środa, 18 grudnia 2024

Nowinki powszednie tudzież przedświąteczne.

Długie L-4 mi się przydarzyło. Cały tydzień chorowałam i jeszcze nie do końca doszłam do siebie. Pozostały dziwne bóle głowy, a że jestem po bardzo poważnych przejściach z głową, moja "rodzinna" lekarka wysłała mnie na SOR w celu dokładniejszych badań.
W rezultacie od ręki wykonano mi tomografię komputerową - chwała Bogu, wynik dobry! Kamień z serca, bo był tam, choć mocno ukryty i stłumiony. Mimo że nawet niespecjalnie dokuczała mi głowa, podano mi dożylnie ketonal ; cóż... wyleżałam się pod tą kroplówką i poczytałam "Młyn nad Flossą". Książka to najbardziej niezawodny towarzysz.

Cały dzień tam zszedł, łącznie z czekaniem na przyjęcie, a potem na wypis. Ale jestem uspokojona i zadowolona z kilku jeszcze dni zwolnienia lekarskiego, jakie mi wystawiono. Owszem, finansowo na tym stracę, ale odpocznę i odnowię zasoby energii.

Nic na to nie poradzę, że funkcjonowanie w codziennym trybie praca-dom męczy mnie. Niby się żyje, niby jest normalnie, ale mocno odczuwam tę różnicę, gdy tylko nadarzy się okazja do porównania.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy kilka koleżanek, z którymi zaczynałam pracę, odeszło na emeryturę. Wszystkie zadowolone, bardzo chwalą sobie ten stan, dodając: "Byle tylko zdrowie było". Zazdroszczę, chociaż do bycia coraz starszą niepilno mi.

Lepienie świątecznych pierogów i uszek mam w nosie, kupię w sklepie. Zawzięłam się tylko, że upiekę piernik staropolski z przepisu Margarytki oraz ugotuję barszcz, bo to żadna filozofia.
Nawet miałam ochotę na domowe dania, ale gdy sobie przypomniałam, jak się pochorowałam rok i dwa lata temu od stania i siedzenia cały dzień w garach, jak jeszcze w małżeńskich czasach zaczynałam wieczorem lepić te uszka w nadziei, że w trzy godziny się wyrobię, a siedziałam nad robotą do białego rana - odechciało mi się. Nie muszę całemu światu udowadniać, jaką jestem supergospodynią. Ważniejszy dobry humor i serdeczny uśmiech dla bliskich.

Syn dziś podzielił się smutną wiadomością: "Mama, pamiętasz Tomka (zmieniam imię)? Mama mu umarła dwa dni temu". Tomek chodził z Młodym do jednej klasy w szkole podstawowej. Biedny chłopak!
Wciąż myślę o synu i jego kolegach jak o dzieciach, choć już im prawie dwudziestka stuka. I to biedne dziecko zostało sierotą. A matka młodsza ode mnie cztery lata. I tuż przed takimi rodzinnymi świętami... Myślę o tym ze smutkiem.
Obawa, że opuszczę syna zbyt wcześnie towarzyszyła mi przez cale moje macierzyńskie życie, bo jestem osobą ze znacznymi uszczerbkami na zdrowiu i kiedyś już powróciłam prawie z drugiej strony. Każdego dnia się zdumiewam, że jeszcze tu jestem. Dlaczego ja akurat? Dlaczego musiała odejść inna kobieta w sile wieku, może nie chorująca nigdy wcześniej, dopóki nie przyszło to najgorsze?

Ech! A moja siostra powie, że się starzeję, bo gadam o chorobach i śmierci. No, jak nie gadać, skoro i to istnieje?

A zresztą, a w gruncie rzeczy - cóż takiego nagannego jest w starzeniu się? Czy to przypadkiem nie naturalne?


P.S. Koleżanka złożyła mi na Facebooku, publicznie życzenia urodzinowe, dodając: "Łagodnej menopauzy". Przemilczałam, bo koleżanka w gruncie rzeczy miła i na pewno nie chciała źle , ale czy tylko ja odnoszę wrażenie, że to niezbyt stosowne? Poczułam się skrępowana. Menopauzę zostawmy sobie jednak na rozmowy przy kawce, kameralne, chociaż to równie normalna sprawa jak starość czy śmierć.

Od Pati

 PATI GARG

Marta, to, co opisujesz, jest bardzo zrozumiałe. Twoja wewnętrzna dziewczynka, która buntuje się i nie chce działać, pokazuje Ci ważny kawałek swojej historii. W dzieciństwie działanie było dla niej związane z przemocą, krytyką, krzykiem – więc naturalnie teraz kojarzy to z czymś bolesnym i niebezpiecznym. Jej opór to sposób, w jaki próbuje się ochronić.

Możesz spróbować podejść do niej z czułością i zrozumieniem, nie walcząc z jej buntem, ale uznając go. Zapytaj ją: „Czego potrzebujesz, abyś mogła poczuć się bezpieczna, kiedy działamy?” Może potrzebuje więcej łagodności, więcej przerw, mniej presji? Może chciałaby usłyszeć, że teraz jest już bezpiecznie, że nikt jej nie oceni i że ma Twoje wsparcie, niezależnie od efektów?

Pomyśl o tym, jak możesz wprowadzić element zabawy, lekkości lub nagrody do tego, co masz do zrobienia. Warto też małymi krokami odbudowywać jej zaufanie do działania – zacznijcie od małych, prostych zadań, które sprawiają, że obie poczujecie się dobrze, i celebrujcie każdy, nawet najmniejszy krok.

To co ważne, to że Twoja dziewczynka potrzebuje czułego przewodnictwa, a nie przymusu. Możesz mówić do niej: „Robimy to razem. Jestem przy Tobie. Zaczniemy powoli, a potem odpoczniemy, bo dbam o Ciebie.” Z czasem ta łagodność pomoże jej poczuć, że działanie może być czymś bezpiecznym i wspierającym.

Ściskam Cię ciepło i trzymam kciuki za piękne rozwijanie Waszej relacji,
Pati



Pati, jestem Ci bardzo wdzięczna za tę odpowiedź.
Intuicyjnie przeczuwałam i wdrażam to, o czym piszesz. Pojawiają się pierwsze przebłyski zmian.
Upewniasz mnie, że to dobry kierunek, i wzmacniasz mnie.
Dziękuję z całego serca.




Ten aspekt pracy z Pati uwielbiam: nie ma u niej tak powszechnego przymusu, drylu, rozkazujących i kategorycznych tonów. Jest łagodność, empatia i zrozumienie, tak bardzo mi potrzebne. Jest to, o czym sama wspomniała: przewodnictwo zamiast przymusu. Tego drugiego miałam w życiu nadmiar.
Dla mnie retoryka spod hasła: "Ni ma, że boli! Zasuwaj, zasuwaj, zasuwaj, jeśli chcesz coś osiagnąć!" jest zupełnie nieskuteczna.



poniedziałek, 16 grudnia 2024

Meldunek z codzienności

Melduję: kawa nadal nie smakuje, ale wcale nad tym nie ubolewam, bo chyba tylko na zdrowie wyjdzie. Herbata, przyrządzona i podana z sercem, moim zdaniem ma niepowtarzalne emocjonalne konotacje.

Dziś jeszcze nie poszłam do pracy, ale za to do lekarza. A lekarka rodzinna stwierdziła, że moje bóle głowy są niepokojące, zwłaszcza w obliczu moich przewlekłych schorzeń i dała skierowanie do szpitala na oddział neurologiczny. Ależ się w sam świąteczny czas trafiło! Najpierw mam udać się na SOR i tam się okaże, czy mnie przyjmą na oddział, czy też jutro z powrotem zgłoszę się do "rodzinnej" po skierowanie na pilną wizytę w gabinecie specjalisty.

Przyznam, że lekko jestem zatroskana, ale też - widzę, jak życie hartuje i dystansuje. Jestem spokojna i doceniam fakt, że wreszcie się uważniej zajmę sobą. Latami lekceważyłam własne zdrowie, ważne badania i naprawdę czas z tym skończyć. Troska o siebie to nie hipochondria i nie fanaberia.

Wróciłam do domu pieszo, w strugach deszczu. Rozpaliłam w piecu i moje cztery kąty znów oswojone. Kot na stole wylizuje swoje futerko. Za oknem deszcz, a na parapecie lampa w kształcie kwiatu oświetla przyokienny stół, przy którym piszę.

Jest dobrze.

Zabieram się teraz za robienie obiadu, by czekał gorący na syna. Potem przejdę się na ten SOR. Wezmę ze sobą książkę, bo chyba czeka mnie kilka godzin czekania na swoją kolej. Bywałam w zacnej tej instytucji po mniejszych i większych wypadkach mojego dziecka.

Jak to dobrze mieć takie hobby jak mam ja. Żadna kolejka i żadne czekanie niestraszne, gdy się kocha czytać.

Moja aktualna lektura: "Młyn nad Flossą" George Eliott - kawał niezawodnej klasyki.


P.S. Nieubłaganie minęło dziś czerdzieści osiem lat mojego ziemskiego bytowania.

sobota, 14 grudnia 2024

Tacie (19 XII 1954 r. - 13 XII 2000 r.)

Antonina Krzysztoń jest mi podobnie duchowo bliska jak Pati. Muzycznie - najulubieńsza.
Tę piosenkę dedykuję temu, który już ćwierć wieku jest ze mną "tylko" duchowo.

Tylko?

Mój Tata wprawdzie jej nie lubił... ale może wybaczy.


Jakie to... wymowne:
Umierała Mama ; nic nie znaczyła pandemia, wojna zaczęta na Ukrainie - jakie było to nieważne!
Umarł Tata w ważną dla Polski rocznicę - jakie to nieważne.

Ot - cały mój stosunek do polityki i rejwachu tego świata.

Ciepło w serduchu

Będę żyła, będę żyła! Hurrraaaaa! :)
Jeszcze we łbie łupie, gdy zapominam o ostrożnym poruszaniu się, ale już ból nie dominuje mojego dnia (i nocy!). Już pojawia się zapał do aktywności innych niż czytanie książki w łóżku.
W ogóle czuję dziś wielką radość i satysfakcję.

Wysprzątałam koledze chałupę, na jego prośbę. Nie znalazł biedak nikogo innego, a potrzebował pomocy w tym swoim wynajmowanym lokatorom mieszkaniu. Zastrzegłam się, że nie obiecuję na pewno, bo zależy to od mojego samopoczucia, ale ostatecznie zawarliśmy układ: jadę do niego taksówką, a on zwraca mi koszty, bym nie musiała iść pieszo ledwo wstawszy "prawie z martwych".
Roboty tam Bóg wie ile nie ma, więc pomalutku dałam sobie radę. Mam poczucie, że spędziłam czas w sposób wartościowy.

Lubię pomagać! Bardzo. Ponieważ dużo piszę, nie tylko na blogu, widzę powtarzający się motyw cudzych spraw, które są mi bliskie i ważne, którymi żyję. Może to jakiś trop do potencjalnych zmian zawodowych?

Wczoraj też pomagałam.
D., która mi tak bardzo ostatnio zaprzątała głowę, wciąż jest moją koleżanką. Może nie jesteśmy na jednakowym poziomie (bez wartościowania!), ale wciąż mnie ona obchodzi. Choć nie zabiegam o kontakt, to ona się ostatnio odezwała, więc zapytałam, co słychać - i oczywiście zaangażowałam się.
Streszczać tego nie będę, ale przed D. obecnie sporo wyzwań i wyraźnie ją to przybiło. Wpadłam na konkretny pomysł rozwiązania sprawy i zaproponowałam jej to w możliwie najdelikatniejszy i nienachalny sposób. Podsunęłam jej pod rozwagę - myślę - sensowne i konstruktywne rozwiązanie. Skonsultowałam je z pewną naszą wspólną znajomą, do której mam zaufanie i której zdanie bardzo cenię. To starsza, mądra, wykształcona i rozgarnięta kobieta, z którą poznałyśmy się kiedyś we trzy w sanatorium i utrzymujemy kontakt. Irenka (jesteśmy na ty, a imię zmieniam) poparła mój pomysł, stwierdzając, że "to ma ręce i nogi". Wzmocniona jej aprobatą zaproponowałam pomysł D., ale D...

Eeech, D. jak to D. To mnie właśnie w niej często złości: waha się, boi się, szuka wymówek. Trzeba ją nieraz solidnie pociągnąć za przysłowiowe uszy, a deklaruje się jako zaradna osoba. Kombinuje czasem jak ten koń pod górkę, słucha rad durnych ludzi i wychodzi na tym kiepsko, działa na oślep. Brakuje jej samodzielności, potrzebuje prowadzenia za rękę, co również Irenka dawno przyznała.

Po rozmowie z D. zadzwoniłam do Irenki. Uknułyśmy intrygę. Irenka jest starsza, bardziej niż mnie wypada jej pouczać D., ma też więcej pewności siebie, a D. jej ufa. Obiecała porozmawiać, tak pokierować rozmową, by nie wydało się, że to ukartowałyśmy. Mam nadzieję, że uda się D. pomóc i ustawić jej widzenie sprawy we właściwych proporcjach. Ja nie śmiem nagadać D. tak, jakbym nagadała np. swojemu synowi.

Poczułam dumę z siebie i naszej koleżeńskiej sieci wsparcia.

A dziś u kolegi zadzwonił mój telefon. Szwagierka, bratowa mojego byłego męża zaprasza nas na Wigilię. Nie odmówiłam, choć wizja kameralnej kolacji z synem we własnym domu była przyjemna. Ucieszyłam się nawet, bo czyż to nie wartość, że można być ponad urazy i dawne konflikty? Choć ze szwagierką niespecjalnie się przyjaźnię, mam do niej wiele szacunku, bo to naprawdę porządny człowiek. Cenię też jej niekłamaną miłość do mojego syna, nasze dzieci mają dobre relacje.
Kategorycznie zakazano mi kupowania prezentów, podobno w tym roku tak się umówili, że dają sobie z nimi spokój, by nikt nie czuł się zobowiązany (ktoś tam jeszcze ma być z rodziny). Wykoncypowałam zatem, że jeśli uda mi się popisowy staropolski piernik (ciasto od kilku tygodni dojrzewa w lodówce), zaniosę go na wspólny stół.
Już się cieszę na wspólne kolędy, przyda się tych kilka lekcji śpiewu, które sobie zafundowałam jesienią.

We własnym domu bałagan mam nieopisany, ale wrzuciłam całkowicie na luz. Nie znoszę musieć, więc pozwolę sobie na to. Zrobię tyle, na ile starczy mi czasu i energii, a resztę mam gdzieś. Komu się nie podobają moje okna do połowy wysokości upaćkane łapami kota wracającego ze spacerów - zawsze może skierować wzrok gdzie indziej.

Za godzinkę odpalam webinar z Pati Garg, która zaproponowała bezpłatny trzydniowy kurs online: "Zaopiekuj się swoją wewnętrzną dziewczynką".
Uwielbiam wszystkie poczynania Pati, z czym się okrutnie powtarzam.
Mam w sobie taką właśnie bardzo nieukochaną, wiecznie odrzucaną wewnętrzną dziewczynkę, która domaga się uzdrowienia, zaakceptowania. Pracuję nad tym i dostrzegam rezultaty - jak choćby właśnie tegoroczne przedświąteczne przyzwolenie na bycie sobą, organizowanie sobie czasu w zgodzie ze swoimi potrzebami i wartościami, na nieidealność. Chyba nigdy nie czułam się w tym czasie tak wyluzowana jak tego roku. To cudowne.

W Facebookowej grupie kobiet inspirowanych przez Pati (i nie tylko) mamy taki rytuał: co dzień piszemy, jaka intencja prowadzi nas danego dnia, co dobrego zrobimy dla siebie, oraz za co tego dnia jesteśmy wdzięczne.

Dziękuję więc dziś za radość i ciepło w serduchu.


P.S. Burzliwe konsultacje z krewnymi i znajomymi niemal utwierdziły mnie w przekonaniu że przeszłam, a raczej wciąż jeszcze przechodzę zapalenie zatok. Pierwszy raz w życiu. Co za paskudztwo!
Za radą koleżanki zdecydowałam się wziąć przepisany przez lekarza antybiotyk (zapisany bez wyraźnego zalecenia, na wypadek wystąpienia ewidentnych objawów przeziębienia, które nie zaistniały). Zażywam i pomaga. Oprócz tego zaaplikowałam sobie wyszperane gdzieś w internecie inhalacje - bardzo mi się podobają, bo oddychanie nad garnkiem, z ręcznikiem na głowie sprzyja medytacji, więc korzyść podwójna.
Idę pomedytować, a potem akurat będzie czas na Pati.

środa, 11 grudnia 2024

Luksus

Ostatnimi czasy pisałam na blogu bardzo dużo, aż wreszcie na kilka dni wycięło mnie i z wirtualnej, i poniekąd z realnej rzeczywistości.
Byłam chora, a choróbsko tak mnie sponiewierało jak chyba jeszcze nigdy w życiu. No... może raz, jakieś 3 lata temu.
Nie życzę najgorszemu wrogowi takich atrakcji, kiedy człowiek leży jak zwłoki, na nic nie ma siły, a zjedzenie jednego banana w ciągu dnia (i niczego poza tym) graniczy z wyczynem. Wyłącznie z rozsądku wmuszałam w siebie po kawałku. Dopiero wczoraj wmusiłam w siebie zamówioną w barze zupę (mieszkanie w mieście ma niewątpliwe zalety oprócz równie niewątpliwych wad). Notabene, bar ten znany jest z bardzo smacznych "domowych".
Po zupie poczułam się silniejsza i od tej pory jest coraz lepiej, choć jeszcze nie wróciłam do pełni sił i zdrowia.
Jestem na zwolnieniu lekarskim i rozkoszuję się czasem dla siebie, bo dziś już jestem w stanie z niego korzystać: czytać książki, małymi kroczkami robić coś w domu, gawędzić z koleżankami przez telefon czy... popisać na blogu.
Tak bardzo tęsknię za podobnym komfortem na co dzień: niegonieniem nigdzie na czas, niezmuszaniem się do nudnych obowiązków, niezadawaniem się z ludźmi, z którymi zadawać się nie mam ochoty.
Całkowity relaks i spokój, po prostu komfort psychiczny. Myślę, że w takich domowych warunkach mogłabym nawet wykonywać obecną swoją pracę. Ale u siebie!
Mogłabym sobie ułożyć przy kanapie wszystkie te moje książki do katalogowania, wpisywać te wszystkie dane do systemu w ciepłym szlafroku, pod miękkim kocykiem. Byłabym szczęśliwa, nie jestem z tych, którzy bez towarzystwa i ruchu dookoła usychają. Mogłabym o dowolnej porze zrobić sobie przerwę i poleżeć sobie kwadrans, gdy się źle poczuję, oraz o równie dowolnej porze to nadrobić wykorzystując np. wcześniejsze niż zwykle wybudzenie się rano. A w międzyczasie nastawić zupę na obiad, a nie brać się za gary późnym popołudniem, niezadowolona, że wolałabym odpocząć i poczytać książkę.

Bardzo  - cholernie!!! - marzę o takiej swobodzie.

Powie ktoś, że grymaszę, ale coraz bardziej mam dosyć obecnej pracy i coraz bardziej pragnę dla siebie opisanych wyżej warunków. Wiem, że są osoby, którym to dane. Nie wszyscy to lubią i nie wykluczam, że i ja mogę się mylić - ale nie sądzę.

Obserwowałam nieraz moją poprzednią kierowniczkę działu. Odeszła już na emeryturę, ale ostatnie lata nie były dla niej łatwe. Zmagała się z nadciśnieniem, silnymi bólami głowy, a jej praca była wymagająca. W dodatku była to osoba ambitna. Nieraz z tym bólem zmuszona była być bardzo aktywna i dyspozycyjna, nieraz herbata zaparzona rano stała na jej biurku do południa, bo nie było czasu jej wypić. Zmagała się z osobistymi dramatami, które nikogo w pracy nie obchodzą. Brrr!

Podobno marzenia wypowiadane na głos zwiększają szansę na ich realizację. Zatem pragnę pracować z domu, najlepiej w elastycznych godzinach.

Mamy o niebo łatwiej niż nasze matki i babki, ale i tak chodząc do pracy czuję się nieustannie zagoniona i w tzw. niedoczasie, wciąż realizująca coś kosztem czegoś innego.


PS. Ciekawostka z tego całego chorowania: nie smakuje mi kawa! Herbata z cytryną jest o niebo lepsza!

czwartek, 5 grudnia 2024

Wyczyny przyszłego maturzysty

Mój syn jest "zabójczy"!
Nie lubi, gdy o nim za dużo gadam, ale dziś pozwolę sobie na to, bo historyjka pyszna

Pisał dziś próbną maturę z języka angielskiego. W którymś zadaniu uczniowie mieli opowiedzieć o audiobookach, padło między innymi pytanie, jakiego słuchali ostatnio.
Mój synalek napisał najszczerszą prawdę - po angielsku oczywiście: otóż słuchał o uczniu, który... zabił swoją nauczycielkę angielskiego.

O Jezusie! 😂

To ani chybi po mamusi ta szczerość. Ileż razy dawniej - a i dziś się zdarza - mówiłam coś bez złych intencji, a zostawało źle odebrane.
To się chyba nazywa enfant terrible.


P.S. 2. Zakupiłam i zwieźli mi dziś tonę brykietu drzewnego na opał. Rozładowaliśmy to z synem i znieśliśmy do garażu, pomagało małżeństwo prowadzące ten opałowy interes.
Oboje przyznaliśmy: ruch wspaniale wpływa na psychikę. Nie ma to jak odrobinę bardziej się zmęczyć.
Tysiąc złotych poszedł na ten wzniosły cel, ale poczucie bezpieczeństwa i komfortu, że nie zmarzniemy tej zimy, warte jest poświęcenia.

Moja siostra ma u mnie dwa razy większy dług, więc jestem spokojna o to, czy damy radę z finansami w tym miesiącu. Niestety niełatwo jej teraz oddać, ma jakieś trudności, ale cóż... w podbramkowej sytuacji (która może jednak nie zaistnieje) nie ma sentymentów.

wtorek, 3 grudnia 2024

Postscriptum 2

Miałam z tą D. poczucie winy - a dlaczego?

Tu weszło w grę poczucie winy. Obawa, że jestem paskudną, wywyższającą się przemądrzałą babą.

D. jest umysłowo nieco ociężała i zaczęło mnie to cholernie wkurzać.

Czułam się w obowiązku nie brać tego pod uwagę, lecz rozumieć, wybaczać, być cierpliwą i pobłażliwą. Chciałam być lojalna.

A jednak czułam coraz bardziej narastającą niechęć, zauważałam wady i nie umiałam się oszukiwać. To ze mnie wychodziło - czasami  nawet w niemiły dla D., krzywdzący ją sposób.

D.  potrzebuje prowadzenia, naśladuje innych, brakuje jej własnego zdania, odwagi. Teraz wzoruje się na Aśce, a Aśka jest diametralnie od niej inna - dominująca i lubiąca prowadzić. Sama się do tego przyznaje.

Wytworzył się między nami trzema jakiś dziwny układ, który mi przestał służyć. Dostarczył mi jednak ciekawych autorefleksji.

Rację ma Anna Bzikowa, że zwykle i w nas tkwi odpowiedzialność za nasze emocje w relacjach.
Chyba nie znałam siebie dostatecznie.
Takie, a nie inne miałam potrzeby, wchodząc w te znajomości. Coś mnie do nich przyciągnęło, coś mnie zauroczyło - coś, czego mi w życiu brakowało*. Zachłysnęłam się tym z lekka i dopiero gdy się nasyciłam, zaczęłam zauważać to, co mi nie odpowiada.

Za mało też chyba doceniałam siebie samą, za mało czułam się ważna i wartościowa. Skłonna byłam się obwiniać za mniej "piękne" odczucia i myśli. A one są potrzebne, one do nas mówią i informują.

Tak! Unieważniałam swoje podszepty, zagłuszałam, aż w końcu wybuchły.

Co jeszcze? Basiu, zacytuję Ciebie: zapał neofity mnie ogarnia. Odzyskuję siebie, własny wewnętrzny głos. Tłumiony latami, czasami może nawet przesadza - wręcz się drze ;)

Mimo wszystko uważam to za oznakę zdrowienia.


*O rany, całkiem jak w związku romantycznym!

Postscriptum o koleżankach.

Próbowałam przeanalizować całą tę historię z koleżankami, ale z tego robiła się bardzo długa i chyba niezbyt ekscytująca opowieść.

Wiem już jedno: miałyśmy do przejścia wspólny kawałek naszych dróg, ale każda ma własną. Jesteśmy różne i z różnych tzw. bajek. Miałam swój udział w nieprzyjemnościach i zgrzytach, ale mam też swoją prawdę, która domaga się uznania - przeze mnie samą przede wszystkim.

To dla mnie bardzo interesujące i frapujące, ale nie mam już siły o tym opowiadać. Ważne, że wreszcie poczułam, o co mi chodzi. Ważne, że to, co nazwałam (za Nityą) moimi ustawieniami fabrycznymi, okazało się w porządku i godne zaufania. A ja w pewnym momencie życia podważyłam je, spróbowałam inaczej. Było to ciekawe i cenne doświadczenie, ale już nie potrzebuję eksperymentować.

Jestem w porządku, one są w porządku, ale niekoniecznie nadajemy pod każdym względem na tych samych falach. Tęsknię za bliskością, ale tych osób do najbliższych nie zaliczę.

Na marginesie - było parę zgrzytów z moją wieloletnią serdeczna przyjaciółką, ale wyszłyśmy z nich zwycięsko. Przyjaźń przetrwała i trwa.

niedziela, 1 grudnia 2024

Spięcie

Smutek.
Autentyczna przykrość.
I o co? O Facebook durnowaty!

Pisałam już: część interakcji przeniosła mi się na Facebook, ale chyba i to czas poważnie zrewidować.

Jakiś czas temu Aśka dla zabawy wstawiła zdjęcie przedstawiające jedynie jej oczy oraz trochę włosów. Opisała: "Czy te oczy mogą kłamać?". Ponieważ włosy obecnie ma ciemne, a na zdjęciu były jasne, zastanowiło mnie, czy to ona czy może jej córka. Spontanicznie napisałam o tym pod zdjęciem.
Po niedługim czasie otrzymałam wiadomość głosową. Tonem wyraźnie podenerwowanym Aśka oświadczyła, że ona sobie mojego komentarza nie życzy, nie ujawnia żadnych szczegółów na temat życia prywatnego i "proszę wykasować ten komentarz". Takimi właśnie oficjalnymi słowami. Potem wyjaśniła, że miała kiedyś ze strony córki mnóstwo nieprzyjemności, gdy wstawiła zdjęcie, które przedstawiało ledwie fragment je postaci.
Przyjęłam do wiadomości i wykasowałam swoją wypowiedź, nie komentując prośby Aśki. A niech jej tam będzie, choć to dla mnie absurdalne.
Dziś Aśka wrzuciła post, który mnie zafrapował i skłonił do refleksji. Refleksją się podzieliłam w komentarzu. Potem dopisała coś D., więc spontanicznie odpowiedziałam. Gotowa byłam przyjaźnie podyskutować na ciekawy temat.
I znowu wiadomość od Aśki, że ona sobie nie życzy pod jej postem prywatnych polemik. Zarzuciła mi, że robię aluzję do starych spraw - a mnie to nawet przez myśl nie przeszło.

Oooo! Tu już nie zdzierżyłam. Wysłałam głosową odpowiedź, żeby się przestała mnie czepiać i jeśli nie chce komentarzy, niech mnie albo zablokuje, albo nie wstawia postów, bo przecież każdy może je zobaczyć i coś pod nimi napisać. Na pewno mimo woli podniosłam głos, bo byłam zdenerwowana. Coś mi znowu odpowiedziała, ja jej, po czym chłodno się pożegnałyśmy.

Aśka, D. i ja to jakiś ostatnio trójkąt dramatyczny. Poznałyśmy się stosunkowo niedawno, najpierw znałam je obie niezależnie od siebie, potem zapoznałam je ze sobą. Było między nami sympatycznie, ale szybko zaczęło dochodzić do rozdźwięków.

D. zaczęła mnie irytować i męczyć, o czym już niejednokrotnie pisałam. Aśka początkowo bardzo przyciagnęła mnie swoim stylem życia, niezależnością, odwagą postępowania po swojemu, życiową dzielnością. Potem zaczęło mnie uwierać, to, co na początku znajomości uznałam za pozory, które mylą. A jednak chyba moja intuicja się nie myliła i Aśka nie jest dla mnie. Zbyt "awangardowa", bezwzględna, w parze z wrażliwością idzie u niej pewna niezbyt przyjemna ostrość.
Rozwijać tego i wyjaśniać już mi się doprawdy nie chce.

Jestem po dzisiejszym spięciu wyprana z energii, choć było krótkie i chociaż sama sobie mówię, że nie ma co się przejmować bzdurami.

Sytuacja się powtarza, a to dla mnie znak, że pora wyciagnąć z niej wnioski:
Nie będę koleżanek unikać na siłę, ale to nie moje "stado", nie moja drużyna.
Mój dawny sposób nawiązywania relacji i towarzyskie wybory nie były od rzeczy. Mogę ufać swoim "ustawieniom fabrycznym" i niekoniecznie próbować je zmieniać, jak to miało miejsce z Aśką. Znajomość z nią to była moja forma wychodzenia poza utarte schematy.


A Facebooka im mniej tym lepiej.
Tylko po cholerę, jeden z drugą, cokolwiek publikujesz, skoro tak niby zazdrośnie strzeżesz swojej prywatności?
Ja, jeśli nie chcę komentarzy, nie prowokuję ich, a jeśli pragnę się uzewnętrznić - muszę liczyć się z tym, że budzi to różne reakcje.