sobota, 30 listopada 2024

Sorki!

Przysiadłam na moment nad blogami, by skomentować posty znajomych, i moment zamienił się w godzinę z hakiem.
A obiad w przysłowiowym lesie.

Dyscyplina to nie jest moje drugie imię, uwielbiam luz. Bywa to jednak zgubne.
Tak więc pokrótce tylko a propos komentowania...

Dwa posty na różnych blogach skomentowałam wczoraj bardzo impulsywnie. Dopiero potem zaczęłam myśleć.
Kurczę, sztuka uważnego słuchania odnosi się nie tylko do ustnej rozmowy. Nie mniej, a pewnie nawet wiecej dyscypliny wymaga trzymanie się tematu rozmowy, gdy się pisze. A ja popłynęłam za swoimi myślami, skojarzeniami itd.

Ciekawy wgląd, wezmę to pod uwagę.
Swoją drogą prawdą jest, że pewne rzeczy łatwiej zobaczyć w kontakcie z innymi niż marynując się we własnym sosiku (ciekawy temat na inny post).

Dziewczyny, sorki!

czwartek, 28 listopada 2024

O synchronicznościach i pragnieniach serca.

 Przeczytałam post na blogu Wodnikowej Panny i odezwała się moja wrodzona przekora.

Mowa była o minimalizmie i pozbywaniu się rzeczy.
Jest to trend, który mnie... poniekąd wkurza. Bo ja, proszę państwa, minimalizm pojmuję po swojemu.
Czy nie lepiej, zamiast wyrzucać, po prostu mniej nabywać?
Dlaczego jakiś przemądrzały poradnik ma mi dyktować, co potrzebne, a co niepotrzebne, by zrobić przestrzeń na nowe i ruszyć z miejsca.

A może ja, kurrrrde, nie chcę nic zwalniać i nigdzie ruszać, hę?

Może chcę pamiętać dawne chwile, również te trudniejsze, bo i one mnie budowały, bo były autentyczne, bo bez nich (i bez żadnej w ogóle) to nie byłabym ja?

...Uwielbiam sklepy z wyposażeniem domowym, śliczną porcelaną, zachwycającymi firankami itd. - ale najczęściej wystarcza mi zachwyt, dochodzę do wniosku, że nie potrzebuję tych rzeczy. Gdzie miałabym to na moich trzydziestu metrach przechowywać? Komu by się chciało przemywać kilka razy do doku te niekończące się kieliszki, pucharki, "rodowe srebra"? Dziś przecież można urządzić przyjęcie w lokalu albo wypożyczyć naczynia na imprezę. A ileż takich przyjęć miałam okazję urządzić w życiu? Zero! Moi znajomi, których goszczę, nie marudzą, że każdy kubek mam "z innej parafii", wino pili z literatek i jakoś nikomu się krzywda nie stała. Nie przepadam za oficjałkami, mogę na nich gościć, ale na litość boską, nie każcie mi tego samej organizować! Nie potrafiłabym urządzić poważnego przyjęcia, nie mam doświadczenia. Trochę się boję, czy nie stanę kiedyś przed taką koniecznością, gdy ożeni się syn... a może wybierze sobie taką abnegatkę jak jego matka? ;) Moja aktualna "synowa" to niezależna dziewczyna, która nawet na swoją studniówkę nie poszła, oświadczając, że jest aspołeczna.

To, co jednak nabywam, jest dla mnie ważne. Musi mi się podobać, wywoływać emocje. Moje przedmioty nie są tylko przedmiotami, każdy coś opowiada, pamiętam okoliczności ich nabycia, pamiętam emocje. Są wśród nich rzeczy dla niektórych może zupełnie absurdalne, jak nieużywane krawaty mojego zmarłego Taty, pluszowy miś, którego włożyła do łóżeczna mojemu synkowi-noworodkowi jego kuzynka i którego trzymał w rękach w ostatnich dniach życia jego ojciec (ten misiek miał być śladem naszej wizyty w szpitalu, bo były mąż był już półprzytomny i pytał, czemu syn go nie odwiedza). Drugi misiek leży w skrzyni kanapy, ale będzie w domu, póki jestem ja, bo jest po prostu bardzo ładny i przyniesiony kiedyś mojemu dziecku przez moje koleżanki. Może kiedyś podaruję go jakiemuś wnukowi? Przechowuję otrzymane listy, które się kiedyś pisało odręcznie i choć do nich nie wracam, czekają w piwnicy na chwilę nostalgii. Są w niej czasopisma z dawnych lat: "Płomyk", "Jestem", "Filipinka" i "Luz", są kolekcjonowane przez Mamę "Poradniki Domowe", kiedyś świetne, ambitne i pełne ciepła pismo. Za Chiny nie dam wyrzucić, chociaż nie mam zanadto czasu, by do nich wracać. Ale je lubię po prostu.
Mam się pozbyć części siebie? A figę!

Czy nie za wielu "mędrców" próbuje nam dyktować, jak żyć?

A ja cenie (i tu zgrabnie przejdę do tytułowych synchroniczności po przydługim wątku o wyrzucaniu i gromadzeniu) Pati Garg, bo ona uczy, by podążać za swoją prawdą i własnymi potrzebami.
Właśnie dziś wysłuchałam lekcji o pragnieniach własnego serca, rozpoznawaniu ich i niemyleniu z tym, co wynika z chęci sprostania cudzym oczekiwaniom.

Stwierdziłam, że spotkała mnie synchroniczność, pojęcie, które również poznałam dzięki Pati.
Synchroniczności to zastanawiające, rezonujące z nami, pozornie niezależne od siebie zbiegi okoliczności, których doświadczamy pod wpływem tego, co dzieje się w naszym życiu. Dużo w tym intuicji, wyostrzonej uważności, naszych interpretacji i skojarzeń.

Basia napisała mi pod ostatnim postem, jak sobie radzi w chwilach gorszego nastroju i samopoczucia. Bardzo to do mnie przemówiło, wręcz olśniło prostotą i trafnością. Był to prawdziwy wgląd we mnie samą i rozpoznanie. Dotarło do mnie, jak bardzo potrzeba mi zwykłego odpuszczenia, bardziej wspierających wyborów, pozwalania sobie na relaks i odpoczynek.
Słuchając dziś Pati, nagle poczułam, że już wiem, czego pragnie moje serce. Pragnie relaksu, odpoczynku, przyjemności - a to wszystko po to, by przestać wreszcie żyć w permanentnym trybie przetrwania. Idealnie połączył mi się ten wgląd z tym, co uświadomiła mi Basia.

Nie marzę o wielkiej miłości, o podróży do Indii, domku z ogródkiem. Pragnę najbardziej na świecie żyć w rozluźnieniu, odprężeniu i pogodzie ducha.

środa, 27 listopada 2024

Panta rhei

Wczoraj kupiłam sobie żelazo w tabletkach. "Inteligentne" jakiesik, stopniowo uwalniające w trzewiach swoje właściwości - zobaczymy, czy postawi mnie na nogi. Już mi się zdarzało trafiać do szpitala w stanie "żyć-mi-się-nie-chce" i okazywało się, że a to czerwonych krwinek za mało, a to leukopenia... Choroby przewlekłe same upominają się o uwagę - weź tu, nie gadaj o nich i nie myśl. Moja i tak jest z tych łagodniejszych. Pojem sobie więc tych tabletek, a jak nabiorę energii i chęci do działania, przeproszę się z sokowirówką i sokiem z czerwonych buraków. Trzeba zadbać o jakość swojego życia.

Póki co, postanowiłam być dla siebie łagodna i nie katować się powinnościami. Dbam tylko, by dziecko nie było głodne, ale obiady robię szybkie: Wczoraj na przykład kuskus (zbawienny w takich trudnych momentach!), kupne tarte ogórki kiszone, oraz kawałek wędliny rzucony na patelnię ; dziś zamiast wędliny - gotowe kotlety rybne, które wystarczyło podgrzać.
I leżę, i czytam, i piszę. Naczynia "potoknę"* rano, przed pójściem do pracy, mam gdzieś, że będą leżeć w zlewie przez noc. Rano mam znacznie więcej energii niż po przyjściu z pracy.

W pracy jakoś przytłaczająco, a i przemijanie daje o sobie znać. Kilka koleżanek niemal równocześnie odeszło na emeryturę. Przepracowałam z nimi ćwierć wieku i choć podtrzymuję pogląd, że w pracy trudno o przyjaźń, przecież przyzwyczaiłyśmy się do siebie, poznałyśmy swoje wady i zalety, po swojemu się zżyłyśmy i nawet na mniej lubianą B. przez ostatnie lata patrzyłam pobłażliwie, wybaczając słabości, a przyznając, że w gruncie rzeczy nie taka to najgorsza osoba - ot, ma swoje zagrania po prostu.
Nowa dyrektorka ma sto pomysłów na minutę, wdraża jakieś innowacje. Widzę, że koleżanki, które bardziej bezpośrednio jej podlegają, czują się przytłoczone, zmęczone i niezadowolone. Stres daje się we znaki - ale może to przejściowe, może chwilowe?

Wczoraj poczułam smutek. Już długo na emeryturze przebywa pani S., która wydawała mi się zawsze nieodłączną częścią naszego miasta, Była to osoba aktywna, energiczna, żywotna. Niestety wszystko do czasu. Jest to już ponad osiemdziesięciolatka. Bywałam do niej posyłana w różnych służbowych sprawach jak doręczenie jakiegoś pisma, pobranie potrzebnego podpisu, gdy już przestała wychodzić z domu. Widziałam odchodzenie: coraz szczuplejsza, coraz bardziej nieporadna i zagubiona. Wczoraj dowiedziałam się, że jest w szpitalu: straciła w mieszkaniu przytomność i upadła tak nieszczęśliwie, że złamała biodro. W tym wieku to bardzo groźne, pewna moja wiekowa znajoma nazwała to początkiem końca
I weź tu nie myśl, że znowu ktoś umiera.

Takie to normalne, a tak trudne.


*Jakie ładne zapomniane słowo! Spotkałam je w jakiejś  książce kucharskiej i sprawdziłam, co znaczy. Znaczy: opłukać. W "Placówce" Prusa też kiedyś czytałam, jak żona Ślimaka potoknąwszy byle jak naczynia, położyła się do łóżka.


Lubię smakować słowa.

poniedziałek, 25 listopada 2024

Rodzeństwo, Mama i ja.

Przyszłam do domu po pracy. Napaliłam w piecu, odgrzałam kupne pierogi, bo czasami z lenistwa, braku czasu lub dla wygody kupuję na obiad "gotowce". Zjadłam...
I przeokrutnie zachciało mi się zdrzemnąć. Poszłam za tym pragnieniem, a po półgodzince, choć zaczęłam się krzątać, wcale nie czułam się wypoczęta. To diabelskie zmęczenie! Skąd, u licha?!
Zdecydowalam się odpuścić, co można i po prostu odpocząć. Zajęłam się blogiem - i dopiero to naprawdę mnie zrelaksowało. Za chwilkę wyskoczę do Biedronki, okrężną drogą, w rytmie slow jogging. Warto się dotlenić i zadbać o jaką taką fizyczną sprawność ; a nuż to mnie dzisiaj rozrusza.

Basia obszernie i frapująco skomentowała mój post o odchodzeniu Mamy. Pisząc o swoim rodzeństwie, skłoniła mnie do zastanowienia się nad relacją z moimi siostrami i bratem.

Jest między nami dość poprawnie. Spotykamy się z własnej nieprzymuszonej woli, nigdy nie miałam cienia wątpliwości, że mogę liczyć na ich pomoc, sama też nie wyobrażam sobie zostawić siostrę czy brata samych w kłopocie. Mimo to rozdźwięki istnieją, czuję je.

W dzieciństwie nieraz braliśmy się za czuby, rozkwasiłam kiedyś bratu nos, a on mnie poczęstował pięknym prawym sierpowym. W siostrę rozzłoszczona rzuciłam kiedyś garnuszkiem, a ona nie pozostała dłużna... Było to dla nas naturalne, że można się na siebie wściec, a zaraz za chwilę się pogodzić, szybko zapominaliśmy o tych spięciach.

W dorosłym życiu takie zachowania już nie uchodziły, zresztą gdy zamieszkaliśmy osobno, te konflikty naturalnie się wyelimimowały.

Wraca jednak do mnie poczucie inności wśród naszej czwórki. Zawsze byłam na uboczu, chodziłam swoimi drogami, miałam swój osobny świat...

To poczucie wróciło do mnie, od kiedy zaczęłam większą uwagę zwracać na swoje uczucia, potrzeby - na swoją wewnętrzną prawdę.
Zauważyłam, że spotkania z rodzeństwem, chociaż chętnie w nich uczestniczę, nudzą mnie i męczą po jakimś czasie. Nauczyłam już siebie i ich, że w pewnym momencie po prostu uprzejmie się z nimi żegnam i wracam do domu. Zrezygnowałam latem ze wspólnego całonocnego wyjazdu na działkę siostry, bo stwierdziłam, że nie dla mnie gadanie o niczym i do znudzenia przewidywalne imprezowe "klimaty" podlane alkoholem.

To drobiazgi. W czasie umierania Mamy jednak musiałam tłumić niekiedy żal i złość.
Do informacji lekarskiej i dokumentacji upoważniła Mama najmłodszą siostrę. Ta przekazywała nam na bieżąco wiadomości o Mamie. Z powodu panującej wówczas pandemii widywaliśmy Mamę znacznie rzadziej niż ona, na nią też spadło najwięcej obowiazków: a to coś Mamie dowieźć, a to wziąć bieliznę do prania, coś dostarczyć. Czułam się przez to nieco winna, odsunięta.. Chciałam pomóc w miarę możliwości, nie być tylko biernym świadkiem.
Siostra rozważała zabranie Mamy do domu, ale obawiała się, że to okaże się zbyt trudne. Ona i szwagier do pracy, dzieci do szkoły... Do domu trzeba byłoby sprowadzić jakaś opiekunkę, pielęgniarkę - zupełnie obcą osobę.

Pamiętam, poszperałam wtedy w internecie i znalazłam stronę domowego hospicjum w naszym mieście. Zaproponowałam siostrze taką możliwość... Siostra zareagowała złością. Odpowiedziała (dokładnie już tego nie zacytuję, ale zachowuję sens wypowiedzi), że jak mi się tak podoba, mogę sama wszystkim się zająć. Odebrała moją dobrą wolę jak chęć rywalizacji?
Druga sytuacja: siostra kurczowo chwytała się każdej nadziei. Tak się złożyło, że ma sporo znajomości i ktoś jej polecił jakiegoś "innowacyjnego" onkologa z Warszawy. Podobno doktor miał znakomite rezultaty w swojej pracy. Siostra telefonowała, umawiała, rozmawiała - a mnie chciało się krzyczeć, że jest naiwna, że dla jej widzimisię Mamę tylko umęczą w tej Warszawie, wyciągną pieniądze, a nie pomogą. A Mama umrze tam samotnie i nawet się z nami nie pożegna. Najostrożniej, jak umiałam, próbowałam przekazać swoje obawy i znowu spotkałam się ze złością siostry. Kazał mi szukać lepszych rozwiązań, skoro jestem taka mądra, stwierdziła, że ona robi, co może, a ja ją "dobijam"... Znowu mur niezrozumienia. Nie był to czas na głupie swary, więc się po prostu przestałam odzywać. Mamie tylko wyznałam swoje rozterki, gdy raz do mnie zatelefonowała. "Wiesz - powiedziałam - kiedy Mała (tak ją czasami nazywam) tak szukała ratunku dla ciebie, chciało mi się krzyczeć, żeby nie była taka naiwna, a teraz sama myślę, że może jednak trzeba jeszcze próbować i szukać". "Już nie trzeba i twojej siostrze powiedziałam to samo" usłyszałam w słuchawce.
Nie wiem, czy to dobrze o mnie świadczy (a może też wykazałam egoizm?), ale na chwilę poczułam rodzaj ulgi.
Siostra doniosła potem, że kolejny lekarz też nie widział już dla Mamy ratunku i doradził opiekę paliatywną. Siostra zawiadomiła, że Mama chyba z ulgą przyjęła wiadomość o umieszczeniu jej w miejscowym hospicjum - w pobliżu swoich najbliższych.

A teraz z siostrą o Mamie po prostu się nie rozmawia. Czasem, gdzieś między wierszami... Nie zabiegam o to, mam od wygadywania się przyjaciółkę, blog i drugą siostrę, która z charakteru jest bardziej otwarta.
My, rodzeństwo i ja jesteśmy trochę samotnikami. Pewne emocje wolimy przeżywać w pojedynkę. Przed pierwszym Świętem Zmarłych bez Mamy, zapytałam siostry, czy chce, bym razem z nią wybrała się na grób. Odmówiła.
I ja też najchętniej chodzę tam sama.
I Mama najchętniej sama odwiedzała swojego nieżyjącego męża.

Tak już mamy.


niedziela, 24 listopada 2024

Co zrobisz, jak nic nie zrobisz?

 No, dobra, zaraz ruszę szanowny zadek z kanapy, ale jeszcze coś napiszę...

W marcu miną trzy lata od śmierci Mamy. Nie mogę uwierzyć...
Nie zawalił mi się świat, nie chodzę zrozpaczona i załamana, ale odczuwam brak. Wspomnienia wracają przy byle okazji, zdarza się przelotny, ale mocny bunt, ból.

Bo to niesprawiedliwe!
Ktoś gdzieś napisał o swoich dziewięćdziesięcioletnich rodzicach, nad którymi opieka bywa trudna, męcząca i ciężka. Moi rodzice nie zdążyli się zestarzeć. Nieraz myślę, że załatwili sprawę swojego umierania tak, jak żyli: konkretnie - krótko i na temat.
Zabrał mi los całe obszary, jakie przeżywają dorosłe dzieci swoich rodziców: różnice poglądów, oceny i wartości, stopniową zamianę ról, gdy to rodzice zaczynają być naszymi podopiecznymi. Nie wiem, czy dobrze to, czy źle dla nas, dzieci i dla nich.
Któraś koleżanka skarżyła się, że ojciec się jej czepia, inna narzeka, że starzejący się tata ma pomysły nie z tej ziemi... To wszystko mnie ominęło.
Inna koleżanka napisała, że tak jej żal, że nie doczekała etapu, gdy mama jest jak ukochane dziecko, które otacza się troską i miłością, że tak bardzo chciałaby mieć ją blisko... a ja nie wiem, czy to "właściwe" myślenie, czy takie oczekiwania nie są naszym egoizmem, zachcianką. Bo przecież wiąże się to z fizycznym cierpieniem tejże osoby.

Moja Mama miała okrutną śmierć, którą złagodziliśmy, jak się dało. W hospicjum zabezpieczono ją podobno przed bólem. Nie zauważyłam jego oznak, ale to nie znaczy, że Mama nie cierpiała. Wymiotowała prawie bez przerwy, żywiona była pozajelitowo, przeraźliwie schudła, coś mi napomknęła o odleżynie... Gdy zmarła, stwierdziłam, że ma już, biedna, spokój.

Może już Jej lepiej. Może tak właśnie miało być, jak jest. Kolejna z moich licznych koleżanek mawia: "Co zrobisz, jak nic nie zrobisz?".
Czegokolwiek byśmy chcieli - nie nasze to rządy i wcale nie jest pewne, że to właśnie byłoby lepsze.

Codzienności

Pobielało za oknem pierwszy raz w tym roku. W rynnie słychać kapanie ; nie utrzyma się ten pierwszy śnieg.
Z przyjemnością spędzam czas w domu, rozkoszując się ciepłem pieca i brakiem konieczności wychodzenia gdziekolwiek. Aczkolwiek spacer mam w planach.

Dopiero krytykowałam Facebook, ale nie zaprzeczę - część moich relacji przeniosła się właśnie tam. Wielu znajomych mam poza moim miastem, na wsi ; między innymi najbliższą przyjaciółkę, siostrę z wyboru. "Prawie siostra" poważnie choruje, niemal nie opuszcza domu, a odwiedzenie jej na wsi w dzisiejszych, niby postępowych czasach to trudne przedsięwzięcie, gdy się nie ma prawa jazdy ani samochodu. Telefon, Messenger i Facebook zastępują nam kontakt bezpośredni.
Wczoraj przyjaciółka wstawiła zdjęcie z młodości w jasnej kurtce. Ktoś skomentował kolor i wyraził swoje upodobanie do bieli. Spontanicznie odpisałam, że właśnie wczoraj spod kontenera PCK wzięłam biały, a raczej kremowy płaszcz, który mnie zaciekawił, ale niestety okazał się mieć niekorzystny dla mnie fason. Kobieta odpisała, że chętnie przymierzyłaby i zobaczyła, a w ogóle jeśli kiedykolwiek będę miała coś białego do oddania, ona chętnie przygarnie. Obiecałam jej zatem, że przejdę się pod kontener (odniosłam płaszcz tam, skąd go wzięłam) i sprawdzę, czy jeszcze tam nie leży. Będę miała okazję nauczyć się wysyłać paczki przez paczkomat, czego jeszcze nigdy nie miałam okazji robić (a chciałabym co nieco wystawić na sprzedaż przez Internet).

Ten płaszcz spotkałam w drodze do mieszkania, które mój kolega wynajmuje ludziom "na doby". Kolega nie mieszka w naszym mieście, od kilku lat jest związany z kobietą z centralnej Polski i mieszkają tam razem. Trudno mu co kilka dni pokonywać znaczną odległość, więc od czasu do czasu pros mnie o przyslugi: posprzątanie, wymianę pościeli i ręczników, pranie. Lubię X., lubię pomagać, lubię czuć się potrzebna i doceniana, toteż nie odmawiam wsparcia. Mieszkanie jest niewielkie, niezagracone i na bieżąco zadbane, wiec się tam zanadto nie przemęczam. Początkowo odbywało się to na zasadzie "przysługa za przysługę", ale tym razem X. zapytał, ile bym sobie życzyła za tę pracę. Wprawił mnie w lekkie zakłopotanie, bo zupełnie się nie orientuję w cenach takich usług. Praca nie jest ciężka, ale jednak trzeba się pofatygować, poświęcić trochę swojego czasu. Nie chciałabym sama siebie stawiać w roli tzw. frajerki, nie zasługującej na szacunek, ale też nie chcę potraktować X. jak pierwszego lepszego klienta, z którym się człowiek nie patyczkuje: płacisz tyle i tyle albo fora ze dwora.
Jakoś się dogadamy, popytam znajomych, którzy mogą się orientować w tej sprawie.

Hmmm... A może by... A może tak... poprosić o pomoc za pomoc, gdy X. przyjedzie? Potrzebuję uprzątnąć garaż, by go udostępnić klientom. Nosiłam się z zamiarem wynajęcia go, nawet zamieściłam ogłoszenie, ale pierwszy chętny zrezygnował, gdy się okazało, że trzeba z niego wynieść parę rzeczy. Oferowałam pierwszy miesiąc wynajmu gratis w zamian za pomoc w uprzątnięciu, to jednak nie przekonało znajomego. Stwierdził, że to zbyt kłopotliwe i wycofał się. Gdyby tak wykorzystać sytuację z X.? Kto pyta, nie błądzi, więc zapytam, co on na to.

Eureka! :)

piątek, 22 listopada 2024

Poucz nas, że pod słońcem Twoim nie masz Greczyna ani Żyda

Pod tym fragmentem "Kwiatów polskich" Tuwima podpisuję się oburącz, a gdybym umiała, to nawet wszystkimi czterema kończynami.

Zawsze było to dla mnie oczywiste, że o moim stosunku do innych decydują ich indywidualne cechy, moralność, osobowość. Absurdem jest szufladkowanie, umowne podziały, ocenianie zbiorowości na podstawie poczynań niechlubnej jej części.

Na pewno wpływają na nas szersze konteksty, przekazy kulturowe, historyczne itd., ale to tylko część prawdy o każdym z nas. No i na każdego wpływają inaczej.

Uważam się za indywidualistkę.

Stronię od polityki, bo nie "widzi" ona człowieka w obywatelu. Upraszcza, a jednocześnie komplikuje sprawy, nie jest empatyczna, wrażliwa, a pod płaszczykiem idei ukrywa zupełnie przyziemne pobudki - pragnienie władzy, chciwość, wygórowane ambicje. Gdzieś wyczytałam, była to chyba sentencja Napoleona Bonaparte, że największą siłą rządzącą światem jest fantazja - o tak! Gdzie indziej przeczytałam, że wielkie poczynania rodzą się gdzieś w dziecięcym pokoju - o tak!

Nie jest tajemnicą, że Hitler czy Stalin mieli trudne dzieciństwo i potrzebowali to sobie zrekompensować. Od takich rzeczy się zaczyna... a potem mamy wojny, afery... a potem recytujemy wierszyki na szkolnych akademiach... brrr!

Nie przepadam za tzw. patriotyzmem - tym czysto zewnętrznym, nadętym i pełnym pozorów.

Dla mnie patriotyzm to zwykła, nudna wręcz przyzwoitość, uczciwość, wywiązywanie się ze swoich obowiązków.

Gdyby każdy tego przestrzegał - czy patriotyzm w ogóle byłby potrzebny?

Czy naprawdę muszę być przypisana miejscu, językowi itd.? Lubię swoje miejsce na ziemi, kocham język, którym mówię od urodzenia - ale czuję się obywatelką świata, a nawet wszechświata.

Może moje rozmyślania są chaotyczne, bezładne, nie zawsze łatwo ubrać je w słowa. Nie jestem też osobą "politycznie wyrobioną". Piszę jednak poruszona tym, co zobaczyłam... na Facebooku.

Koleżanka zaangażowała się w lokalną politykę, działa też w miejscowej radzie parafialnej. Kobieta w gruncie rzeczy sympatyczna, więc się nie odzywałam, nie komentowałam "wrzuconego" przez nią zdjęcia. A zdjęcie przestawiało jakiś fragment Lwowa, na którym to tle dużymi, wyraźnymi literami napisane było, że Lwów ileś tam wieków dłużej był własnością Polski i że Ukraińcy powinni o tym pamiętać.

No, kurrrde, zdenerwowalam się!

Kiedy skończymy z tą narracją: moje, twoje, więcej, mniej? Kiedy przestaniemy się segregować, nie pamiętając już nawet czasem, o co szło?
Było jak było, ale w ten sposób nigdy nie dojdziemy do zgody, za chwilę wybuchnie jakaś kolejna wojna. Czy nie lepiej zostawić to w spokoju? Mamy przecież otwarte granice, każdy może sobie do tego Lwowa pojechać, a nawet w nim zamieszkać. O ile wiem, nie zabrania się tam jeszcze mówienia we własnych językach, pielęgnowania własnych tradycji. Czy nie można współistnieć bez antagonizmów? Po prostu żyć?

Historia pokazała, że współistniały obok siebie różne nacje, dopóki nie przyszedł jakiś idiota i nie namieszał ludziom w głowach. A ludzie lubią, gdy ktoś za nich myśli...

Eeeeech...

Ale może ja głupia jestem i naiwna? Wymięknę w pierwszej lepszej dyskusji, ale głęboko czuję to, co napisałam.

Facebookowa agresja

Facebook strasznie schamiał.
Dawniej lubiłam tam zajrzeć, poczytać, popisać. Sporo z niego korzystałam, zawdzięczam mu na przykład spotkanie tak bardzo mi potrzebnych i pomocnych osób jak Pati Garg czy Ania Bajorek-Dołba. Częściowo tam odbywało się moje życie towarzyskie.
Od pewnego czasu, a szczególnie chyba odkąd zaczęła upowszechniać się tzw. sztuczna inteligencja, obserwuję zalew tandety, bzdur, miałkości i wspomnianego chamstwa.

A ostatnio nawet poczułam się zagrożona - na szczęście strach miał wielkie oczy.

Przeczytałam książkę o tym, jak traktowani są uchodźcy na granicy polsko-białoruskiej. Dzieją się tam rzeczy niezgodne z prawem, a nam media wmawiają fałszywy obraz rzeczywistości. Wprawdzie pewien mój znajomy, były policjant ze wschodniego województwa twierdzi, że i ta druga strona medalu nie jest taka, na jaką wygląda. i ja również zdaję sobie sprawę, że oceny i przedstawianie rzeczywistości bywają różne, niekoniecznie obiektywne. Jednakże "Jezus umarł w Polsce" Mikołaja Grynberga ogromnie mnie poruszył i sprawił, że gdy ujrzałam na Fb petycję Amnesty International o godne traktowanie imigrantów - nie namyślając się wiele, podpisalam ją.

Jestem świadoma, że petycja nie musiała być prawdziwa, ale stwierdziłam: a nuż...

Długo nie czekałam na reakcję innych ; zostałam zwyzywana od głupich bab, pomstowano na mnie, żebym wzięła sobie "ciapatego" do swojego domu i zobaczyła, czym to pachnie (hola, hola! nad przygarnięciem obcego rodaka też solidnie bym się zastanowiła, bo przyznać ludziom prawo do bycia ludźmi, nie oznacza naiwności)... Mój agresor przespacerował się po moim profilu, za każdym razem pod innym nazwiskiem (podejrzewam, że była to ta sama osoba), wyśmiał zdjęcia, stwierdził, że jestem tak brzydka, że aż żal patrzeć i zapytał, kto mi to zrobił - rozbawiając mnie tym niepomiernie.

Tym wszystkim nie przejęłabym się, ale zaczęła mi w pewnym momencie pracować wyobraźnia... A może to jakiś psychopata, przestępca... Przyznaję, zjeżyły mi się włosy na głowie.

Na szczęście po dwóch dniach napastnikowi się znudziło.
Koleżanka stwierdziła, ze być może to ktoś z reala, kto mnie zna, a nie miał odwagi zaatakować wprost. Niewykluczone.
Udało mu się, tak czy owak, trochę mnie przestraszyć.

Zarządziłam trzymanie gęby na kłódkę i czterokrotne zastanowienie się, czy warto cokolwiek pisać wszem i wobec.

poniedziałek, 18 listopada 2024

Dodupizm przewlekły, postępujący

 Czuję się beznadziejnie. Jestem zła, smutno mi i przykro.

Zła jestem na swoje wciąż, jak bumerang, powracające roztargnienie. Zgubiłam klucz do garażu, gdzie przechowuję opał. I jak ja się tam teraz dostanę?
Pilnuję się, uważam, staram się pamiętać, gdzie co odłożyłam. Nic nie pomaga, nieuchronnie przychodzi pięć minut nieuwagi... Mam siebie samej dość! Ile już posiałam w życiu rzeczy i pieniędzy!

Czuję dzisiaj, że zupełnie nie radzę sobie z życiem. Tyle jest do zrobienia, a mnie przez te nieszczęsne klucze zupełnie opuściła energia, boli mnie wszystko. Może te fizyczne odczucia to wina po prostu pogody? "Reumatyczni" mają prawo źle się dzisiaj czuć. Ale jestem maksymalnie wkurzona na tę swoją niewydolność i beznadziejność.
W domu mam tyle zaległości, a zanim je nadrobię, nawarstwiają się kolejne i kolejne. A tu jeszcze zbliżają się te znienawidzone świąteczne przygotowania. Dziś miałam ambitnie zagnieść ciasto na staropolski piernik z przepisu Margarytki ; nie mam siły, idę spać, chociaż dopiero po dwudziestej.

Jutro wywiadówka, znowu wrócę późno i nie będzie mi się nic chciało.

Czasami sobie myślę, że nie nadaję się do normalnego życia.
Chodząca, wiecznie zmęczona i nienadążająca beznadzieja.

Pogłaskajcie!

czwartek, 14 listopada 2024

Nie kosztem siebie czyli o tym, co moje.

 Jeszcze jedno pozwoliła mi zobaczyć ta cała scysyjka o "starą babę".

Rzekomo jestem nią, bo otwarcie mówię o swojej chorobie i trudnościach z nią związanych. Nie zamierzam jednak oszukiwać siebie ani nikogo, że odchorowuję sobotnią pracę na działce.

Doszłam do wniosku, że to przegrzanie (przy ognisku) na przemian z chłodem dnia sprawiło, że od początku tygodnia odczuwam wewnętrzne zimno. Jakieś dreszcze, spowolnienie, lekkie rozbicie. Wszystko to jest niespecyficzne, mało intensywne, ale ewidentnie pogarszające moje samopoczucie - a w zakładzie pracy  trzeba... pracować. Życzę sobie, aby ta praca nie była katorgą, skoro wykonana być musi. Mogę sobie pozwolić na swobodny tryb życia w domu, a nie na etacie.

Podjęłam decyzję, że rezygnuję ze zbliżającego się kolejnego wyjazdu. Jest już za zimno, nie służy mi to. I niech kto chce, nazywa mnie starą babą.

I wiecie... myślę sobie...

Wyłania się to, co "moje", klaruje się kolejność i ważność potrzeb. Klaruje się, że może właśnie Życie robi mi miejsce na sprawy bardziej mnie dotyczące, a zaniedbywane. W swojej mądrości mówi: "Daj sobie spokój z działką siostry, a dokończ wreszcie i podomykaj swoje sprawy".
Oczywiście to nie znaczy, że nie chcę już tam jeździć, nie chcę pomagać. Bardzo lubię to zachwycające miejsce, praca też jest miłą odskocznią od siedzenia przy biurku - ale już nie chcę być usłużna kosztem siebie.



Ze świeżych wiadomości - Pati Garg ogłasza zapisy na kolejny Rok Przebudzenia, a dla powtarzających ten kurs oferuje sporą zniżkę. Na tyle sporą, że zapragnęłam z niej skorzysta. Wiem, czuję, jak wiele dał mi mój pierwszy rok z Pati. Kolejny rok dałam sobie na zweryfikowanie tego, czego się nauczyłam, w codzienności, na "przetrawienie" i "uleżenie".
O, tak! Rok Przebudzenia naprawdę daje efekty i dlatego chętnie go powtórzę, pogłębiając i ugruntowując to wszystko, czego się nauczyłam do tej pory. Uczestnictwo w nim to nie tylko pożytek, ale i wielka satysfakcja, radość, przyjemność, poczucie, że jest się z innymi w tej samej "bajce".
Budżet mam napięty, ale dam radę. Z czym już sobie nie dałam?