sobota, 28 września 2024

Związek? A może jednak?

Napomknęłam w jeszcze cieplutkim poście o nawiedzającej mnie czasem tęsknocie za drugim człowiekiem.

Kwestia jest mi nieobojętna, bom wszak singielka od lat.

Temat przewija się w różnych rozmowach - przecież większość znajomych to ludzie w małżeństwach i związkach, często wieloletnich. Niektórzy próbują od nowa po nieudanych wcześniejszych doświadczeniach.

Już pisałam, więc się powtarzam; udało mi się oswoić samodzielne życie i zazwyczaj chwalę sobie ten stan. Zwłaszcza gdy obserwuję, ile niektórych kosztuje utrzymanie partnerskiej relacji, jak bardzo muszą przymykać oczy na to, co niekomfortowe, trudne, bolesne.
Wierzę, że można stworzyć związek, gdzie ludzie potrafią się porozumiewać, że można tak dojść do ładu z samą (samym) sobą, by nie generować niepotrzebnych konfliktów. Wierzę, że są ludzie, którym przychodzi to naturalnie i nie postrzegają tego jako ciężkiej pracy, wysiłku. Widzę jednak dostatecznie dużo związków, gdzie jest "pot, krew i łzy" (no, dobra, trochę przesadzam), gdzie się przymyka oko na ewidentne przykrości i trudności, gdzie w imię bycia razem rezygnuje się z siebie. Gdzie zamiast zająć się sobą, uwaga jest nieustannie skupiona na drugim człowieku. Do obrzydzenia wyświechtane słowo "kompromis" wywołuje we mnie sporo niechęci, bo zwykle jest kojarzone z rezygnacją. Tymczasem dla mnie kompromis to poszukiwanie takich rozwiązań, gdzie koniec końców. oboje jesteśmy na wygranych pozycjach, zyskujemy więcej niż tracimy.

Myśląc więc o związku doświadczam ambiwalencji pomiędzy brakiem a niechęcią. A brak - o zgrozo - poczułam... gdy sąsiedzi pochwalili się odmalowanym mieszkaniem.

Bo ja - kurczę! - wszystko muszę sama. I choć lubię samodzielnie o sobie decydować, żyć jak mi się podoba i we własnym tempie, czasami brakuje kogoś, kto by zachęcił, wsparł, zmobilizował. Razem tyle rzeczy jest albo zdaje się łatwiejszych.

Moje mieszkanie domaga się malowania, a ja nie robiłam tego nigdy w życiu (ot, gdzieś kiedyś zdarzyło się z męzem czy jeszcze z Tatą machnąć kilka razy pędzlem). Bo mój garaż domaga się paru prac, by go udostępnić najemcom. Bo tak po prostu ciepło i dobrze czasami być z kimś.

Pomimo ważnych argumentów przeciw - zdarza mi się zatęsknić...

Ale czy na pewno?

A o kontrargumentach TUTAJ . Jest ich dużo - i są niemałe.

Jesienią, jesienią...

Pojesienniał świat. Cały dzień zbierało się na deszcz, aż w końcu się zebrało - i przelało... Wystukują mi teraz krople na parapecie swoją deszczową piosenkę.

Zmieniałam tapetę bloga na ciepłe dyniowe kolory. Matka-natura w swej mądrości zadbała, by nawet wśród szarugi nie zabrakło barw - a szaruga jeszcze uwydatnia i podkreśla ciepłe żółtości i rudości. Uwielbiam spoglądać taką szarą godziną na blask ognia i dyniowych lampionów.

Najpiękniejsze są lampiony naturalne, ale niestety, nietrwałe. Pozwoliłam sobie zatem za kupno używanych lampek za marne trzy złote. Wprawdzie są typowo halloweenową dekoracją, mają niepotrzebnie, moim zdaniem, domalowane czarną farbą oczy, nosy, usta, raczej też nie hołduję znanej anglosaskiej tradycji - ale co mi tam ; grunt, że dają piękne, kojące światło. Uwiodły mnie, kupiłam i przepędzam nimi jesienną melancholię.

Otóż i one:


Melancholia niejeden ma odcień ; niektóre lubię. Dziś jest mi dobrze, w bliskości ze sobą, w spokoju i rozluźnieniu. Coś niecoś uporządkowałam w domu i udało mi się to zrobić bez niepotrzebnych napięć i nerwów (mój spadek po wychowaniu w rodzinnym domu to silne skojarzenie sprzątania ze stresem). Cokolwiek robiłam, byłam tu i teraz, nie planowałam gorączkowo zadań i prac, a udało mi się całkiem sporo pożytecznych rzeczy zrobić.

Jestem sama w domu, gdyż za pasem kolejny rok akademicki. Mojego syna kuzyn dołączył do szacownego studenckiego grona i będzie mieszkał w mieście wojewódzkim, na ten samej stancji - o nieprzypadku! - gdzie dziewczyna mojego Miśka (czasami tak się do niego zwracam, więc niech to umowne imię pozostanie na blogu). Wybrali się więc całą paczką na tę stancję i syn przed niedzielnym wieczorem nie wróci.
A niech się cieszy młodością i korzysta z jej uroków (byle z głową, ale wydaje mi się - tfu! tfu! - że wychowałam całkiem niegłupie i raczej rozsądne dziecko). Mój syn jako uczeń technikum jest teraz uczniem piątej, maturalnej klasy i ewentualnym studentem stanie się za rok.

Momentami odzywała się we mnie tęsknota za drugim człowiekiem, gdy tak rozmawiałam tylko z kotem, ale były to tylko krótkie błyski. Miałam dziś co robić, nie nudziłam się, spędziłam dzień w przyjaźni ze sobą.

Dobrze mi i ciepło na duszy.

sobota, 21 września 2024

Marudnie

Dzisiejszy dzień żegnam zmęczona i przygnębiona. To drugie zapewne ma swoje źródło w tym pierwszym.

Ogłosiłam przez internet, że wynajmę swój garaż za 200 zł. miesięcznie, z czego pierwszy miesiąc gratis w zamian za pomoc w uprzątnięciu garażu. Zgłosił się znajomy. Po pierwszych oględzinach ochoczo zgodził się na moje warunki, ale dziś, pewnie zniechęcony przez brata, z którym przyjechał, zrezygnował, wytaczając argumenty, że rzeczy z garażu ciężko będzie przenieść do piwnicy i wszystkie pomieścić.

No, cóż... pewnie mu się nie chce pracować.

A ja jestem zmęczona, bo zamiast oszczędzić siły na spodziewaną robotę w garażu, zabrałam się za większe porządki w mieszkaniu. Naganiałam się przez cały dzień i teraz, jak to się mówi, padam na nos.

Zmęczenia dopełnia dyskomfort nowych, "trzecich" zębów. Okropnie to niewygodne, podejrzewam, że "garniturek" wymaga korekty, co zgłoszę na najbliższej kontroli w nadchodzącym tygodniu. Obce ciało w ustach sprawia, że stale czuję się głodna! Chyba jakieś trawienne odruchy się uaktywniają. W ustach mam okropnie sucho i bardzo się z tym męczę.

Abasia, która niedawno dołączyła do moich znajomych blogowiczów, zamieściła post o śmierci, umieraniu. Jej rozmyślania nie są mi obce. Niedawno uczestniczyłam w pogrzebie matki licealnej koleżanki. Mama X. "nigdy nie chorowała", aż wreszcie poszła na zwykłą, zdawałoby się, operację woreczka zółciowego. Okazało się, że choroba jest znacznie poważniejsza niż ktokolwiek przypuszczał, diagnoza była bezlitosna, a tempo wydarzeń od tejże operacji do śmierci - piorunujące.

Przedwczoraj może rozmawiałam z koleżanką Y, której ojciec dzielnie walczył z nowotworem chyba z dziesięć lat, regularnie dojeżdżał na chemię i żartował, że bierze w żyłę. Wreszcie choroba zaczęła zwyciężać, a w tej ostatniej naszej rozmowie usłyszałam, że tata już niewiele "kontaktuje", że przychodzi do niego pielęgniarka, że stale ktoś przy nim jest i nie zostawia się go już bez opieki. Smutne to i takie... bezlitosne.

Przypomina mi się moja mama ; niczym kadry z filmu wracają do mnie sceny ze szpitala, z hospicjum. Nie mogę uwierzyć, że już ponad dwa lata nie ma jej wśród nas. Żyje się dalej pomimo tej straty, ale gdy o niej myślę, rodzi się bunt, niezgoda, żal.

...I tak, Abasiu - myśli się o własnym przemijaniu. O tym, że fragment po fragmencie ponoszę kolejne spowodowane chorowaniem straty jak słuch, zęby... Co następne?

Czy odetchnę z ulgą spłaciwszy koszty leczenia, kredyt wzięty na zakup mieszkania, czy spełnię marzenie o życiu bez presji finansowej i emocjonalnej - czy znowu znienacka zwali się jakiś kłopot na głowę? Już tak niedługo do końca rat, a ja się boję cieszyć i marzyć o spokoju, większej swobodzie w dysponowaniu pieniędzmi.

Ech, to chyba ze zmęczenia tak dzisiaj pomarudziłam.

sobota, 14 września 2024

Sweter. Tylko sweter?

Wszystko wydarza się po coś - jest to truizm nad truizmami. A jednak zaskakuje mnie czasami jego nieoczywista oczywistość.

Zgubiłam sweter w sposób najidiotyczniejszy z możliwych. Ten głupi sweter wywołał lawinę emocji zupełnie niewspółmiernych do wydarzenia. Jaki z tego wniosek? Miał mi do powiedzenia coś znacznie więcej niż tylko ten fakt.

Ze swetrem było tak:

Dostałam go za zwykłe "dziękuję" od sąsiadki, której był niepotrzebny.
Ogromnie mi się spodobał! Taki oversized jak to teraz w modzie, długości 3/4. Luźny, mięciutki, przytulny, z odrobiną nonszalancji. Prawdziwy sweter - przyjaciel, taki wierny pies. Lubię personalizować ubrania, nadawać im znaczenie emocjonalne i duchowe. Ten sweter to był strzał w dziesiątkę i nosiłam go z wielką przyjemnością.

Pewnego pięknego dnia postanowiłam zajrzeć do szmateksu w dzień wyceny towaru po trzy złote za sztukę. Zachciało mi się bluzeczek z krótkim rękawem na ostatnie dni lata.
Wędrowałam między wieszakami, przymierzałam. Sweter - przyjaciela przewiesiłam luźno przez moją torebkę, a przecież mogłam włożyć od siatki, którą tego dnia również miałam przy sobie. I w ferworze zakupów nie zauważyłam, kiedy zsunął się na podłogę.
Brak stwierdziłam już po powrocie do domu. Wskoczyłam natychmiast na rower, powróciłam do szmateksu tą sama drogą, którą z niego przyszłam. Nigdzie śladu. W szmateksie tego dnia była wymiana towaru. Ten przeceniony pakowano już do ogromnych worów i wywożono.

Żegnaj, przyjacielu - chciałoby się zawołać i dziś na szczęście stać już mnie na ten przebłysk humoru.

Ale to dziś. Wtedy ruszyła we mnie cała lawina żalu, wstydu, złości. Na próżno sama sobie tłumaczyłam, że to tylko rzecz jak wiele innych, że jeszcze niejedną lepszą spotkam i że w ogóle nie ma czego żałować, bo przecież nie wydałam na ten sweter ani złotówki. A jednak zakotłowało się we mnie na dłuższy czas. Nawet popłakałam.

Bo do cholery, tak się staram! Tak się staram żyć bardziej uważnie, bardziej się organizować, bardziej się pilnować - i co? Chwila nieuwagi i niepamiętania o pamiętaniu... Moje roztargnienie jest niemal książkowe, słynę z niego wśród krewnych i znajomych, jest przedmiotem licznych anegdot. Poczułam się nic niewartym nieudacznikiem. "Rozpiź...j" w domu, głowie i w sercu!

Powoli, powoli, przecież wyszłam z tego stanu, ale póki trwał - postanowiłam, że się mu przyjrzę, poobserwuję sama siebie. Wszak nie darmo uczyłam się tego od samej Pati Garg.

To było bardzo interesujące - czuć wszystko, co się czuje, i to mocno, dać sobie na to zupełne przyzwolenie, a jednak się do tego nie przywiązywać. Nowe to doświadczenia w moim życiu. Posprawdzałam, jak moje ciało "lubi" się spinać z byle powodu, jak wiele jest we mnie autokrytyki i biczów kręconych przez samą na siebie. Jak mało chodzi w moim życiu o fakty, a jak wiele o ich znaczenie. A znaczenie jest ogromnie subiektywne. A znaczenie to te wszystkie historie, które dorabia do wydarzenia mój naznaczony niełatwą przeszłością umysł.

Dziś to już tylko sweter i mam do opowiadania kolejną śmieszną historię, bo zgubić ciuch tam, gdzie zwykle się go kupuje, to - przyznajmy - całkiem niezły dowcip. Opowiadać lubię, wiec znowu mam o czym. Śmiać się z siebie też lubię.

Ale co mi powiedział - oho, ho!

Powiedział, że przecież nie potrzeba mi tak częstych polowań na ciuchy. Gdybym sobie odpuściła (co już nieraz sobie obiecywałam), miałabym ukochany sweter, a bez tego co upolowałam, śmiało mogę się w gruncie rzeczy obejść.
Powiedział, że okej, sweter posiałam, ale za to mam trzy inne całkiem fajne rzeczy.
Że rzeczy to naprawdę tylko rzeczy. Nawet jeśli nadaliśmy im imię.
Powiedział też... że rzeczy to nie tylko rzeczy, pięknie mogą dodawać życiu smaku i urody... albo skutecznie smak i urodę psuć. Możemy nadawać im imiona...
Że owszem, wszystko jest, jakie jest, ale jest też takie, jak my pozwalamy.
Że owszem, przydałoby się tej roztargnionej Marcie więcej uważności.

Że wszystko jest po coś, zaiste!

wtorek, 10 września 2024

Nie trzeba być wielkim

Miałam kolegę.
Powiedzmy, że na imię miał Romek, choć w rzeczywistości inaczej.
Nie był to bliski kolega, ale chodziliśmy przez chwilę do jednej klasy, po maturze pozostał w naszym mieście, gdzie pozostaję i ja. Siłą rzeczy spotykaliśmy się od czasu do czasu.
Nie ze wszystkim nam było po drodze, ale Romek był ciepły, pogodny, miło było uciąć sobie z nim pogawędkę, gdy się przypadkiem znaleźliśmy w tym samym miejscu i czasie.
W liceum miał opinię ostatniego lesera, przynajmniej w naszej pierwszej klasie, po której nas opuścił. Zdecydował się zacząć od nowa, pozostał w naszej szkole, utrzymywał kontakt z pierwszą ze swoich pierwszych klas i jakoś się czuło, że Romek jest "nasz". Zresztą szkolna społeczność, choć spora, to przecież nie metropolia z tysiącami obywateli. Ukończył liceum, już bez spektakularnych perturbacji, maturę zdał - zapewne bez tzw. szału, ale przyzwoicie.

Szalonej kariery Romek w życiu nie zrobił. Coś tam próbował studiować, pracę pomogła mu znaleźć matka, która wystarała się o grupę inwalidzką dla swojego syna, dzięki czemu łatwiej było o zatrudnienie (takie to były czasy, niektórzy mocno sobie owo inwalidztwo naciągali, a pracodawcy chętniej zatrudniali osoby z oficjalnie stwierdzoną niepełnosprawnością, bo to im gwarantowało korzyści finansowe ; Romek miał zresztą widoczny uszczerbek na zdrowiu, ale nie była to duża ułomność). Potem sam sobie znalazł zajęcie jako copywriter, autor tekstów pisanych na zlecenie, i pracował z domu.

Żył sobie tak z renciny i tego, co dorobił swoim pisaniem. Nie miał żony, dziewczyny może tylko jakieś epizodyczne. Z tego co wiem, w domu rodzinnym nie układało mu się najlepiej i to chyba spowodowało, że żył znacznie poniżej swoich możliwości, nie rozwinął potencjału, a miał niemały, o czym się przekonałam, gdy pojawił się Facebook.

Na Facebooku Romek relacjonował swoją pasję - rowerowe wyprawy w okolicę. Pisał z prawdziwą swadą, z dowcipem, niebanalnie. Zauważyłam w tych nielicznych rozmowach na ulicy, że jest oczytany, zorientowany w rejonach czytelniczych, w które ja się nie zapuszczałam. Czegoś od niego mogłam się dowiadywać i uczyć, chociaż mnie pociągają inne "klimaty".

Po śmierci już dowiedziałam się, że pisał "do szuflady". Dzięki jego siostrze miałam okazję przeczytać kilka tekstów - zdecydowanie miał talent.

Romek zginął w wypadku, a raczej po wypadku na swoim rowerze. Potrącił go samochód.

Po pogrzebie przeglądałam jego profil na Fb. Oglądałam zdjęcia z wypraw, czytałam te jego dowcipne opisy i myślałam sobie: 

Niczego nadzwyczajnego ten człowiek nie dokonał, żył tak niepozornie - a przecież zostało po nim coś niekwestionowanego, tak niewymagającego, a tak ważnego: ciepłe wspomnienie życzliwości, humoru, inspirujące wpisy i fotografie z wycieczek. Te ostatnie bardzo się nam, znajomym podobały, zachęcaliśmy go, aby "coś z tym robił", ale Romek chyba zupełnie nie wierzył w siebie i właśnie dlatego prowadził tak skromne życie.

Nie odbyliśmy zbyt wielu rozmów, ale zdarzyło mi się zaczerpnąć sporo siły z jego słów, docenić życzliwość. Z zaskoczeniem usłyszałam już po jego śmierci od jego koleżanki, jak dobrze o mnie mówił i jak mnie doceniał. A przecież kontakt z Romkiem miałam bardzo luźny, przypadkowy.

...No, to piszę o Tobie, Romku - ku pamięci. Ku utrwaleniu tej refleksji: nie trzeba być wielkim, by coś znaczyć.

Dziękuję Ci.

środa, 4 września 2024

Szczęście

Zwiedzałyśmy w miniony weekend skansen w Sanoku.
Nie mam jakoś ochoty ani energii na relacjonowanie wycieczki, ale powiem jedno: polecam z całego serca! Odpoczęły mi dusza i umysł wśród łemkowskich kurnych chat, w starej drewnianej synagodze, w szlacheckim dworku pełnym uroczych sprzętów z minionej epoki. Cudownie! Pragnę tam jeszcze wrócić. Sama, bo ostatnio bardzo tego potrzebuję.

Jakieś skołatane mam nerwy. Może to efekt tego wszystkiego, co ostatnio mnie spotkało: operacja (tak to nazywam, choć był to raczej zabieg, tyle, że pod narkozą), pogorszenie zdrowia i wszystkie tego konsekwencje (np. zmiana wyglądu), duże zmiany w sposobie funkcjonowania - plus wyzwania codzienności.
Tak czy siak, trzeba mi spokoju i wyciszenia.

Moja przyjaciółka z pobliskiej wsi postanowiła wziąć udział w konkursie poetyckim, a że jest osobą chorującą, niepełnosprawną i dotarcie do miasta wojewódzkiego (bo konkurs ogłosiła tamtejsza biblioteka) stanowi dla niej wyzwanie, zaofiarowałam się, że dostarczę jej pracę osobiście, bo właśnie dziś mam tam do załatwienia własną sprawę (dentysta - sadysta ;) ). W związku z tym potrzebowałam się do niej wczoraj wybrać, a nie było mnie tam już dwa lata z powodu trudności komunikacyjnych i braku czasu z mojej strony, a z jej - ograniczeń ruchowych. Nasza przyjaźń jest teraz głównie telefoniczna.
Wczoraj się jednak zmobilizowałam i przez trzy godziny rozkoszowałam się "wsią spokojną, wsią wesołą". Jakże tam odpoczęłam!
Obiecałam sobie częściej bywać w tym miejscu, wśród tych, jakże swoich, wypróbowanych ludzi.
Wróciłam do domu szczęśliwa.

Jakieś tam "dwa na krzyż" autobusy dojeżdżają w roku szkolnym, który właśnie się zaczął.

...A czy ja się chwaliłam, że dziecię moje odbywa kurs na prawo jazdy i wczoraj pomyślnie zdało egzamin teoretyczny?
Ach, ty mój dorosły synu! dopiero synkiem byłeś. Synusiem tycim...

Decyzja

Niedobrze się dzieje.

Ostatni popiątek spędzilam z koleżankami w Sanoku. Była to inicjatywa X., która ma żyłkę organizatora. Wszystko załatwiła - nocleg, plan naszej wyprawy, a my - Y, D. i ja jedynie pokryłyśmy koszty całego przedsięwzięcia, oczywiście każda za siebie, nie za X.

Co się okazało? X zaprosiła na wycieczkę swoją siostrę Y. Uprzedziła, że siostra to dziwna, a nawet dziwaczna osoba i żebyśmy się nią zanadto nie przejmowały. Rzeczywiście okazało się, że czasami lepiej nie zbliżać się do niej bez kija, ale obeszło się bez przekraczania granic przyzwoitości.


D natomiast... Z D. moja prawie przyjaźń, a na pewno duża zażyłość przeżywa kryzys już od dawna. Tłamsiłam to w sobie, dusiłam, nie ufałam swoim odczuciom i osądom, usprawiedliwiałam ją. Okazuje się jednak, że na dłuższą metę ja tej kobiety "nie trawię". Drażniła mnie na każdym kroku.
Czy to ona się zmieniła, czy ja? Pewnie obie.
D. paplała bez przerwy, powtarzała się siedemdziesiąt razy na dzień, a jej wypowiedzi nie wnosiły w konwersację kompletnie nic. Raz nie zdzierżyłam i zwróciłam jej uwagę dość podenerwowanym tonem.
Po raz drugi naskoczyłam na nią gwałtownie i tym razem niesprawiedliwie (pomyliłam się, mówiła X, a ja opieprzyłam D.) w restauracji pod gołym niebem.
Wiele się złożyło na moje zachowanie: podenerwowanie i zmęczenie upałem, narastające poirytowanie przez D., moje kłopoty ze słuchem i wytężaniem uwagi. To mnie jednak nie usprawiedliwia. Skłoniło za to do wyciągnięcia wniosków.

Postanowiłam ograniczyć kontakt z D. Za niewłaściwe zachowanie przeprosiłam, ale oznajmiłam, że potrzebuję odpocząć od naszej znajomości, choćby dlatego, że ją krzywdzę.

I - uffff! - jak mi się lekko zrobiło! Jeszcze odrobinę przykro, jeszcze odczuwam tzw. moralny kac, czuję jednak, że podjęłam dobrą decyzję.

Martwię się tylko, że staję się się jakaś aspołeczna...
Nie pierwszy to mój konflikt z osobami, które mnie otaczają. Nie pierwsza nerwowa reakcja. Muszę i ja, jak to ujęła D., uderzyć się w piersi, zastanowić się nad sobą i tym wszystkim, co ostatnio miewa miejsce.

Pomna różnych "psychologizmów" wiem, że mam prawo czuć wszystko i tego nie kwestionować. Niedopuszczalne jest jednak posuwanie się do agresji, choćby tylko słownej, umniejszanie drugiego człowieka i okazywanie mu braku szacunku.

niedziela, 18 sierpnia 2024

Dzionek na luzie

Sąsiedzi zaczynają powoli się do mnie odzywać. Pan X pokazał mi dzisiaj ułamki skały okrzemkowej zwanej diatomitem, przywiezionej z dalszych okolic naszego miasta. Jeśli za coś go lubię, to właśnie za to, że ma szeroką wiedzę i zainteresowania - jest z nim o czym porozmawiać.
Chciałabym zebrać się na odwagę i spokojnie, bez wrogości wyjaśnić konflikty i ustalić jakieś niepisane zasady współżycia. Wszak problemy lepiej rozwiązywać niż przeżywać. Dlaczego nie mielibyśmy pielęgnować tego, co było pozytywne? Przecież takich rzeczy nie brakowało.

Z Panem R. (rozp....jem) staczam kolejne, drobne, ale zwycięskie potyczki. Rozpoznaję swój paradygmat - kolejne "mądre" słowo zaczerpnięte z internetowych przestrzeni rozwoju osobistego - mówiący mi przez wiele, wiele lat... Ba! Przez całe życie mówiący mi, że porządek, zmiany na lepsze to harówka, pot, krew i łzy. Śmiejcie się ze mnie, Czytający, lecz jaką siłę mają w naszym życiu rozmaite pozorne bzdury, wie tyko ten, kto ich doświadczył i rozpoznał.
Nie pomagało besztanie siebie, że jestem beznadziejna, że jestem leń ; nie pomagało szukanie wyjaśnienia w stanie zdrowia. Pomogło dopiero uświadomienie sobie, skąd to się wszystko bierze, gdzie tkwi rzeczywista przyczyna. Nie zrobiło się bezproblemowo, a jednak jest mi o niebo lżej i łatwiej. Opadła ze mnie połowa niewiadomo skąd pojawiających się napięć, zdenerwowania, zmęczenia. Przekonuję się każdego dnia, jak ważne jest, by nie terroryzować samej siebie, pozwalać sobie na odpoczynek i nie kojarzyć go z lenistwem... ani, jak wspomniałam, pracy - z harówką i przemocą.
Często wystarczy zmienić kolejność zadań, ustalić hierarchię ważności, która naprawdę odpowiada naszym potrzebom. Czasami - dla przykładu - można odpuścić zmywanie naczyń po obiedzie, by sprzątnąć zabałaganiony od tygodni kąt w mieszkaniu. Z naczyniami zdążę zawsze, a jeśli od nich zacznę, może zabraknąć mi czasu i energii, i/lub chęci na kolejne zadania. To tylko jeden z licznych przykładów, że nie warto zawsze działać w ten sam sposób.

Moja codzienność poprawia się powoli, ale wyraźnie. Cieszy mnie to, bo życie w uporządkowaniu - dosłownym i mniej dosłownym - ma lepszą jakość, daje poczucie komfortu. Nie mam tu oczywiście na myśli chorobliwego kontrolowania rzeczywistości ani pedanterii. Chcę, by porządek w moim życiu był zdrowy i zastąpił chorobliwego Pana R.

Z korektą tekstów idzie mi opornie. Mam długie przestoje, Do tego też potrzeba się uczciwie zabrać. Siostra podpowiedziała mi, że skoro godzina dziennie w tygodniu czasami ogromnie mnie męczy, to może lepiej posiedzieć nad tym trzy godzinki w sobotę i trzy w niedzielę. Ano, trzeba pokombinować, byle konsekwentnie.
Utknęłam teraz przy wyróżnieniach w tekście i nie mogę rozwikłać kilku zagadek z testu egzaminacyjnego. Trochę mnie to zniechęca i nepełnia zwątpienienm, ale postanowiłam: nie dam się!

...A poza tym? Nastały mocno, skrajnie upalne dni. Pogoda zniechęca do jakichkolwiek wyjść, żałuję, że mam zbyt daleko - kilkanaście kilomentrów nad wodę i do lasu. Nie dysponuję samochodem, a rowerowa eskapada w tej temperaturze jakoś nie kusi. Ratuję się prysznicem i paradowaniem po domu w stroju plażowym. Cieszę się, że przygotowałam wczoraj smaczny obiad na dwa dni i dziś nie muszę tkwić w kuchni.

Taki dziś zatem dzionek na luzie. Staczam maleńkie (żeby się umysł nie przestraszył) potyczki z Panem R., bez pośpiechu rozwiązuję zadania z egzaminu na korektora i robię to, na co mam ochotę.

czwartek, 15 sierpnia 2024

Sąsiedzi

Sąsiedzi, ci nowi, nie udali nam się zanadto. Początkowo zdawali się sympatyczni, pan X. jest interesującym człowiekiem, lubiłam z nim pogawędzić, podzielamy zainteresowanie przyrodą, mamy wspólne wspomnienia z przeszłości, bo o cudzie, okazało się że jakieś czterdzieści lat temu pracował z moimi rodzicami w zupełnie innym regionie Polski niż tu, gdzie po latach znowu zetknął nas los.

Jednak po roku miło być przestało. Zwlaszcza sąsiadka próbuje zaprowadzać na podwórzu swoje rządy, snuje teorie spiskowe odnośnie wspólnoty mieszkaniowej, wojuje z niepełnosprawną psychicznie Andzią z sąsiedniego budynku (podobno się nawet pobiły). Do tego obmawiają innych pod moim oknem! Słyszy to syn, słyszę to ja, bo mam teraz aparaty słuchowe. Komentuje się, że czytam przed domem książkę zamiast się pakować do sanatorium, komentuje się wygląd dziewczyny mojego syna, obgaduje się sąsiadów.
Któregoś pięknego dnia nie wytrzymałam i powiedziałam sąsiadce, że sama się prosi o agresję Andzi, że traktuje ją brzydko i że mnie mama strofowala za takie zachowania, gdy miałam jakieś dziesięć lat.

Uuuuuu! Uraziłam panią X. i jej męża również. Ustały serdeczne pogaduszki i teraz sąsiedzka relacja ogranicza się do zdawkowego "dzień dobry".

Kolejnym razem dopuściłam się wręcz chamstwa. Gdy znowu trwało "maglowanie", wstałam od stołu, który w kuchni właśnie przy oknie mam ustawiony i głośno zawołałam:. "K...a! Znowu mam pod oknem radio Wolna Europa!", po czym zatrzasnęłam okno.
Piękne to mojej wystąpienie nie było, ale mam wrażenie, że sąsiedzi przyhamowali ze swoim plotkowaniem. A niech sobie w domu, w cztery oczy obgadują, kogo tylko chcą!

Czy żałuję utraty ciepłych sąsiedzkich relacji? Może troszeczkę, ale zyskałam więcej czasu i przestrzeni dla siebie. Sąsiedzi-emeryci, popołudniami wolni już od obowiązków domowo-działkowych, odciągali mnie od mojego własnego życia - a raczej to ja na to pozwalałam.

Co mi zresztą po fałszywej serdeczności?


Rozpiiii....

Nasze podświadome schematy, mechanizmy funkcjonowania dostrzegalne są nie tylko w sprawach dużych, doniosłych, ale i w codziennych drobiazgach. Te drobiazgi czasem są najlepszą ilustracją tego, co w nas działa lub nie działa.

Jestem bałaganiarą - to przekonanie wyniesione z rodzinnego domu. Mama-perfekcjonistka urządzała dzikie awantury o nieposprzątany pokój, niepozmywane naczynia. Stosowała metody rodem z internatu, gdzie mieszkała jako nastolatka, a więc "samolot" - wyrzucanie zawartości szaf na środek pokoju. Mama potrafiła też pozrzucać w to wszystko doniczki z roślinami... płakałyśmy z siostrą sprzątając to pobojowisko, a ja z całego serca nienawidziłam wtedy własnej rodzicielki... Rodzice potrafili nas zbudzić w środku nocy i zapędzić do sprzątania w pokoju.

Sprawa porządku jest dla mnie przedmiotem traumy. Gdy mam się zabrać do prac związanych ze sprzątaniem, czuję opór i zmęczenie. Chyba moja psychika pamięta krzyki i przemoc fizyczną. Pamięta też chyba moje ciało.

Wiem, że jestem dorosła i niepoważne jest przerzucanie odpowiedzialności na nieżyjących już rodziców, ale wiem też, że nie warto udawać, że nic się nie działo, że nie wywarło to na mnie wpływu. Nie mam dzisiaj skrupułów, aby o tym otwarcie napisać, bo rodzice już nie żyją, więc nie poczują się urażeni ujawnieniem niechlubnej prawdy.

Wiem, że zdając sobie sprawę z traumy, mogę ją uwalniać i rozbrajać. Podjęłam tę pracę: rozpoznaję i rozluźniam napięcia w ciele, zmieniam nastawienie i myśli, które mi towarzyszą w trudnej sytuacji.

Rozmawiałam niedawno z koleżanką, której zwierzyłam się z tej wewnętrznej presji i walki. Zosia (zmieniam imię) powiedziała coś, dzięki czemu poczułam się ogromnie zaakceptowana: "Marta, szczerze? Masz w domu straszny rozpiździaj (wybaczcie przytoczony wulgaryzm, ale jego ekspresja i obrazowość jest nie do zastąpienia), nic nie leży na swoim miejscu i wszystko jest wszędzie, ale to twój dom, a ja się u ciebie czuję totalnie na luzie".

Rozpiździaj mnie drażni, ale sobie z nim nie radzę - było tak latami i wreszcie pojęłam, dlaczego. To sposób działania, z którego nie zdawałam sobie sprawy! Otóż brakuje mi wytrwałości i konsekwencji. Zaczynam pracę i nie kończę, bo a to nogi bola, a to jestem zmęczona (a jestem - naprawdę! - na samą myśl o znienawidzonym sprzątaniu). Podświadomie uciekam od tego, co zagrażające, nieprzyjemne, bolesne. Z drugiej strony, pragnę porządku, choć do pedantki mi daleko, bałagan mnie demobilizuje i przytłacza ; mam poczucie, że nie mogę ruszyć dalej, gdy wokół mnie i w moim życiu rozp....aj.

A ruszyć pragnę z całego serca - zatem wydałam dziś wojnę panu R. (Rozp...). Pierwsza potyczka wygrana! A wniosek z potyczki - ho, ho! Godny odkrywcy Ameryki: żeby coś zrobić, trzeba zacząć... i skończyć. Choćby etapami, po najmniejszym kawałeczku, ale nie porzucać w połowie niewdzięcznego zadania. Jeśli nieznośne i trudne - to mieć świadomość, po co to robię i dlaczego, co mi to da. Ułatwiać sobie upraszczać, ale konsekwentnie realizować. Odpocząć pół godzinki, gdy trudno - ale nie pół roku ;)

Proste to wszystko i aż naiwne, ale czy tak samo nie dzieje się w sprawach doniosłych? Czytałam kiedyś, dlaczego Marek Hłasko nie rozwinął swojego pisarskiego potencjału: bo zadziałał ten sam mechanizm psychologiczny: lęk przed wyzwaniem, niewiara, że się podoła.

Zacznę od ujarzmienia domowego rozp...