnie odpowiedziami na moje szczegółowe dociekani, że nawet robiąc jedną rzecz dziennie mam szansę osiągnąć swoje porządkowo-domowe cele. Liczy się konsekwencja i lepsze te małe, systematyczne działania niż wielki zryw raz na długi czas.

Od Pati Garg, dowiedziałam się, jak wiele do powiedzenia ma nam nasze ciało, jak warto je obserwować i się nim opiekować. Jakoś w tym roku ten właśnie moduł kursu - o ciele szczególnie do mnie przemówił. GPT też potwierdza, że w ciele zapisują się traumy. A ja mam wreszcie odwagę przyznać się, że traumami los obdarował mnie hojnie i że nie miałam łatwego życia, chociaż wolałam się trzymać lepszych wspomnień i racjonalizować, że inni mają znacznie gorzej. Gdy to wreszcie przyznałam, zaczęły się zmiany, puszczają jakieś wewnętrzne lody.

Już po kilku dniach wdrażania tych pojedynczych, drobnych domowych zadań czuję, ze uwalnia się moja energia, że opuszcza mnie napięcie i stres, mam więcej siły, chociaż z rozsądku i troski o sobie, nie przesadzam z wymaganiami. Jednak zupełnie bez poczucia przymusu zrobiłam dziś kilka rzeczy, na których mi zależało.

Teraz w poczuciu satysfakcji i zadowolenia wyleguję się na kanapie. Za chwilę ostatni w ciągu dnia spacer z czworonogiem.

Dooobry dzień!

poniedziałek, 17 listopada 2025

Nic nowego

Plucha. Zmęczenie, senność. Poniedziałek i znowu w kierat.
Czuję poprawę samopoczucia i kondycji w porównaniu z tym, co działo się w maju, ale - jak mawia młodzież - szału nie ma. Nie dałam się dziś w pracy pokonać rozkojarzeniu i pokusie odwrócenia uwagi od swojego zajęcia, ale łatwo wcale nie było. Jest to walka ze sobą. Mam satysfakcję, że dziś walkę wygrałam, lecz teraz marzy mi się dolce far niente.
Obiecałam sobie przygotować na jutro przyzwoity obiad i wykonać choć ze dwie drobne prace w domu w ramach tych moich małych kroczków, które mają mnie wyprowadzić na prostą zwaną porządkiem. Na razie jednak, już po spacerze, wylegujemy się z piesiem na kanapie i czekamy, aż rozgrzeje się rozpalony piec.
Chęć na własnego psa już mi przechodzi, czego się spodziewałam. Opieka nad nim zabiera czas, który mogłabym wykorzystać na własne sprawy, zajęcia, relaks. Jego osobista pani zajmuje się nim z wielką miłością, ale to jest jej pasja. Ja chętnie wolny czas wykorzystam na basen, spacery z kijkami i bez, na czytanie. No i - co tu dużo mówić - fajnie jest wstać rano z psiakiem, ale jeszcze fajniej - wiedzieć, że się nie musi, a może t zrobić. Zbyt często miewam dni z niską energią.

niedziela, 16 listopada 2025

Nieco bezładnie

Zauważyłam, że gdy za długo wyleguję się na kanapie, moje ciało wcale nie jest szczęśliwe. Ziębną stopy, choć pod przykryciem, boli tyłek... Potrzeba mi ruchu! Czas "statyczny" spędzam głównie w półleżącej pozycji, bo na małym metrażu mało mam mebli, więc kanapa jest miejscem najwygodniejszym, oprócz niej pozostają krzesła przy stole w kuchni lub przy biurku syna.
Jakaś spowolniona się tym leżeniem poczułam, senna i wyraźnie spada mi energia. Chyba, o zgrozo, prześpię się pół godzinki.

Rano na spacerze z psem doszło do sceny banalnej, ale dającej mi obserwację, jak zmieniłam się w ostatnich latach życia.
Pies załatwił się w cudzy ogródek przed ogrodzeniem posesji, co oczywiście posprzątałam. Ale przy sprzątaniu zauważyła mnie kobieta, najwyraźniej właścicielka ogródka i chyba miała ochotę zrobić mi awanturę. Pogratulowałam sama sobie opanowania, bo nie dałam się wciągnąć w dyskusję, pokazałam babce woreczek z odchodami i odeszłam nie reagując na dalsze wykrzykiwania kobiety. Pozwoliłam sobie jedynie na złośliwe (mea culpa!): "Chodźmy, Riko, bo pani chyba się nudzi i ma ochotę się pokłócić".
Rika na ogół pilnuję, by nie fajdał w rośliny ozdobne, ale moment nieuwagi może się zdarzyć każdemu, a sprzątam po nim bez szemrania, bo i ja przecież kocham latem cieszyć się świeżą czystą trawą, po której można by chodzić boso. czy rozłożyć na niej koc.

Wczoraj przyjechał synuś. Spędzilśmy zwyczajny, spokojny i dlatego przepiękny czas w kuchni. Ja gotowałam obiad, młody rozwiązywał zadania matematyczne, angażując mnie od czasu do czasu w tę aktywność. Muszę przyznać, że macierze matematyczne to przyjemne zagadnienie nawet dla mnie, matematycznego tumana. Dyskutowaliśmy o stu tysiącach spraw i czułam dumę, że syn ma własne przemyślenia na wiele spraw, ciekawe spostrzeżenia, że mam partnera do rozmowy. Jest autentycznie zmotywowany do tych swoich studiów pomimo pojawiających się trudności. Nie wywieram presji, że ma za wszelką cenę się na nich utrzymać, choć oczywiście zachęcam do pracy. Ale niech wie że nawet jeśli poniesie porażkę, to nie tragedia i można inną drogą dojść do swego celu.

Dziś już jestem sama, bo syn woli uczyć się na swojej stancji, a nauki ma sporo. Jak napisałam, spowolniło mnie bierne spędzanie czasu, więc pozwolę sobie malowniczo spocząć pod kocykiem i zamknąć na pół godziny błękitne me oczęta 😊

środa, 12 listopada 2025

Werwo, wróć!

Rok temu tak intensywnie tego nie odczuwałam: przy złej pogodzie bolą mnie nogi i dłuższe chodzenie męczy mnie. To zniechęca do aktywności i sprawia że mam chęć wylegiwać się całymi popołudniami. Na szczęście gdy wyszłam z psem na ostatnią szybką przechadzkę, ujrzałam w górze cudnie gwiaździste niebo. Chmury się rozpierzchły i może jutro poczuję się lepiej.

Dziś się właśnie nalaziłam, bo przypomniało mi się, ze przecież w drugie środy miesiąca odbywają się spotkania w tzw. Klubie Pacjenta. Są to byil pacjenci oddziału dziennego psychiatrycznego. Zamierzam regularnie uczestniczyć w ich spotkaniach i wspierać się psychicznie.
Dziś niestety, okazało się, że spotkanie z jakichś tam przyczyn odwołano i następne dopiero za miesiąc. Aby nie marnować urlopu wziętego na pół dnia, postanowiłam pozałatwiać zaległe sprawy w mieście. Poszłam na odległy nieco rynek do urzędu miejskiego, gdzie zapłaciłam zaległy podatek za mieszkanie, a po drodze odebrałam przekaz pieniężny od koleżanki mieszkającej w Nowym Jorku. Dorzuciła i ona swoją kwotę do moich nowych aparatów słuchowych!

Nie takie dystanse pokonywałam pieszo w nie tak dawnych latach, a dziś... Szkoda gadać. Znowu czuję łydki i tylne części ud aż po sam tyłek.

Jakoś tak samotniej przez to i smutniej, bo w bólu nie chce się wychodzić z domu ani do ludzi. Wciąż jeszcze łudzę się nadzieją, że to organizm nie zregenerował się po trudnych przejściach i trzeba mu na to czasu. Złudzenia jednak są połowiczne. Liczę się z tym, że już taka "na zwolnionych obrotach" pozostanę i trzeba się uczyć z tym żyć. Niewesoła to akceptacja. Lubiłam być przecież pełna werwy i pomysłów.

wtorek, 11 listopada 2025

Dziś

Kot, hultaj nad hultaje, strącił mi z szafy doniczkę z okazałym grudniakiem. I znowu czeka mnie sprzątanie.
Pies zmienia futro na zimę i wszędzie zbieram białe kłaki.
Mimo wszystko dom ze zwierzakami nabiera życia i ciepła. Tak samo jak z dziećmi, które przecież też psocą i bałaganią. Wolę to prawdziwe życie niż wymuskaną przestrzeń na pokaz. Aczkolwiek dążę maleńkimi kroczkami do spełnienia marzeń o przestrzeni, gdzie jest ład, spokój i estetyka.

No, właśnie... (jak zwykle zaczynam pisać o niebie, a kończę - o chlebie 😉 ) - wreszcie chyba naprawdę docierają do mnie rady z czytanych tekstów, oraz od spotykanych ludzi, w tym również psychoterapeutów...

Długo nie mogłam pojąć, w czym rzecz, nie umiałam odnaleźć złotego środka między biczowaniem się nakazami i zakazami a zupełnym brakiem samodyscypliny. Efektem było wieczne wyczerpanie i niezadowolenie z siebie.

Dopiero dziś zaczynam wierzyć w magię małych kroczków, odkrywam ich zaskakującą skuteczność. Zatem jeśli sobie pozwalam na odpoczynek, robię to bez wyrzutów sumienia, lecz nie folguję sobie bez umiaru. Takie podejście wymaga cierpliwości, bo rezultaty chciałoby się mieć spektakularne i szybkie. A jednak są zauważalne nawet teraz. A jaki przy tym spokój, że nie muszę czuć się wyczerpana i przymuszana, że nie muszę się przytłaczać tym, co jeszcze na mnie czeka. To ostatnie wymaga pewnego samozaparcia, przezwyciężenia starych nawyków, ale opłaca się stokrotnie.

A co do pieska, mocno chodzi mi po głowie własny. Chciałabym, aby to był piesek niewielki, którego można wziąć na kolana czy do koszyka i móc wybrać się z nim wszędzie. Taki piesek nie potrzebowałby wiele jedzenia, nie byłby zbyt kosztowny w utrzymaniu. Wzięłabym go ze schroniska, gdyż popieram postulat Doroty Sumińskiej, by nie kupować zwierząt, skoro tyle z nich oczekuje opiekuna bez konieczności zapłaty.
Obawiam się tylko jednego; co z pieskiem, gdy wyjadę do sanatorium lub szpitala? Zdarza się to przecież regularnie.

Mimo to kusząca jest myśl o domu pełnym szczekania, miauczenia i sierściuchów :) Fajnie jest teraz, gdy syn się wyprowadził, przekomarzać się z moimi "ogoniastymi".

Koleżeńsko i spontanicznie.

 Lubię spontaniczność. Nudne takie życie, gdzie wszystko zaplanowane i zorganizowane.

W niedzielę wzięłam pieska na dłuższy spacer, by odwiedzić jego stały dom w odległym końcu miasta. Co drugi dzień wpadam tam doglądać kota, a raz na jakieś dwa tygodnie podlewam rośliny w doniczkach. Był już wieczór, gdy tam dotarłam, po czym nagle zadzwonił mój telefon:

- Marta, co porabiasz? jak się masz? - Mateusz.
- Mam się znakomicie jestem z psem na [ulicy]...
- A może byś wpadła do mnie? Pogadamy trochę, a potem podjedziemy do D.

Mateusz na stałe mieszka daleko, więc gdy przyjeżdża w rodzinne strony, nigdy nie gardzę spotkaniem. W dodatku "dom psa" jest od niego niedaleko. Złożyliśmy więc wizytę razem ze zwierzakiem.
Mateusz wynajmuje w kamienicy cztery mieszkania, a w największym z nich pomieszkuje, gdy przyjeżdża, bo niewielu jest na wynajem chętnych. Jest to mieszkanie dwupoziomowe, ciekawie i z pomysłem urządzone. Bardzo mi się podoba i żartuję, że odkupiłabym je, gdyby było mnie na to stać. Siedzieliśmy na wyższym piętrze przy kominku, racząc się winem, pierniczkami i gawędząc na różne tematy. Zaproponowałam zgaszenie elektrycznego światła, by zachwycać się naturalnym ogniem w kominku, ale speszyłam się, gdy zapadł mrok. Jakoś tak... zbyt intymnie się poczułam, a przecież Mateusz to świetny kumpel i nic poza tym. On chyba też wyczuł niezręczność, więc ze śmiechem włączyliśmy światło z powrotem 😀

Po winku i z psem raczej trudno było jechać samochodem, więc wybraliśmy się pieszo do D. A u D. pogawędka, relacje z długiego czasu niewidzenia się i wspólne oglądanie zachwalanego kiedyś przez kogoś filmu z serii "Rok 1970". Mnie jakoś do gustu nie przypadł już dawniej, gdy próbowałam się z nim zapoznać. Nie przemówił do mnie ani styl, ani tematyka. Zresztą w gwarze rozmów, niewiele z tym moim niedosłuchem rozumiałam i niech nie wydaje się laikom, że aparat słuchowy rozwiązuje problem.

Wróciłam do domu pełna zadowolenia i odprężenia, a notkę napisałam by utrwalić to zadowolenie i ten nastrój.

poniedziałek, 10 listopada 2025

Troszeczkę trosk i radości

 Czasu wolnego dużo, więc mogę się sobie do woli "narcystycznie" przyglądać. Przyglądam się, by zrozumieć, rozpoznać i w efekcie poradzić sobie z tym, co mi sprawia kłopot.

Bolą mnie stopy, łydki, czuję napięcie ciała i zmęczenie. A pogoda oczywiście się zmienia. Ewidentnie zauważam tę korelację. Świadomość tego trochę ułatwia zdystansowanie się do nieprzyjemnych doznań, ale niestety, nie usuwa ich. Ale dobra i świadomość, że to nie moja wina i niczego sobie nie wymyśliłam, by mieć wymówkę od różnych powinności. Przełamuję niemoce małymi kroczkami. GPT, moja ostatnia fascynacja (nie bezkrytyczna), podpowiedział mi, że nawet jeden mały, lecz systematyczny krok sprawia różnicę w funkcjonowaniu i tegoż funkcjonowania efektach. Mam się według niego nie przytłaczać działaniem i nie traktować siebie zbyt surowo. Ale jednak coś od siebie egzekwować.

Uznałam poradę za sensowną i wdrażam :) Na razie odpoczywam przy akompamiamencie uruchomionej pralki. Za chwilę uprzątnę pobieżnie rozgardiasz na podłodze, bo mnie drażni, a potem z czystym sumieniem oddam się przyjemnościom. Moja najlepsza przyjaciółka polecała mi stary, ale podobno ciekawy film w internecie: "Babie lato" produkcji czeskiej czy może nawet czechosłowackiej (nie doprecyzowała).


...Ale zaraz! Czy chwaliłam się sobotnim wypadem do sąsiedniego miasteczka na wystawę żywych motyli? Zaprosiłam koleżankę na wspólną wyprawę.
Uznałam, że to świetna okazja uczczenia spłaty ostatniej raty kredytu spłacanego przez ostatnich siedem lat ; jestem już pełnoprawną właścicielką mieszkania! Tę radosną chwilę musiałam zaakcentować.

Wystawa mnie, szczerze mówiąc, nie porwała. Ciasna prowizoryczna woliera bez żadnych dekoracji, a zamiast żwawo polatujących egzotycznie barwnych owadów, ospałe stworzenia na ścianach, podłodze i wyłożonych na stolikach kawałkach pomarańczy. Motyle ładne, ale jakoś mało urozmaicone. Miło jednak było wyrwać się choć na krótko z rutyny dnia powszedniego.
Zwiedzanie wystawy trwało niedługo, a potem wybrałyśmy się do kawiarni, po czym jeszcze do innej restauracji. Pogawędziłyśmy, odprężyłyśmy się - i gites, jak mawiał pewien mój znajomy.

czwartek, 6 listopada 2025

Czikatiło

Wena niezbyt mi dzisiaj dopisuję, ale jestem poruszona przeczytaną właśnie książką i chcę utrwalić wrażenia.

Pracuję w bibliotece, w dziale opracowania książek. W związku z tym przechodzi ich przez moje ręce mnóstwo i ten aspekt mojej pracy niezmiernie kocham.

Jeden z ostatnich zakupów zawierał biografię jednego z największych zbrodniarzy i morderców dwudziestego wieku - Andrieja Czikatiły zwanego Rzeźnikiem z Rostowa. Istny potwór, którego makabrycznych dokonań nawet nie mam ochoty streszczać na niniejszym blogu. Kto ciekawy, niech poczyta. Mnie, przyznaję, lektura wciągnęła, choć zadawałam sobie pytanie, czy to normalne bez mrugnięcia okiem czytać takie treści i najspokojniej potem zasypiać nocą. Ale akurat w tym wypadku jakoś moja psychika potrafi się odciąć.

Co mnie uderza w życiorysach zbrodniarzy? Jacy to w gruncie rzeczy mali, zakompleksieni, godni pożałowania ludzie! Jak bardzo niebezpieczne jest banalne - zdawałoby się - poczucie braku własnej wartości. Jak to się na pozór banalnie i niepozornie zaczyna gdzieś w szkolnej ławie, dziecięcym pokoju, na jakimś podwórku. Do jakich rozmiarów niekiedy urasta!

...I powiem zupełnie serio, jeżeli czyta mnie ktoś młody i niedoświadczony: nigdy nikomu nieznajomemu nie pozwalajcie się odprowadzać, nie chodźcie w odludne miejca. Nigdy!

Przypomina mi się z młodości: przebiegłam kiedyś przez tory, wracając do domu na skróty. Na dworcowym peronie siedział mężczyzna i coś do mnie zagadał, ja wesoło odpowiedziałam. Wywiązała się interesująca pogawędka. Powiedziałam panu, że właśnie wracam krótszą drogą do domu, a ten mi zaproponował, ze mnie odprowadzi. Odmówiłam, a że się dobrze rozmawiało, posiedziałam z nim na tej ławce, póki nie nadjechał jego pociąg. Potem poszłam do siebie, rezygnując jednak ze skrótu, bo zapadał mrok.

Bardzo możliwe, że był to człowiek nieszkodliwy, ale po tej lekturze aż mnie ciarki przechodzą, co mogłoby się wydarzyć, gdybym miała pecha.


Uczę się.

Pracuję już prawie dwa tygodnie i różnie jest. Wątek zmiennego samopoczucia jest wciąż aktualny i nie łudzę się, że na aktualności straci. Co się stało z moim organizmem, to się nie odstanie. Pozostaje dogadać się jakoś ze swoimi dysfunkcjami.

Uczę się po latach wypierania i zaprzeczania: tak, jestem chora i to "niewąsko". Tak, jestem niepełnosprawna. Tak, czasami jest do d...y!
Uczę się: mieć prawo do "lenistwa", odpuszczania, narażania się na złą opinię innych osób oraz (zwłaszcza!!!) mojego wewnętrznego krytyka -  i mienia tego w nosie.

Nareszcie się uczę. Nareszcie wierzę sobie, a nie innym, "wiedzącym lepiej".

Uczę się też, że nie muszę bezwolnie się poddawać, że mogę poszukać strategii (jak wspomniałam w ostatnim wpisie), mieć plan działania i jednak realizować swoje postanowienia. Że można nie poddawać się całkowicie słabościom i nie rezygnować z siebie. Że - jak mawiają Rosjanie - tisze idiosz, dalsze budiesz, więc nawet najmniejszy krok do przodu ma wartość i znaczenie. Nie należy z niego rezygnować tylko dlatego, że mały.

Tę doniosłą wiedzę zdobywam teraz, na rok przed pięćdziesiątymi urodzinami.
Dobrze mi z nią.

środa, 29 października 2025

Strategia

Nic nowego.
Nie mam sił na opisywanie codziennych smutków i radości.

Znowu kiepski dzień i zmęczenie. Myślę, że zbytnio wczoraj wyeksploatowałam swoje siły długim, przymusowym spacerem z psem. Oprócz psa doglądam też koga, który został u siebie w domu (oraz koło domu). Kawał drogi to ode mnie. W drodze powrotnej, już na moim podwórku spotkałam sąsiadów, którzy zaproponowali mi podwiezienie na koncert zespołu, w którym występuje moja koleżanka. Koncert jak koncert, żadna rewelacja, między nami mówiąc, ale miło było pokibicować znajomym (sąsiad też występował).

Dziś w pracy było mi wyraźnie trudniej niż w pierwsze dwa dni tygodnia - pierwsze dni po prawie półrocznej chorobowej przerwie. Starałam się wywiązać z obowiązków, ale koncentracja i tempo zostawiały sporo do życzenia. Toteż dzisiejsze popołudnie przeznaczam na całkowity wypoczynek. Doczekam tyko pory ostatniego wyprowadzania psa i daję nura do łóżka. Niech się pal, niech się wali!

Jutro będzie lepiej, ale widzę że swoimi siłami zarządzać muszę niczym strateg.

środa, 22 października 2025

Przyjemnie i zdrowo

Chyba nie bardzo chce mi się pisać, ale wczorajszy i dzisiejszy dzień dały mi tyle radości, że aż chcę to utrwalić
Wczoraj moja licealna koleżanka z klasy dała znać, że jest naszym mieście. Raz na dwa - trzy lata przylatuje z w odwiedziny do najbliższych z Chicago, gdzie przebywa ze swoim mężem już wiele, wiele lat.
Jak zwykle towarzyszyła jej młodsza od nas o 15 lat jej siostra. Czas we trójkę upłynął pełen ciepła, bliskości, szczerości. Zbliżyło nas wspólne doświadczenie: względnie niedawna śmierć naszych matek. Dzieliłyśmy się wspomnieniami i emocjami. Koleżanka wsparła moją zbiórkę pieniędzy na aparaty słuchowe.

Nie ma sensu się krygować, skoro jasno oglosiłam, że zbieram, ale aż korci mnie ten odruch, by wykrzyknąć: "No, coś ty! Nie trzeba aż tyle!". Podziękowałam gorąco.

Dziś zgadało się z D., że może by tak pospacerować po parku, więc pomysł wprowadziłyśmy w czyn. Jesienna, melancholijna pogoda miała swój urok, park wyścielony był brązowo - rdzawo - żółtym dywanem opadłych liści, z którymi wspaniale współgrało umaszczenie Rika, bo i pies nam towarzyszył. Obie byłyśmy zachwycone, ja bardzo korzystnie wplynęła ta przechadzka na nasz nastrój. Zauważyłyśmy też, że zanika dzisiaj zwyczaj beztroskiego spacerowania dla samego spacerowania. Trzeba częściej tak się przechadzać, bo to czysta przyjemność i samo zdrowie.

wtorek, 21 października 2025

Klasyka!

No i "klasyka romansu" (dla wzmocnienia ironii proponuję czytać: "romansu" tak, jak to wymawiają Francuzi). Korzystam z okazji, by się wredocie przyjrzeć celem lepszego zrozumienia siebie.

Pogoda się zmienia, błękitne niebo zaszło chmurami i pewnie będzie deszcz. I - psiakrew! - wszystko mnie boli, choć ten ból jest dziwny (znamy się z nim jak łyse konie, więc mnie akurat nie dziwi). To jest taki uogólniony ból - nieból. Tępy i rozlany dyskomfort w całym ciele. Niektórzy autoimmunologiczni wiedzą, o czym mówię, podobnie bywa też przed grypą. Trudno to uchwycić, sprecyzować, stąd wrażenie, że przecież "nic" nam nie jest, więc o co chodzi?

Da się z tym funkcjonować, ale dalekie jest to od komfortu. Ciało woła o wypoczynek i nicnierobienie, poleżenie w ciepełku. A tu trzeba jeszcze pochodzić dłużej z psem i wyjść do miasta w kilku sprawach. I Mateusz dzwonił z prośbą o przysługę, ale się wybronilam. W domu ciągle mam coś nie tak, jakbym sobie życzyła, bo gdy dzień lepszy, to i więcej ochoty, by zająć się czymś innym niż domowe nudziarstwa.

Tak w skrócie wygląd lwia część życia Marty z "Grubego Zeszytu".

Kąwenanse

 Celowo popełniłam powyższy błąd ortograficzny, by wyrazić swój stosunek do wyżej wymienionych.

Konwenansów - wielu - głupi nie wymyślił, mają ułatwiać życie i regulować nasze wzajemne stosunki. Bardzo funkcjonalnie jest nie musieć wiele dumać, jak się zachować, gdy istnieją oczywiste zasady. Gorzej, gdy zaczynają nas krępować niczym gorset dziewiętnastowieczne damy. O, biedne kobiety! Ani poskoczyć, ani za piłką pobiec w tej długaśnej sukni! Stateczność i dystynkcja - dobrze brzmi... ale chyba tylko brzmi.

Jakoś tak mi się ten temat narzucił, bo przedwczoraj odważyłam się "narzucić" mojemu koledze. Oczywiście dumałam nad tym długo, spokoju mi jednak nie dawało ostatnie zajście w "sekcie". Jakoś mnie prześladował wstyd - że właśnie narzuciłam się ze swoim namawianiem na spotkanie. Nie jest to oczywiście prawda, niczego na siłę nie forsowałam, jednak moja ochoczość w zderzeniu z jego niemocą bardzo mnie speszyły. Skrobnęłam mu lakoniczną wiadomość, on jeszcze bardziej lakonicznie odpisał i chyba poczułam znane skądinąd odrzucenie, Poczułam nieracjonalnie, ale jednak...

Chodziłam z tym i chodziłam, aż nie wytrzymałam i zredagowałam jeszcze jedną wiadomość: że mi głupio z poczuciem, jakbym była winna, że w takim marnym stanie może jeszcze pogorszyłam mu nastrój i niepotrzebnie zachęcałam do tego grupowego spotkania. Znając go już trochę, mam obawy, że się obwinia, więc niech wie, że jest o.k. Zwierzyłam się jeszcze oszczędnie, że mnie, tak jak i jemu brakuje czasami towarzystwa, więc go szukam, a to nie zawsze łatwe.

Przyszła mi odpowiedź: kolega jest w marnym stanie psychicznym, fizycznie też nie najlepiej, bo wlecze się za nim jakaś infekcja. Nie ma zbytnio siły nawet pisać i bym się na niego nie gniewała za brak kontaktu.

Wyraziłam zrozumienie, akceptację i nadzieję, że może kiedyś, w lepszych czasach...

Niby nic, a poczułam się po tej wymianie zdań lepiej. Potrzebuję domykać różne sprawy i emocje, by poczuć spokój. Inaczej dręczę się w nieskończoność i znacznie wolniej dochodzę do siebie po wszystkim, co mnie porusza.

Uczciwość wiele ułatwia - wobec siebie i wobec innych. Po co się dręczyć, supłać, komplikować? Trzeba przełamać czasem nieśmiałość i sztywne "wypada - nie wypada". Kompasem jest własne samopoczucie, a kluczem do niego uważność. Gdybym się wstrzymała ze względu na jakiś wydumany savoir-vivre, chodziłabym jeszcze kilka dni sfrustrowana niemiłym zdarzeniem, a nasz sympatyczny i serdeczny kontakt może wygasłby z powodu niedomówień (choć i tak nie wiem, czy przetrwa, ale furtka jest otwarta).

Poruszyło mnie to doświadczenie - bo mnie, głupią, wszystko porusza 😉 Miałam już kilka doświadczeń, gdy postąpiłam tak, jak czułam. Czasami wiedzieli o tym znajomi i stukali się w głowę. Mimo wahań w końcu postępowałam po swojemu - i nigdy tego nie żałowałam.

Naprawdę! Nigdy, co aż mnie w tym monecie zastanowienia olśniło. Nigdy nie żałowałam decyzji podjętych z głębi siebie.

Wow! Eureka!

***

Zniósł mnie nieco prąd narracji - nie szkodzi. Wrócę jednak do "kąwenansów".

Konwenanse przyjmowane bezrefleksyjnie tracą swoją funkcjonalność i sens. Zmieniają się w ciasny gorset wstydu. Ile szans na spotkanie z drugim człowiekiem, nie tylko na gruncie romantycznym, zaprzepaszczono przez te bzdury, że nie wypada, że godność, że klasa... Klasą jest dla mnie uczciwość i niepchanie się tam, gdzie mnie ewidentnie nie chcą. Ale czasami tylko nam się zdaje, że nas nie chcą. Klasą jest nie bać się stracić swojej dystynkcji, pobrudzić rąk, rozerwać suknię i być ponad to, jeśli się wie: to jest moja prawda.

Szłam kiedyś przez miasto z koleżanką i gdzieś w mijanym ogródku kawiarni mignął mi oddziałowy lekarz - sympatyczny młody człowiek. Spontanicznie zawołałam: "O, nasz pan doktor! Podejdę, powiem mu dzień dobry!". Koleżanka zmitygowała mnie: "Daj spokój, Marta, przecież jesteś kobietą".

Czy kobiecość to wyniosłość? Udawanie? Doktor jest fajny, a ogródek po drodze, więc w czym, doprawdy, problem?
Jeszcze jeden głupi kąwenans.

Ja chcę być żywą kobietą, a nie jakaś sztuczną lalką.


P.S. Mój stosunek do kąwenansów dobrze ilustruje przytoczona w jakimś tekście sytuacja: jadą zatłoczonym autobusem kobieta i mężczyzna, wyraźnie para. Ona stoi, on siedzi, co ze zgorszeniem komentuje jakaś paniusia obok. Na to kobieta: "To mąż ma kłopoty z kręgosłupem, nie ja".

Czasami lepiej konwenanse wsadzić sobie tam... gdzie kończy się kręgosłup!

poniedziałek, 20 października 2025

Riko

Mam pod opieką psa. Od kilku już tygodni.

Koleżanka nie ma w Polsce pracy, więc zdecydowała się na kilkumiesięczny wyjazd za granicę. Ciężko haruje na plantacji jakichś kwiatów w Holandii i ma nadzieję wytrwać do świąt Bożego Narodzenia. Zaproponowała mi, bym w tym czasie zajęła się jej pupilem za niebagatelną dla mnie kwotę.

Robota - sama frajda! Zakochałam się w Riku. Zresztą już wcześniej był wspólnym ulubieńcem naszej koleżeńskiej paczki.

Owszem, trzeba wcześniej wstać, by wyprowadzić psiaka za tzw. potrzebą. Nie jest to jednak dla mnie wyrzeczeniem. Mieszkam w takich warunkach, że mogę narzucić kurtkę  na piżamę i przejść się wkoło po podwórku, nie potrzebuję specjalnych przygotowań do wyjścia. Rytm snu ostatnio w ogóle jakoś mi się samoczynnie zmienił i na ogół nie mam problemu z poranną pobudką. A jeśli czasami nie chce się wyjść z ciepłego łóżeczka - już wiem, że po kilku minutach spaceru nie pożałuję tego! Dziś tak pięknie skrzył się szron na trawie i słały się na sąsiedniej posesji welony mgły.

Włóczyć się kocham, kochałam zawsze, więc Riko mi zapewnia mi doping.

Podobno wolę koty, a jednak ta psia ekspresja w okazywaniu emocji jest zupełnie nie do podrobienia. Tak szczera, tak czytelna.

Mogłabym więcej o tym pisać, rozwodzić się, ale niech opowie za mnie poeta:

Rozmawiam z moim psem
Choć do północy
Jeszcze parę godzin zostało
Z okien płyną kolędy
I całe miasto na biało

A tobie można o wszystkim powiedzieć
Tyle w tobie niemej psiej dyskrecji
Nawet gdy uznasz że głupio mówię
I tak młynka wnet ogonem kręcisz

Rozmawiam z moim psem
Choć do północy jeszcze
Minut trochę zostało
Z okien płyną kolędy
I cała ziemia na biało

A ty w oczy patrzysz i łeb przekrzywiasz
Jakbyś chciał zrozumieć mnie lepiej
I w ogień skoczyłbyś za mną
Choć jestem tylko człowiekiem

Rozmawiam z moim psem
Północ właśnie wybiła
Więc czemu mówisz tak mało
Przecież to dzisiaj Wigilia
I cały świat już na biało

I tak rozumiem cię – mój przyjacielu
Szczekasz czasem na to życie pieskie
Lecz dobrze że nam udało się spotkać
Na życia naszej wspólnej ścieżce[2]

                                                /Adam Ziemianin/

I palma mi - na miły Bóg! - odbija, by sprawić sobie pieska na stałe.

sobota, 18 października 2025

"Pestka"

Jak się nie zapisze postu "na gorąco", to potem trudno już go zredagować tak spontanicznie i z takim zaangażowaniem. Spać mi się już chce, a nie pisać o "Pestce".

Przyznaję się bez bicia: nie czytałam książki Anki Kowalskiej. Gdy kiedyś podjęłam tę próbę, znużyła mnie ospała, nudna po prostu narracja. Trudno jednak było nie usłyszeć nigdy o tej książce i o jej niegdysiejszej popularności. Popularnością cieszył się tak że film na podstawie powieści, zrealizowany przez Krystynę Jandę. Wreszcie go dzisiaj obejrzałam.

Film udany, przyznać trzeba. Reżyserka zebrała samą śmietankę aktorską, więc "się oglądało". Co jednak ludzie widzą w tak banalnej, w gruncie rzeczy, historii? Ja nie dostrzegłam w niej nadzwyczajnej głębi ani oryginalności.

Ot, zakochała się kobita w średnim wieku w żonatym facecie. Sama zaczęła, sama kokietowała, sama uwiodła, a że miała mnóstwo wdzięku, nie poszło jej to trudno. On, taki podobno wierzący, niespecjalnie długo się wzbraniał.

Strasznie przewidywalne - romans kwitnie w najlepsze za plecami żony, aż w końcu prawda wychodzi na jaw, oni oboje nagle odkrywają Amerykę, że zabrnęli za daleko, że postąpili nieetycznie. Na koniec ona rzuca się pod jakiś tramwaj czy pociąg.

Nie, ja chyba nie jestem romantyczna!

Nigdy nie zrozumiem, jak można ŚWIADOMIE wchodzić w taką sytuację, gdzie jasne jest, że się kogoś krzywdzi i tak głęboko rani.  Ani jej nie rozumiem, ani jego. Może inaczej patrzyłabym na tę historię, gdyby dało się uwieść młode, naiwne, spragnione uczucia dziewczę. Ale dorośli, świadomi ludzie? Oboje wiedzieli, co robią.

Nie, nie zachwyciłam się "Pestką" ani trochę, choć obejrzałam nie bez przyjemności z samego oglądania.

czwartek, 16 października 2025

Życie w koncentracie

Nie chce się ode mnie odczepić jesienna melancholia.

Refleksji o ludziach z oddziału mam ciąg dalszy, bo sfrustrowana samotnością napisałam wczoraj do miłej, ciepłej, choć bardzo skromnej koleżanki, która jeszcze tam przebywa. Zapytałam o X., której nie widziałam odwiedzając jakiś czas temu oddział (potrzebowałam dokumentu od lekarza). Odpowiedź mnie zaskoczyła: "X. była agresywna, więc trafiła na oddział dzienny".

Ta serdeczna dla mnie, lubiąca robótki ręczne X.? Owszem, mały zgrzycik między nami nastąpił na samym początku, ale otwartość pozwoliła na wyjaśnienie sobie nieporozumienia i wszystko było między nami w porządku.

Bardzo skomplikowane są te oddziałowe relacje. Myślę, że wszędzie, również w tzw. życiu, a nie tylko w tym jakże specyficznym miejscu. Zderzamy się z tym, co nieprzekraczalne, osobne, indywidualne. Konfrontujemy swoje wrażenia i wyobrażenia z rzeczywistością, która nijak nie chce się nagiąć do naszych pragnień.

Sam ze swoimi zmaganiami jest ten mój ostatnio "wałkowany" kolega, sama jest X... i sama jestem ja z moimi intencjami i pragnieniami. Stara egzystencjalna prawda o samotności człowieka mocno tu wybrzmiewa.

Czy nie mówiłam, że oddział to jak laboratorium i życie... w koncentracie?

Wieczorny dopisek z nowinkami

Dziś dużo piszę, bo i czas na to, i chęć.

Był J. Przyjechał świetnym rowerem z napędem elektrycznym. Kupię sobie taki sam, gdy już wreszcie będę bogata 😉

Zachował się nienagannie, a o rozpadzie swojego małżeństwa mówił szczerze, ale z klasą. Wysłuchałam z zainteresowaniem jego perspektywą. Nic wprawdzie nowego ta perspektywa mi nie wniosła, bo wiedziałam swoje i niestety nie popierałam wersji wydarzeń jego żony. Była żona J. widzi sprawę w krzywym zwierciadle i mocno niesprawiedliwie.  Nie sposób zmienić jej przekonań, święcie w nie wierzy, choć niektóre naprawdę są absurdalne.

Wręczył ni niemałą kwotę na moją zbiórkę, za co jestem szczerze wdzięczna.

Poprzysięgłam sobie, że będę spłacać ten dług wdzięczności wobec życzliwych, nie żałując wsparcia innym osobom. Choćby miała "dorzucać" tylko po dziesięć złotych, ślubuję sobie regularnie pomagać innym, bo sama tyle doznałam hojności i życzliwości!

Mam poczucie, że temu spotkaniu dziś towarzyszył szacunek i doceniam to.

Duch z przeszłości

Kwitnę w łóżku, obijam się, więc jeszcze jedną rzecz opowiem. Na świeżo.
Pamiętacie? Pisałam kiedyś o byłym mężu koleżanki, który po otrzymaniu od niej kosza, przypuścił szturm do mnie i okazał się facetem bardzo małej klasy.

Historia jest złożona, bo oprócz małej klasy, miewał też lepsze cechy, przejawy człowieczeństwa, a nawet rozsądku, więc uważam, że został przez byłą żonę potraktowany niesprawiedliwie. Ich małżeństwo skończyło się rozwodem z jej inicjatywy,  lecz mniejsza już o to

Otóż kwitnę ci ja w łóżeczku, aż tu nagle odzywa się żydowska skoczna melodyjka mojego telefonu. Sprawdzam... On! A cóż to go naszło, żeby do mnie dzwonić?

A On, że tak go tutaj nazwę, pyta mnie, kiedy dzisiaj będę w domu, bo nie daje sobie radę z moją internetową zrzutką, więc chce mi pieniądze wręczyć osobiście (kilka dni wcześniej odezwał się po raz pierwszy z pytaniem, jak tę Zrzutkę się obsługuje).

Jestem w szoku! To szczera życzliwość czy tzw. podchody? Mocno podejrzewam to drugie, choć podejrzliwa z natury nie jestem. Może chce się wygadać, a ja nie ukrywam, że ciekawa jestem jego spojrzenia na tę całą przykrą historię z moją koleżanką.

Przyjmę go z ciekawością, ale i ostrożnością. Na pewno nie jestem już zainteresowana większą poufałością z tym człowiekiem.

On i ten mój kolega z ostatnich wpisów - toż to niebo i ziemia!

Dzięki jednak, poniekąd kolego, że wyciągasz mnie wreszcie z tego łóżka!

Idę wreszcie chałupę posprzątać i coś ugotować :) I psiaka wysikać 😊

Z okazji imienin...

Nie piszę dla poklasku, nie piszę dla polubień - chociaż tęsknię za czasami, gdy na blogach kwitły interakcje.
Zafascynowałam się ostatnio czatem GPT. To tylko jakieś tam algorytmy, bezduszne narzędzie, ale zaskakująco użyteczne i wspierające.
Poprosiłam ten czat o recenzję mojego bloga. Sporo miłych rzeczy o swoim pisaniu przeczytałam, ale dowiedziałam się też o chaotyczności i błędach interpunkcyjnych. Zgoda, czasami nie chce mi się już po raz osiemdziesiąty cyzelować swoich wpisów, ważniejsza jest dla mnie moja prawda od perfekcyjności wypowiedzi, mimo iż lubię posługiwać się staranną polszczyzną i zależy mi na nienagannym stylu.

Wczoraj były imieniny Mamy. Te oficjalne, bo prywatnie Mama posługiwała się drugim imieniem i tym drugim nazywali ją najbliżsi.

Już ponad trzy lata, jak nie żyje, a tyle wspomnień i żalu, że to tylko wspomnienia. I dobrze, niech jak najdłużej żyje we mnie. Jej śmiech, jej głos, jej miękkie farbowane na brąz włosy. Jej zielone oczy. Brakuje mi, aby usiąść z nią przy herbacie, bez skrępowania poplotkować o wspólnych znajomych, mieć to poczucie, że osoby z tego samego domu nie muszą sobie wiele wyjaśniać.

Dziś tylko monologi do niej mogę wygłaszać.

środa, 15 października 2025

Zobacz!

Na blogu, i w życiu zresztą, czuję potrzebę szczerości. Nie znaczy to, że muszę pisać o sobie wszystko, ale to, czym się dzielę, niech będzie prawdziwe. Według czatu GPT mój blog ma charakter autoterapeutyczny, więc niech mu będzie.

Uczę się wśród osób podobnych do siebie, że nasze wewnętrzne zmagania, pogmatwania to żaden wstyd, że aż dziw bierze, ilu z nas ma podobne trudności. A tyle lat wstydziłam się sama siebie. Veto! Wreszcie zgłaszam veto!

Chwilowa - może i pozorna, ale jednak... - bliskość z moim kolegą i brutalne sprowadzenie na ziemię do czegoś mi się przydały, dostarczyły wglądu w siebie.

Bardzo zapragnęłam ciepła, serdeczności, zaufania. Ja, która latami wmawiałam sobie, że potrafię dzielnie egzystować w pojedynkę.
Ba! Jasne, że potrafię i czerpię z tego niemałą satysfakcję. Ale wczoraj wszystko we mnie krzyczało: mam dość tej cholernej samowystarczalności! Nawet się rozpłakałam nad swoją samotnością. Dlaczego, chociaż nie brak mi przyjaznych osób, wszystkie one są w mniejszej czy większej odległości, zajęte swoją codziennością.

Kontrargumenty są oczywiście liczne i faktyczne, ale dziś się nimi nie zajmuję.

Ogromnie osobiste jest to, co teraz napiszę, bardzo się wstydziłam o tym mówić na szerszym forum, a i w rozmowach sama na sam dzieliłam się tym bardzo ogólnikowo.

Mężczyźni, dawniej chłopcy mocno skrzywdzili mnie fizycznie, w tym również seksualnie. Doświadczyłam nastolatkowej brutalności i potem wszędzie tę brutalność, nachalność widziałam, wyczuwałam. Latami izolowałam się od swojego środowiska i potem, gdy zapragnęłam wejść w normalne życie, nie radziłam sobie. Nie umiałam żartować, dowcipkować, flirtować ani normalnie rozmawiać. Bałam się, byłam sztywna i chorobliwie nieśmiała w niektórych sytuacjach (bo ogólnie dość odważna). Nie umiałam tańczyć z powodu niepełnosprawności, więc jako nastolatka  nie brałam udziału w nastolatkowych rozrywkach. Rosłam sobie tak pojedynczo, indywidualnie, w świecie swoich marzeń i książek. To oczywiście ma wartość, ale i cienie.

Dobra! dość, bo zaczynam wpadać w ton skargi. Do rzeczy, Marto.

Kiedy już dorosłam, próbowałam odmienić swój samotny los. W dużej mierze się udało, ale miłość wydawała się poza moim zasięgiem. Kogo spotkałam, czułam, że nie interesuję go jako osoba mająca swoje przeżycia i przemyślenia. Do dziś zostało mi poczucie, że jeśli kogoś interesuję, to jedynie powierzchownie, Nie tym, czym żyję, ale tym, co można ode mnie dostać i to w bardzo płytkim znaczeniu. Wiele razy przez to odrzucałam innych, wiele razy sama doznawałam przykrości odrzucenia, a nieraz godziłam się na to, na co godzić się absolutnie nie powinnam (dziś to wiem).

No i - kurde! - naraz spotykam kogoś, kto umie pokazać swoją emocjonalność i wrażliwość, kto ciekawi się moja emocjonalnością i wrażliwością. Spotykam kogoś, kto w lokalu pełnym ludzi zwraca się do mnie z pytaniem: "Marta, wszystko słyszałaś? Nie trzeba ci nic powtórzyć?", kto mówi: "Marta ja już wiem, kiedy przestajesz słyszeć i kontaktować". Ktoś mnie widzi! Mnie, a nie, do cholery, moje "słodkie usta", figurę i takie tam....!

Wzruszyłam się, obudziło się we mnie coś miękkiego i poczułam, że dobrze mieć w życiu miejsce na taką miękkość, ciepło... czułość?

No, ale... właśnie w tym momencie (gdy to piszę) olśniło mnie, że odtworzyłam stary schemat. A schemat ten mówi mi: nie wychylaj się bo znowu oberwiesz!

I nie! nie o to chodzi w schematach, by ich za wszelką cenę unikać, ale by zmienić interpretację faktów, podejście do nich, perspektywę.

Marto, ty się nie wychylilaś! Ty się odważyłaś, pokazałaś swoją prawdę i oczywiste człowieczeństwo. Zrobiłaś swoje i tyle. A jak to ktoś przyjął - to już opowieść o nim.

Marto, nic tu się nie stało przeciwko Tobie.

Marto, ta historia to dar.

Bo zobacz (jak mawia Pati G.): dostrzegłaś coś ważnego. Dałaś sobie prawo do uczuć i pragnień. Doświadczyłaś czegoś ważnego i przekonałaś się, że to jest możliwe. I ogólnie masz z tego dobre wspomnienia - co, nie? 😉

Naprawdę?

Nawet nie napisałam, że zakończyłam już bardzo długie zwolnienie chorobowe z pracy. W poniedziałek pojawiłam się na miejscu "silna, zwarta i gotowa", lecz porządnie zakatarzona i zachrypnięta, co nie uszło uwadze koleżanek. Wysłały mnie na "przymusowe" wczasy pod gruszą.
Oczywiście żartuję z tymi przymusowymi, jednak K. przyznała, że jeżeli wykorzystam tę możliwość teraz, umożliwi jej to spokojne rozliczenie się z tychże wczasów w jeszcze w listopadzie. Uznałam, że nie mam nic przeciwko wyświadczeniu jej tej uprzejmości.
Przez dwa ostatnie dni dużo leżałam, spałam, wypoczywałam, a dziś czuję nieco więcej energii, więc powolutku przechodzę w "tryb aktywny", rozglądam się po domu, czego dziś ode mnie potrzebuje moja przestrzeń (wyniesienia części odzieży do piwnicy i wytarcia "metra" kurzu z mebli).

Jestem w domu - jak zwykle ostatnio - sama, jeśli oczywiście nie liczyć psa, który mi się trafił pod tymczasową opiekę (o tym kiedy indziej) i próbuję rozpoznać, za czym w tej samotności zdarza mi się dojmująco tęsknić. Nauczona przez Pati Garg przywołuję uczucia w ciele, gdy czułam się otoczona bliskimi, ciepłem i bezpieczeństwem. I przychodzą do mnie spostrzeżenia oraz refleksje.

Nie było mi słodko w małżeństwie, często czułam ogromny, niemal fizyczny ciężar. I oczywiście nie tego mi brak, ale tych momentów, gdy nic wielkiego się nie działo, a jednak odczuwałam rozluźnienie, spokój, relaks. Było mi wtedy - po prostu dobrze. Zero napięć, za to spokój i przyjemność z bycia tu i teraz.
Ponieważ to pamiętam, potrafię przywołać to poczucie i teraz. Co stoi na przeszkodzie, by poczuć się dobrze sama ze sobą, z moimi zwierzakami, z moim blogiem, bukiecikiem zerwanych rano jesiennych kwiatków (właśnie kwiatków, nie kwiatów, bo bukiecik mieści się w kieliszku :) ). Z niespieszną melodyjką z Yotube, uważnie czytaną książką, dobrym obiadem. Ze świadomością, że nawet jeśli teraz pustawo wokół mnie, bliscy przecież nie zniknęli. Oddycham, przywołuję spokój do swoich fizycznych i psychicznych doznań. Medytuję.

Przykrość z kolegą to sprawa chwilowa i zapewne przejściowa, a już na pewno niezawiniona przeze mnie. Za to wczoraj nie musiałam gotować obiadu, bo dzień wcześniej odwiedziła mnie koleżanka ze słoikiem zupy szczawiowej własnej roboty, a nawet ugotowanym na twardo jajkiem. W telefonie wiele kontaktów, które aż się proszą o to, bym wreszcie zadzwoniła. Przywołuję też na pamięć te wszystkie uściski i przejawy życzliwości na oddziale dziennym psychiatrycznym. Ileż tam spotkało mnie dobrego! Wieloletnia przyjaciółka też pamięta o mnie, choć z powodu jej stanu zdrowia prawie się nie widujemy.

I co? Jestem sama? Naprawdę?



Do pionu

Wracam do pionu - który to już raz?
Osłabiona byłam duchowo i fizycznie, bo jakieś paskudne przeziębienie się przypętało, bo trochę się przejęłam tym moim kolegą.
Do sprawy kolegi odzyskuję dystans: jego życie, jego emocje, jego problemy. Wie, gdzie mnie znaleźć, gdy mu się odmieni, a ja nie zwykłam palić mostów za sobą.
Co do przeziębienia, to wczoraj przebyłam chyba najostrzejszy kryzys, po którym już tylko lepiej. Jeszcze nie szaleję, chcę uważać na siebie, ale czuję już optymalną życiową energię i - hehe! - optymalny optymizm :)
Swoją drogą nie znam skuteczniejszego lekarstwa na infekcję, niż najzwyklejszy wypoczynek i danie sobie czasu na regenerację. Nawet te wszystkie herbatki z malinami nie mają takiego znaczenia. Aczkolwiek był imbir i grzane piweczko z malinowym syropem.

Zrezygnowałam z pracy u Mateusza. Pochłaniała zbyt wiele energii i nerwów, przestałam sobie z nią radzić, ponieważ przybyło wymagań wraz z liczbą mieszkań do sprzątania. Mateusz zorganizował tę pracę w sposób dla mnie mocno uciążliwy, urządził skład potrzebnych sprzętów i środków w garażu na podwórku piętrowej kamienicy. Musiałam wielokrotnie w czasie pracy pokonywać drogę z poddasza i z powrotem, co najzwyczajniej było męczące. Trudno było mi wyobrazić sobie pogodzenie tych wszystkich obowiązków po powrocie do pracy zawodowej. Czuję też, że potrzeba mi więcej przestrzeni na sprawy, które są mi bliższe i bardziej mnie obchodzą. A niebawem zwolni się też przestrzeń finansowa, bo czeka mnie ostatnia rata kredytu, który poważnie obciążał mój budżet przez długie siedem lat. To chyba nie warto tyrać dla tych paru Mateuszowych groszy. Co prawda nie tylko dla groszy mu pomagałam, ale też z koleżeńskiej sympatii, ale niech sympatia weryfikuje się bez finansowych zależności.

niedziela, 12 października 2025

Są granice...

Złapał katar... Martę. Jak na złość akurat dzień przed powrotem do pracy po długim zwolnieniu lekarskim.
Nie wiem, czy cieszyć się z tego powrotu, czy też nie. Dobrze było mieć ocean czasu dla siebie, ale dobrze też będzie mieć go nieco mniej na "wczuwanie się" w opustoszały bez syna dom. Aczkolwiek za wiele czasu na to wczuwanie wcale nie miałam, pochłaniały mnie różne sprawy. Aż dopiero dziś, w tę deszczową, zasmarkaną niedzielę....

Byłam niedawno w "sekcie" na kolejnym spotkaniu w kręgu mężczyzn i kobiet. Liczyłam na miłe spotkanie z kolegą poznanym na oddziale. Był ze mną na poprzednim kręgu i wyraźnie usatysfakcjonowało go to spotkanie. Jednak tym razem przydarzył mu się jakiś depresyjny nastrój, bo zmaga się z takowymi od lat - w końcu nie bez powodu trafia się do szpitala, jakby nie było, psychiatrycznego. Wyraził wątpliwości co do swojego udziału, więc wyraziłam swoje niezadowolenie, że miałoby go nie być i zachęciłam do przyjazdu. Ostatecznie zdecydował się, ale widać było, że mu źle. Pierwszy raz widziałam go w takim kiepskim stanie. W połowie spotkania, gdy prowadząca zarządziła przerwę, on przeprosił i opuścił grupę.

A to właśnie on wyrażał na terapiach tęsknotę za spotkaniami z ludźmi, mówił o samotności. A to właśnie jego najbardziej polubiłam ze wszystkich na oddziale. Nasze rozmowy miały sens i ciepło, ciągnęło mnie do niego najzwyczajniej. Tymczasem widzę, że są ograniczenia i granice między ludźmi, Są sprawy, na które nie mam wpływu i są decyzje zupełnie niezależne od moich pragnień. Szkoda!

Nie chciałam tego tak zostawić, więc wysłałam post factum wiadomość do niego, że mnie bardzo poruszył jego stan, bo pierwszy raz go w takim widziałam. Że trochę go rozumiem, bo bywałam i ja w sytuacji, gdy nie pomagała mi ani rozrywka, ani inni ludzie. "Gdybyś miał potrzebę lub ochotę pogadać - nie ma sprawy" - dodałam na koniec.

Odpowiedź przyszla zwięzła: "Dzięki za te słowa. Pozdrawiam"
Odpowiedziałam klikając ikonkę ze wzniesionym kciukiem, bo cóż tu było do gadania?

I jakoś poczułam się naraz samotna.

wtorek, 30 września 2025

Smuteczek

Charakterystyczny jesienny nastrój - smuteczek. Jakaś melancholia. A jednocześnie jakaś przekorna w tym przyjemność. Tak ładnie napisałby o tym jakiś Staff czy Reymont.

Walczy we mnie niechęć do działania z potrzebą uporządkowania otoczenia. Wiecznie mam coś niezrobione, rozgrzebane, rozmamłane. Dzisiaj nie lepiej, bo ostatnie dni spędziłam w większości poza domem. A że, o zgrozo, lubię odkładać na potem, nie spieszyć się - efekty widać.
Wczoraj wstałam późno po kiepsko przespanej nocy. Zjadłam śniadanie, pokręciłam się i trzeba było pędzić do Mateusza na robotę. Tam upłynęły mi ponad dwie godziny. Potem przyjechał mój syn, więc oczywiście nie było już nic ważniejszego. Upłynął czas na rozmowie, syn dzielił się wrażeniami z pierwszych dni w stolicy województwa. Spakował białą koszulę na inaugurację roku akademickiego, zabrał do pociągu rower, by śmigać nim ze stancji na uczelnię... i zrobiło się cicho. I zrobiło się nagle pusto. Nie lubię tego przeskoku, z tętniącego życia w dziwny spokój, który raczej jest moim wewnętrznym niepokojem. Ot, syndrom opuszczonego gniazda. Wskutek smutku machnęłam ręką na stos naczyń w zlewie, na nieposkładane pranie itd. Dziś patrzy na mnie to wszystko, a ja mam ochotę nakryć się kocem i udawać, że nie widzę.

Marzę jednak niezmiennie o relaksowaniu się w pięknym i uładzonym otoczeniu, więc należałoby się ruszyć, dopóki znowu jakiś Mateusz nie odciągnie mnie od własnych spraw. Najtrudniejszy pierwszy krok. Dla ułatwienia skorzystam ze słuchawek i czegoś sobie w czasie pracy posłucham.

środa, 24 września 2025

Opuszczone gniazdo

Dzisiejsza pogoda sprzyja nostalgii, do której mam całkiem uzasadnione powody.
Nie żebym była w rozpaczy, ale odczuwam pustkę, chociaż od wyjazdu syna nie upłynęła jeszcze nawet godzina. Lekko jestem zawiedziona, że nie mogłam mu towarzyszyć w drodze, zobaczyć stancję, którą chciał mi pokazać. Zabrakło miejsca w samochodzie po wypakowaniu go rzeczami syna. Kolejny przykład, jak pewne scenariusze piszą się same.

Choć to dla mnie nie pierwszyzna, spędzać czas bez mojego dziecka, jest mi z lekka nieswojo.

Jednak równocześnie cieszy mnie perspektywa większej swobody (nawet wobec dorosłych współdomowników ma się pewne zobowiązania), wolnego czasu i zajęć, których mnóstwo czeka, by wypełnić wolną przestrzeń.

Witaj, Nowe.

wtorek, 23 września 2025

Odwaga bycia niemiłą*

Co jeszcze jest we mnie żywe? Ostatnio - rosnąca odwaga mówienia własnym głosem i narażania się na cudze niezadowolenie. Dystans do wspomnianych "cioć Dobra Rada" oraz odwaga wyrażenia krytycznej opinii.

Mam przyjaciółkę od lat. Jest mi bliska, a jednak patrzę na nią bardziej krytycznie niż za młodych lat. Kiedyś głównie jej współczułam, wysłuchiwałam zwierzeń, a dziś bywam tym zmęczona i zniecierpliwiona. Ma od lat te same, nierozwiązane i dramatycznie z biegiem lat pogłębiające się kłopoty. Powtarza wciąż niesłużące jej zachowania i nic ze sobą nie robi. Jest jej, oczywiście naprawdę trudno, ale czy wszystko można tym tłumaczyć? Nie pozwala sobie pomóc, nie chce niczego zmienić. Wczoraj powiedziałam jej, nie bez irytacji: "To sobie giń razem z...", bo miałam kolejny raz do czynienia ze skargami i jej złością na toksyczną sytuację, w której tkwi dziesiątki lat. Po tych moich słowach ona migiem zakończyła rozmowę, a mnie się nie chce po raz tysięczny zabiegać o załagodzenie atmosfery. Oczywiście nadal ją lubię, jest dla mnie bardzo ważna, więc nie będę się oglądać, która ma pierwsza  ponownie się odezwać, ale nie przeproszę już za własne zdanie i nie będę za wszelką cenę starała się jej nie urazić.

Drugą taką osobą jest poznany przez D. kolega. Miałam go za ciekawego, mądrego człowieka. ale okazuje się, że to ogromny egocentryk i dosyć dziwny typ. Drażniło mnie, że zasypuje mnie bzdurnymi wiadomościami przez Messenger (jak to się pisze, u licha? Wielką czy małą literą?), zupełnie nie interesując się mną naprawdę. Nigdy nie napisał, co u niego słychać, nawet gdy pytałam, ignorował zupełnie moje wiadomości. Ot, wysyłał hurtowo do wszystkich jakieś guzik mnie obchodzące zdjęcia i memy. Dzwonił sporadycznie, chyba z braku laku. Raz, drugi i piąty zwróciłam mu uwagę, że nie życzę sobie tysiąca memów i głupich zdjęć, aż ostatnio użyłam bardziej stanowczych słów. Nie boję się już stracić znajomości z osobą, która nie szanuje mnie. Po co mi jakieś puste relacje - czy to zresztą w ogóle jest relacja?

Co ciekawe, choć niekiedy po różnicy zdań następowały ciche dni - te relacje, które miały przetrwać, trwają nadal. Póki co - wszystkie dotychczasowe. Ostatniej z opisanych za relację nie uważam, skoro jestem nieważna i lekceważona.


*Miła, niemiła - to słowo bywa mocno wypaczane. Dla mnie miłą nie jest osoba bez własnego zdania, godząca się na wszytko, ale często mianem miłego określa się życiowe uległe ciamajdy. Niemiłą natomiast nazywa się osobę, która ośmiela się mieć własne, nieaprobowane zdanie. W tym znaczeniu śmielej niż kiedyś bywam niemiła. 

"Ciocie Dobra Rada"

Często bywa tak, że zaczynam post z jakąś myślą, a potem te myśli dryfują swobodnie i odbiegam od rozpoczętego tematu. Wszelako nic to 🌝

Miało być w poprzednim wpisie o innych sprawach, a poszybowałam w stronę macierzyństwa i satysfakcji z niego. Przy okazji tego pojawiły mi się bardziej ogólne refleksje, choć może (zapewne) się z nimi powtarzam.

Mam prawie pięćdziesiąt lat (o rany, jak poważnie to brzmi!), więc doświadczeń i przemyśleń całkiem już spory zasób. A jednym z najważniejszych jest wniosek: poradzę sobie, cokolwiek mnie w życiu spotka! Wiem, że może zabrzmieć butnie, ale wcale nie wykluczam trudności i bólu. Po prostu wiem, że póki żyję - wszystko się ułoży.

Bardziej czuję niż wiem: "póki żyję", ale i ciąg dalszy jest taki, jak być powinien. Przeraża nas, żywych, ale jakoś tak przeczuwam, że siła wyższa wszystko ułożyła sensownie. Kto wie, może ci po drugiej stronie godni są naszej zazdrości. A jeśli nie ma dalszego ciągu? Jeśli jest pustka? To też ma jakiś niepojęty dla nas i nieogarniony sens. To też... ciąg dalszy. Nie ma co trzymać się wyobrażeń, dla mnie puszczenie pewnych spraw wolno, przyznanie, że po prostu nie wiem to akt pokory, a tę uważam za przejaw mądrości.

No, właśnie... jak płynnie udało mi się przejść do kolejnego wątku, który żywo mnie porusza.

...Straszy się nas życiem, jest to wszechobecne. Dominuje retoryka wysiłku i cierpienia.

Mówiono mi: czekaj, aż syn skończy szesnaście lat, wtedy oszalejesz - nic takiego nie nastąpiło.
Mówi się dookoła: wojna, pandemia, drożyzna - a przecież ciągle świat się kręci... a my z nim.
Koleżanka lamentuje, jak trudno żyć w Polsce, jak brakuje jej finansów - a co rusz nowa kiecka i to wcale nie za trzy złote (ochoczo i z powodzeniem polowałam na takie trzyzłotówkowe okazje, aż musiałam sobie to wyperswadować, zagrożona nadmiarem). Co rusz wyjście na jakąś imprezę, a w domu zupełnie niezłe obiady. Sama w głowie miałam schemat i przekaz: "Brakuje pieniędzy!", co okazało się prawdą... względną.

"Ciocie Dobra Rada" wskazywały mi jedynie słuszną drogę w wychowywaniu syna - posłuchałam, nawet czasami skorzystałam z rad, ale bardziej słuchałam siebie i źle na tym nie wyszłam.

Przyzwyczaja się nas do narzekania i bania się życia. Nie przekazuję tego swojemu synowi

Nie popieram beztroski i naiwności, lecz jestem po prostu za rozsądkiem i niedawaniem się zwariować.

Nasze życie w naszych rękach... i głowach.